p

Rozczarowanie. Trochę inne wprowadzenie do zen - Alexander Poraj-Żakiej

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (23,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Bycie rozczarowanym: między pragnieniem a rzeczywistością

Roz­cza­ro­wa­nie, o które mi cho­dzi i które naprawdę zasłu­guje na to miano, poja­wia się dopiero wtedy, gdy nie tylko sobie myślimy o tym, czym jeste­śmy lub nie jeste­śmy, lecz bez­po­śred­nio tego doświad­czamy. Doświad­cze­nie, jak je rozu­miem w tym kon­tek­ście, jest wyda­rze­niem, w któ­rym Ja nie tylko jest pomy­ślane jako pomy­ślane i wyobra­żone, lecz także doświad­czane. Oczy­wi­ście trafny jest zarzut, że to, co pomy­ślane, jest rów­nież formą doświad­cze­nia, i trzeba się na razie z tym zgo­dzić. Ale to, o co mi cho­dzi, to rzecz nastę­pu­jąca: jeśli chcemy doświad­czyć Ja, musimy sobie uświa­do­mić nasz stan-nie-Ja. Dzięki temu możemy stwier­dzić, że Ja jest kon­stru­owane pod­czas myśle­nia, na podo­bień­stwo spon­ta­nicz­nego doświad­cze­nia, które prze­biega zależ­nie od sytu­acji i zależ­nie od wielu czyn­ni­ków.

Czy pustka musi być zawsze niedostatkiem?

Tylko wycho­dząc ze stanu nie-myśle­nia, doświad­czamy myśle­nia jako tego, czym ono jest, a mia­no­wi­cie myśle­niem. I prze­ży­wamy ponadto, że stan nie-myśle­nia jest sta­nem abso­lut­nie bez-Ja, wła­śnie dla­tego, że nie ma żad­nych myśli, za pomocą któ­rych Ja mogłoby się utwo­rzyć. Jest to stan nico­ści, nie-coś, w zen czę­sto okre­ślany jako pustka.

"Pustka" jest sło­wem, które wywo­łuje w nas naj­czę­ściej nie­przy­jemne sko­ja­rze­nia. Gdy mówimy o pustce, mamy na myśli czę­sto brak cze­goś, nie­obec­ność lub nie­do­sta­tek. Ale pustki można też doświad­czyć zupeł­nie ina­czej, gdy jest doświad­czana. To, co nor­mal­nie okre­ślamy jako nie­obec­ność i nie­do­sta­tek, nie jest doświad­cze­niem pustki, lecz lękiem, który się w nas poja­wia, gdy rezy­gnu­jemy ze zwy­cza­jo­wych myśli i wyobra­żeń. Ten strach wyła­nia się, gdy sobie wyobra­zimy, że to, co teraz poja­wia się tak cał­kiem mate­rial­nie przed nami, znika.

A więc rów­nież tutaj obo­wią­zuje to samo: pustka i forma, Ja i nie-Ja są dla nas tylko prze­ciw­staw­nymi myślami i wyobra­że­niami. Nie wię­cej. Nie­stety.

Zróbmy jesz­cze jeden krok. Grzęź­niemy jesz­cze bar­dziej w tym, czym jest roz­cza­ro­wa­nie. Roz­cza­ro­wa­nie jest dla nas doświad­cze­niem, dzięki któ­remu żywo prze­ko­nu­jemy się, że to, co jest, wła­śnie jest tylko tym, co jest, i nie tym, co myśle­li­śmy. Ni mniej, ni wię­cej.

Na pierw­szy rzut oka brzmi to banal­nie i tau­to­lo­gicz­nie. Ale jeśli przyj­rzymy się temu dokład­niej, wtedy wygląda to jak odkry­cie. Ozna­cza to bowiem raz na zawsze, że myśli są tylko myślami. Ale to ozna­cza rów­nież, że w końcu możemy doświad­czyć tego, czym jest Ja. To doświad­cze­nie można opi­sać jako doświad­cze­nie bar­dzo zło­żo­nej dyna­micz­nej formy wyobra­żeń pozba­wio­nych indy­wi­du­al­nego rdze­nia, który byłby sta­bilny i odporny na zmiany. Nic może się ponow­nie odro­dzić lub przejść w inne, dosko­nal­sze spo­soby ist­nie­nia. Doświad­czamy, że wszystko, abso­lut­nie wszystko, a więc także to, co jest dla nas naj­bliż­sze i naj­waż­niej­sze, a mia­no­wi­cie nasze Ja, jest w sobie puste. Ta pustka jest, a my jeste­śmy jej świa­domi i dzięki niej rów­nież wszyst­kich innych zja­wisk, i to w tym samym momen­cie.

Czy to jest roz­cza­ro­wa­nie, czy zen? Pocze­kajmy jesz­cze tro­chę.

Pustka jako rozczarowanie: nie chcieć nic wymienić -?mimo gwarancji wymiany

Jeśli powyż­sze twier­dze­nia są cho­ciaż w poło­wie zro­zu­miałe i przede wszyst­kim dają się doświad­czyć, to wnio­sek z nich pły­nący, że ist­nieje pustka, jest wewnętrz­nie sprzecz­nym uko­ro­no­wa­niem wszyst­kiego.

Ale dopiero od pew­nego wieku, nie­za­leż­nie od prak­ty­ko­wa­nia zen, możemy się chyba zgo­dzić z fak­tem, że: naj­czę­ściej wtedy robi się para­dok­sal­nie i wewnętrz­nie sprzecz­nie, gdy chcemy się zbli­żyć do rze­czy­wi­sto­ści. Jeśli nato­miast jest logicz­nie i prze­ko­nu­jąco, wtedy nie jest to błędne, ale przy­pusz­czal­nie tylko pomy­ślane i wyobra­żone i wła­śnie nie cał­kiem rze­czy­wi­ste.

A więc ist­nieje rze­czy­wi­stość, którą można okre­ślić jako pustka. To jed­nak coś innego niż twier­dze­nie, że ist­nieje coś takiego jak pustka. Ist­nieje pewien stan, który można okre­ślić jako Ja, ale rów­nież to twier­dze­nie jest czymś innym niż auto­ma­tyczne wycho­dze­nie od tego, że ist­nieje Ja i że Ja jest istotne i w sobie tak sta­bilne, że mogłoby być punk­tem wyj­ścia wszyst­kich doświad­czeń i wglą­dów.

