p
Bycie rozczarowanym: między pragnieniem a rzeczywistością
Rozczarowanie, o które mi chodzi i które naprawdę zasługuje na to miano,
pojawia się dopiero wtedy, gdy nie tylko sobie myślimy o tym, czym
jesteśmy lub nie jesteśmy, lecz bezpośrednio tego doświadczamy.
Doświadczenie, jak je rozumiem w tym kontekście, jest wydarzeniem, w którym Ja nie tylko jest pomyślane jako pomyślane i wyobrażone, lecz
także doświadczane. Oczywiście trafny jest zarzut, że to, co pomyślane,
jest również formą doświadczenia, i trzeba się na razie z tym zgodzić.
Ale to, o co mi chodzi, to rzecz następująca: jeśli chcemy doświadczyć
Ja, musimy sobie uświadomić nasz stan-nie-Ja. Dzięki temu możemy
stwierdzić, że Ja jest konstruowane podczas myślenia, na podobieństwo
spontanicznego doświadczenia, które przebiega zależnie od sytuacji i zależnie od wielu czynników.
Czy pustka musi być zawsze niedostatkiem?
Tylko wychodząc ze stanu nie-myślenia, doświadczamy myślenia jako tego,
czym ono jest, a mianowicie myśleniem. I przeżywamy ponadto, że stan
nie-myślenia jest stanem absolutnie bez-Ja, właśnie dlatego, że nie ma
żadnych myśli, za pomocą których Ja mogłoby się utworzyć. Jest to stan
nicości, nie-coś, w zen często określany jako pustka.
"Pustka" jest słowem, które wywołuje w nas najczęściej nieprzyjemne
skojarzenia. Gdy mówimy o pustce, mamy na myśli często brak czegoś,
nieobecność lub niedostatek. Ale pustki można też doświadczyć zupełnie
inaczej, gdy jest doświadczana. To, co normalnie określamy jako
nieobecność i niedostatek, nie jest doświadczeniem pustki, lecz lękiem,
który się w nas pojawia, gdy rezygnujemy ze zwyczajowych myśli i wyobrażeń. Ten strach wyłania się, gdy sobie wyobrazimy, że to, co teraz
pojawia się tak całkiem materialnie przed nami, znika.
A więc również tutaj obowiązuje to samo: pustka i forma, Ja i nie-Ja
są dla nas tylko przeciwstawnymi myślami i wyobrażeniami. Nie więcej.
Niestety.
Zróbmy jeszcze jeden krok. Grzęźniemy jeszcze bardziej w tym, czym jest
rozczarowanie. Rozczarowanie jest dla nas doświadczeniem, dzięki któremu
żywo przekonujemy się, że to, co jest, właśnie jest tylko tym, co jest,
i nie tym, co myśleliśmy. Ni mniej, ni więcej.
Na pierwszy rzut oka brzmi to banalnie i tautologicznie. Ale jeśli
przyjrzymy się temu dokładniej, wtedy wygląda to jak odkrycie. Oznacza
to bowiem raz na zawsze, że myśli są tylko myślami. Ale to oznacza
również, że w końcu możemy doświadczyć tego, czym jest Ja. To
doświadczenie można opisać jako doświadczenie bardzo złożonej
dynamicznej formy wyobrażeń pozbawionych indywidualnego rdzenia, który
byłby stabilny i odporny na zmiany. Nic może się ponownie odrodzić lub
przejść w inne, doskonalsze sposoby istnienia. Doświadczamy, że
wszystko, absolutnie wszystko, a więc także to, co jest dla nas
najbliższe i najważniejsze, a mianowicie nasze Ja, jest w sobie puste.
Ta pustka jest, a my jesteśmy jej świadomi i dzięki niej również
wszystkich innych zjawisk, i to w tym samym momencie.
Czy to jest rozczarowanie, czy zen? Poczekajmy jeszcze trochę.
Pustka jako rozczarowanie: nie chcieć nic wymienić -?mimo gwarancji wymiany
Jeśli powyższe twierdzenia są chociaż w połowie zrozumiałe i przede
wszystkim dają się doświadczyć, to wniosek z nich płynący, że istnieje
pustka, jest wewnętrznie sprzecznym ukoronowaniem wszystkiego.
Ale dopiero od pewnego wieku, niezależnie od praktykowania zen, możemy
się chyba zgodzić z faktem, że: najczęściej wtedy robi się paradoksalnie
i wewnętrznie sprzecznie, gdy chcemy się zbliżyć do rzeczywistości.
Jeśli natomiast jest logicznie i przekonująco, wtedy nie jest to błędne,
ale przypuszczalnie tylko pomyślane i wyobrażone i właśnie nie całkiem
rzeczywiste.
A więc istnieje rzeczywistość, którą można określić jako pustka. To
jednak coś innego niż twierdzenie, że istnieje coś takiego jak pustka.
Istnieje pewien stan, który można określić jako Ja, ale również to
twierdzenie jest czymś innym niż automatyczne wychodzenie od tego, że
istnieje Ja i że Ja jest istotne i w sobie tak stabilne, że mogłoby
być punktem wyjścia wszystkich doświadczeń i wglądów.
