p
Rozdział 4
Konfliktowe małżeństwo: ADD i rodzina (I)
Cechą charakterystyczną konfliktowego małżeństwa jest złość i wzajemne
niezadowolenie męża i żony. Choć atmosfera skonfliktowanych relacji jest
przez większość czasu silnie nacechowana negatywnie, na ogół przerywają
ją okresy równie intensywnej, a niekiedy bardzo namiętnej bliskości (...).
Konflikt może mieć właściwości uzależniające: jest czymś oswojonym, a zarazem stanowi przypomnienie o silnym zaangażowaniu dwóch osób. Ludzie
nie chcą konfliktu, ale nie znaleźli alternatywnego sposobu interakcji.
Michael E. Kerr, Family Evaluation
Moja żona Rae i ja mamy troje dzieci:
dwóch chłopców w wieku dwudziestu trzech i dwudziestu lat oraz
dziesięcioletnią córkę. U całej trójki stwierdzono ADD, podobnie jak u mnie.
Nasza rodzina mogłaby być postrzegana jako idealny argument dla
zwolenników teorii genetycznej: bezpieczna finansowo, stabilna para
wywodząca się z klasy średniej, małżeństwo z trzydziestoletnim stażem,
które kocha się nawzajem i swoje dzieci. W rodzinie nie ma alkoholizmu
ani uzależnień od innych substancji, przemocy i nadużyć. Jeśli te dzieci
mają zespół deficytu uwagi, z pewnością wynika to z ich genów. Co w tym
środowisku mogłoby bowiem wywołać ADD?
Środowisko nie wywołuje ADD ani trochę bardziej, niż wywołują go geny.
Dzieje się raczej tak, że dany materiał genetyczny trafiający do
określonego środowiska może poskutkować pojawieniem się ADD. Bez tego
materiału genetycznego nie byłoby ADD. I nie byłoby go bez tego
konkretnego środowiska. Środowiskiem formatywnym jest rodzina, z jakiej
się pochodzi.
Jeśli chodzi o małżeństwa, nasze zdecydowanie można uplasować na
konfliktowym końcu spektrum. Wypracowaliśmy różne rozwiązania, lecz
zajęło to dziesiątki lat i pochłonęło mnóstwo energii. Patrząc wstecz,
wzdrygamy się na wspomnienia chwil dawnego bólu i mroku, zwłaszcza zaś
na świadomość obciążającego wpływu naszych sporów na dzieci.
Dziś małżeństwo jest dla nas powodem do radości. Nasze statki, miotane i ciskane po wzburzonym morzu, wreszcie bezpiecznie dotarły do tego samego
portu. Ale sztormy odcisnęły piętno na dzieciach. Pod koniec swego
uroczo szczerego eseju My Own Marriage z 1972 roku wybitny amerykański
psychoterapeuta i nauczyciel Carl Rogers napisał o trudnościach, jakie
jego dorosłe dzieci napotykały w swoich relacjach. "Wspólny rozwój
prowadzący do satysfakcjonującego nas samych związku nie stanowił żadnej
gwarancji dla naszych dzieci" - podsumował Rogers. Dzieci są dla
rodziców ogromną zachętą i bodźcem do poznawania samych siebie, partnera
i życia. Niestety, znaczna część tej nauki może się odbywać ich kosztem.
W naszym domu nigdy nie było mowy o braku miłości. Ale miłość odczuwana
przez rodzica nie przekłada się automatycznie na miłość odbieraną przez
dziecko. W domu tym często panowała atmosfera otwartego lub stłumionego
konfliktu emocjonalnego między rodzicami, wzajemnych rozczarowań i głębokich niepokojów, z których nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy.
Moje życiowe frustracje mogły bez ostrzeżenia wybuchnąć przeciwko Rae
lub samym dzieciom w formie napadów gniewu albo chłodnego dystansu.
Mogłem być niesłychanie współczujący i pomocny wobec niemal zupełnie
obcych ludzi, ale w stosunku do najbliższych prezentowałem podwójne
oblicze - z jednej strony pełne miłości wsparcie i wrogie odtrącenie z drugiej. Nigdzie indziej moje niepokoje i nierozwiązane napięcia - a ściślej rzecz biorąc, nierozwiązana kwestia żalu - nie były wyrażane tak
otwarcie i krzywdząco jak na moim własnym podwórku.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Podziękowania
Pragnę złożyć podziękowania wszystkim wymienionym niżej osobom.
Doktor John Ratey udzielał mi przyjacielskich zachęt, a jego szczera
krytyka mojego pierwszego szkicu była krzepiąca i zbawienna zarazem.
Pomógł mi też uaktualnić wiedzę na temat najnowszych odkryć w obszarze
neurobiologii.
Czytelnicy tej książki bez wątpienia dostrzegą dług intelektualny, jaki
zaciągnąłem, czerpiąc z prac doktora Alana Schore'a i doktora Daniela J.
Siegela. Miałem szczęście brać udział w ich wykładach na temat relacji
niemowlę-rodzic oraz rozwoju mózgu, jakie odbyły się w Seattle w 1996
roku. Ich postępowe prace pozwoliły okrzepnąć moim własnym intuicyjnym
poglądom, im samym zaś ugruntować znakomitą pozycję w literaturze
dotyczącej badań mózgu i neuropsychologii.
Diane Martin z wydawnictwa Knopf Canada wniosła niezastąpiony wkład w ukończenie niniejszego rękopisu. Oszczędziła czytelnikowi wielu
niepotrzebnych i męczących wynurzeń. Nauczyłem się z niecierpliwością
wyczekiwać jej kolejnych wnikliwych komentarzy i z przyjemnością ciąć
tam, gdzie sugerowała cięcie, oraz zmieniać tam, gdzie mówiła o zmianie.
Nie wyobrażam sobie wrażliwszych i rozsądniejszych porad redakcyjnych.
Deborah Brody z Dutton w Nowym Jorku od samego początku dostrzegała
potencjał tej książki i zachowała jasną wizję kierunku, jaki należy jej
nadać. Obawiałem się, że praca z dwoma redaktorami będzie udręką.
Okazała się zaś przyjemnością.
Denise Bukowski nadał długiej i trudnej do przyswojenia propozycji
książki przyjazną dla wydawcy formę.
Eksperckie i niezwykle uważne poprawki korektorskie wprowadzone przez
Alison Reid znacznie poprawiły płynność tekstu, w żaden sposób nie
umniejszając jego znaczenia.
Moja szwagierka Noni Maté jako pierwsza przeczytała kilka początkowych
rozdziałów. Jej krytyczne uwagi były dla mnie bezcenne. Pomocnych opinii
udzielił mi też Murray Kennedy.
Doktor Michael Hayden poświęcił mi swój czas i wiedzę na wyjaśnienia
dotyczące genetyki.
Nieoczekiwanym początkiem tego przedsięwzięcia stało się wysłuchanie
historii Betsy-Jo Spencer. Trish Crawford wskazała mi właściwe kierunki,
dotyczące neurobiologicznych badań nad rozwojem mózgu. Wielu dorosłych z ADD i rodziców dzieci obarczonych tą przypadłością udzieliło mi ważnych
nauk, otwarcie dzieląc się własnymi doświadczeniami.
Jestem głęboko wdzięczny czterem osobom, które uważam za swoich
nauczycieli: psychoterapeucie Andrew Feldmarowi, psychologowi rozwoju
doktorowi Gordonowi Neufeldowi, psychiatrze doktor Margaret Weiss oraz
terapeucie rodzinnemu doktorowi Davidowi Freemanowi. Na kartach tej
książki zaznaczył się wpływ wszystkich czworga.
Dziękuję mojej przyjaciółce, pielęgniarce Marii Oliverio, która dbała o moje biuro podczas kolejnych nieobecności związanych z pisaniem
Rozproszonych umysłów, a co więcej, potrafiła utrzymać tam porządek,
nawet gdy w nim urzędowałem.
Rae, mojej partnerce życiowej i bratniej duszy, która dzieliła ze mną
lata trudów, smutku, śmiechu, nauki i miłości - wszystko to w znacznej
mierze stało się kanwą tej książki. Była też moją najsurowszą
redaktorką: jej wnikliwe komentarze po wielokroć pomagały mi zbliżyć się
do sedna tego, co starałem się wyrazić. Bez jej serdecznego wsparcia
książka ta nigdy by nie powstała.
Na koniec chciałbym wyrazić wdzięczność trójce moich dzieci: Danielowi,
Aaronowi i Hannah, które nauczyły mnie być może więcej, niż powinny, i które całym sercem wspierały realizację mojego pielęgnowanego od lat
marzenia, by zostać pisarzem.