Czy sprawa z pustką mie­ści się nam jakoś w gło­wie i czy potra­fimy ją rze­czy­wi­ście pomy­śleć? Tak, pomy­śleć to jakoś już potra­fimy. Ponie­waż gdy pada jakieś słowo, to wtedy nasz men­talny duch natych­miast sięga do wspo­mnień i wyciąga stam­tąd obrazy prze­szłych wyda­rzeń, które są już zwią­zane z wypo­wia­da­nym sło­wem. Prze­biega to szybko i roz­grywa się nie­świa­do­mie.

Wyobraź sobie: byłeś przed laty w Rzy­mie i pod­czas audien­cji zosta­łeś okra­dziony w tłu­mie ludzi na placu św. Pio­tra. Do kło­po­tów, które coś takiego powo­duje, doszło jesz­cze zatru­cie pokar­mowe, a hotel, mimo pięk­nych zdjęć w inter­ne­cie, oka­zał się ruderą. Jeśli dziś ktoś zapro­po­nuje ci wyjazd do Rzymu, to nie zapo­bie­gniesz temu, żeby się nie uak­tyw­niły prze­szłe doświad­cze­nia. Jest bar­dzo praw­do­po­dobne, że nie podej­miesz ponow­nej podróży, cho­ciaż ist­nieje bar­dzo wyso­kie praw­do­po­do­bień­stwo, że tym razem może być zupeł­nie ina­czej. Jeśli nato­miast nie byłeś ni­gdy w Rzy­mie, wtedy twoja decy­zja, żeby tam poje­chać, zależy od tego, czy twoje wyobra­że­nie na temat Rzymu zga­dza się z tym, co zapi­sa­łeś jako piękne, dobre lub ważne. Oczy­wi­ście inni ludzie, któ­rzy wie­dzą, co dla cie­bie jest ważne, mogą tak przed­sta­wić podróż do Rzymu, że twoje wyobra­że­nia zostaną wła­ści­wie obsłu­żone. Wszystko to dzieje się w obra­zach i w wyobra­że­niach i oczy­wi­ście przed podróżą. Na miej­scu potem wszystko jest, jakie jest, i rzadko takie, jak sobie wyobra­ża­li­śmy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Wstęp do wydania polskiego

Cho­ciaż minęło już kil­ka­dzie­siąt lat, na­dal czuję w sobie dostęp do emo­cji zwią­za­nych z atmos­ferą Gór­nego Ślą­ska póź­nych lat sie­dem­dzie­sią­tych. Było to wra­że­nie życia w zaci­śnię­tym ima­dle, któ­rego jedna strona była szarą wydmuszką socja­li­zmu, a druga -?pracą w meta­fi­zycz­nym kamie­nio­ło­mie kato­li­cy­zmu w pol­skim wyda­niu. Wiem, że uprasz­czam, ale wła­śnie ten codzien­nie wów­czas odczu­wany zacisk był na tyle silny, że pod­ją­łem decy­zję o wysko­cze­niu z niego. Prze­ko­na­łem Mamę, aby­śmy z następ­nych waka­cji "na Zacho­dzie" nie wró­cili już do Pol­ski.

Wbrew pozo­rom nie byłem nasto­lat­kiem sil­nie ocza­ro­wa­nym Zacho­dem, ponie­waż mia­łem, jeżeli cho­dzi o mate­rialne moż­li­wo­ści, dosyć luk­su­sowe dzie­ciń­stwo. Byłem nato­miast mocno roz­cza­ro­wany moją dotych­cza­sową inte­lek­tu­alno-duchową codzien­no­ścią. Podob­nie jak wiele osób z mojego oto­cze­nia, odkry­wa­łem w sobie sze­reg bar­dzo pod­sta­wo­wych pytań. Pytań nie o kie­ru­nek wła­snego dal­szego życia, już doj­rza­łego, ale przede wszyst­kim o to, kim ja w ogóle jestem i jaki sens ma to życie.

Cho­ciaż te pyta­nia nie brzmią zbyt ory­gi­nal­nie i więk­szość moich roz­mów­ców z okresu mło­do­ści też się o nie otarła, to jed­nak rosło we mnie roz­cza­ro­wa­nie. Byłem roz­cza­ro­wany fak­tem, że nie mogłem zna­leźć prze­strzeni życio­wej, aby nale­ży­cie zająć się tymi wła­śnie pyta­niami. Wię­cej: pol­ska rze­czy­wi­stość tam­tych lat, jak i póź­niej­szy "zachodni" spo­sób na życie, tylko na pierw­szy rzut oka suge­ro­wały kon­kretne odpo­wie­dzi. To "zachod­nie" spoj­rze­nie, z tam­tej­szej pol­skiej per­spek­tywy, pre­zen­to­wało się na pierw­szy rzut oka lepiej.

Więk­sza wol­ność oso­bi­sta i zwią­zane z nią liczne moż­li­wo­ści ukie­run­ko­wa­nia wła­snego życia nie oka­zały się nie­stety wystar­cza­jącą odpo­wie­dzią na drę­czące mnie pyta­nia. Zachodni spo­sób życia szybko oka­zał się dla mnie jesz­cze bar­dziej wyra­fi­no­wa­nym ima­dłem. W Pol­sce tam­tych lat łatwo było zostać przy wer­sji, że to tylko przedaw­nione struk­tury wła­dzy i wie­dzy tym ima­dłem kręcą. Łatwo było żyć złu­dze­niem, że "Zachód" ich po pro­stu nie ma. Roz­cza­ro­wa­nie było więc dla mnie o tyle dotkliw­sze, że bar­dzo wyraź­nie zoba­czy­łem, że nie ma na kogo zrzu­cić odpo­wie­dzial­no­ści za poczu­cie bycia zaci­śnię­tym w ima­dle, ponie­waż oka­zuje się, że to my sami jeste­śmy zarówno tymi, któ­rzy cier­pią ucisk, jak i tymi, któ­rzy go two­rzą i pogłę­biają.

