p

Requiem - Anna Bellon

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Siedem miesięcy wcześniej

Alek

Przetarłem oczy, odpędzając sen, i zerknąłem na telefon, żeby sprawdzić godzinę. Było już po ósmej, a wykład zaczynał się... o ósmej. Opadłem z powrotem na poduszki i jęknąłem. Pierwszy dzień studiów zacznę od spóźnienia. Miałem ochotę udusić mojego współlokatora za to, że nie wpadł na pomysł, by mnie obudzić. Byliśmy na jednym roku.

Przełykając śniadanie, zbiegłem z czwartego piętra i poślizgnąłem się na świeżo umytej podłodze na parterze. Zakląłem cicho, za co recepcjonistka, której oddawałem klucz, skarciła mnie wzrokiem. Zanim uporałem się z bramkami[1] przed wejściem na kampus, blokując dwie z nich, minęło tyle czasu, że dotarłem na wydział chwilę przed końcem pierwszej połowy wykładu. W przerwie wszedłem do sali i odetchnąłem z ulgą, kiedy w ostatnim rzędzie dostrzegłem Szymona, mojego współlokatora, i poznanego w sobotę Łukasza, który mieszkał dwa pokoje dalej.

- Alek, Śpiąca Królewno, już spisaliśmy cię na straty - zażartował Szymon, kiedy usiadłem obok niego.

- Mogłeś mnie obudzić - westchnąłem, wyciągając z plecaka zeszyt i długopis. - Co przegapiłem?

- W sumie nuda - odparł Łukasz, zerkając obojętnie na parę linijek, które zdążył zapisać na kartce. - Kiedy konsultacje, literatura, co z zaliczeniem... Ot, pitolenie, spokojnie mogłeś jeszcze trochę pospać.

- No to rzeczywiście mogłem sobie jeszcze pospać. - Skomentowałem i oparłem się wygodnie na krześle, bo właśnie skończyła się przerwa, a wykładowca znów zaczął mówić. Ciągnął swój wywód, podając informacje na temat materiału na ten semestr. Już wiedziałem, że z zaliczeniem u niego nie będzie łatwo, bez względu na to, jak bzdurnie brzmiała dla mnie nazwa tego przedmiotu. Bezpieczeństwo pracy i ergonomia, to nie mogło być ciekawe.

Po skończonym wykładzie mieliśmy przejść do budynku sztabu[2] na kolejne zajęcia i wtedy zaczęły się schody, bo sale zdawały się być rozmieszczone bez większego sensu. A przynajmniej ja go w tym momencie nie dostrzegałem. Trochę pobłądziliśmy, szukając numeru, który widniał w planie, ale udało nam się dotrzeć na miejsce przed wykładowcą. Zdecydowanie wystarczało mi jedno spóźnienie dziennie. Jak na przykładnych studentów przystało, usiedliśmy w ostatnim rzędzie. Notowałem przez może pierwsze piętnaście minut, potem tylko co jakiś czas zapisywałem pojedyncze hasła. Wciąż nie mogłem się rozbudzić, dlatego na przerwie skoczyłem do automatu po kawę. Wychodząc na korytarz, wpadłem na... coś rudego.

- Przepraszam - bąknąłem, łapiąc dziewczynę za ramiona i ratując ją tym samym przed upadkiem. Miała zaskoczoną minę, a jej duże zielone oczy wpatrywały się we mnie wnikliwie. Jej nos i policzki były poznaczone piegami, a spierzchnięte wargi nieznacznie rozchylone. Chwilę patrzyliśmy na siebie, w końcu cofnęła się gwałtownie i oswobodziła z moich rąk.

- W porządku - mruknęła i wyminęła mnie, poprawiając torbę i nie podnosząc głowy. Cóż, wychodziło na to, że miałem studiować z tym przemiłym rudzielcem.

Gdy wróciłem do sali na swoje miejsce, miałem ochotę się roześmiać. Dziewczyna siedziała na krześle obok. Nawet na mnie nie spojrzała, tylko przesunęła się trochę, żeby mnie przepuścić.

- Ciężki poranek? - zapytałem swobodnie i upiłem łyk kawy. Fuj, lura z automatu.