Wstęp
Ci, którzy "wierzą" w genetyczne podłoże zespołu deficytu uwagi (ADD, od
ang. attention deficit disorder) tłumaczą jego przyczyny złymi genami;
pozostali obwiniają za nie złe rodzicielstwo. Aura niejasności, a nawet
wrogości, otaczająca publiczną debatę na temat tego zespołu, zniechęca
do racjonalnej dyskusji o tym, jak środowisko i dziedziczność mogą
wzajemnie wpływać na neurofizjologię dzieci dorastających w zestresowanych rodzinach, w podzielonym i wywierającym silne presje
społeczeństwie oraz w kulturze, która w miarę zbliżania się do przełomu
tysiącleci zdaje się coraz bardziej zwariowana.
Sam mam zespół deficytu uwagi i został on także stwierdzony u trojga
moich dzieci. Nie sądzę, by ADD było kwestią tylko złych genów czy złego
rodzicielstwa, ale wierzę, iż geny i rodzicielstwo mają znaczenie.
Neurobiolodzy ustalili, że ludzki mózg nie jest programowany tylko przez
biologiczną dziedziczność, jego obwody są bowiem kształtowane przez to,
co dzieje się po przyjściu dziecka na świat, a nawet wtedy, gdy wciąż
jest ono w macicy. Na formowanie się mózgu dzieci znacząco wpływają
stany emocjonalne rodziców i sposób ich życia, choć oni sami często mogą
nie dostrzegać lub nie umieć kontrolować tak subtelnych i nieświadomych
wpływów. Na szczęście dzięki stworzeniu warunków do pozytywnego rozwoju
można przyczynić się do dużych zmian w obwodach mózgu dziecka czy nawet
osoby dorosłej.
Po wzmiance o środowisku szybko pojawia się kwestia winy. "Twoim zdaniem
to wina rodziców?" - padają od razu pytania. Zbytnim uproszczeniem jest
sądzić, że jeśli coś jest nie tak, musi znaleźć się winny. Rodzicom
dzieci z ADD, osaczonym ze wszystkich stron osądami wynikającymi z niezrozumienia, krytykanctwem przyjaciół, rodziny, sąsiadów, nauczycieli
czy nawet nieznajomych na ulicy, nie pomoże jeszcze jeden wytknięty w ich stronę palec. Ta książka tego nie robi.
Pewien lekarz z Ontario przedstawił ojcu dziewięciolatki z zespołem
deficytu uwagi niezwykle trafną analogię. Wyobraź sobie - powiedział -
że stoisz pośrodku bardzo tłocznego pomieszczenia. Wszyscy wokół mówią.
Nagle ktoś pyta cię wprost: "Co powiedziała ta konkretna osoba?".
Właśnie tak to wygląda w mózgu kogoś z ADD i tak wygląda u twojego
dziecka. Podobną analogią można zilustrować sytuację rodziców dzieci z ADD: tkwisz w samochodzie pośrodku wielkiego, ruchliwego skrzyżowania,
ale silnik zgasł i robisz, co możesz, żeby go znowu odpalić. Wszyscy
trąbią i krzyczą ze złością, ale nikt nie kwapi się pomóc. Może nikt nie
wie jak.
Jako rodzice dokładający wszelkich starań, by wychować dzieci w poczuciu
miłości i bezpieczeństwa, nie chcemy dźwigać jeszcze cięższego
brzemienia winy niż dotychczas. Trzeba nam mniej winy, a więcej
świadomości na temat możliwości wykorzystania odpowiedniej relacji
rodzic-dziecko do pobudzania rozwoju emocjonalnego i poznawczego naszych
dzieci. Książka Rozproszone umysły została napisana w celu krzewienia
takiej świadomości.
Rozproszone umysły napisałem też z myślą o dwóch innych gronach
czytelniczych. Mam nadzieję, że dorośli z zespołem deficytu uwagi znajdą
w niej wskazówki, które pomogą im lepiej zrozumieć samych siebie oraz
drogę, jaką mogą podążać ku uzdrowieniu. Książka ta ma także być
kompleksowym omówieniem często nierozumianego schorzenia, skierowanym do
pracowników służby zdrowia pracujących z pacjentami z ADD oraz do
nauczycieli mających w swoich klasach uczniów z tym zespołem.
Zawarte w tej książce studium ADD jest próbą syntezy spostrzeżeń
dokonanych w obszarze współczesnych badań neurologicznych, psychologii
rozwojowej, teorii systemów rodzinnych, genetyki i nauk
medycznychq1. Informacje te połączyłem z indywidualną
interpretacją trendów społecznych i kulturowych oraz spojrzeniem przez
pryzmat własnych doświadczeń jako osoby z ADD, rodzica i lekarza. Aby
uniknąć nadania książce zbyt akademickiego charakteru, przypisy
zamieściłem na jej końcu. Zawierają one dodatkowe komentarze,
przeznaczone dla specjalistów oraz laików szukających informacji
źródłowych.
Historie przypadków i cytaty pochodzą z mojej dokumentacji. Z nielicznymi wyjątkami imiona osób zostały zmienione.
Rozdział 1
Dużo zupy i kosz na śmieci
Medycyna tyleż mówi nam o istocie uzdrawiania, cierpienia i umierania,
co analiza chemiczna o wartości estetycznej ceramiki.
Ivan Illich, Limits to Medicine
Jeszcze cztery lata temu miałem podobne
pojęcie o zespole deficytu uwagi jak typowy północnoamerykański lekarz,
czyli prawie żadne. Wiedzę na ten temat zgłębiłem dzięki jednemu z tych
zrządzeń losu, które wcale takie losowe nie są. Jako felietonista
medyczny w gazecie "The Globe and Mail" postanowiłem napisać artykuł o tym dziwnym schorzeniu po tym, jak pewna znajoma pracownica opieki
społecznej, u której niedawno je stwierdzono, zrelacjonowała mi swoją
historię. Pomyślała, że będę nią zainteresowany - a raczej intuicyjnie
wyczuła, że tak się stanie. Jeden felieton rozrósł się do czterech.
Zanurzenie palca w tym temacie pozwoliło mi znienacka zrozumieć, że
tkwiłem w nim przez całe życie po uszy. Uświadomienie sobie tego można
nazwać etapem objawienia chorego na ADD - swoistą autodeklaracją,
cechującą się uniesieniem, wglądem, entuzjazmem i nadzieją. Wydawało mi
się, że odnalazłem drogę do mrocznych zakamarków swojego umysłu, w których bez ostrzeżenia rodzi się chaos miotający we wszystkie strony
myślami, planami, emocjami i zamierzeniami. Czułem, że odkryłem coś, co
odkąd pamiętam, uniemożliwiało mi osiągnięcie psychologicznej spójności
- bycia całością i połączenie nieharmonijnych fragmentów mojego umysłu.
Umysł dorosłego z ADD nigdy nie odpoczywa - fruwa niczym obłąkany ptak,
zatrzymując się na chwilę tu i tam, lecz nigdy na dość długo, by się
zadomowić. Brytyjski psychiatra R.D. Laing napisał, że ludzie boją się
trzech rzeczy: śmierci, innych ludzi i własnych umysłów. Strwożony swoim
umysłem zawsze bałem się spędzenia z nim choć chwili sam na sam. Zawsze
musiałem mieć pod ręką książkę niczym wytrych, na wypadek gdybym został
uwięziony, czekając w dowolnym miejscu, choćby przez minutę, w kolejce
do okienka w banku czy do kasy w supermarkecie. Nieustannie podrzucałem
umysłowi jakieś ochłapy, by mógł się posilić - jak okrutnej i złowrogiej
bestii, która nie mając nic innego na ząb, natychmiast się na mnie
rzuci. Nigdy nie umiałem żyć inaczej.
W szoku związanym z samopoznaniem, jakiego doświadcza wielu dorosłych,
dowiedziawszy się o ADD, jest tyleż radości, co bólu. Pozwala ono po raz
pierwszy w spójny sposób wytłumaczyć sobie upokorzenia i porażki,
niezrealizowane plany i niedotrzymane obietnice, porywy maniakalnego
entuzjazmu, które giną we własnym szalonym tańcu, pozostawiając po sobie
emocjonalne szczątki; pozornie niedający się opanować chaos, który
panuje w działaniach, mózgu, samochodzie, w pokoju i na biurku.