Jesz­cze bar­dziej roz­cza­ro­wu­jąca dla mnie była -?i jest na­dal - świa­do­mość, że wiele spo­so­bów na życie, czyli sys­te­mów gospo­dar­czych, reli­gij­nych, poli­tycz­nych, jak i ducho­wych, nie tylko nie odpo­wiada na te pod­sta­wowe pyta­nia. One je wręcz zagłu­szają, suge­rują jakże modną na tę chwilę indy­wi­du­alną odpo­wie­dzial­ność za wła­sny byt, omi­ja­jąc po raz kolejny odpo­wiedź na pyta­nie, kim lub czym ten byt wła­ści­wie jest.

A więc na czym polega to roz­cza­ro­wa­nie?

Dla mnie polega ono na jego prze­ciw­no­ści, a mia­no­wi­cie na głę­bo­kiej chęci cza­ro­wa­nia się, bycia ocza­ro­wy­wa­nym. A skąd się bie­rze w nas ta chęć do cza­ro­wa­nia się? Uwa­żam, że wywo­dzi się z naszego głę­bo­kiego lęku przed nie­po­zna­walną głę­bią życia. Innymi słowy: ucie­kamy w szyb­kie indy­wi­du­alne, jak i kolek­tywne nar­ra­cje suge­ru­jące odpo­wie­dzi, bo chyba na­dal boimy się faktu, że tak naprawdę to tych odpo­wie­dzi nie ma. Przy­naj­mniej nie w obiek­tyw­nym i osta­tecz­nym sen­sie. A te, które są, sami sobie dajemy i dla­tego nie będą, bo po pro­stu nie mogą być, tak naprawdę zado­wa­la­jące.

W tym kon­tek­ście zen jest dla mnie zarówno oso­bi­ście, jak i histo­rycz­nie cie­ka­wym feno­me­nem. Dla­czego? Ponie­waż wbrew cza­ru­ją­cym opi­niom zarówno o życiu, o nas samych, jak i o zen nie ofe­ruje on żad­nych odpo­wie­dzi. W zamian usa­da­wia nas -?i to dosłow­nie -?pośrodku cudu i tajem­nicy bytu. Zen ofe­ruje prze­ży­wa­nie tejże tajem­nicy bez środ­ków znie­czu­la­ją­cych, czyli cza­ru­ją­cych. Jest to obec­ność i bez­po­śred­niość pośrodku cudu życia.

Roz­cza­ro­wu­jące? Pro­szę się prze­ko­nać, i to nie tylko pod­czas lek­tury tej książki, ale przede wszyst­kim oso­bi­ście, prze­ży­wa­jąc każdy moment. Wła­śnie teraz.

Zurych, 18.07.2024

Krótkie wprowadzenie do bycia rozczarowanym

Gdy ktoś nam opo­wiada, że ona lub on czuje się roz­cza­ro­wany jakąś osobą lub jakimś wyda­rze­niem, wtedy zazwy­czaj wiemy już w pierw­szych sło­wach, co dokład­nie ten ktoś ma na myśli, i zasta­na­wiamy się, czy w takiej sytu­acji rów­nież byli­by­śmy roz­cza­ro­wani. Zależ­nie od tego, jak nasz wewnętrzny radar zakwa­li­fi­kuje dane roz­cza­ro­wanie, wyra­żamy obu­rze­nie, nie­rzadko zaś nie­do­wie­rza­nie. Pra­wie w każ­dym przy­padku reagu­jemy zapew­nie­niami o współ­czu­ciu i pró­bu­jemy taką osobę pocie­szyć. Albo­wiem w końcu -?tak myślimy -?nam rów­nież mogłoby się to samo przy­da­rzyć. Wtedy byli­by­śmy tak samo roz­cza­ro­wani. Wtedy też potrze­bo­wa­li­by­śmy kogoś, kto by nas pocie­szył. Ale -?rzecz jasna -?z pew­nym ogra­ni­cze­niem: Odkąd bowiem jeste­śmy na dro­dze zen, bywamy rza­dziej roz­cza­ro­wani -?musimy to sta­now­czo stwier­dzić. W końcu jeste­śmy teraz bar­dziej uważni. A uważ­ność jest oczy­wi­ście pierw­szym i pre­fe­ro­wa­nym spo­so­bem radze­nia sobie z życiem. Ale przede wszyst­kim, i to jest nasz główny argu­ment, bie­rzemy życie takim, jakie ono jest. A nasz roz­mówca naj­le­piej by zro­bił, gdyby postą­pił tak samo.

Albo­wiem my, tak się o nas mówi, jeste­śmy w zgo­dzie z życiem, takim, jakie nas spo­tyka. I zanim się zorien­tu­jemy, tą dekla­ra­cją roz­da­li­śmy karty do nowej gry: i nie zauwa­ży­li­śmy, że przez to teraz to my trzy­mamy w ręku "Czar­nego Pio­tru­sia" nie­ma­ją­cego pary.

Być może taki spo­sób sta­wia­nia czoła roz­cza­ro­wa­niu nie jest ci obcy. Być może nawet jest to spo­sób, w jaki mówisz do sie­bie, gdy życie się nie układa. Ponie­waż kiedy się nie układa tak, jak byśmy tego chcieli, dla nas, ludzi ducho­wych, byłoby rze­czą wręcz nie­sto­sowną oskar­żać oko­licz­no­ści. Nie przy­stoi obwi­niać oko­licz­no­ści o ten bała­gan. Nie, to byłoby zbyt pry­mi­tywne i zaprze­cza­łoby pierw­szej zasa­dzie zen: Jest, jak jest.

A więc nie pozo­staje nam nic innego, jak ze skru­chą -?cho­ciaż nie bez pew­nej dumy -?wska­zać na nie­do­sko­na­łość naszej wła­snej prak­tyki zen. A rze­koma sła­bość tak zwa­nego -?albo jesz­cze lepiej: samo­zwań­czego - ducho­wego czło­wieka polega na tym, że się nie jest albo jesz­cze się nie jest oświe­co­nym w spo­sób dosko­nały. Ta argu­men­ta­cja mogłaby nawet przy­nieść pewną korzyść, gdyby nie miała w zana­drzu -?przy­naj­mniej w więk­szo­ści przy­pad­ków -?jesz­cze paru dal­szych zdań, które brzmią mniej wię­cej tak: Wła­ści­wie nie da się osią­gnąć peł­nej uważ­no­ści, bo kto może być uważny przez cały czas? My, oczy­wi­ście, nie, i tu odwo­łu­jemy się do ducho­wych VIP-ów, któ­rych widzie­li­śmy, o któ­rych sły­sze­li­śmy lub któ­rych czy­ta­li­śmy. Wycho­dzimy, rzecz jasna, od ist­nie­nia takich mistrzów, któ­rzy są oczy­wi­ście wyjąt­kami i któ­rzy już chyba takimi pozo­staną. Te rzadko spo­ty­kane pier­wo­wzory są dla nas miarą, ponie­waż potrze­bu­jemy punk­tów orien­ta­cyj­nych. Potrze­bu­jemy ich zwłasz­cza wtedy, gdy nasz cel jest nie­ja­sny i wydaje się nie­omal nie­osią­galny.