Czy sprawa z pustką mieści się nam jakoś w głowie i czy potrafimy ją
rzeczywiście pomyśleć? Tak, pomyśleć to jakoś już potrafimy. Ponieważ
gdy pada jakieś słowo, to wtedy nasz mentalny duch natychmiast sięga do
wspomnień i wyciąga stamtąd obrazy przeszłych wydarzeń, które są już
związane z wypowiadanym słowem. Przebiega to szybko i rozgrywa się
nieświadomie.
Wyobraź sobie: byłeś przed laty w Rzymie i podczas audiencji zostałeś
okradziony w tłumie ludzi na placu św. Piotra. Do kłopotów, które coś
takiego powoduje, doszło jeszcze zatrucie pokarmowe, a hotel, mimo
pięknych zdjęć w internecie, okazał się ruderą. Jeśli dziś ktoś
zaproponuje ci wyjazd do Rzymu, to nie zapobiegniesz temu, żeby się nie
uaktywniły przeszłe doświadczenia. Jest bardzo prawdopodobne, że nie
podejmiesz ponownej podróży, chociaż istnieje bardzo wysokie
prawdopodobieństwo, że tym razem może być zupełnie inaczej. Jeśli
natomiast nie byłeś nigdy w Rzymie, wtedy twoja decyzja, żeby tam
pojechać, zależy od tego, czy twoje wyobrażenie na temat Rzymu zgadza
się z tym, co zapisałeś jako piękne, dobre lub ważne. Oczywiście inni
ludzie, którzy wiedzą, co dla ciebie jest ważne, mogą tak przedstawić
podróż do Rzymu, że twoje wyobrażenia zostaną właściwie obsłużone.
Wszystko to dzieje się w obrazach i w wyobrażeniach i oczywiście przed
podróżą. Na miejscu potem wszystko jest, jakie jest, i rzadko takie, jak
sobie wyobrażaliśmy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Wstęp do wydania polskiego
Chociaż minęło już kilkadziesiąt lat, nadal czuję w sobie dostęp do
emocji związanych z atmosferą Górnego Śląska późnych lat
siedemdziesiątych. Było to wrażenie życia w zaciśniętym imadle, którego
jedna strona była szarą wydmuszką socjalizmu, a druga -?pracą w metafizycznym kamieniołomie katolicyzmu w polskim wydaniu. Wiem, że
upraszczam, ale właśnie ten codziennie wówczas odczuwany zacisk był na
tyle silny, że podjąłem decyzję o wyskoczeniu z niego. Przekonałem Mamę,
abyśmy z następnych wakacji "na Zachodzie" nie wrócili już do Polski.
Wbrew pozorom nie byłem nastolatkiem silnie oczarowanym Zachodem,
ponieważ miałem, jeżeli chodzi o materialne możliwości, dosyć luksusowe
dzieciństwo. Byłem natomiast mocno rozczarowany moją dotychczasową
intelektualno-duchową codziennością. Podobnie jak wiele osób z mojego
otoczenia, odkrywałem w sobie szereg bardzo podstawowych pytań. Pytań
nie o kierunek własnego dalszego życia, już dojrzałego, ale przede
wszystkim o to, kim ja w ogóle jestem i jaki sens ma to życie.
Chociaż te pytania nie brzmią zbyt oryginalnie i większość moich
rozmówców z okresu młodości też się o nie otarła, to jednak rosło we
mnie rozczarowanie. Byłem rozczarowany faktem, że nie mogłem znaleźć
przestrzeni życiowej, aby należycie zająć się tymi właśnie pytaniami.
Więcej: polska rzeczywistość tamtych lat, jak i późniejszy "zachodni"
sposób na życie, tylko na pierwszy rzut oka sugerowały konkretne
odpowiedzi. To "zachodnie" spojrzenie, z tamtejszej polskiej
perspektywy, prezentowało się na pierwszy rzut oka lepiej.
Większa wolność osobista i związane z nią liczne możliwości
ukierunkowania własnego życia nie okazały się niestety wystarczającą
odpowiedzią na dręczące mnie pytania. Zachodni sposób życia szybko
okazał się dla mnie jeszcze bardziej wyrafinowanym imadłem. W Polsce
tamtych lat łatwo było zostać przy wersji, że to tylko przedawnione
struktury władzy i wiedzy tym imadłem kręcą. Łatwo było żyć złudzeniem,
że "Zachód" ich po prostu nie ma. Rozczarowanie było więc dla mnie o tyle dotkliwsze, że bardzo wyraźnie zobaczyłem, że nie ma na kogo
zrzucić odpowiedzialności za poczucie bycia zaciśniętym w imadle,
ponieważ okazuje się, że to my sami jesteśmy zarówno tymi, którzy
cierpią ucisk, jak i tymi, którzy go tworzą i pogłębiają.