Zespół deficytu uwagi zdawał się wyjaśniać wiele moich wzorców zachowań,
procesów myślowych, infantylnych reakcji emocjonalnych, pracoholizm i skłonności do innych uzależnień, nagłe wybuchy złego humoru i zupełnej
nieracjonalności, konflikty w małżeństwie oraz podejście do dzieci rodem
z opowieści o Jekyllu i Hydzie. Tłumaczył też moje poczucie humoru,
które potrafi zaiskrzyć z zaskoczenia i rozbawić ludzi do rozpuku albo
trafić w kompletną próżnię czy też - jak mawiają Węgrzy - być niczym
groch rzucony o ścianę. Wyjaśniał też moją dziwną skłonność do obijania
się o framugi, uderzania głową w półki, upuszczania przedmiotów i wpadania na ludzi, zanim się zorientuję, że przede mną stoją. Przestała
być tajemnicą moja nieudolność podążania za wskazówkami czy choćby ich
zapamiętania albo paraliżująca złość, gdy mam do czynienia z instrukcjami obsługi nawet najprostszych urządzeń. Nade wszystko zaś
uświadomienie sobie tego pozwoliło mi znaleźć wyjaśnienie dla trapiącego
mnie od dawna przeczucia, że dziwnym trafem nigdy nie udało mi się w pełni spożytkować swego potencjału w zakresie wyrażania siebie i samookreślenia - tej właściwej dorosłemu z ADD świadomości, że ma jakieś
uzdolnienia, spostrzeżenia albo trudne do zdefiniowania pozytywne cechy,
do których można byłoby dotrzeć, gdyby nie krótkie spięcie w obwodach.
"Wystarczy mi połowa mózgu, żeby to zrobić" - zwykłem żartować. Ale to
nie był żart. Właśnie tak robiłem mnóstwo rzeczy.
Moja droga do diagnozy była podobna do tej, jaką pokonuje wielu innych
dorosłych z ADD. Dowiedziałem się o tym schorzeniu nieledwie
przypadkiem, zbadałem je i szukałem u specjalistów potwierdzenia, że
moje domysły na własny temat są zasadne. Tak niewielu lekarzy i psychologów orientuje się w kwestiach zespołu deficytu uwagi, że zanim
ludzie znajdą kogoś, kto może postawić kompetentną diagnozę, często
stają się ekspertami-samoukami. Miałem szczęście. Jako lekarzowi łatwiej
było mi przemierzać medyczny labirynt i szukać najlepszych źródeł
pomocy. W ciągu kilku tygodni od napisania artykułów na temat ADD
zostałem zbadany przez znakomitą psychiatrę dziecięcą, która przyjmuje
również dorosłych z tym zaburzeniem. Potwierdziła moją diagnozę i przystąpiła do leczenia, zaczynając je od przepisania ritalinu.
Wyjaśniła mi też, jak niektóre moje życiowe wybory nasiliły tendencje do
ADD.
Moje życie, podobnie jak wielu dorosłych z ADD, przypominało żonglerkę
ze starych programów z Edem Sullivanem - tę z mężczyzną kręcącym
talerzami na kijkach. Żongler dokładał kijków i talerzy, gorączkowo
uwijając się między nimi, bo każdy kijek, coraz chwiejniejszy, groził
przewróceniem. Nie da się tego robić w nieskończoność - któryś kijek
wreszcie wymyka się spod kontroli, talerze pękają albo sam żongler
upada. Coś trzeba odpuścić, lecz osobowość ADD ma problem z odpuszczaniem czegokolwiek. W odróżnieniu od żonglera nie potrafi zejść
ze sceny.
Niecierpliwość i nieznajomość charakterystycznych dla ADD objawów
sprawiły, że zacząłem leczyć się sam jeszcze przed oficjalną diagnozą.
Zespół deficytu uwagi cechuje konieczność podejmowania szybkich działań,
rozpaczliwe dążenie do natychmiastowego osiągnięcia tego, czego w danym
momencie się pragnie - czy jest to przedmiot, czynność, czy relacja.
Poza tym jest coś jeszcze, co zostało świetnie wyrażone przez kobietę,
która kilka miesięcy później przyszła mi z pomocą. "Dobrze jest choć
przez chwilę od siebie odpocząć" - powiedziała, a ja doskonale
rozumiałem, co ma na myśli. Pragnie się uciec od męczącego umysłu, w którym wiecznie coś się kotłuje i kłębi. W dniu, w którym dowiedziałem
się o zespole deficytu uwagi, wziąłem wyższą niż zalecana dawkę
ritalinu. Po kilku minutach miałem przypływ euforii i poczucie własnej
obecności; postrzegałem samego siebie jako pełnego uważności i miłości.
Moja żona uznała, że zachowuję się dziwnie. Jej pierwsze słowa brzmiały:
"Wyglądasz, jakbyś się naćpał".
Decydując o dawce ritalinu, nie byłem niedouczonym nastolatkiem, tylko
ponadpięćdziesięcioletnim spełnionym i szanowanym lekarzem rodzinnym,
którego felietony z opiniami medycznymi chwalono za wnikliwość.
Praktykując medycynę, kładłem ogromny nacisk na unikanie medykamentów,
jeśli nie były absolutnie konieczne, i nie muszę chyba dodawać, że
odradzałem pacjentom leczenie się we własnym zakresie. Ten uderzający
rozdźwięk między świadomością intelektualną z jednej strony a samokontrolą emocjonalną i behawioralną z drugiej jest jedną z charakterystycznych cech osób z zespołem deficytu uwagi.
Pomimo owego impulsywnego działania wierzyłem, że widzę światło na końcu
tunelu. Problem był oczywisty, lekarstwo wybitnie proste: niektóre
części mojego mózgu przez połowę czasu znajdowały się w letargu,
rozwiązanie sprowadzało się więc do wybudzenia ich ze snu. Wtedy
kontrolę mogłyby przejąć "dobre" części mojego mózgu - te spokojne,
zdrowe, dojrzałe i uważne. Tak się jednak nie stało. W moim życiu
niewiele się zmieniło. Dowiedziałem się o sobie tego i owego, ale to, co
było we mnie dobre, takim pozostało, a to, co było złe, nie zmieniło się
ani odrobinę. W niedługim czasie ritalin wpędził mnie w depresję.
Deksedryna, środek pobudzający, który został mi następnie przepisany,
uczynił mnie uważniejszym i pomógł w... pogłębianiu mojego pracoholizmu.
Odkąd postawiono mi diagnozę, stykałem się z setkami dorosłych i dzieci
z zespołem deficytu uwagi. Uważam obecnie, że rola lekarzy i przepisywanych na receptę lekarstw w terapii ADD została wyolbrzymiona.
To, co zaczyna się jako problem o charakterze społecznym i rozwojowym,
zostało niemal w stu procentach sprowadzone do medycznej dolegliwości.
Nawet jeśli w wielu przypadkach leki rzeczywiście pomagają,
rekonwalescencja, jakiej wymaga ADD, nie przypomina dochodzenia do
siebie po innej chorobie. Jest to proces stawania się całością, którego
znaczenie nieprzypadkowo leży u źródła terminu "zdrowieć".
W schorzeniu nazwanym zespołem deficytu uwagi bezsprzecznie mamy do
czynienia z nieprawidłowym funkcjonowaniem mechanizmów
neurofizjologicznych. Nie wynika z tego jednak, że wszelkie problemy
umysłu ADD da się wyjaśnić za pośrednictwem biologii zaburzeń w poziomach substancji neurochemicznych czy krótkich spięć w ścieżkach
neuronalnych. Aby dostrzec głębsze znaczenia przejawiające się w zaburzonych sygnałach nerwowych, niespokojnych zachowaniach i psychologicznym zgiełku, któremu nadano miano ADD, potrzeba cierpliwych
i pełnych wyrozumiałości dociekań.
Troje moich dzieci również ma zespół deficytu uwagi - wynika tak nie z moich diagnoz, ale z ocen, jakie otrzymały w klinice. Jedno z nich
zażywało leki, które przynosiły zauważalną poprawę, obecnie jednak żadne
tego nie robi. W świetle tak mocnych przesłanek wynikających z rodzinnej
historii schorzenia może stanowić zaskoczenie, że w odróżnieniu od wielu
innych osób nie uważam ADD za przypadłość o niemal czysto genetycznym
podłożu. Nie postrzegam go jako trwałego, dziedzicznego zaburzenia
mózgu, lecz fizjologiczną konsekwencję życia w określonym środowisku
oraz kulturze. Człowiek może zeń wyrosnąć pod wieloma względami i w dowolnym wieku. Pierwszy krok polega na odrzuceniu przyjętego modelu
choroby oraz poglądu, że farmaceutyki mogą dać w niej coś więcej niż
tylko częściową i prowizoryczną ulgę.
Od niedawna zespół deficytu uwagi otacza nimb tajemnicy, ale - wbrew
opiniom wielu ludzi - nie jest to nowe odkrycie. W takiej czy innej
postaci zespół ten jest rozpoznawany w Ameryce Północnej od 1902 roku;
jego współczesne leczenie farmakologiczne przy użyciu psychostymulantów
ma ponad sześćdziesięcioletni rodowód. Nadawane ADD nazwy i dokładny
opis schorzenia przechodziły kilka mutacji. Jego obecna definicja
została zamieszczona w czwartym wydaniu Diagnostic and Statistical
Manual, uchodzącym za swoistą biblię i encyklopedię Amerykańskiego
Towarzystwa Psychiatrycznego. Podana w DSM IV definicja zespołu
deficytu uwagi opiera się na przejawach zewnętrznych, a nie znaczeniu
emocjonalnym w życiu danego człowieka. Popełniono w niej faux pas,
nazywając owe zewnętrzne przejawy "symptomami", choć słowo to w terminologii medycznej oznacza odczucia własne pacjenta. Przejawy
zewnętrzne, bez względu na ich nasilenie, są w tym przypadku "oznakami".