I w ten spo­sób wytwa­rzamy w sobie mniej lub bar­dziej uspo­ka­ja­jące uczu­cie, gdy oświad­czamy: Wszystko może pozo­stać tak, jak jest. To stwier­dze­nie rze­czy­wi­ście przy­nosi nam ulgę, przede wszyst­kim dla­tego, że bar­dzo zbliża się do akcep­ta­cji życia i, rze­czy­wi­ście, pra­wie wydaje się zga­dzać ze zda­niem: Jest, jak jest.

Ale tak się nam tylko wydaje. Dla­czego? Ponie­waż cały czas obra­camy się w kręgu naszych wyobra­żeń. Czy to źle? Nie. A więc co to jest? Ocza­ro­wa­nie. Czy ocza­ro­wa­nie jest złe i nie­du­chowe? Nie. Ocza­ro­wa­nie jest po pro­stu tylko ocza­ro­wa­niem. A czym jest wtedy zen? Zen jest dez­i­lu­zją, roz-cza­ro­wa­niem.

Taśma produkcyjna naszych myśli

Stop! Gdyby zen było po pro­stu tylko roz­cza­ro­wa­niem, prze­cież wtedy byłoby znów czymś. Czymś, co byłoby prze­ci­wień­stwem ocza­ro­wa­nia i ilu­zji: a więc czymś pozy­tyw­nym, ponie­waż ocza­ro­wa­nie samo w sobie i ilu­zja są prze­cież czymś nega­tyw­nym.

Raz jesz­cze: stop! Czy widzisz, jak bez­u­stan­nie powstają myśl i jak ukła­dają się w poglądy? A jeśli nie będziemy dosta­tecz­nie czujni, wkrótce nasze myśli jako nie­ugięte prze­ko­na­nia lub nie­złomne punkty widze­nia wyprą rze­czy­wi­stość. Ale nawet teraz, po tych wszyst­kich stwier­dze­niach, nasz zwinny umysł mógłby bez trudu do tego, co już powie­dzie­li­śmy, dodać nowe myśli, zna­leźć prze­ci­wień­stwa lub cią­gnąć argu­men­ta­cję bez końca. Dla­czego? Ponie­waż taka jest jego natura. Tak, tak: nasz mózg pro­du­kuje myśli jak pie­karz świeże bułki. Tak samo jak sztuka pie­cze­nia chleba, dzięki tysiąc­le­ciom nie­ustan­nej prak­tyki umysł tak bar­dzo się udo­sko­na­lił, że już nawet tego nie zauważa. Prze­ciw­nie! Myśli wyska­kują z naszych głów jak bułeczki z taśmy pro­duk­cyj­nej w nowo­cze­snej mega­pie­karni. A wszystko to, zda­niem wielu, dzieje się oczy­wi­ście dla naszego dobra i dobrego samo­po­czu­cia.

Ocza­ro­wa­nie może więc stać się roz-cza­ro­wa­niem, jeśli będziemy gotowi, żeby je roz­po­znać jako ocza­ro­wa­nie. Jed­nak na­dal grozi nam nie­bez­pie­czeń­stwo, że ist­nieć będzie jako ocza­ro­wa­nie. Zwłasz­cza wów­czas, gdy się nam wydaje, że od teraz już nie damy się ocza­ro­wać, albo wyra­ża­jąc to pozy­tyw­niej, gdy myślimy, że roz­po­zna­li­śmy prawdę. A więc na czym polega ta zwod­ni­czość? Prawda i złu­dze­nie mają wię­cej do czy­nie­nia z myślami o jakiejś rze­czy niż z doświad­cza­niem tej rze­czy.

I co teraz? Pisa­nie książki o roz­cza­ro­wa­niach ozna­cza­łoby snu­cie dal­szych myśli na temat myśli roz­cza­ro­wa­nie i odnie­sie­nie samej myśli roz­cza­ro­wa­nie do pew­nych doświad­czeń. Ale jak w tym kon­tek­ście zakla­sy­fi­ko­wać doświad­cze­nia? Doświad­cze­nia -?i mam nadzieję, że się ze mną zgo­dzi­cie -?nie są już żywe. One już minęły i znaj­dują się, mniej lub bar­dziej aktyw­nie, tylko w postaci wspo­mnień w naszym mózgu i ciele. Jed­nak są one obecne i mogą zostać obu­dzone przez okre­ślone słowa i wyda­rze­nia. Ina­czej rzecz ujmu­jąc: doświad­cze­nia nie mogą co prawda zostać zastą­pione przez słowa i myśli, ale mogą dotrzeć do naszej aktyw­nej świa­do­mo­ści przez zręcz­nie dobrane słowa, wła­śnie przez coś, co sły­szymy lub czy­tamy. I to już jest coś, co może nawet uspra­wie­dli­wia­łoby książkę na ten temat.

A więc co robić? Pisać książkę i tym samym pro­du­ko­wać myśli, które zawsze nie­bez­piecz­nie zbli­żają się do ewen­tu­al­nego ocza­ro­wa­nia? Albo nic nie pisać, co jed­nak ozna­cza­łoby uni­ka­nie myśli i trak­to­wa­nie ich z gruntu jako mniej war­to­ścio­wych? W krę­gach zen głosi się to aż nadto chęt­nie, co jed­nak pra­wie nikomu nie prze­szka­dza w wygła­sza­niu dłu­gich wykła­dów i pisa­niu wielu ksią­żek.