Obróciła głowę w moją stronę, akurat kiedy wykładowca wstał od biurka i zaczął mówić.

- Można tak powiedzieć - odburknęła rozdrażniona, otwierając zeszyt. Na górze strony zapisała nazwę przedmiotu i datę. Podsunąłem jej swoje notatki.

- Z poprzedniego wykładu też tam masz, stronę wcześniej.

Spojrzała na mnie, marszcząc jasne brwi. Gdy siedziała, rude włosy opadały jej aż za łokcie..

- Dlaczego jesteś dla mnie miły? - zapytała.

- Na ogół jestem miły - odpowiedziałem. - I mamy razem studiować.

- Ech, okej... Przepraszam za to wcześniej, zaspałam - wyjaśniła. - Jestem Łucja. - Wyciągnęła rękę w moją stronę.

- Alek. - Uścisnąłem jej małą dłoń. Miała chłodne palce.

Prawy kącik ust Łucji drgnął w nieznacznym uśmiechu, zanim wyprostowała się na krześle i przysunęła do siebie moje notatki. Wzięła do ręki długopis i zaczęła je skrzętnie przepisywać. Zamiast słuchać, zerkałem na nią co jakiś czas. Kawa niewiele pomogła i w ogóle nie docierało do mnie to, o czym mówił wykładowca. Stanowczo brakowało mi dodatkowej godziny snu.

Po kilkunastu minutach bez słowa odsunęła mój zeszyt na jego dawne miejsce, ale ja, zamiast zacząć znowu notować, obracałem tylko długopis między palcami. Wykład był okropnie nudny, a prowadzący miał nam wysyłać materiały, co brzmiało całkiem okej, bo teraz zupełnie nie mogłem się skupić. Myślami wędrowałem do minionej nocy, w większości nieprzespanej.

- Alek? - Z zamyślenia wyrwał mnie głos Łukasza.

Zamrugałem. Na auli panował szum, wykład dobiegł końca i wszyscy zbierali się do wyjścia. Pospiesznie wrzuciłem swoje rzeczy do plecaka i wziąłem do ręki skórzaną kurtkę, składając nogą krzesło. Zanim zdążyłem się obejrzeć, Łucji już nie było. Odchrząknąłem.

- Idziemy coś zjeść? - zapytałem, nijak nie komentując tego, że odpłynąłem na co najmniej kilkanaście minut. Kumple też porzucili temat i poszliśmy do akademika, żeby wyjeść wszystkie pierogi, jakie Łukasz dostał od mamy.

Nie umknęło mojej uwadze to, że po przerwie Łucja wybrała sobie miejsce po drugiej stronie sali. Nasze spojrzenia na chwilę się spotkały, ale zaraz odwróciła wzrok w innym kierunku.

- Coś ty jej nagadał? - Szymon trącił mnie ramieniem, gdy przyłapał mnie na gapieniu się na nią.

- Nic - odparłem, wciąż zerkając w stronę Łucji. W końcu odpuściłem i wróciłem do robienia notatek. - Zupełnie nic - dodałem ciszej i pokręciłem głową, uśmiechając się pod nosem.

Łucja

Okienko spędziłam w bufecie z poznaną na sobotnim spotkaniu Lidią i jej koleżanką Kingą. Gadanie o studiach, serialach i co przystojniejszych chłopakach z roku odprężyło mnie na tyle, żeby zapomnieć o niezręcznym pierwszym spotkaniu z Alkiem i jeszcze bardziej żenującej sytuacji na auli.

- W sumie jest całkiem przystojny - zauważyła Lidia, nadziewając na widelec kawałek naleśnika z bananem.

- Przeciętny - odparowałam, zanim zdążyłam się ugryźć się w język. Prawda była taka, że już w sobotę zwrócił moją uwagę. Obserwowałam, w jaki sposób się śmiał, gdy siedział kilka rzędów przede mną. Rozmawiał z jednym ze swoich kolegów i żywo gestykulował, co zdecydowanie odbiegało od normy, bo większość z nas zachowywała się jak typowy przestraszony pierwszak.