Ból głowy jest symptomem. Wychwycone przez stetoskop lekarza szmery w klatce piersiowej są oznakami. Kaszel jest zarówno symptomem, jak i oznaką. W DSM posłużono się językiem oznak, ponieważ światopogląd
medycyny konwencjonalnej nie zna języka serca. Jak powiedział psychiatra
dziecięcy z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles, Daniel J.
Siegel: "DSM zajmuje się kategoryzacją, a nie bólem".
Tymczasem ADD ma wiele wspólnego z bólem, obecnym u każdego dorosłego i młodego człowieka, jakiego badałem. Dźwigany przez nich głęboki ból
emocjonalny daje się wyczuć w spuszczonym wzroku lub nieobecnym
spojrzeniu, szybkim, rwanym toku mówienia, napiętej postawie ciała,
podrygiwaniu stóp, niespokojnych dłoniach oraz nerwowym, samokrytycznym
poczuciu humoru. "Boli mnie każdy aspekt życia" - powiedział mi
trzydziestosiedmioletni mężczyzna podczas drugiej wizyty w moim
gabinecie. Ludzie są zaskoczeni, gdy po krótkiej wymianie zdań wyczuwam
ich ból i rozumiem chaos i pełną konfliktów historię emocji. "Mówię
także o sobie" - tłumaczę im.
Czasami żałuję, że tak zwani eksperci i medialni znawcy, którzy negują
istnienie zespołu deficytu uwagi, nie spotkali się choćby z kilkoma
poważnie dotkniętymi tym schorzeniem dorosłymi, którzy przyszli do mnie
na terapię. Osoby te, mężczyźni i kobiety, po trzydziestce,
czterdziestce i pięćdziesiątce, nie umieją długo utrzymać się w żadnej
pracy ani w zawodzie. Niełatwo angażują się w znaczące relacje, nie
mówiąc już o pozostaniu w nich. Niektórzy nigdy nie byli w stanie
przeczytać książki od deski do deski, a inni nie zdołali wysiedzieć
całego seansu w kinie. Ich nastroje wahają się od apatii i przygnębienia
do nadmiernego pobudzenia. Talenty twórcze, jakimi zostali obdarzeni,
leżą odłogiem. Są bardzo sfrustrowani sytuacjami, które uważają za swe
porażki. Ich samoocena tonie na dnie głębokiej studni. Najczęściej
trwają w przekonaniu, że ich problemy są pokłosiem prostych, lecz
nienaprawialnych wad osobowości.
Chciałbym, aby każdy wątpiący Tomasz przeczytał i rozważył
autobiograficzny szkic nadesłany mi przez Johna,
pięćdziesięciojednoletniego bezrobotnego, samotnego mężczyznę. Za jego
pozwoleniem zamieszczam go tutaj słowo w słowo:
Miałem Prace robiłem Co Mogłem ale nigdy nie wystarczało. gdy ludzie do
mnie Mówią, pytają, czy Słucham, bo wydaję się Znudzony. Pojawiają się
emocje albo gdzieś odpływam albo gdy się za Coś zabieram nie mogę tego
skończyć albo zacząć Czegoś a potem oko szuka Czegoś innego. gdy czasami
w większości przypadków czekam do Ostatniej minuty, aby Coś zrobić.
Czuję niepokój że muszę to zrobić albo coś. czuję się pod presją. Wydaje
się że obłokobujam albo marzę. zawsze coś przestawię, gubię rzeczy. nie
pamiętam gdzie Coś odłożyłem. "zapominalski" nieogarnięty, chaos w myślach. wściekam się o nic ludzie pytają co się stało ja nic nie mówię.
Ludzie coś ode mnie chcą a mnie się wydaje że nic z tego nie rozumiem.
kiedy byłem dzieckiem. nie mogłem usiedzieć wiercipięta. W raportach ze
szkoły zawsze było coś jak nie Uważa w klasie, nie siedzi spokojnie
Nauka albo zrozumienie zajmowało mi dłużej. Zawsze wpadałem w tarapaty
siedziałem z przodu klasy albo z tyłu klasy albo w gabinecie dyrektora
(przypasany) przywiązany do krzesła. bez przerwy chodziłem do
psychologów. nauczyciele wciąż powtarzali siedź spokojnie bądź cicho.
Wysyłali mnie na korytarz mój tata zawsze powtarzał mi żebym siedział
spokojnie i co ze mnie za leń w moim pokoju. zawsze na mnie krzyczał.
Mowa Johna jest znacznie spójniejsza niż przekaz pisany, ale nie mniej
przejmująca. "Mój tata - powiedział - zawsze wbijał mi do głowy, że
powinienem zostać lekarzem albo prawnikiem, bo w przeciwnym razie będę
nikim. Odkąd rodzice się rozwiedli, rozmawiali ze sobą tylko wtedy, gdy
matka dzwoniła do taty, żeby "dał mi do wiwatu"... Widziałem taki film w zeszłym tygodniu" - dodał. - "Jego tytuł oddaje to, jak się czuję:
Jestem chory i zmęczony byciem zmęczonym i chorym".
Pacjenci opisują swoje stany uczuciowe obrazowo, często wręcz poetycko.
"Ach - rzekł czterdziestosiedmioletni mężczyzna, machając ręką z uśmiechem tyleż zrezygnowanym, co złośliwym - moje życie to po prostu za
dużo zupy i kosz na śmieci". Co dokładnie oznaczają te słowa, nie umiem
wyjaśnić. Podobnie jak poeci, przekazują znaczenia poprzez uczucia i budzone przez nie skojarzenia słowne. "Wylądowałem w zupie". "Mgła gęsta
jak zupa". "Kuchnia zupy". "Traktowany jak śmieć". "Czuję się jak
śmieć". Obrazy cierpienia, samotności i zamętu, odmalowane z nutką
humoru. Ich dziwny wewnętrzny dysonans mówi też coś o niespokojnej
duszy, dla której rzeczywistość okazała się zbyt surowa - tak surowa, że
umysł musiał rozmienić się na drobne, by rozproszyć ból.
Rozdział 2
Wiele nieprzebytych dróg
Natury nieco nerwowe, jak moja, przebiegając dnie, rozporządzają na
kształt samochodów różnymi "szybkościami". Bywają dnie górzyste i uciążliwe, dla których przebycia trzeba nieskończonego czasu; bywają
dnie spadziste, z których zjeżdża się pędem, śpiewając.
marcel proust, W stronę Swanna1
Zespół deficytu uwagi określają trzy
zasadnicze cechy, spośród których dwie wystarczają do postawienia
diagnozy: słaba koncentracja, niedostateczna kontrola impulsów oraz
nadpobudliwość.
Charakterystyczną oznaką ADD jest automatyczne, mimowolne "odłączanie
się", frustrująca nieobecność umysłu. Człowiek nagle odkrywa, że nie
usłyszał nic z tego, czego słuchał, nie zobaczył nic z tego, na co
patrzył, i nie pamięta nic z tego, na czym próbował się skupić. Pomija
informacje i wskazówki, zostawia rzeczy w przypadkowych miejscach i z trudem stara się nadążyć za tokiem rozmowy. Odłączenie się stwarza
praktyczne trudności i przeszkadza czerpać radość z życia. "Słuchanie
muzyki w sposób ciągły i pełny jest dla mnie abstrakcją" - powiedział mi
pewien nauczyciel ze szkoły średniej. "Mój umysł zaczyna błądzić po
zaledwie kilku akordach. Wysłuchanie choćby jednej krótkiej piosenki w radiu w samochodzie jest dla mnie sporym wyzwaniem". Taka osoba ma
poczucie odcięcia od rzeczywistości, niemal bezcielesnego odgrodzenia od
fizycznej teraźniejszości. Jeden z pacjentów opisał to następująco:
"Czuję się jak ludzka żyrafa; zupełnie jakby moja głowa unosiła się w innym świecie, wysoko nad ciałem".
Wspomniana nieobecność umysłu jest jedną z przyczyn dekoncentracji i bardzo krótkiego czasu skupienia, jakie nękają dorosłych i dzieci z ADD
w każdej sytuacji, z wyjątkiem najbardziej motywujących i wciągających
czynności. Wygląda to prawie jak celowe niedostrzeganie; tak jakby dana
osoba intencjonalnie robiła wszystko, byle tylko nie zdawać sobie sprawy
z tego, co ją otacza. Komplementuję żonę za nową ozdobę w salonie, a w odpowiedzi dowiaduję się, że przedmiot ten stoi w tym miejscu od
miesięcy, a może nawet od lat.