A ponie­waż trzy­masz moją książkę w rękach, więc wiesz, dla­czego się zde­cy­do­wa­łem i co zro­bi­łem. Jestem uważny wobec myśli i odno­szę je do sze­regu naby­tych doświad­czeń. Pej­zaże i obrazy, które przy tym powstają, mogą -?w swo­isty dla cie­bie spo­sób -?roz­bły­snąć powtór­nie i na nowo. Nie­które obrazy języ­kowe może wyda­dzą ci się obce. Ale kilka będzie tak dobrze zna­nych, że w trak­cie lek­tury zauwa­żysz, jaką siłę posia­dają nie­które słowa, żeby dawno minione prze­ży­cie zmie­nić w świa­dome doświad­cze­nie. To może być cał­kiem przy­jemne. W każ­dym razie życzę ci tego.

Zen, w postaci, jaką dziś prak­ty­ku­jemy, ist­nieje od około 1500 lat. Zen jest dzi­siaj obecne na wszyst­kich kon­ty­nen­tach.

Weszło do języ­ków i kul­tur, z któ­rymi się zetknęło. Przy­jęło zwy­czaje i prze­kształ­ciło je w rytu­ały, żeby dosto­so­wać prak­tykę do zasta­nej codzien­no­ści. Robi to do dzi­siaj i miejmy nadzieję także w odle­głej przy­szło­ści. Nie­za­leż­nie od tego, jak zen się roz­wi­jało: Sam rdzeń się nie zmie­nił.

Dla­tego pisząc dziś w Euro­pie o zen, nie mówię w grun­cie rze­czy nic nowego. Ale na pewno jedno czy dru­gie sfor­mu­ło­wa­nie lub per­spek­tywa są nowe.

Czytanie i doświadczanie

A ponie­waż, jeśli cho­dzi o zen, tak naprawdę nie ma nic nowego do powie­dze­nia, ta książka jest napi­sana jak spi­rala, a nawet labi­rynt. Krąży cią­gle tylko wokół jed­nego, oczy­wi­ście nie uchwy­tu­jąc go ani w żad­nym sen­sie nie osią­ga­jąc, co jest rów­nież zro­zu­miałe. Ale krąży też cią­gle wokół cze­goś dru­giego, a mia­no­wi­cie wokół nas i tego, co to ozna­cza. Takie pisa­nie jest rodza­jem medy­ta­cji, ponie­waż za pomocą powta­rza­ją­cych się słów i obra­zów języ­ko­wych chce nieco dłu­żej i dokład­niej oddać się obser­wa­cji. Jest to rów­nież pewien rodzaj samo­dy­scy­pliny w podwój­nym zna­cze­niu. Z jed­nej strony nie jest to pisa­nie o czymś, ale wpro­wa­dza­nie do języka i uświa­da­mia­nie sobie tego, co się zeń wyła­nia. Z dru­giej strony jest to ćwi­cze­nie, czyli dys­cy­pli­no­wa­nie się do dłuż­szego prze­by­wa­nia z czymś, by móc to opi­sać obszer­niej.

Jest to rów­nież zapro­sze­nie dla cie­bie do czy­ta­nia w ten sam spo­sób, dla­tego zwróć uwagę na to, jak sam doświad­czasz i jak inter­pre­tu­jesz - T0.

W tej książce znaj­dziesz nie­wiele cyta­tów, a jeśli już, to są one zapi­sane kur­sywą. Podob­nie jak słowa, które wyma­gają szcze­gól­nej uwagi i nie chcą być czy­tane jako samo-zro­zu­miałe -?ze względu na ich inter­pre­ta­cję i dzia­ła­nie.

Aromat rozczarowania

Wycho­dzę z zało­że­nia, że każdy z nas wie­lo­krot­nie w ciągu mie­siąca używa słowa "roz­cza­ro­wa­nie": naj­czę­ściej żeby opi­sać przy­ja­ciółce lub przy­ja­cie­lowi, jak źle się aku­rat miewa. Ale nawet jeśli nie możemy albo nie chcemy nikomu tego opo­wie­dzieć, jeste­śmy po pro­stu roz­cza­ro­wani, gdy... No wła­śnie, gdy co się dzieje?

Odpo­wiedź na to pyta­nie wydaje się nam wszyst­kim oczy­wi­sta i jasna: Jeste­śmy roz­cza­ro­wani, gdy to, czego ocze­ki­wa­li­śmy, co zakła­da­li­śmy lub na co mie­li­śmy nadzieję, wcale nie toczy się w taki spo­sób.

Takie wyja­śnie­nie mogłoby zado­wo­lić więk­szość z nas, ponie­waż mamy skłon­ność, żeby moż­li­wie szybko szu­kać tak zwa­nych roz­wią­zań dla stanu roz­cza­ro­wa­nia. Poszu­ki­wa­nie takich roz­wią­zań zaj­muje nam pra­wie całe życie. W każ­dym razie daje zaję­cie całej masie dorad­ców, tera­peu­tów, coachów i oczy­wi­ście także part­ne­rów, przy­ja­ciół i zna­jo­mych, któ­rzy powinni nie­złom­nie stać przy nas w chwi­lach naj­więk­szych roz­cza­ro­wań, tak żeby sami nie stali się dla nas powo­dem roz­cza­ro­wa­nia. Ale do tej sprawy jesz­cze powró­cimy tro­chę póź­niej nieco obszer­niej.

Pragmatycy: Rozczarowanie jako strata czasu

Jeśli cho­dzi o spo­sób radze­nia sobie z roz­cza­ro­wa­niami, dzie­limy się na prag­ma­ty­ków i ide­ali­stów. Do pierw­szej grupy zali­czamy się lub jeste­śmy zali­czani przez innych wtedy, gdy nie szu­kamy zbyt długo przy­czyn i powo­dów naszych roz­cza­ro­wań, a więc nie ana­li­zu­jemy ich w nie­skoń­czo­ność i nad wyraz dro­bia­zgowo, lecz tak szybko, jak to moż­liwe, szu­kamy dróg, żeby zosta­wić za sobą stan roz­cza­ro­wa­nia. W życiu i w dzia­ła­niu jeste­śmy zorien­to­wani na roz­wią­za­nia. Roz­cza­ro­wa­nia co prawda należą do życia, ale w końcu umoż­li­wiają czło­wie­kowi wzrost, roz­wój i sta­wa­nie się lep­szym niż przed sta­nem, który dopro­wa­dził do rze­czo­nego roz­cza­ro­wa­nia. Takie przy­naj­mniej są nasze wyja­śnie­nia.