Jeszcze bardziej rozczarowująca dla mnie była -?i jest nadal -
świadomość, że wiele sposobów na życie, czyli systemów gospodarczych,
religijnych, politycznych, jak i duchowych, nie tylko nie odpowiada na
te podstawowe pytania. One je wręcz zagłuszają, sugerują jakże modną na
tę chwilę indywidualną odpowiedzialność za własny byt, omijając po raz
kolejny odpowiedź na pytanie, kim lub czym ten byt właściwie jest.
A więc na czym polega to rozczarowanie?
Dla mnie polega ono na jego przeciwności, a mianowicie na głębokiej
chęci czarowania się, bycia oczarowywanym. A skąd się bierze w nas ta
chęć do czarowania się? Uważam, że wywodzi się z naszego głębokiego lęku
przed niepoznawalną głębią życia. Innymi słowy: uciekamy w szybkie
indywidualne, jak i kolektywne narracje sugerujące odpowiedzi, bo chyba
nadal boimy się faktu, że tak naprawdę to tych odpowiedzi nie ma.
Przynajmniej nie w obiektywnym i ostatecznym sensie. A te, które są,
sami sobie dajemy i dlatego nie będą, bo po prostu nie mogą być, tak
naprawdę zadowalające.
W tym kontekście zen jest dla mnie zarówno osobiście, jak i historycznie
ciekawym fenomenem. Dlaczego? Ponieważ wbrew czarującym opiniom zarówno
o życiu, o nas samych, jak i o zen nie oferuje on żadnych odpowiedzi. W zamian usadawia nas -?i to dosłownie -?pośrodku cudu i tajemnicy bytu.
Zen oferuje przeżywanie tejże tajemnicy bez środków znieczulających,
czyli czarujących. Jest to obecność i bezpośredniość pośrodku cudu
życia.
Rozczarowujące? Proszę się przekonać, i to nie tylko podczas lektury tej
książki, ale przede wszystkim osobiście, przeżywając każdy moment.
Właśnie teraz.
Zurych, 18.07.2024
Krótkie wprowadzenie do bycia rozczarowanym
Gdy ktoś nam opowiada, że ona lub on czuje się rozczarowany jakąś osobą
lub jakimś wydarzeniem, wtedy zazwyczaj wiemy już w pierwszych słowach,
co dokładnie ten ktoś ma na myśli, i zastanawiamy się, czy w takiej
sytuacji również bylibyśmy rozczarowani. Zależnie od tego, jak nasz
wewnętrzny radar zakwalifikuje dane rozczarowanie, wyrażamy oburzenie,
nierzadko zaś niedowierzanie. Prawie w każdym przypadku reagujemy
zapewnieniami o współczuciu i próbujemy taką osobę pocieszyć. Albowiem w końcu -?tak myślimy -?nam również mogłoby się to samo przydarzyć. Wtedy
bylibyśmy tak samo rozczarowani. Wtedy też potrzebowalibyśmy kogoś, kto
by nas pocieszył. Ale -?rzecz jasna -?z pewnym ograniczeniem: Odkąd
bowiem jesteśmy na drodze zen, bywamy rzadziej rozczarowani -?musimy to
stanowczo stwierdzić. W końcu jesteśmy teraz bardziej uważni. A uważność
jest oczywiście pierwszym i preferowanym sposobem radzenia sobie z życiem. Ale przede wszystkim, i to jest nasz główny argument, bierzemy
życie takim, jakie ono jest. A nasz rozmówca najlepiej by zrobił, gdyby
postąpił tak samo.
Albowiem my, tak się o nas mówi, jesteśmy w zgodzie z życiem, takim,
jakie nas spotyka. I zanim się zorientujemy, tą deklaracją rozdaliśmy
karty do nowej gry: i nie zauważyliśmy, że przez to teraz to my trzymamy
w ręku "Czarnego Piotrusia" niemającego pary.
Być może taki sposób stawiania czoła rozczarowaniu nie jest ci obcy. Być
może nawet jest to sposób, w jaki mówisz do siebie, gdy życie się nie
układa. Ponieważ kiedy się nie układa tak, jak byśmy tego chcieli, dla
nas, ludzi duchowych, byłoby rzeczą wręcz niestosowną oskarżać
okoliczności. Nie przystoi obwiniać okoliczności o ten bałagan. Nie, to
byłoby zbyt prymitywne i zaprzeczałoby pierwszej zasadzie zen: Jest,
jak jest.
A więc nie pozostaje nam nic innego, jak ze skruchą -?chociaż nie bez
pewnej dumy -?wskazać na niedoskonałość naszej własnej praktyki zen. A rzekoma słabość tak zwanego -?albo jeszcze lepiej: samozwańczego -
duchowego człowieka polega na tym, że się nie jest albo jeszcze się nie
jest oświeconym w sposób doskonały. Ta argumentacja mogłaby nawet
przynieść pewną korzyść, gdyby nie miała w zanadrzu -?przynajmniej w większości przypadków -?jeszcze paru dalszych zdań, które brzmią mniej
więcej tak: Właściwie nie da się osiągnąć pełnej uważności, bo kto może
być uważny przez cały czas? My, oczywiście, nie, i tu odwołujemy się
do duchowych VIP-ów, których widzieliśmy, o których słyszeliśmy lub
których czytaliśmy. Wychodzimy, rzecz jasna, od istnienia takich
mistrzów, którzy są oczywiście wyjątkami i którzy już chyba takimi
pozostaną. Te rzadko spotykane pierwowzory są dla nas miarą, ponieważ
potrzebujemy punktów orientacyjnych. Potrzebujemy ich zwłaszcza wtedy,
gdy nasz cel jest niejasny i wydaje się nieomal nieosiągalny.