Podatność na dekoncentrację sprzyja chaosowi. Przypuśćmy, że decydujesz
się posprzątać swój pokój, który na ogół wygląda tak, jakby przeszedł
przezeń tajfun. Podnosisz książkę z podłogi i odkładasz ją na półkę.
Kiedy to robisz, zauważasz, że dwa tomy poezji Williama Carlosa
Williamsa nie stoją obok siebie. Zapominasz o leżących na podłodze
różnościach i wyciągasz jeden z tomów, chcąc wstawić go obok jego
towarzysza. Przewracasz kartkę i zaczynasz czytać wiersz. W poemacie
jest nawiązanie do klasyki, co skłania cię do zerknięcia do przewodnika
po mitologii greckiej; na tym etapie gubisz się, bo jeden wątek prowadzi
do innego. Godzinę później twoje zainteresowanie starożytną mitologią
chwilowo się wyczerpuje, wracasz więc do pierwotnego zadania. Polujesz
na brakującą do pary skarpetę, która najwyraźniej zrobiła sobie wolne -
być może na zawsze - aż nagle jakiś inny leżący na podłodze element
garderoby przypomina ci, że przed wieczorem powinieneś zrobić pranie.
Gdy schodzisz na dół, trzymając pod ręką kosz z brudnymi rzeczami,
dzwoni telefon. Twój plan posprzątania w pokoju właśnie legł w gruzach.
Umysłowi ADD brakuje wzorca porządku - mentalnego modelu jego
zaprowadzania. Możesz nawet umieć wyobrazić sobie czysty i uporządkowany
pokój, ale brakuje ci ukierunkowania na wykonanie pracy, która tym
zaowocuje. Zacznijmy od tego, że wyzbywanie się czegokolwiek budzi
głęboką niechęć: kto wie, kiedy będziesz potrzebować egzemplarza "New
Yorkera", który od trzech lat zbiera kurz i nigdy na niego nie
spojrzałeś? Na wszystko jest mało miejsca. Masz wrażenie, że nigdy nie
dasz rady opanować kosmicznego bałaganu w książkach, dokumentach,
czasopismach, ubraniach, płytach kompaktowych, listach, na które trzeba
odpowiedzieć, i wielu innych przedmiotach - po prostu partiami
przenosisz ten chaos z jednego miejsca w drugie. Jeśli od wielkiego
dzwonu ci się uda, dobrze wiesz, że ten porządek jest tymczasowy.
Wkrótce znów zaczniesz przekopywać się przez sterty rzeczy, szukając
jakiegoś potrzebnego przedmiotu, który - dasz głowę - widziałeś w zapomnianym kącie czy zakamarku. Rządzi prawo entropii - porządek
przemija, chaos jest absolutny.
Niewiele osób z ADD może się pochwalić wybitnymi umiejętnościami
inżynieryjnymi, pozwalającymi na niemal intuicyjne demontowanie i składanie skomplikowanych urządzeń czy podzespołów. Trudności z koordynacją przekładają się na wiele innych umiejętności - zwłaszcza w obszarze precyzyjnej kontroli motorycznej. Rzeczy wylatują z rąk, stopy
są nadeptywane, piłki lecą w niewłaściwym kierunku. Obiekty ułożone
jeden na drugim podczas sprzątania są skazane na kolaps. Numery
telefonów są bazgrane w niewłaściwej kolejności; nawet jeśli dasz radę
odczytać to, co napisałeś, i tak nie masz pewności wybrania właściwego
numeru.
Jak wiele innych osób z ADD, mam trudności z wyobrażaniem sobie świata w trzech wymiarach albo dostrzeganiem przestrzennych zależności między
obiektami, bez względu na to, jak dobrze zostały zobrazowane. Gdy
czytając powieść, docieram do opisu, powiedzmy, pokoju z biurkiem tutaj,
łóżkiem tam, oknem i stolikiem nocnym, moja wyobraźnia po prostu się
gubi. Pytając na ulicy o drogę, człowiek z ADD traci orientację, zanim
jego informator dotrze do połowy pierwszego zdania. Na szczęście
większość opanowała sztukę kiwania głową. Wstydząc się przyznać do
niezrozumienia i zdając sobie sprawę z daremności proszenia o dodatkowe
wskazówki, które zapewne pojąłby niewiele lepiej, pytający po
mistrzowsku udaje tego, który rozumie. A potem wyrusza, powierzając swój
los szczęściu. "Jeśli skręcenie w niewłaściwą stronę jest prawdopodobne
w pięćdziesięciu procentach, zrobię to w trzech przypadkach na cztery" -
powiedział jeden z moich pacjentów z ADD. Deficyt w obszarze orientacji
przestrzennej idzie w parze z dekoncentracją. Porządek po prostu nie ma
szans.
Kwestia dekoncentracji w ADD nie jest uniwersalna. Wielu rodziców i nauczycieli się myli: dziecko może poświęcić niektórym czynnościom
kompulsywną, hiperskupioną uwagę. Ale hiperskupienie, które wyklucza
świadomość otoczenia, przekłada się też na niedostateczną regulację
uwagi. Ponadto często wiąże się ono z czymś, co można opisać jako "uwagę
bierną" - na przykład podczas oglądania telewizji czy grania w gry
wideo. Uwaga bierna pozwala umysłowi działać automatycznie, nie
wymagając od mózgu wydatkowania większej energii. "Uwaga aktywna", czyli
pełne zaangażowanie umysłu i wykonywanie pracy przez mózg, pojawia się
tylko w szczególnych okolicznościach silnej motywacji. Mózg ADD cierpi
na braki w obszarze uwagi aktywnej, gdy trzeba się skoncentrować na
czymś mało interesującym.
Zdolność do skoncentrowania się na interesującej czynności nie wyklucza
ADD, ale żeby się skupić, osoba z ADD potrzebuje o wiele silniejszej
motywacji niż inni ludzie. Nieznajomość tego faktu prowadzi do
nietrafionych lekarskich diagnoz. "Cechą charakterystyczną naszego
pacjenta - napisał psychiatra wykładowcy uniwersyteckiego ze
stwierdzonym zespołem deficytu uwagi, którego lekarz rodzinny poprosił o konsultację - jest bardzo trudna dla pacjentów z ADD umiejętność
skupienia się na czymś, co go naprawdę interesuje". Ale nie na tym
polega prawdziwa trudność. Paraliżująco trudne jest pobudzenie
mechanizmów motywacji w mózgu pod nieobecność osobistego
zainteresowania.
ADD ma charakter sytuacyjny: nawet u tej samej osoby jego oznaki mogą
być bardzo zróżnicowane, zależnie od okoliczności. Są na przykład
zajęcia, na których dziecko z ADD radzi sobie znakomicie, choć na innych
jest rozproszone, nieefektywne i może zakłócać spokój. W takich
przypadkach nauczyciele mogą dojść do wniosku, że dziecko świadomie
decyduje o tym, kiedy przysiąść fałdów i pilnie pracować. Dzieci z ADD
często są narażone na jawną nieprzychylność i publiczne szykany z powodu
zachowań, których nie są świadome. Te dzieci nie są celowo nieuważne ani
nieposłuszne. W grę wchodzą rządzące nimi siły emocjonalne i neurofizjologiczne. Przyjrzymy się im we właściwym czasie.
Drugą niemal uniwersalną cechą ADD jest impulsywność w słowach i czynach, połączona ze słabo kontrolowaną reaktywnością emocjonalną.
Dorosły albo dziecko z ADD z trudnością powstrzymuje się od
przeszkadzania innym, czekanie na swoją kolej w dowolnych aktywnościach
uważa za torturę i często działa lub mówi pod wpływem impulsu, jakby
niepoprzedzonego żadnym namysłem. Przykre konsekwencje nietrudno
przewidzieć. "Chcę się kontrolować - powiedział mi pewien
trzydziestotrzyletni mężczyzna podczas pierwszej wizyty w moim gabinecie
- ale umysł mi na to nie pozwala". Impulsywność może się wyrażać w formie kupowania niepotrzebnych przedmiotów pod wpływem chwilowego
kaprysu, bez względu na koszty i następstwa. "Zakupy impulsywne?!" -
wykrzyknął inny mężczyzna podczas pierwszej rozmowy. "Gdyby było mnie na
to stać, impulsywnie kupiłbym cały świat".