Lidia z Kingą tylko spojrzały po sobie i wzruszyły ramionami. Temat się urwał i zapadła lekko niezręczna cisza, często towarzysząca świeżym znajomościom. Odchrząknęłam.

- Lidka, to na jaki film chciałaś iść? - zapytałam, sprowadzając rozmowę na bezpieczne tory, a Lidia zaczęła z wyraźną ekscytacją opowiadać o najnowszym filmie Marvela, który miał wejść do kin jeszcze w tym miesiącu.

Po przerwie zaciągnęłam dziewczyny na przeciwny koniec sali, daleko od Alka i jego kolegów, ale to nie przeszkodziło mu w odnalezieniu mnie wzrokiem w trakcie wykładu. Przez moment po prostu mnie obserwował, po czym się uśmiechnął i pokręcił głową.

Tap-tap, tap-tap.

Przewróciłam się na drugi bok i zacisnęłam mocno powieki.

Tik-tak, tik-tak.

Otuliłam się szczelniej kołdrą. Wciąż było mi zimno i przeszkadzał mi każdy dźwięk, każdy przejeżdżający przez osiedle samochód, którego światła wdzierały się do środka.

Tap-tap.

Zaklęłam pod nosem i wyplątałam się z pościeli, żeby wstać. Wzdrygnęłam się, gdy tylko moje stopy zetknęły się z zimnymi panelami. Jakim cudem było aż tak zimno już w październiku?

Obejmując się rękami i pocierając zmarznięte ramiona, przeszłam do łazienki. Gdy zapaliłam światło, skrzywiłam się na nagłą jasność i parę razy zamrugałam. Wciąż lekko mi się mieniło w oczach, gdy podeszłam do kabiny prysznicowej i dokręciłam kurek. Przestało kapać. Jeden irytujący dźwięk mniej.

Oblizałam spierzchnięte wargi i wracając do łóżka, zerknęłam na elektroniczny zegar kuchenki. Druga trzydzieści pięć. Próbowałam zasnąć od prawie trzech godzin. Wyminęłam kilka pudeł, których wciąż nie rozpakowałam, i nastawiłam czajnik. Zwątpiłam w to, że uda mi się dzisiaj zmrużyć oko.

Tik-tak, tik-tak.

Wsunęłam palce we włosy i zacisnęłam na nich boleśnie pięści, oddychając głęboko.

Klik.

Stanęłam na palcach, żeby zdjąć kubek z suszarki. Obrzydliwie zielony kubek. Miałam wrażenie, że mama zrobiła mi na złość, kupując każdy kubek w innym kolorze. Nie lubiła tego, że rzadko noszę coś kolorowego i nie podobało jej się, że nie chciałam żadnych barwnych bibelotów, gdy robiłyśmy zakupy do mojego mieszkania. Mój dom rodzinny w nich tonął. A ja nigdy do niego nie pasowałam.

Zaparzyłam melisę i popijałam ją wolno, wsłuchując się w ciszę. Głowę miałam ciężką ze zmęczenia, ale wciąż zbyt pełną myśli, żeby zasnąć. Zawiesiłam wzrok na niebieskim wazonie stojącym na parapecie, przesuwając zębami po dolnej wardze. Miał idealny kolor. Mroźny i blady.

Pomyślałam o Alku. Pierwszą rzeczą, na którą zwracałam uwagę u ludzi, były oczy. Jego były przenikliwe i miały bladoniebieską barwę, która przywodziła na myśl kryształki lodu. Kiedy błądził wzrokiem po sali, zdawał się nieobecny, ale gdy potem posłał spojrzenie w moją stronę, wyglądał na skupionego. Zmieszałam się, bo to było tak, jakby widział więcej od innych, a sama myśl o tym mnie przerażała. Lubiłam towarzystwo ludzi, którzy nie zadawali zbyt wielu, często powierzchownych pytań. W Alku dosłownie wszystko krzyczało, że zdecydowanie nie jest jedną z tych osób.