I w ten sposób wytwarzamy w sobie mniej lub bardziej uspokajające
uczucie, gdy oświadczamy: Wszystko może pozostać tak, jak jest. To
stwierdzenie rzeczywiście przynosi nam ulgę, przede wszystkim dlatego,
że bardzo zbliża się do akceptacji życia i, rzeczywiście, prawie wydaje
się zgadzać ze zdaniem: Jest, jak jest.
Ale tak się nam tylko wydaje. Dlaczego? Ponieważ cały czas obracamy się
w kręgu naszych wyobrażeń. Czy to źle? Nie. A więc co to jest?
Oczarowanie. Czy oczarowanie jest złe i nieduchowe? Nie. Oczarowanie
jest po prostu tylko oczarowaniem. A czym jest wtedy zen? Zen jest
deziluzją, roz-czarowaniem.
Taśma produkcyjna naszych myśli
Stop! Gdyby zen było po prostu tylko rozczarowaniem, przecież wtedy
byłoby znów czymś. Czymś, co byłoby przeciwieństwem oczarowania i iluzji: a więc czymś pozytywnym, ponieważ oczarowanie samo w sobie i iluzja są przecież czymś negatywnym.
Raz jeszcze: stop! Czy widzisz, jak bezustannie powstają myśl i jak
układają się w poglądy? A jeśli nie będziemy dostatecznie czujni,
wkrótce nasze myśli jako nieugięte przekonania lub niezłomne punkty
widzenia wyprą rzeczywistość. Ale nawet teraz, po tych wszystkich
stwierdzeniach, nasz zwinny umysł mógłby bez trudu do tego, co już
powiedzieliśmy, dodać nowe myśli, znaleźć przeciwieństwa lub ciągnąć
argumentację bez końca. Dlaczego? Ponieważ taka jest jego natura. Tak,
tak: nasz mózg produkuje myśli jak piekarz świeże bułki. Tak samo jak
sztuka pieczenia chleba, dzięki tysiącleciom nieustannej praktyki umysł
tak bardzo się udoskonalił, że już nawet tego nie zauważa. Przeciwnie!
Myśli wyskakują z naszych głów jak bułeczki z taśmy produkcyjnej w nowoczesnej megapiekarni. A wszystko to, zdaniem wielu, dzieje się
oczywiście dla naszego dobra i dobrego samopoczucia.
Oczarowanie może więc stać się roz-czarowaniem, jeśli będziemy gotowi,
żeby je rozpoznać jako oczarowanie. Jednak nadal grozi nam
niebezpieczeństwo, że istnieć będzie jako oczarowanie. Zwłaszcza
wówczas, gdy się nam wydaje, że od teraz już nie damy się oczarować,
albo wyrażając to pozytywniej, gdy myślimy, że rozpoznaliśmy prawdę. A więc na czym polega ta zwodniczość? Prawda i złudzenie mają więcej do
czynienia z myślami o jakiejś rzeczy niż z doświadczaniem tej rzeczy.
I co teraz? Pisanie książki o rozczarowaniach oznaczałoby snucie
dalszych myśli na temat myśli rozczarowanie i odniesienie samej myśli
rozczarowanie do pewnych doświadczeń. Ale jak w tym kontekście
zaklasyfikować doświadczenia? Doświadczenia -?i mam nadzieję, że się ze
mną zgodzicie -?nie są już żywe. One już minęły i znajdują się, mniej
lub bardziej aktywnie, tylko w postaci wspomnień w naszym mózgu i ciele.
Jednak są one obecne i mogą zostać obudzone przez określone słowa i wydarzenia. Inaczej rzecz ujmując: doświadczenia nie mogą co prawda
zostać zastąpione przez słowa i myśli, ale mogą dotrzeć do naszej
aktywnej świadomości przez zręcznie dobrane słowa, właśnie przez coś, co
słyszymy lub czytamy. I to już jest coś, co może nawet
usprawiedliwiałoby książkę na ten temat.
A więc co robić? Pisać książkę i tym samym produkować myśli, które
zawsze niebezpiecznie zbliżają się do ewentualnego oczarowania? Albo nic
nie pisać, co jednak oznaczałoby unikanie myśli i traktowanie ich z gruntu jako mniej wartościowych? W kręgach zen głosi się to aż nadto
chętnie, co jednak prawie nikomu nie przeszkadza w wygłaszaniu długich
wykładów i pisaniu wielu książek.