Trzecią ważną cechą ADD jest nadpobudliwość. W tradycyjnym ujęciu
przejawia się ona trudnościami w pozostawaniu w fizycznym bezruchu, lecz
może występować w formach nieoczywistych dla obserwatora. Zwykle da się
dostrzec jakąś niespokojność - stukanie palcami, podrygiwanie stóp,
poruszanie udami, obgryzanie paznokci, zgrzytanie zębami. Nadpobudliwość
może też przyjąć formę nadmiernej gadatliwości. W nielicznych
przypadkach, zwłaszcza u dziewcząt, nadpobudliwość nie występuje w ogóle. Takie dzieci przechodzą przez szkołę nieuważne i nieobecne
duchem, ale ponieważ nie sprawiają kłopotów, przepycha się je do
następnej klasy. Choć stwierdzenie nadpobudliwości nie jest konieczne do
postawienia diagnozy ADD, przeżycia niektórych pacjentów bywają
dramatyczne. "Jedyne, co było w stanie mnie spowolnić, to syrena
policyjna, gdy łapano mnie na przekroczeniu prędkości" - powiedziała
dwudziestosiedmioletnia kobieta.
Wiele dzieci z ADD jest niezwykle gadatliwych. Pewien chłopiec z drugiej
klasy szkoły podstawowej paplał tak nieustannie, że koledzy nazwali go
Talk Bird, gadającym ptaszkiem. Jego rodzice też często starali się go
uciszać. Takie dziecko zdaje się komunikować, że jest do tego stopnia
odcięte od innych ludzi i tak niespokojne, że jeśli nie będzie w dwójnasób starać się o podtrzymanie z nimi kontaktu, zostanie samo. Umie
to zrobić tylko słowami. Nie zna innego sposobu. Niektórzy dorośli z ADD
zwierzali mi się, że gadają jak katarynka po części dlatego, że do głowy
wpada im tak wiele słów i zwrotów, iż bojąc się zapomnieć o tych
najważniejszych, wyrzucają je z siebie w zawrotnym tempie.
Osoba z ADD odbiera swój umysł jako perpetuum mobile. Gdy tylko nie ma
aktywności, na jakiej mogłaby się skupić, niczego, co odwróci albo
przykuje jej uwagę, pojawia się u niej silna niechęć do nudy; wręcz
awersja. Nieustający brak spokoju jest wewnętrznie odczuwalny jako stały
zgiełk w mózgu, czy też nieustanny "biały szum", jak nazwał to zjawisko
doktor John Ratey, psychiatra z Harvardu. Bezlitosna presja umysłu nie
ma konkretnego celu ani kierunku. Już w 1934 roku w artykule
zamieszczonym w "The New England Journal of Medicine" opisano
niepokojącą cechę niektórych ludzi, nazwaną przez autorów publikacji
"organicznym zapałem". Ja na przykład rzadko miewam chwile relaksu wolne
od natychmiastowego i kłopotliwego poczucia, że powinienem robić coś
innego. Niedaleko pada jabłko od jabłoni. W wieku ośmiu lub dziewięciu
lat mój syn powiedział mi: "Bez przerwy mi się wydaje, że powinienem coś
robić, ale nie wiem co". Najstarszą osobą, której przepisałem środek
psychostymulujący, była osiemdziesięciopięcioletnia kobieta, która po
zażyciu ritalinu po raz pierwszy w życiu była w stanie usiedzieć
nieruchomo dłużej niż przez kwadrans.
Wewnętrzny niepokój współistnieje z długimi fazami prokrastynacji. Aby
włączył się aparat motywacyjny, groźba kary lub obietnica nagrody muszą
mieć charakter natychmiastowy. Bez porywającego przypływu adrenaliny
wynikającego z wyścigu z czasem górę bierze bezwładność. Ani razu w liceum i na studiach nie zacząłem odrabiać lekcji albo pisać
wypracowania inaczej niż na dzień przed terminem. W epoce tradycyjnych
maszyn do pisania moje robocze kopie musiały służyć jako kopie
ostateczne. Przypominały patchwork: błędy zaklejałem małymi kawałkami
papieru, na których pospiesznie gryzmoliłem poprawki. Choć, gdy jest
coś, czego osoba z ADD chce, o cierpliwości i prokrastynacji można
zapomnieć. Musi to zrobić, zdobyć, osiągnąć albo doświadczyć tego
natychmiast.
Częste i frustrujące zaniki pamięci są u osób z ADD codziennością. Mój
serdeczny przyjaciel Brian cierpi na zespół deficytu uwagi. Ma psa.
Nawzajem wyprowadzają się na spacery. Gdy Brian wkłada płaszcz, czapkę i buty, pies leży pod stołem kuchennym i czeka. Brian wychodzi z domu -
pies ani drgnie. Nie ruszy się, dopóki Brian nie wróci do domu po raz
trzeci po klucz, portfel czy cokolwiek innego, czego zapomniał za
pierwszym i drugim razem. Pies nauczył się tego, obserwując swojego
właściciela, co stanowi chyba najlepszy komentarz.
Mój najświeższy problem z pamięcią, gdy piszę te słowa, zaobserwowałem
cztery dni temu. Przyjechałem na lotnisko Ben Guriona w Tel Awiwie,
spakowany i przyszykowany do lotu powrotnego do domu w Vancouver. Byłem
z siebie zadowolony, że dla odmiany udało mi się gdzieś dotrzeć na czas.
Podczas odprawy pracownica lotniska zerknęła na mój bilet. Na jej twarzy
pojawiło się zakłopotanie. "Ale pański lot jest zarezerwowany na jutro"
- powiedziała wreszcie. Być może nieświadomie próbowałem powetować sobie
wszystkie inne przypadki, gdy docierałem na lotniska w ostatniej chwili.
Często pytano mnie, jak przy takich uwarunkowaniach udało mi się przejść
przez trudy studiów medycznych. Ogólna odpowiedź brzmi tak, że wielu
osobom udaje się osiągać znaczące sukcesy pomimo ADD. Zespół deficytu
uwagi miewa destrukcyjny wpływ na różne aspekty życia. Pozorny sukces
zawodowy pracoholika może maskować poważne problemy w innych obszarach.
Prawdą jest też, że jak wszystko inne, ADD może mieć różne nasilenie, a spektrum jego odmian jest bardzo szerokie.
Choć odkąd pamiętam, chciałem zostać lekarzem, na akademię medyczną
trafiłem dopiero w wieku dwudziestu ośmiu lat, po kilku życiowych
zakrętach. Tuż po dwudziestce stopniowo ograniczałem swoje akademickie
ambicje, bo nie potrafiłem konsekwentnie się uczyć. Pewnego pamiętnego
dnia na drugim roku wszedłem do sali egzaminacyjnej z przekrwionymi
oczami, po przeczytaniu pięciu sztuk Szekspira od północy do siódmej
rano. Niestety, pomyliłem terminy egzaminów - ten konkretny nie dotyczył
Szekspira, tylko literatury europejskiej. I tak to się odbywało, semestr
po semestrze. Na trzecim roku zrezygnowałem. Na uczelni medycznej
najgorzej wiodło mi się przez pierwsze dwa lata, gdy nacisk położony był
głównie na nauki podstawowe, wykładane z porażającą szczegółowością.
Nawet wtedy jednak przygotowania do egzaminu niezmiennie zaczynałem
poprzedniego wieczoru. Z biegiem lat, w miarę jak kolejne przedmioty
stawały się bardziej praktyczne i zorientowane na pacjenta, łatwiej było
mi się zmotywować i zaangażować. A choć studia medyczne są trudne, wiążą
się z licznymi terminami, egzaminami do zdania i przeszkodami do
pokonania, jest to nie tyle jedno długoterminowe przedsięwzięcie, ile
długa seria krótkich zadań.
Patrząc wstecz na swoje życie, dorosły z ADD widzi niespełnione intencje
i niezliczone plany, które nigdy nie zostały w pełni zrealizowane.
"Jestem osobą o permanentnym potencjale" - powiedział mi jeden z pacjentów. Początkowe przypływy entuzjazmu szybko opadają. Ludzie
opowiadają o niedokończonych murach oporowych, które zaczęli budować
ponad dziesięć lat temu, o częściowo skonstruowanych łodziach, które
całymi latami zajmują miejsce w garażu, o rozpoczynanych i porzucanych
kursach, przerywanych w połowie książkach, skreślonych przedsięwzięciach
biznesowych, nienapisanych opowiadaniach i wierszach... o wielu, wielu
nieprzebytych drogach.
Problem stanowią też umiejętności społeczne. Jest coś w ADD, co utrudnia
zdolność rozpoznawania granic międzyludzkich. Choć są nieliczne dzieci z zespołem deficytu uwagi, które wzbraniają się przed dotykiem, we
wczesnym dzieciństwie większość z nich dosłownie wchodzi dorosłym na
głowę i zasadniczo przejawia prawie nienasycone pragnienie kontaktu
fizycznego i emocjonalnego. Do innych dzieci podchodzą z naiwną
otwartością, która na ogół jest odtrącana. Mając kłopoty z odczytywaniem
wskazówek społecznych, często są skazane na ostracyzm rówieśników.