Powierzchowność była... bezpieczna. Nie wymagała zaangażowania emocjonalnego, nie wymagała nawet szczerości. Kusiło mnie, żeby każdą relację utrzymywać na takim poziomie zaangażowania. Na niezobowiązujących rozmowach, płytkich zażyłościach, które tak naprawdę tylko wypełniały czas. Dzięki temu nie narzekałam na samotność. Miałam z kim wyjść na zakupy, do kina, na kawę czy nawet na randkę. Po prostu nigdy się nie zwierzałam, ale też nikt mnie o nic nie dopytywał. Na przykład o to, czemu nigdy nie rozmawiam o rodzicach, czemu robię wszystko, żeby nie spędzać za dużo czasu w domu, czemu jestem powściągliwa i nieracjonalna. Nikogo to nie obchodziło, a ja mogłam oddychać z ulgą.

Pod wieczór sprawdziłam listę mojej grupy dziekańskiej. Znalazłam na niej Aleksandra Wasilewskiego, nazwisko przede mną. A innego Aleksandra na roku nie było.

[1] Bohaterowie studiują cywilnie na uczelni wojskowej, więc większość kampusu znajduje się na terenie zamkniętym (otoczonym murem i/lub siatką), na który można wejść przez bramki odblokowywane legitymacją studencką.

[2] Sztab - siedziba władz uczelni wojskowej (m.in. rektora-komendanta), mogą się tam znajdować również sale wykładowe.

Rozdział 2

Łucja

Gdy zadzwonił budzik, byłam nieprzytomna. Nawet przez moment się zastanawiałam, czy nie odpuścić sobie wykładu z matematyki, w końcu to dopiero pierwszy, ale wiedziałam, że jak nie pójdę na jeden, to w ogóle nie pojawię się tego dnia na uczelni.

Do sztabu weszłam, popijając kawę z kubka termicznego i parząc sobie przy okazji język. Nie było ósmej, a to był już mój drugi, i zapewne nie ostatni, kofeinowy napój tego dnia. Omal nie usnęłam w tramwaju i wysiadłam z niego dosłownie w ostatniej chwili. O legitymacji też przypomniałam sobie dopiero przed bramkami i przeklinałam to, że wrzuciłam ją wczoraj luzem do torebki. Gdy więc dotarłam pod salę wykładową, byłam tak wykończona, że miałam ochotę wrócić do domu i iść spać, zamiast siedzieć na uczelni do piętnastej.

- Hej! - Aż podskoczyłam, gdy usłyszałam radosny głos Lidki.

- Hej, nie strasz mnie tak. - Zaśmiałam się, trącając ją łokciem w bok, i na powrót objęłam dłońmi kubek.

- Łucja?... - zapytała niepewnie.

- Hm? - Mruknęłam i upiłam kolejny łyk kawy.

- Mogę być brutalnie szczera?

Zmarszczyłam brwi. Co ja takiego zrobiłam, że już z samego rana zasłużyłam sobie na brutalną szczerość? Nierówno się umalowałam? Przyjaciółki z liceum tylko wtedy były brutalnie szczere.

- Ymm, jasne. Możesz - odparłam, zastanawiając się, czego może dotyczyć jej spostrzeżenie.

- Wyglądasz strasznie - oznajmiła z troską wymalowaną na twarzy i zacisnęła pomalowane na różowo usta. Z blond włosami, błękitnymi oczami i lekko okrągłą buzią przypominała aniołka. Zmartwionego aniołka. Nie mogłam sobie przypomnieć, kiedy ktoś ostatnio się o mnie martwił. - Spałaś w ogóle tej nocy?

Skrzywiłam się i oparłam ciężko o ścianę.

- Prawie wcale - przyznałam.

- Czemu?

Wzruszyłam ramionami.

- Chyba po prostu za dużo myślę.

Lidia chwilę milczała, po czym uśmiechnęła się szeroko i zarzuciła mi rękę na ramiona, zupełnie ignorując to, że zesztywniałam.

- Jutro idziemy na integracyjne piwo.

- Ale... - zaczęłam, lecz mi przerwała.

- Żadnego ,,ale". Szymon już podobno znalazł jakieś miejsce, a ty jesteś moją ostatnią nadzieją na to, że nie będę jedyną dziewczyną w tym towarzystwie.

- Nie możesz zabrać Kingi? - zapytałam.

Potrząsnęła głową.