A ponieważ trzymasz moją książkę w rękach, więc wiesz, dlaczego się
zdecydowałem i co zrobiłem. Jestem uważny wobec myśli i odnoszę je do
szeregu nabytych doświadczeń. Pejzaże i obrazy, które przy tym powstają,
mogą -?w swoisty dla ciebie sposób -?rozbłysnąć powtórnie i na nowo.
Niektóre obrazy językowe może wydadzą ci się obce. Ale kilka będzie tak
dobrze znanych, że w trakcie lektury zauważysz, jaką siłę posiadają
niektóre słowa, żeby dawno minione przeżycie zmienić w świadome
doświadczenie. To może być całkiem przyjemne. W każdym razie życzę ci
tego.
Zen, w postaci, jaką dziś praktykujemy, istnieje od około 1500 lat. Zen
jest dzisiaj obecne na wszystkich kontynentach.
Weszło do języków i kultur, z którymi się zetknęło. Przyjęło zwyczaje i przekształciło je w rytuały, żeby dostosować praktykę do zastanej
codzienności. Robi to do dzisiaj i miejmy nadzieję także w odległej
przyszłości. Niezależnie od tego, jak zen się rozwijało: Sam rdzeń się
nie zmienił.
Dlatego pisząc dziś w Europie o zen, nie mówię w gruncie rzeczy nic
nowego. Ale na pewno jedno czy drugie sformułowanie lub perspektywa są
nowe.
Czytanie i doświadczanie
A ponieważ, jeśli chodzi o zen, tak naprawdę nie ma nic nowego do
powiedzenia, ta książka jest napisana jak spirala, a nawet labirynt.
Krąży ciągle tylko wokół jednego, oczywiście nie uchwytując go ani w żadnym sensie nie osiągając, co jest również zrozumiałe. Ale krąży też
ciągle wokół czegoś drugiego, a mianowicie wokół nas i tego, co to
oznacza. Takie pisanie jest rodzajem medytacji, ponieważ za pomocą
powtarzających się słów i obrazów językowych chce nieco dłużej i dokładniej oddać się obserwacji. Jest to również pewien rodzaj
samodyscypliny w podwójnym znaczeniu. Z jednej strony nie jest to
pisanie o czymś, ale wprowadzanie do języka i uświadamianie sobie tego,
co się zeń wyłania. Z drugiej strony jest to ćwiczenie, czyli
dyscyplinowanie się do dłuższego przebywania z czymś, by móc to opisać
obszerniej.
Jest to również zaproszenie dla ciebie do czytania w ten sam sposób,
dlatego zwróć uwagę na to, jak sam doświadczasz i jak interpretujesz -
T0.
W tej książce znajdziesz niewiele cytatów, a jeśli już, to są one
zapisane kursywą. Podobnie jak słowa, które wymagają szczególnej uwagi i nie chcą być czytane jako samo-zrozumiałe -?ze względu na ich
interpretację i działanie.
Aromat rozczarowania
Wychodzę z założenia, że każdy z nas wielokrotnie w ciągu miesiąca używa
słowa "rozczarowanie": najczęściej żeby opisać przyjaciółce lub
przyjacielowi, jak źle się akurat miewa. Ale nawet jeśli nie możemy albo
nie chcemy nikomu tego opowiedzieć, jesteśmy po prostu rozczarowani,
gdy... No właśnie, gdy co się dzieje?
Odpowiedź na to pytanie wydaje się nam wszystkim oczywista i jasna:
Jesteśmy rozczarowani, gdy to, czego oczekiwaliśmy, co zakładaliśmy lub
na co mieliśmy nadzieję, wcale nie toczy się w taki sposób.
Takie wyjaśnienie mogłoby zadowolić większość z nas, ponieważ mamy
skłonność, żeby możliwie szybko szukać tak zwanych rozwiązań dla stanu
rozczarowania. Poszukiwanie takich rozwiązań zajmuje nam prawie całe
życie. W każdym razie daje zajęcie całej masie doradców, terapeutów,
coachów i oczywiście także partnerów, przyjaciół i znajomych, którzy
powinni niezłomnie stać przy nas w chwilach największych rozczarowań,
tak żeby sami nie stali się dla nas powodem rozczarowania. Ale do tej
sprawy jeszcze powrócimy trochę później nieco obszerniej.
Pragmatycy: Rozczarowanie jako strata czasu
Jeśli chodzi o sposób radzenia sobie z rozczarowaniami, dzielimy się na
pragmatyków i idealistów. Do pierwszej grupy zaliczamy się lub jesteśmy
zaliczani przez innych wtedy, gdy nie szukamy zbyt długo przyczyn i powodów naszych rozczarowań, a więc nie analizujemy ich w nieskończoność
i nad wyraz drobiazgowo, lecz tak szybko, jak to możliwe, szukamy dróg,
żeby zostawić za sobą stan rozczarowania. W życiu i w działaniu jesteśmy
zorientowani na rozwiązania. Rozczarowania co prawda należą do życia,
ale w końcu umożliwiają człowiekowi wzrost, rozwój i stawanie się
lepszym niż przed stanem, który doprowadził do rzeczonego rozczarowania.
Takie przynajmniej są nasze wyjaśnienia.