Rodzice cierpią, patrząc na wykluczanie ich dziecka z zabaw na szkolnym
podwórku, przyjęć urodzinowych, noclegów u przyjaciół czy wymiany
walentynkowych kartek.
Choć ADD na ogół wiąże się ze słabymi umiejętnościami społecznymi, nie
zawsze tak się dzieje. Są dzieci z ADD bardzo komunikatywne i szalenie
popularne. Z mojego doświadczenia wynika, że taki sukces skrywa brak
pewności siebie w ważnych obszarach funkcjonowania i maskuje kruchą
samoocenę - świadomość tego może się jednak wyłonić dopiero w późnym
wieku nastoletnim lub po przekroczeniu dwudziestki.
Dorośli z ADD mogą być postrzegani jako powściągliwi i aroganccy albo
męcząco gadatliwi i grubiańscy. Wielu można rozpoznać po kompulsywnym
żartowaniu, strzelaniu słowami niczym z karabinu maszynowego, pozornie
przypadkowym i bezcelowym przeskakiwaniu z jednego tematu na inny oraz
nieumiejętności wyrażenia jakiejś koncepcji bez wyczerpania całego
słownika. "Nigdy w życiu nie dokończyłem żadnej myśli" - ubolewał pewien
młody człowiek. Mężczyźni i kobiety z ADD cechują się niemal namacalną
intensywnością bycia, na którą inni reagują niepokojem i odruchowym
wycofaniem. "Zupełnie jakbym była z Marsa, a wszyscy inni z Ziemi" -
powiedziała pewna czterdziestolatka. Inna kobieta wyraziła się zaś tak:
"Wszyscy wydają się należeć do klubu jakichś miłych osób, a ja jestem
wykluczona". Wszechobecne jest poczucie bycia na zewnątrz i zerkania do
środka; swoistego niezrozumienia przez otoczenie. Na spotkaniach
towarzyskich zwykle dryfuję na obrzeża ze świadomością, że jakoś nie
udaje mi się przeniknąć do sedna rozmów. Obserwuję dyskutujących ludzi,
których mogę nawet dobrze znać, z bolesnym przeświadczeniem, że nie mam
nikomu nic do powiedzenia. Rozmowy towarzyskie zawsze stanowiły dla mnie
zagadkę. Czasami przyglądałem się ludziom toczącym ożywioną dyskusję i żałowałem, że nie mogę się stać niewidzialny, aby ich usłyszeć - nie po
to, by podsłuchiwać, ale by raz na zawsze dowiedzieć się, o czym można
rozmawiać. Pacjenci z ADD mówią mi o swoich doświadczeniach mniej więcej
to samo. "Nie wiem, jak rozmawiać o błahostkach, albo boję się, że palnę
coś głupiego" - powiedziała moja dwudziestosześcioletnia rozmówczyni.
Prawda jest taka, że gdy dorosła osoba z ADD już włączy się do rozmowy,
często nudzi ją drobiazgowe roztrząsanie płytkich jej zdaniem tematów.
Prowadząc wywiady z dorosłymi z zespołem deficytu uwagi, często trzeba
nastawić się na kanonadę żartów. Zaskakujące zwroty i świadomie
absurdalne skojarzenia ubarwiają historie życia, w których na ogół nie
ma wiele do śmiechu. "Dzięki Bogu to tylko ADD" - powiedział mi jeden
mężczyzna, gdy potwierdziłem jego diagnozę. "Zawsze myślałem, że jestem
sałatką cezar, której brakuje grzanek". Dzieci z ADD często odgrywają
rolę klasowych klaunów.
Nastroje dziecka z ADD bywają kapryśne - radosny uśmiech w jednej chwili
może przerodzić się w grymas niezadowolenia albo rozpaczy. Wydarzenia
wyczekiwane z radością i rozpoczynane z wielkim animuszem często kończą
się gorzkim rozczarowaniem i nadąsaną, oskarżycielską rejteradą. Stany
emocjonalne dorosłych z zespołem deficytu uwagi także gwałtownie i nieprzewidywalnie się zmieniają. Dobre i złe dni przeplatają się bez
wyraźnego powodu.
Wspólnym motywem każdego dnia, dobrego czy złego, jest dręczące poczucie
braku czegoś, co jest w życiu ważne.
Rozdział 3
Wszyscy moglibyśmy być wariatami
W codziennych rozważaniach na temat złożonych i nacechowanych silnymi
emocjami sytuacji często ceni się nadmierne uogólnienia.
Dorothy Dinnerstein, The Mermaid and
the Minotaur
Zespół deficytu uwagi został nazwany
"modą lat dziewięćdziesiątych". Sceptycyzm co do faktycznej skali
występowania ADD podsyca fakt, że żadna cecha tego zespołu nie jest na
tyle unikatowa, by w takim czy innym stopniu nie występowała u wielu
innych ludzi spoza populacji z ADD. Wrzucenie do jednego worka zbioru
atrybutów osobowości w podręczniku psychiatrycznym nie tworzy
automatycznie stanu patologicznego. Bardzo słusznie wiele osób
zastanawia się, dlaczego zwykłe cechy są definiowane jako objawy
choroby. Wkrótce - ostrzega jeden z krytyków - wszystkie ludzkie
przymioty zostaną nazwane chorobami. W lutowym wydaniu "Harper's
Magazine" z 1997 roku znalazła się okrutnie dowcipna recenzja
podręcznika DSM IV autorstwa L.J. Davisa. Zgodnie z obecną diagnostyką
psychiatryczną "każdy aspekt ludzkiego życia (oczywiście z wyjątkiem
praktykowania psychiatrii) może być interpretowany jako patologia" -
pisał Davis.
Ze statystyk instytucji Health Canada wynika, że ilość ritalinu
przyjmowanego w Kanadzie w 1997 roku wzrosła ponad pięciokrotnie od roku
1990, w tym o 21 procent w ciągu ostatniego roku w tym przedziale
czasuq2. Także w Stanach Zjednoczonych diagnozy ADD zaczęły mnożyć
się na potęgę. Czy dzieci są faszerowane lekami tylko dla wygody
dorosłych? Niektórzy twierdzą, że stwierdzenie ADD jest kolejnym
medycznym wykrętem wymyślonym dla spokoju ducha niekompetentnych
rodziców i leniwych nauczycieli oraz użalających się nad sobą dorosłych,
zbyt niedojrzałych, by stawić czoło wymogom życia.
Nawet osoby takie jak ja, uznające istnienie zaburzeń
neurofizjologicznych i psychologicznych, którym nadano wspólną nazwę
zespołu deficytu uwagi, mogą zadawać uzasadnione pytania: jak
diagnozować ADD, jak należy go rozumieć, a w szczególności - jak leczyć.
Społeczeństwo Ameryki Północnej próbuje przykryć wiele problemów ogromem
leków, woląc ignorować społeczne i kulturowe przyczyny stresu. Nie znamy
jeszcze długofalowych konsekwencji społecznych masowego przyjmowania
farmaceutyków w leczeniu depresji, ADD i wielu innych schorzeń. Mnie też
to niepokoi, choć przepisuję leki innym i sam je biorę.
Wielu osobom wydaje się też, że neurofizjologiczne wyjaśnianie
określonych zachowań jest próbą usprawiedliwiania działań własnych bądź
cudzych; obwiniania biologii o nasze występki i wady. Czy nie powinniśmy
być odpowiedzialni za to, co robimy? - pytają. Czy ADD jest licencją na
pobłażanie sobie albo krzywdzące zachowania? Niedawno w Kolumbii
Brytyjskiej obrońcy w sprawie o gwałt i morderstwo argumentowali, że ich
klient nie może być pociągnięty do odpowiedzialności, ponieważ cierpi na
zaburzenia obsesyjno-kompulsywne oraz zespół deficytu uwagi. Sąd mądrze
odrzucił tę przesłankę. Wszyscy musimy brać odpowiedzialność za własne
działania, bo w przeciwnym razie świat stałby się miejscem nie do życia.
Ogromnym postępem społecznym byłoby jednak podjęcie pewnego wysiłku w celu zrozumienia, jakie doświadczenia zmieniają ludzi w złe,
nieodpowiedzialne czy wręcz antyspołeczne istoty. Moglibyśmy wtedy
podejść na przykład do kwestii przestępczości w zupełnie inny sposób.
Odpowiedzialność niekoniecznie musi wiązać się z nieludzkim systemem
sądownictwa karnego w dzisiejszej Kanadzie, czy w szczególności w Stanach Zjednoczonych, gdzie za kratkami przebywa więcej ludzi niż w jakimkolwiek innym zachodnim kraju. Nie ulega wątpliwości, że znaczna
część penitencjariuszy cierpi na ADD lub innego rodzaju możliwe do
uniknięcia zaburzenia w samoregulacji2. Nie ma
wątpliwości także co do tego, że trudno byłoby o perfidniejsze
urządzenie zakładów penitencjarnych, w których warunki bytowe jeszcze
zaostrzają mentalne dysfunkcje.