- Ma piwo integracyjne ze swoją grupą - wyjaśniła. - Łucja, nie daj się prosić...

Westchnęłam, zastanawiając się nad odpowiedzią.

- No dobra, niech będzie.

- Super! Dam znać Alkowi, że przychodzisz.

Powiedziała to tak lekkim tonem, że w pierwszej chwili nie zarejestrowałam jej słów. Dopiero gdy powtórzyłam sobie je dwa razy w głowie, dotarło do mnie ich znaczenie.

- Moment, co?

Lidka zrobiła niepewną minę, wahając się.

- Alek robi orientacyjną listę osób na jutro - odparła, bawiąc się suwakiem swojej kurtki.

Zdmuchnęłam z twarzy zbłąkany kosmyk włosów i włożyłam kubek do torby, bo właśnie przyszedł wykładowca.

- Fantastycznie... - skomentowałam cicho, ruszając w stronę drzwi.

Wieczorem dostałam zaproszenie na fejsie od Alka. Odrzucenie go byłoby z mojej strony szczeniackie, więc je przyjęłam. Chwilę potem dodał mnie do czatu grupowego, gdzie w najlepsze trwała już dyskusja na temat jutrzejszego wyjścia. Wyciszyłam ją po paru minutach, bo ciągłe wibrowanie telefonu doprowadzało mnie do szału, i zamiast tego przejrzałam profil Alka.

Nie miał zbyt wielu zdjęć. Większość pochodziła sprzed dwóch lat - poza jednym, które dodał w minione wakacje, i miał ustawione jako profilowe. Podobnie było z postami. Cisza przez dwa lata, wyłączając życzenia urodzinowe, a potem kilka postów z ostatnich miesięcy. Przeglądałam je jednak tak długo, że dotarłam do zdjęcia, które wcześniej przeoczyłam. Roześmiany, dwa lata młodszy Alek, obejmował na nim ciemnowłosą dziewczynę, wtuloną w niego z wyraźną ufnością. Musieli być parą.

Wróciłam na stronę główną z wyrzutami sumienia. Nie miałam w zwyczaju grzebania w profilach nowo poznanych chłopaków. Jasne, to było upublicznione, ale wciąż czułam, że nie powinnam była tego robić. To wrażenie jeszcze bardziej się wzmogło, gdy na ekranie pojawił się dymek czatu ze zdjęciem Alka.

Cholera, pomyślałam.

Alek: Hej :D Lidka mówiła, że piszesz się na jutro ;)

W tym momencie zaczęłam już żałować, że się na to zgodziłam. Ale wiedziałam, że Lidka mi nie odpuści. I Alek chyba też.

Ja: Dałam się namówić ;)

Alek: W takim razie widzimy się jutro na zajęciach, a potem o 18 na Patelni (domyślam się, że wyciszyłaś konfę, bo nie odczytujesz wiadomości) ;)

Ja: Jesteś upierdliwy.

Alek: Ani trochę :D Trzymaj się, Łuśka ;)

Ja: Nie nazywaj mnie Łuśką...

Alek: Dobranoc, Łucjo ;)

Ja: Branoc, Aluś ;)

Alek: I kto tu jest upierdliwy?

Ja: Wciąż Ty.

Alek: Chciałabyś.

Roześmiałam się tylko i nic już nie odpisałam. Może jako kolega z roku będzie całkiem w porządku.

Jeśli tylko nie zacznie zadawać zbyt wielu pytań.

Alek

Schodząc na Patelnię, zacząłem szukać po kieszeniach paczki fajek. Byliśmy z chłopakami na miejscu kilkanaście minut przed umówioną godziną. Oparłem się o murek obok wejścia do metra w kierunku Młocin i poczęstowałem chłopaków, zanim sam zapaliłem papierosa. W czwartkowy wieczór kręciło się tu sporo osób, w końcu Patelnia była popularnym miejscem spotkań. Powoli tworzyły się pary lub grupki. Spod ściany pokrytej muralami do moich uszu dolatywały radosne piski nastolatek, na oko w wieku gimnazjalnym lub wczesnolicealnym, a od strony drugiego wejścia do metra wybiegła młoda dziewczyna, która rzuciła się na szyję czekającemu na nią chłopakowi. Witali się tak intensywnie, że wydawało mi się to aż nazbyt intymne, i odwróciłem wzrok.