Ale to znaczy, że rozumiemy życie jako model sukcesu i nawet wtedy
uchodzimy za ludzi sukcesu, gdy się nam uda możliwie często i możliwie
długo nie musieć przeżywać rozczarowań. Wszystko zgodnie z planem, jak
powiada znana dewiza. W życiu codziennym oznacza to, że udaje się nam
kształtować siebie oraz nasze zawodowe i prywatne otoczenie w taki
sposób, jaki uważamy za dobry i właściwy.
Idealiści: nigdy więcej rozczarowań -?dla wszystkich!
Zaliczamy się do kręgu idealistów, gdy jesteśmy przekonani, że wiemy,
jak doszło do rozczarowania i jak możemy uniknąć dalszych rozczarowań.
Tę wiedzę, jak być nie powinno, mamy oczywiście zawsze post factum: to
łączy nas z pragmatykami. Generalnie wiemy również, jak wszystko mogłoby
lepiej wyglądać. Gdyby wreszcie wszyscy inni byli też w stanie
zrozumieć, co my już dawno pojęliśmy, a mianowicie: gdyby wszyscy byli
bardziej uduchowieni (tylko jako przykład na wszystkie inne środki
ulepszające świat), wtedy świat siłą rzeczy byłby lepszy, niż jest
teraz. A to, że teraz właśnie świat jest szczególnie okropny -?tak
argumentują idealiści w każdym dowolnie wybranym momencie historii
świata -?jest dla wszystkich chyba oczywiste i tym samym obiektywnie
jasne.
Jasne jest też, że na obrzeżach obu grup istnieją ortodoksyjne kręgi:
typ fundamentalistów, reprezentantów czystej teorii.
Jasne jest również, że większość z nas lokuje się gdzieś pośrodku.
Chcemy zrozumieć, dlaczego wciąż na nowo przeżywamy rozczarowania,
albowiem ta wiedza służy nam do unikania w przyszłości tych rozczarowań
i do bycia szczęśliwszym. A nawet jeśli nie zawsze szczęście jest nam
pisane (większość z nas już przecież miała dostatecznie dużo doświadczeń
życiowych), wtedy wiedza ta pomaga nam zarówno osobiście, jak i zawodowo
zorganizować się i tak się ustawić, żeby oszczędzić nam przynajmniej
tych największych rozczarowań.
Bycie szczęśliwym w tym kontekście oznacza więc: Wszystko układa się
lepiej, niż myśleliśmy. Bycie zadowolonym zaś oznacza: wszystko układa
się tak, jak myśleliśmy i planowaliśmy. Bycie rozczarowanym oznacza: nic
nie układa się lepiej, niż myśleliśmy, lecz po prostu zupełnie inaczej.
"Inaczej" naturalnie oznacza tutaj "źle" i natychmiast przychodzi
rozczarowanie.
Skąd się bierze zła sława, jaką cieszy się rozczarowanie?
Przyjrzyjmy się nieco dokładniej zjawisku "rozczarowania" i procesowi,
który do rozczarowań prowadzi. Już samo znaczenie tego słowa jest
nadzwyczaj interesujące. Rozłóżmy to słowo na części: roz-czarowanie.
Chodzi więc o to, że ktoś najpierw łudził się i był oczarowany (albo dał
się zaczarować), a teraz już nie jest: Właściwie to dziwne, że
zakończenie fałszywego widzenia stanu rzeczy oceniamy tak negatywnie i ze wszystkich sił staramy się uniknąć rozczarowania. Skoro nie chcemy
być rozczarowani, zatem chcemy nadal być oczarowani, chcemy łudzić się i też na przyszłość takimi pozostać. Najpóźniej w tym momencie powinny się
rozlec wszystkie dzwonki alarmowe.
Oczywiście wcale nie chcemy się łudzić ani być łudzeni. Chcemy
doświadczyć przecież prawdy. Chcemy myśleć, działać i mówić prawdę.
Wielu z nas walczy o prawdę, a niektórzy w przeszłości, i niestety także
współcześnie, oddali swoje życie za prawdę. Historię ludzkości można by
bez wątpienia rozpatrywać jako historię walki i starania o to, co w danym czasie uchodziło za prawdę. Złudzenie, iluzja, oczarowanie jest
rodzajem kłamstwa i dlatego absolutnie nie do zaakceptowania, lecz do
zwalczania. Jak dotąd wszystko pięknie i ładnie.
Złudzenie ma coś wspólnego z prawdą. Ale co?
Uderzające jest to, że być może nie ma jednej jedynej prawdy i tym
samym chyba także złudzenia i oczarowania. Innymi słowy, już sam fakt,
że po dzień dzisiejszy często walczymy przeciwko innym o prawdę,
pokazuje dosyć jednoznacznie, że musi istnieć chyba wiele prawd.