Ale to zna­czy, że rozu­miemy życie jako model suk­cesu i nawet wtedy ucho­dzimy za ludzi suk­cesu, gdy się nam uda moż­li­wie czę­sto i moż­li­wie długo nie musieć prze­ży­wać roz­cza­ro­wań. Wszystko zgod­nie z pla­nem, jak powiada znana dewiza. W życiu codzien­nym ozna­cza to, że udaje się nam kształ­to­wać sie­bie oraz nasze zawo­dowe i pry­watne oto­cze­nie w taki spo­sób, jaki uwa­żamy za dobry i wła­ściwy.

Idealiści: nigdy więcej rozczarowań -?dla wszystkich!

Zali­czamy się do kręgu ide­ali­stów, gdy jeste­śmy prze­ko­nani, że wiemy, jak doszło do roz­cza­ro­wa­nia i jak możemy unik­nąć dal­szych roz­cza­ro­wań. Tę wie­dzę, jak być nie powinno, mamy oczy­wi­ście zawsze post fac­tum: to łączy nas z prag­ma­ty­kami. Gene­ral­nie wiemy rów­nież, jak wszystko mogłoby lepiej wyglą­dać. Gdyby wresz­cie wszy­scy inni byli też w sta­nie zro­zu­mieć, co my już dawno poję­li­śmy, a mia­no­wi­cie: gdyby wszy­scy byli bar­dziej udu­cho­wieni (tylko jako przy­kład na wszyst­kie inne środki ulep­sza­jące świat), wtedy świat siłą rze­czy byłby lep­szy, niż jest teraz. A to, że teraz wła­śnie świat jest szcze­gól­nie okropny -?tak argu­men­tują ide­ali­ści w każ­dym dowol­nie wybra­nym momen­cie histo­rii świata -?jest dla wszyst­kich chyba oczy­wi­ste i tym samym obiek­tyw­nie jasne.

Jasne jest też, że na obrze­żach obu grup ist­nieją orto­dok­syjne kręgi: typ fun­da­men­ta­li­stów, repre­zen­tan­tów czy­stej teo­rii.

Jasne jest rów­nież, że więk­szość z nas lokuje się gdzieś pośrodku. Chcemy zro­zu­mieć, dla­czego wciąż na nowo prze­ży­wamy roz­cza­ro­wa­nia, albo­wiem ta wie­dza służy nam do uni­ka­nia w przy­szło­ści tych roz­cza­ro­wań i do bycia szczę­śliw­szym. A nawet jeśli nie zawsze szczę­ście jest nam pisane (więk­szość z nas już prze­cież miała dosta­tecz­nie dużo doświad­czeń życio­wych), wtedy wie­dza ta pomaga nam zarówno oso­bi­ście, jak i zawo­dowo zor­ga­ni­zo­wać się i tak się usta­wić, żeby oszczę­dzić nam przy­naj­mniej tych naj­więk­szych roz­cza­ro­wań.

Bycie szczę­śli­wym w tym kon­tek­ście ozna­cza więc: Wszystko układa się lepiej, niż myśle­li­śmy. Bycie zado­wo­lo­nym zaś ozna­cza: wszystko układa się tak, jak myśle­li­śmy i pla­no­wa­li­śmy. Bycie roz­cza­ro­wa­nym ozna­cza: nic nie układa się lepiej, niż myśle­li­śmy, lecz po pro­stu zupeł­nie ina­czej. "Ina­czej" natu­ral­nie ozna­cza tutaj "źle" i natych­miast przy­cho­dzi roz­cza­ro­wa­nie.

Skąd się bierze zła sława, jaką cieszy się rozczarowanie?

Przyj­rzyjmy się nieco dokład­niej zja­wi­sku "roz­cza­ro­wa­nia" i pro­ce­sowi, który do roz­cza­ro­wań pro­wa­dzi. Już samo zna­cze­nie tego słowa jest nad­zwy­czaj inte­re­su­jące. Roz­łóżmy to słowo na czę­ści: roz-cza­ro­wa­nie. Cho­dzi więc o to, że ktoś naj­pierw łudził się i był ocza­ro­wany (albo dał się zacza­ro­wać), a teraz już nie jest: Wła­ści­wie to dziwne, że zakoń­cze­nie fał­szy­wego widze­nia stanu rze­czy oce­niamy tak nega­tyw­nie i ze wszyst­kich sił sta­ramy się unik­nąć roz­cza­ro­wa­nia. Skoro nie chcemy być roz­cza­ro­wani, zatem chcemy na­dal być ocza­ro­wani, chcemy łudzić się i też na przy­szłość takimi pozo­stać. Naj­póź­niej w tym momen­cie powinny się roz­lec wszyst­kie dzwonki alar­mowe.

Oczy­wi­ście wcale nie chcemy się łudzić ani być łudzeni. Chcemy doświad­czyć prze­cież prawdy. Chcemy myśleć, dzia­łać i mówić prawdę. Wielu z nas wal­czy o prawdę, a nie­któ­rzy w prze­szło­ści, i nie­stety także współ­cze­śnie, oddali swoje życie za prawdę. Histo­rię ludz­ko­ści można by bez wąt­pie­nia roz­pa­try­wać jako histo­rię walki i sta­ra­nia o to, co w danym cza­sie ucho­dziło za prawdę. Złu­dze­nie, ilu­zja, ocza­ro­wa­nie jest rodza­jem kłam­stwa i dla­tego abso­lut­nie nie do zaak­cep­to­wa­nia, lecz do zwal­cza­nia. Jak dotąd wszystko pięk­nie i ład­nie.

Złudzenie ma coś wspólnego z prawdą. Ale co?