- Myślisz, że Łucja przyjdzie? - zapytał Szymon i zaciągnął się głęboko.

Wzruszyłem ramionami, wydmuchując dym.

- Niby ma przyjść, ale cholera ją wie - odparłem. - Wczoraj do niej pisałem i nie zaprzeczyła, gdy o to zapytałem.

- Działasz jej na nerwy. - Zauważył Łukasz, śmiejąc się pod nosem.

- Za bardzo mnie kusi - stwierdziłem, zanim zdążyłem się ugryźć w język.

- Jedynym sposobem pozbycia się pokusy jest ulegnięcie jej - usłyszałem znajomy głos tuż obok siebie. - Więc co cię tak bardzo kusi, Aluś?

Normalnie zazgrzytałbym zębami na to zdrobnienie, ale tym razem mnie rozbawiło.

- Działanie ci na nerwy, Łusiu - odpowiedziałem szczerze i zgasiłem papierosa butem, obserwując jej reakcję.

Zamrugała i zacisnęła usta, po czym parsknęła perlistym śmiechem. Położyła mi dłoń na ramieniu i nachyliła się do mojego ucha, stając na palcach. Była tak blisko, że wyraźnie czułem zapach jej lekko kadzidlanych perfum.

- Musisz się bardziej postarać - powiedziała cicho, tak że nikt poza mną nie mógł jej usłyszeć.

Gdy cofnęła się o krok, żeby przywitać się z resztą, wciąż wyglądała na rozbawioną. Rozmawiając z Szymonem, zerknęła na mnie kątem oka i posłała mi delikatny uśmiech, po czym poprawiła poły swojej skórzanej kurtki i zahaczyła kciukiem o szlufkę wytartych dżinsów. Przestąpiła z nogi na nogę, a nasze spojrzenia ponownie się skrzyżowały. Potrząsnęła lekko głową, kiedy się zorientowała, że wciąż ją obserwuję.

Wieczór zapowiadał się... interesująco.

Potrzebowałem jednego wieczoru, by się zorientować, że Łucja nie miała najmocniejszej głowy. Sam się ociągałem z piciem w tempie narzuconym przez Łukasza i Tomka, bo wiedziałem już, że to się zawsze źle kończy, i nawet próbowałem stopować Łucję, ale na nic się to zdało - zrobiła po swojemu. Po czwartej kolejce zaczął jej się plątać język, podobnie jak Lidce i Szymonowi, podczas gdy przede mną stał jeszcze mój trzeci, nieruszony kieliszek.

- Robisz tyły - zauważył Tomek z wyrzutem.

Wzruszyłem ramionami i zerknąłem na Łucję, która bez opanowania chichotała z Lidką z czegoś, co powiedział Łukasz.

- Nadrobię potem - mruknąłem, wstając ze swojego miejsca. Podszedłem do baru. Barmanka wyglądała na zawiedzioną, gdy zamówiłem tylko wodę. Nie zawracałem sobie głowy uprzejmościami; kiedy próbowała podjąć rozmowę, stukałem niecierpliwie palcami o blat. Zdążyłem zapomnieć, jak bardzo potrafią mnie irytować wyjścia ze znajomymi, zwłaszcza gdy byłem najbardziej trzeźwy z całego towarzystwa.

Wróciłem do stolika i postawiłem przed Łucją wodę. Zmarszczyła brwi i zerknęła w moją stronę, poprawiając zsuwający się jej z ramienia obszerny szary sweter. Miała mglisty wzrok i przez moment myślałem, że mnie ochrzani, ale tylko skinęła głową i objęła dłońmi szklankę. Duszkiem wypiła pół jej zawartości i oblizała spierzchnięte wargi.

- Chyba wyjdę się przewietrzyć - powiedziała cicho, zakładając kurtkę. - Potowarzysz mi?

- Moment. - Uniosłem palec i wychyliłem swój zaległy kieliszek wódki. - Teraz możemy iść.