Istnieją one jedna po drugiej albo jedna obok drugiej, czasami też
przemieszane ze sobą. Poszczególne osoby, jak również grupy, religie,
narody, państwa i partie -?żeby wymienić tylko niektórych aktorów walki
o prawdę -?wydają się posiadać jednocześnie różne prawdy, które
otrzymały lub które ucieleśniają. I prawdy te nie dadzą się pogodzić z prawdami innych osób lub grup. Co więcej: walczący o prawdę czuli się i nadal jeszcze czują uprawnieni do tego, żeby w imię własnej prawdy
uważać inaczej myślących za ulegających złudzeniu i iluzji. Nierzadko
prowadzi to do deprecjonowania ludzi jako mało wartościowych. W najgorszym przypadku odbiera się nawet prawo do życia ludziom inaczej
myślącym.
Kto się rozczarowuje? Poszukiwanie Ja rozpoczyna się
W dotychczasowym sposobie rozważań interesujący jest fakt, że przy
wszystkich opisach wychodzimy zawsze z założenia, że Ja istnieje już
przed myślami i niezależnie od nich. Rozmyślamy o najróżniejszych
rzeczach, ale nie o tym, kto jest przekonany, że myśli. Zastanawiamy
się, jak może dochodzić do oczarowania i rozczarowania, ale nie kim jest
ten, kto może zostać oczarowany i rozczarowany.
Ja to Ja, takie jest podstawowe założenie. Tak, oczywiście trzeba
się z tym zgodzić. Jednakże musimy sobie uświadomić, że to podstawowe
założenie nie odpowiada na pytanie "kim jestem?", ba, nawet nie stawia
tego pytania.
Musimy sobie zadać to jedno z najbardziej podstawowych pytań, jakie
człowiek w ogóle może postawić: Kim jestem?
I co się teraz dzieje? Zastanawiamy się, krótko lub długo, nad właściwą
odpowiedzią. I nawet nie zauważamy, jak rusza maszyna myślenia. I cóż
ona robi? Myśli. Tylko to potrafi robić, niezależnie od tego, jaki
będzie rezultat. Ty albo ja odpowiemy na to pytanie za pomocą myśli i będziemy przy tym głęboko przekonani, że opisujemy coś istniejącego:
nasze Ja. To, co nam zupełnie umyka, to fakt, że wedle wszelkiego
prawdopodobieństwa nie opisujemy żadnego Ja, lecz kreujemy nasze Ja.
To ogromna różnica i nigdy nie jest dość, żeby ją stale podkreślać.
Jak dochodzi do tego, że w najważniejszej chyba kwestii, mianowicie
pytaniu o nas samych, ulegamy takiemu złudzeniu? Bierze się to
przypuszczalnie stąd, że szybkość, z jaką dochodzi do identyfikacji z określonymi myślami i wyobrażeniami, jest tak wielka (ułamki sekund!),
że one same nie stają się już przedmiotem myślenia. Inaczej formułując,
ciągle powtarzany proces myślenia określonych myśli wytwarza nie tylko
konkretne historie, lecz także tożsamość. A ta tożsamość sama siebie
suponuje, wciąż od nowa siebie myśląc.
Nasze Ja powstaje w trakcie myślenia
Być może teraz lepiej rozumiesz, dlaczego myślimy nieomal bez przerwy.
Nie robimy tego dlatego, że mamy tak wiele problemów, które koniecznie
muszą zostać przemyślane. Bynajmniej. Myślimy, żeby być. Albowiem tylko
myśląc, jesteśmy naszym Ja. Ptak, który wie, że śpiewa, i który wie,
że śpiewa jak ptak, jest ludzkim Ja. Kiedy nie myśli siebie, wtedy go
nie ma.
Dlatego Ja nigdy nie jest warunkiem myślenia, lecz jego pierwszym i bezpośrednim rezultatem myślenia. I w ogóle nie chodzi o to, jakie to
myśli. Czy są one mądre, szlachetne i moralnie bez zarzutu, czy raczej
głupie, nielogiczne i nikczemne, wszystkie one są po prostu myślami i wytwarzają odpowiadające im poczucie Ja, czy to się nam podoba, czy
nie.
W tym kontekście trafna jest obserwacja, wedle której myśli mogą kreować
rzeczywistość. Tak, z tego punktu widzenia każdy z nas jest żywym
przykładem takiej rzeczywistości. Tylko ta rzeczywistość jest absolutnie
identyczna z tym, co je wytwarza i podtrzymuje. A cóż ona wytwarza? Są
to myśli układające się w jakąś historię.
A więc Ja jest historią, wyobrażeniem właśnie. I chyba nie zawsze
posiada ona jakość, którą koniecznie trzeba ciągle przeżywać i nad którą
warto się też zastanowić, zanim ją narzucimy innym.
Czy to, co powiedziałem, rozczarowuje cię trochę? Mam nadzieję, że tak.
Ponieważ pierwsze i być może najbardziej fundamentalne oczarowanie
polega właśnie na tym, że łudzimy się na temat siebie samych,
zakładając, że nasze własne Ja jest trwałe, istotne, ba, "podmiotowe".