Ude­rza­jące jest to, że być może nie ma jed­nej jedy­nej prawdy i tym samym chyba także złu­dze­nia i ocza­ro­wa­nia. Innymi słowy, już sam fakt, że po dzień dzi­siej­szy czę­sto wal­czymy prze­ciwko innym o prawdę, poka­zuje dosyć jed­no­znacz­nie, że musi ist­nieć chyba wiele prawd. Ist­nieją one jedna po dru­giej albo jedna obok dru­giej, cza­sami też prze­mie­szane ze sobą. Poszcze­gólne osoby, jak rów­nież grupy, reli­gie, narody, pań­stwa i par­tie -?żeby wymie­nić tylko nie­któ­rych akto­rów walki o prawdę -?wydają się posia­dać jed­no­cze­śnie różne prawdy, które otrzy­mały lub które ucie­le­śniają. I prawdy te nie dadzą się pogo­dzić z praw­dami innych osób lub grup. Co wię­cej: wal­czący o prawdę czuli się i na­dal jesz­cze czują upraw­nieni do tego, żeby w imię wła­snej prawdy uwa­żać ina­czej myślą­cych za ule­ga­ją­cych złu­dze­niu i ilu­zji. Nie­rzadko pro­wa­dzi to do depre­cjo­no­wa­nia ludzi jako mało war­to­ścio­wych. W naj­gor­szym przy­padku odbiera się nawet prawo do życia ludziom ina­czej myślą­cym.

Kto się rozczarowuje? Poszukiwanie Ja rozpoczyna się

W dotych­cza­so­wym spo­so­bie roz­wa­żań inte­re­su­jący jest fakt, że przy wszyst­kich opi­sach wycho­dzimy zawsze z zało­że­nia, że Ja ist­nieje już przed myślami i nie­za­leż­nie od nich. Roz­my­ślamy o naj­róż­niej­szych rze­czach, ale nie o tym, kto jest prze­ko­nany, że myśli. Zasta­na­wiamy się, jak może docho­dzić do ocza­ro­wa­nia i roz­cza­ro­wa­nia, ale nie kim jest ten, kto może zostać ocza­ro­wany i roz­cza­ro­wany.

Ja to Ja, takie jest pod­sta­wowe zało­że­nie. Tak, oczy­wi­ście trzeba się z tym zgo­dzić. Jed­nakże musimy sobie uświa­do­mić, że to pod­sta­wowe zało­że­nie nie odpo­wiada na pyta­nie "kim jestem?", ba, nawet nie sta­wia tego pyta­nia.

Musimy sobie zadać to jedno z naj­bar­dziej pod­sta­wo­wych pytań, jakie czło­wiek w ogóle może posta­wić: Kim jestem?

I co się teraz dzieje? Zasta­na­wiamy się, krótko lub długo, nad wła­ściwą odpo­wie­dzią. I nawet nie zauwa­żamy, jak rusza maszyna myśle­nia. I cóż ona robi? Myśli. Tylko to potrafi robić, nie­za­leż­nie od tego, jaki będzie rezul­tat. Ty albo ja odpo­wiemy na to pyta­nie za pomocą myśli i będziemy przy tym głę­boko prze­ko­nani, że opi­su­jemy coś ist­nie­ją­cego: nasze Ja. To, co nam zupeł­nie umyka, to fakt, że wedle wszel­kiego praw­do­po­do­bień­stwa nie opi­su­jemy żad­nego Ja, lecz kreu­jemy nasze Ja. To ogromna róż­nica i ni­gdy nie jest dość, żeby ją stale pod­kre­ślać.

Jak docho­dzi do tego, że w naj­waż­niej­szej chyba kwe­stii, mia­no­wi­cie pyta­niu o nas samych, ule­gamy takiemu złu­dze­niu? Bie­rze się to przy­pusz­czal­nie stąd, że szyb­kość, z jaką docho­dzi do iden­ty­fi­ka­cji z okre­ślo­nymi myślami i wyobra­że­niami, jest tak wielka (ułamki sekund!), że one same nie stają się już przed­mio­tem myśle­nia. Ina­czej for­mu­łu­jąc, cią­gle powta­rzany pro­ces myśle­nia okre­ślo­nych myśli wytwa­rza nie tylko kon­kretne histo­rie, lecz także toż­sa­mość. A ta toż­sa­mość sama sie­bie supo­nuje, wciąż od nowa sie­bie myśląc.

Nasze Ja powstaje w trakcie myślenia

Być może teraz lepiej rozu­miesz, dla­czego myślimy nie­omal bez prze­rwy. Nie robimy tego dla­tego, że mamy tak wiele pro­ble­mów, które koniecz­nie muszą zostać prze­my­ślane. By­naj­mniej. Myślimy, żeby być. Albo­wiem tylko myśląc, jeste­śmy naszym Ja. Ptak, który wie, że śpiewa, i który wie, że śpiewa jak ptak, jest ludz­kim Ja. Kiedy nie myśli sie­bie, wtedy go nie ma.

Dla­tego Ja ni­gdy nie jest warun­kiem myśle­nia, lecz jego pierw­szym i bez­po­śred­nim rezul­ta­tem myśle­nia. I w ogóle nie cho­dzi o to, jakie to myśli. Czy są one mądre, szla­chetne i moral­nie bez zarzutu, czy raczej głu­pie, nie­lo­giczne i nik­czemne, wszyst­kie one są po pro­stu myślami i wytwa­rzają odpo­wia­da­jące im poczu­cie Ja, czy to się nam podoba, czy nie.

W tym kon­tek­ście trafna jest obser­wa­cja, wedle któ­rej myśli mogą kre­ować rze­czy­wi­stość. Tak, z tego punktu widze­nia każdy z nas jest żywym przy­kła­dem takiej rze­czy­wi­sto­ści. Tylko ta rze­czy­wi­stość jest abso­lut­nie iden­tyczna z tym, co je wytwa­rza i pod­trzy­muje. A cóż ona wytwa­rza? Są to myśli ukła­da­jące się w jakąś histo­rię.

A więc Ja jest histo­rią, wyobra­że­niem wła­śnie. I chyba nie zawsze posiada ona jakość, którą koniecz­nie trzeba cią­gle prze­ży­wać i nad którą warto się też zasta­no­wić, zanim ją narzu­cimy innym.