Łukasz spojrzał na mnie pytająco, ale nic nie powiedział i wrócił do rozmowy z Pawłem, który nawijał coś o jakimś samochodzie. Chyba swoim, ale w sumie ani trochę go nie słuchałem - ani teraz, ani wcześniej. Straciłem wątek, nim jeszcze poszedłem po wodę.

Do schodów Łucja przeszła nawet całkiem prosto, ale na pierwszym stopniu się zachwiała i złapała mnie kurczowo, oddychając głęboko. Podejrzewałem, że ją zemdliło.

Wieczór był chłodny i widziałem, że Łucja zadrżała, pocierając ramiona. Westchnąłem tylko i zdjąłem bluzę. Dziewczyna uśmiechnęła się słabo w podziękowaniu, wkładając ją na siebie, i oparła się o ścianę.

- Normalnie nie piję dużo - oznajmiła, krzywiąc się. - I nie znoszę wódki.

Roześmiałem się.

- Wódka raczej nie jest od tego, żeby ją lubić, Łusiu - odparłem.

Podniosła na mnie wzrok. Jej zielone oczy błyszczały od wypitego alkoholu, ale nie były już tak mętne. Prawdopodobnie zimne powietrze zrobiło swoje, choć wciąż po głosie mogłem stwierdzić, że wytrzeźwieje pewnie dopiero rankiem.

- Dlaczego nazywasz mnie Łusią? - zapytała.

Przekrzywiłem głowę i chwyciłem kosmyk jej rudych włosów, żeby owinąć go sobie wokół palca. Chwilę milczałem, po czym zabrałem rękę i spojrzałem na nią. Na popękanych wargach pojawiła się krwawa kreska, gdy przesunęła po nich zębami, a pod oczami malowały się czarne smugi rozmazanej kredki, którą obficie je obrysowała.

- Po prostu bardziej wyglądasz na Łusię niż na Łucję - odpowiedziałem w końcu.

Otworzyła usta, jednak zaraz je zamknęła i otuliła się ciaśniej moją bluzą.

- Chcę już wracać do domu.

- Na pewno?

Przytaknęła.

- Zaczekaj tu, pójdę po nasze rzeczy.

- Nasze? - zdziwiła się.

- Nasze - powtórzyłem. - Nie sądziłaś chyba, że pozwolę ci wracać samej w takim stanie?

Nie zaprotestowała, a ja zszedłem na dół.

- Odprowadzę Łucję do domu - oznajmiłem, biorąc swoją kurtkę i torebkę dziewczyny.

- Już? - Zdziwiła się Lidka.

Wzruszyłem ramionami.

- Stwierdziła, że chce już wracać, a samej jej nie puszczę, bo jest na granicy zmieniania kolorów. - Posłałem Lidce znaczące spojrzenie. Pokiwała głową w odpowiedzi. - Na razie. A na kaca polecam glukozę - dodałem rozbawiony.

- Tylko nie zamykaj drzwi do pokoju! - zawołał Szymon na odchodne.

- Spoko! - Zasalutowałem mu i dołączyłem do Łucji, czekającej przy wejściu, tam, gdzie ją zostawiłem. Podałem jej torebkę i ruszyliśmy w stronę przystanku. Po drodze sprawdziliśmy na telefonie opcje dojazdu. Na autobus ledwo co zdążyliśmy, z przesiadką mieliśmy równie dużo szczęścia.

Po półgodzinie Łucja wyglądała już dużo trzeźwiej. Zdradzały ją tylko wciąż szkliste od alkoholu oczy, jednak jej twarz nabrała zdrowego koloru, a język już się jej nie plątał. Wyglądało na to, że wypiła może nie tyle za dużo, co za szybko - Tomek narzucił całkiem niezłe tempo.

- Lepiej się czujesz? - zapytałem, opierając się o ścianę klatki jej bloku. Trochę śmiesznie wyglądała w mojej bluzie pod cienką kurtką, ale chociaż nie marzła.

- Lepiej. - Kąciki jej ust drgnęły w uśmiechu. - Chyba za szybko wypiłam ten ostatni kieliszek - dodała, krzywiąc się nieznacznie.

- Całkiem możliwe.

Zapadło milczenie. Było na tyle późno, że wokół słychać było tylko szum samochodów i cykady, a oprócz nas nie było w pobliżu żywej duszy.