Ponieważ w obliczu ADD nie jesteśmy bezbronni, na poziomie osobistym
próba zrzucenia odpowiedzialności za negatywne zachowania na obwody
mózgowe do niczego nie prowadzi. Zamyka osobę w potrzasku bycia ofiarą.
Bez względu na przekonujące wyjaśnienia neurofizjologiczne nikt -
dzieci, małżonek, przyjaciele ani współpracownicy - nie powinien uznawać
"prawa" takiej osoby do nieokazywania szacunku czy krzywdzenia.
Poznawanie psychologicznych i biologicznych mechanizmów ADD pozwala
zyskać jakiś obraz, mapę - ale tylko mapę, nic ponadto. Choć pozbawionym
jej ludziom pozostaje niewiele więcej niż zniechęcające poczucie własnej
nieudolności, nie należy mylić mapy z podróżą. Nakreślenie kursu nadal
zależy od jednostki.
Niektórzy rodzice sprzeciwiają się koncepcji ADD ze strachu przed
stygmatyzowaniem i szufladkowaniem ich dzieci. Nie w smak im stawianie
diagnozy medycznej dziecku, które poza pewnymi obszarami funkcjonowania
radzi sobie zupełnie nieźle. Związane z tym obawy nie są bezpodstawne.
Zbyt często łatka ADD staje się jedynie osądem charakteryzującym dziecko
jako problematycznego ucznia, niezdolnego do normalnego zachowania.
Wiele na ten temat zdradza używany język. Ludzie często mówią, że ten
dorosły czy to dziecko "jest ADD". To zaś faktycznie oznacza
przyklejenie etykietki; sprowadzenie całej osoby do jednego obszaru
słabości czy upośledzenia. Nikt nie jest ADD i nikt nie powinien być
określany ani kategoryzowany pod kątem tego czy jakiegokolwiek innego
szczególnego problemu.
Rozpoznanie u dziecka ADD powinno być po prostu przejawem zrozumienia,
że pomaganie mu wymaga kompetentnego i kreatywnego podejścia, a nie
opinią o jego fundamentalnej i nieodwracalnej skazie. Zrozumienie to
powinno umożliwiać nam wspieranie dziecka w wykorzystywaniu swego
potencjału, a nie dodatkowo ów potencjał ograniczać.
Można się oczywiście spodziewać, że nawet ludzie wolni od uprzedzeń będą
mieć trudności z pogodzeniem się z tą diagnozą. Naszemu zwykłemu
sposobowi myślenia o chorobie (albo czymkolwiek innym) nie jest po
drodze z niejednoznacznością. Pacjent albo ma zapalenie płuc, albo nie;
albo cierpi na schorzenie wpływające na umysł, albo nie. Wiele osób
odczuwa dyskomfort na myśl o dowolnym stanie umysłu postrzeganym jako
"nienormalny". Ale co, jeśli choroba nie jest odrębną kategorią? Jeśli
nie istnieje granica oddzielająca "zdrowe" od "niezdrowego" i jeśli
"nienormalność" jest po prostu występującą u danej jednostki większą
koncentracją zaburzonych procesów mózgowych, zachodzących u każdego?
Wtedy może po prostu nie dałoby się mówić o stałych, nieodwołalnych
zaburzeniach mózgu, a każdy z nas pod presją stresujących okoliczności
mógłby być uznany za podatnego na załamania i rozmaite psychiczne
awarie. Wszyscy moglibyśmy być wariatami. Może nawet już nimi jesteśmy.
ADD wymyka się podziałom na normalność i nienormalność. Jeśli u każdego,
kto wykazuje dowolną z jego oznak, stwierdzono by ADD, równie dobrze
moglibyśmy dodawać ritalin do wody pitnej i zapisać większość
mieszkańców uprzemysłowionego świata na grupową psychoterapię. Jak
zauważyli doktorzy Hallowell i Ratey w książce W świecie ADHD,
diagnoza ADD nie jest czymś kategorycznym, tylko kwestią skali. W pewnym
punkcie ludzkiego kontinuum cechy kojarzone z ADD stają się na tyle
uciążliwe, że w takim czy innym stopniu utrudniają danej osobie
funkcjonowanie.
Wśród specjalistów pracujących z dziećmi lub dorosłymi z ADD łatwiej
jest o konsensus w kwestii tego, jak przejawia się zespół deficytu
uwagi, niż czym on jest. Mylące jest już samo w sobie pojęcie
"zaburzenie" (ang. disorder). W terminologii medycznej oznacza ono
dolegliwość lub chorobę, tymczasem ADD z całą pewnością nie jest ani
jednym, ani drugim. Termin ten, zanim trafił do medycznego słownictwa,
miał jednak jeszcze jedno znaczenie. "Jeśli wykazujesz wiele cech ADD -
tłumaczę pacjentom - i jeśli przyczyniają się one do braku porządku w twoim życiu, to masz ADD. Czym jest porządek? Sposobem organizacji.
Świadomie zaplanowaną sekwencją działań. Wiedzą, gdzie są rzeczy i co
zrobiłeś, a co jeszcze zrobić trzeba. A jak nazywamy brak porządku?
Nieporządkiem3".
Nie akceptuję ADD jako zaburzenia w sensie medycznym. ADD nie jest
chorobą, pomimo nadania jej takiego miana przez niektóre autorytety.
Jest to rodzaj upośledzenia, podobnego choćby do upośledzenia wzroku,
które nie wiąże się z żadną chorobą.
Pytanie brzmi, skąd biorą się owe upośledzenia, wywołujące je
nieprawidłowości fizjologiczne oraz związane z nimi zachowania i problemy psychologiczne? Pomimo zdumiewającego wzrostu wiedzy na temat
ludzkiego mózgu, jaki nastąpił na przestrzeni ostatniej dekadyq3,
dzisiejsza nauka nie udziela na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi.
Biorąc pod uwagę to, co już wiemy - oraz poprawkę na luki w wiedzy -
jedynym kryterium wartości jakiegokolwiek wyjaśnienia dotyczącego
zespołu deficytu uwagi jest sens owego wyjaśnienia w świetle doświadczeń
ludzi i dostępnych faktów naukowych oraz możliwość produktywnego
wykorzystania go do pomagania ludziom.
Właściwie wszyscy autorzy popularnych książek na ten temat twierdzą, że
ADD jest dziedziczną chorobą genetyczną. Z nielicznymi godnymi uwagi
wyjątkami, pogląd genetyczny, z którym osobiście się nie zgadzam,
przeważa również w dużej części dyskusji w kręgach zawodowych.
Moim zdaniem ADD można lepiej zrozumieć dzięki przyglądaniu się życiu
ludzi, a nie tylko fragmentom DNA. Dziedziczność ma istotne znaczenie,
ale znacznie mniejsze, niż się zwykle zakłada. Jednocześnie nie miałoby
sensu sztuczne przeciwstawianie dziedziczeniu kwestii środowiskowych.
Taki sztywny podział nie istnieje w naturze ani w umyśle żadnego
poważnego naukowca. Jeśli w tej książce kładę nacisk na środowisko,
robię tak po to, by zwrócić uwagę na kwestię, która w większości książek
jest zaniedbywana, a w żadnej nie została potraktowana z należytą
drobiazgowością. Zaniedbanie to często prowadzi do paraliżujących
deficytów w obszarze leczenia.
Ponieważ w ciele i mózgu zachodzi wiele biologicznych zdarzeń, które nie
zostały bezpośrednio zaprogramowane przez dziedziczność, twierdzenie, że
ADD nie ma głównie podłoża genetycznego, w żadnym razie nie oznacza
negowania jego cech biologicznych - ani dziedziczonych, ani uformowanych
pod wpływem doświadczeń. Genetyczne plany architektury i funkcji
ludzkiego mózgu rozwijają się w procesie interakcji ze środowiskiem. ADD
odzwierciedla biologiczne nieprawidłowości w określonych ośrodkach
mózgu, lecz wiele jego cech - w tym leżąca u jego podstaw biologia -
jest nierozerwalnie związanych z fizycznymi oraz emocjonalnymi
przeżyciami danej osoby.
Można powiedzieć, że dziedziczymy predyspozycje do ADD, lecz jest to
bardzo dalekie od stwierdzenia, że zespół ten jest zdeterminowany
genetycznie. Predeterminacja oznacza, że coś nieuchronnie się wydarzy.
Predyspozycja jedynie zwiększa prawdopodobieństwo, że może do tego
dojść, zależnie od okoliczności. Na rzeczywisty rezultat wpływa wiele
innych czynników.