Nieustannie wierzymy, że jesteśmy tak ważni, że wynosimy się nawet ponad
śmierć i uważamy, że się ponownie narodzimy lub trafimy do nieba, gdzie
żyć będziemy wiecznie. A nawet wtedy, gdyby nie udało się trafić do
nieba, będzie na nas czekać piekło albo czyściec lub jakieś mniej
przyjemne ponowne narodziny. W każdym razie dla każdego coś miłego. Ale
najważniejsze przesłanie wszystkich tych supozycji brzmi, że Ja będzie
nadal istniało, ba, że będzie wieczne. I to jest chyba powód, dla
którego te wyobrażenia wciąż jeszcze są tak powszechne i tak chętnie
żywione.
I oto w samym środku tych powszechnie snutych historii naszego Ja
okazuje się, że wszystko to, w co wierzymy, jest tylko wymyślone i wyobrażone. I to jest właśnie rozczarowanie! A może nawet zen?
Rozczarowanie jako gra myśli: Warto się przyjrzeć dokładniej
Niestety muszę cię w tym miejscu rozczarować. To, co powiedziałem
dotychczas, nie jest żadnym rozczarowaniem. Dlaczego nie? Otóż jeśli
możesz zgodzić się w dużej mierze z dotychczasowymi wywodami, czegóż
rzeczywiście nowego się dowiedziałeś?
W trakcie czytania już przeczesałeś moją historię swoimi myślami.
Stop! Z przyzwyczajenia zwracam się do ciebie w drugiej osobie i zakładam, że ty i ja to osoby. Ale jeśli zgadza się to, co powyżej
napisałem, to nie całkiem właściwe jest tak mówić. Jaką mam alternatywę?
Czy powinienem raczej powiedzieć: twój mózg w trakcie czytania porównuje
to, co przeczytał, ze wszystkimi zgromadzonymi wyobrażeniami i zależnie
od tego, co zgromadził, dochodzi do końcowego sądu? Ale nawet tutaj
zauważasz, że gdy próbuję uniknąć językowo zaimka osobowego i zamiast
ty używam określeń "twój mózg" lub "twoja świadomość", zaimek osobowy
ciągle się wkrada, ponieważ mam na myśli "twój" mózg, a nie jakiś inny.
Czy to nie oznacza, że istnieje coś takiego jak Ja? Tak. Ja
istnieje, ale nie takie, które myśli, lecz takie, które istnieje dzięki
zdolności świadomości do myślenia i dzięki zdolności identyfikowania się
z kilkoma myślami przez całe życie. Dalszy rezultat tych obserwacji
mógłby cię także rozczarować. Ponieważ jeśli te obserwacje są trafne,
wtedy oznacza to, że nie myślę tak długo, jak długo pozostaję przy
życiu, lecz że tak długo żyję, jak długo mogę myśleć. To odwrócenie ma
swój ciężar. Odwraca bowiem nie tylko tradycyjne rozumienie Ja, lecz
także rozumienie śmierci. Ale rozpatrzymy to ponownie nieco później i nieco głębiej.
Ale teraz wróćmy do rozczarowania. Dlaczego to, co powiedzieliśmy
dotychczas, nie jest rzeczywistym rozczarowaniem? Ponieważ to, co mówię,
to są myśli, a twoja zgoda (albo odrzucenie) również ma charakter
myślowy. Moje myśli zgadzają się albo nie z myślami, które ty żywisz.
Ale co jest rzeczywiste? Kim jestem rzeczywiście? Czy myśli -?nieważne,
jak bardzo precyzyjne -?mogą kiedykolwiek zgłębić, zrozumieć lub wyrazić
rzeczywistość? Nie naprawdę. Czując pragnienie, możesz pomyśleć o szklance wody, ale ta myśl nie ugasi twojego pragnienia. Ale słowa i myśli są często użyteczne, ponieważ możesz zamówić szklankę wody i założyć, że obsługa w restauracji przyniesie ci szklankę wody, a nie
parę butów.
Rozczarowanie ma więcej wspólnego z myślami niż z rzeczywistością
Rozczarowanie, jakie możesz przeżywać, jest przede wszystkim myślowej
natury. Twoje myśli nie zgadzają się z moimi lub odwrotnie. To jest to,
co się najpierw dzieje, i nic więcej. Jesteś rozczarowany, ponieważ
myślałeś, że nasze Ja jest czymś więcej niż wytworem szeregu myśli.
Albo jesteś rozczarowany, ponieważ oczekiwałeś innej argumentacji lub
sposób, w jaki piszę, nie jest taki, jakiego oczekiwałeś. Jakkolwiek by
było, nie zostaliśmy utwierdzeni w swoich oczekiwaniach i w związanych z tym przyzwyczajeniach i nazywamy ten stan "rozczarowaniem". Przy tym
wcale jeszcze nie opuściliśmy świata myśli i tym samym świata wyobrażeń
i opowieści. Co więcej, nie jesteśmy świadomi, że poruszamy się
wyłącznie w nich właśnie.
Wolimy tylko jakąś inną historię lub zgadzamy się z przedstawioną tutaj.
Na razie to wszystko. Ale żeby doświadczyć myśli jako myśli, nie
potrzeba żadnych dalszych myśli. A więc myślimy o zen i przygotowujemy
następne rozczarowanie.