- Może wejdziesz na górę na herbatę? - Zaproponowała. - W ramach podziękowania.

Zawahałem się. Szymon i tak raczej prędko nie wróci. Herbata brzmiała niewinnie, szczególnie w obecnych okolicznościach, a pół godziny mnie nie zbawi. Zgodziłem się.

Obudziłem się na kanapie w mieszkaniu Łucji, która spała z głową na moim ramieniu. Nie potrafiłem sobie przypomnieć, w którym momencie zasnąłem. Ostrożnie wstałem i przykryłem dziewczynę kocem, który był przewieszony przez oparcie, choć wciąż miała na sobie moją bluzę.

Rozejrzałem się po salonie, który prezentował się tak porządnie, jakby nikt tu nie mieszkał. Na komodzie nie było ramek ze zdjęciami, żadnych kolorowych bibelotów, które tak uwielbiała moja siostra. Białe i czarne świeczniki poukładane w równym rzędzie, białe tulipany w wazonie, szarawe filiżanki schowane w przeszklonej gablotce, książki posegregowane według wielkości... Dawało to wrażenie takiego chłodu, że nie wiedziałem, czy to wnętrze można nazwać domem. Zerknąłem ostatni raz na śpiącą Łucję i wyszedłem z jej mieszkania. Podejrzewałem, że rano obudzi się z lekkim bólem głowy.

Gdy zerknąłem na telefon, zegar na ekranie wskazywał trzecią w nocy. Stwierdziłem, że szybciej dojdę do akademika na piechotę, niż gdybym miał czekać na jakiś autobus nocny. Wciąż czułem się senny, a przez to wydawało mi się, że zrobiło się dużo zimniej. Żałowałem, że nie mam bluzy. Bycie miłym jednak nie zawsze popłacało, bo teraz zamarzałem. Gdy zirytowana recepcjonistka wpuściła mnie do DS-u, miałem ochotę ją uściskać.

Wdrapałem się po schodach na czwarte piętro i nacisnąłem klamkę w drzwiach do swojego pokoju. Na szczęście Szymon zostawił je otwarte, bo dobijanie się o tej porze, próbując go obudzić, nie byłoby najlepszym pomysłem. Mój współlokator już raz przespał alarm przeciwpożarowy.

Wszedłem do środka, przewiesiłem kurtkę przez oparcie krzesła przy biurku, przebrałem się w spodnie dresowe i podłączałem właśnie telefon do ładowarki, gdy usłyszałem za sobą głos Szymona.

- Czy ty czasem nie miałeś jej tylko odprowadzić? - zapytał na pół zaspany, na pół rozbawiony.

Odwróciłem się w jego stronę i usiadłem na łóżku, zdejmując z ręki zegarek, żeby odłożyć go na parapet.

- Nic nie zaszło, jeśli o to pytasz - odpowiedziałem, śmiejąc się cicho, gdy jęknął zawiedziony.

- To co wy robiliście przez tyle godzin? Graliście na Xboksie?

Spojrzałem na niego wymownie. Usiadł prosto i przeczesał włosy, które od snu sterczały mu we wszystkie strony, po czym uniósł pytająco brew.

- Zasnęliśmy na kanapie przy herbacie.

- Taki jesteś kiepski, że zasnęła?

Parsknąłem śmiechem i rzuciłem w niego jaśkiem, który trafił go prosto w twarz.

- Lepiej idź spać, a o moim życiu seksualnym pogadamy innym razem - powiedziałem.

- Rano? - Odrzucił poduszkę, która minęła moją głowę o cal.

- Jesteś powalony... Dobranoc. - Po tych słowach wsunąłem się pod kołdrę i położyłem wygodnie na boku.

- Branoc, Aluś.

Jęknąłem.

- Kurwa, ty też?

- Takie życie - odparł. - Gdyby powiedziała to Łucja, to...

- Zamknij się już - przerwałem mu, zamykając oczy i wtulając się w poduszkę. Zrobiło mi się przyjemnie ciepło.

- Okej. Akurat chciałem powiedzieć coś miłego, ale okej.

A to nowość...