Czy to, co powie­dzia­łem, roz­cza­ro­wuje cię tro­chę? Mam nadzieję, że tak. Ponie­waż pierw­sze i być może naj­bar­dziej fun­da­men­talne ocza­ro­wa­nie polega wła­śnie na tym, że łudzimy się na temat sie­bie samych, zakła­da­jąc, że nasze wła­sne Ja jest trwałe, istotne, ba, "pod­mio­towe". Nie­ustan­nie wie­rzymy, że jeste­śmy tak ważni, że wyno­simy się nawet ponad śmierć i uwa­żamy, że się ponow­nie naro­dzimy lub tra­fimy do nieba, gdzie żyć będziemy wiecz­nie. A nawet wtedy, gdyby nie udało się tra­fić do nieba, będzie na nas cze­kać pie­kło albo czy­ściec lub jakieś mniej przy­jemne ponowne naro­dziny. W każ­dym razie dla każ­dego coś miłego. Ale naj­waż­niej­sze prze­sła­nie wszyst­kich tych supo­zy­cji brzmi, że Ja będzie na­dal ist­niało, ba, że będzie wieczne. I to jest chyba powód, dla któ­rego te wyobra­że­nia wciąż jesz­cze są tak powszechne i tak chęt­nie żywione.

I oto w samym środku tych powszech­nie snu­tych histo­rii naszego Ja oka­zuje się, że wszystko to, w co wie­rzymy, jest tylko wymy­ślone i wyobra­żone. I to jest wła­śnie roz­cza­ro­wa­nie! A może nawet zen?

Rozczarowanie jako gra myśli: Warto się przyjrzeć dokładniej

Nie­stety muszę cię w tym miej­scu roz­cza­ro­wać. To, co powie­dzia­łem dotych­czas, nie jest żad­nym roz­cza­ro­wa­niem. Dla­czego nie? Otóż jeśli możesz zgo­dzić się w dużej mie­rze z dotych­czasowymi wywo­dami, cze­góż rze­czy­wi­ście nowego się dowie­dzia­łeś?

W trak­cie czy­ta­nia już prze­cze­sa­łeś moją histo­rię swo­imi myślami. Stop! Z przy­zwy­cza­je­nia zwra­cam się do cie­bie w dru­giej oso­bie i zakła­dam, że ty i ja to osoby. Ale jeśli zga­dza się to, co powy­żej napi­sa­łem, to nie cał­kiem wła­ściwe jest tak mówić. Jaką mam alter­na­tywę? Czy powi­nie­nem raczej powie­dzieć: twój mózg w trak­cie czy­ta­nia porów­nuje to, co prze­czy­tał, ze wszyst­kimi zgro­ma­dzo­nymi wyobra­że­niami i zależ­nie od tego, co zgro­ma­dził, docho­dzi do koń­co­wego sądu? Ale nawet tutaj zauwa­żasz, że gdy pró­buję unik­nąć języ­kowo zaimka oso­bo­wego i zamiast ty uży­wam okre­śleń "twój mózg" lub "twoja świa­do­mość", zaimek oso­bowy cią­gle się wkrada, ponie­waż mam na myśli "twój" mózg, a nie jakiś inny. Czy to nie ozna­cza, że ist­nieje coś takiego jak Ja? Tak. Ja ist­nieje, ale nie takie, które myśli, lecz takie, które ist­nieje dzięki zdol­no­ści świa­do­mo­ści do myśle­nia i dzięki zdol­no­ści iden­ty­fi­ko­wa­nia się z kil­koma myślami przez całe życie. Dal­szy rezul­tat tych obser­wa­cji mógłby cię także roz­cza­ro­wać. Ponie­waż jeśli te obser­wa­cje są trafne, wtedy ozna­cza to, że nie myślę tak długo, jak długo pozo­staję przy życiu, lecz że tak długo żyję, jak długo mogę myśleć. To odwró­ce­nie ma swój cię­żar. Odwraca bowiem nie tylko tra­dy­cyjne rozu­mie­nie Ja, lecz także rozu­mie­nie śmierci. Ale roz­pa­trzymy to ponow­nie nieco póź­niej i nieco głę­biej.

Ale teraz wróćmy do roz­cza­ro­wa­nia. Dla­czego to, co powie­dzie­li­śmy dotych­czas, nie jest rze­czy­wi­stym roz­cza­ro­wa­niem? Ponie­waż to, co mówię, to są myśli, a twoja zgoda (albo odrzu­ce­nie) rów­nież ma cha­rak­ter myślowy. Moje myśli zga­dzają się albo nie z myślami, które ty żywisz. Ale co jest rze­czy­wi­ste? Kim jestem rze­czy­wi­ście? Czy myśli -?nie­ważne, jak bar­dzo pre­cy­zyjne -?mogą kie­dy­kol­wiek zgłę­bić, zro­zu­mieć lub wyra­zić rze­czy­wi­stość? Nie naprawdę. Czu­jąc pra­gnie­nie, możesz pomy­śleć o szklance wody, ale ta myśl nie ugasi two­jego pra­gnie­nia. Ale słowa i myśli są czę­sto uży­teczne, ponie­waż możesz zamó­wić szklankę wody i zało­żyć, że obsługa w restau­ra­cji przy­nie­sie ci szklankę wody, a nie parę butów.

Rozczarowanie ma więcej wspólnego z myślami niż z rzeczywistością

Roz­cza­ro­wa­nie, jakie możesz prze­ży­wać, jest przede wszyst­kim myślo­wej natury. Twoje myśli nie zga­dzają się z moimi lub odwrot­nie. To jest to, co się naj­pierw dzieje, i nic wię­cej. Jesteś roz­cza­ro­wany, ponie­waż myśla­łeś, że nasze Ja jest czymś wię­cej niż wytwo­rem sze­regu myśli. Albo jesteś roz­cza­ro­wany, ponie­waż ocze­ki­wa­łeś innej argu­men­ta­cji lub spo­sób, w jaki piszę, nie jest taki, jakiego ocze­ki­wa­łeś. Jak­kol­wiek by było, nie zosta­li­śmy utwier­dzeni w swo­ich ocze­ki­wa­niach i w zwią­za­nych z tym przy­zwy­cza­je­niach i nazy­wamy ten stan "roz­cza­ro­wa­niem". Przy tym wcale jesz­cze nie opu­ści­li­śmy świata myśli i tym samym świata wyobra­żeń i opo­wie­ści. Co wię­cej, nie jeste­śmy świa­domi, że poru­szamy się wyłącz­nie w nich wła­śnie.

Wolimy tylko jakąś inną histo­rię lub zga­dzamy się z przed­sta­wioną tutaj. Na razie to wszystko. Ale żeby doświad­czyć myśli jako myśli, nie potrzeba żad­nych dal­szych myśli. A więc myślimy o zen i przy­go­to­wu­jemy następne roz­cza­ro­wa­nie.