p

Reaper's Legacy - Joanna Wylde

Kup ebooka

31.90 zł
26.48 zł (26,48 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Coeur d'Alene, Idaho

Osiem lat temu

Sophie

- Teraz go włożę.

Głos Zacha był szorstki i pełen żądzy. Czułam go wokół siebie, spoconego, nienasyconego i tak wspaniałego, że byłam gotowa umrzeć. Po dzisiejszej nocy naprawdę będzie mój. Sięgnął dłonią między nas i ustawił główkę penisa przy moim wejściu. Poczułam się niepewnie. Pchnął i zgaduję, że spudłował, ponieważ uderzył zbyt wysoko i...

- Au! Cholera, Zach, to boli. Myślę, że źle się do tego zabierasz.

Zatrzymał się natychmiast i uśmiechnął. Nęciła mnie przerwa między jego jedynkami. Kurczę, kochałam jego uśmiech. Czułam coś do Zacha od pierwszej klasy liceum, ale dopiero kilka miesięcy temu się mną zainteresował. Rodzice trzymali mnie na krótkiej smyczy, jednak w lipcu pozwolili mi na spędzenie nocy u Lissy, więc wymknęłyśmy się na imprezę. Zach zrobił domówkę, od tego czasu byliśmy parą, a ja nabrałam wprawy w wymykaniu się z domu.

- Przepraszam, kochanie - mruknął, pochylając się i całując mnie.

Natychmiast zmiękłam i się zrelaksowałam. Uwielbiałam, kiedy mnie całował. Dostosował się i ponownie we mnie wsunął - wolno, ale pewnie. Tym razem nie minął celu i zesztywniałam, kiedy naparł na przeszkodę. Otworzyłam oczy i spojrzałam na jego twarz. Wymieniliśmy spojrzenia. Miałam pewność, że nigdy nikogo nie pokocham tak bardzo, jak Zacharego Barretta.

- Gotowa? - wyszeptał.

Skinęłam głową.

Wsunął się we mnie do końca. Pisnęłam z powodu bólu rozchodzącego się między udami. Zach przytrzymywał mnie w miejscu swoimi biodrami, a ja sapnęłam zszokowana. Wycofał się, więc próbowałam złapać oddech. Zanim dałam radę, wszedł we mnie ponownie. Mocno.

Jęknęłam.

- Cholera, jesteś taka ciasna - mruknął.

Uniósł się na rękach, odrzucił głowę do tyłu, oczy miał zamknięte, a na jego twarzy widziałam pożądanie. Wbijał się we mnie raz za razem.

Nie wiem, czego się spodziewałam.

Nie byłam głupia, przecież wiedziałam, że za pierwszym razem nie będzie idealnie, nieważne, co na ten temat mówią romanse. W sumie nie bolało aż tak bardzo, ale na pewno nie czułam się fantastycznie.

Zach poruszał się coraz szybciej. Odwróciłam głowę, rozglądając się po małym mieszkaniu. Najwyraźniej należało do jego brata. Dostaliśmy apartament na jedną noc, która powinna być dla nas wyjątkowa. Spodziewałam się kwiatków, wina, romantycznej muzyki i tak dalej.

Ależ byłam głupia. Zach podał zaledwie pizzę i piwo z lodówki.

- Boli - jęknęłam ponownie.

Zatrzymał się, wykrzywiając twarz.

- Cholera, zaraz dojdę - sapnął.

Niemal czułam, jak jego penis pulsuje głęboko we mnie. To było dziwne. Bardzo dziwne. I o niczym takim w filmach nie mówili.

I to było to? Phi!

- Kurwa, jak dobrze...

Ktoś otworzył drzwi mieszkania, kiedy Zach, nieświadomy świata, opadał między moje uda. Mogłam tylko z przerażeniem patrzeć, jak do środka wchodzi mężczyzna. Nie miałam pojęcia, co to za koleś, ale na pewno nie mógł być bratem Zacha, który przecież przerastał mnie zaledwie o kilka centymetrów.

Facet był wysoki i muskularny. Widać, że mięśnie zdobył dzięki ciężkiej fizycznej pracy. Miał na sobie czarną, skórzaną kamizelkę z naszywkami narzuconą na zniszczony T-shirt i jeansy ubrudzone olejem silnikowym lub smarem. W dłoni trzymał pół kraty piwa. Jego włosy były jasne, krótkie i obcięte po wojskowemu. Miał przekłutą wargę i brew, w lewym uchu dostrzegłam dwa kolczyki, a w prawym jeden, niczym u pirata.

Mówiąc bez ogródek, był przystojny, ale nikt przy zdrowych zmysłach nie przyzna, że śliczny. Nosił ciężkie, czarne, skórzane buty, a łańcuch od portfela zwisał mu na biodra. Jedną rękę w całości pokrywały mu tatuaże, na drugiej widniała czaszka na tle skrzyżowanych ostrzy.

Zatrzymał się w drzwiach i wbił w nas wzrok, po czym powoli pokręcił głową.

- Mówiłem ci, co zrobię, jeżeli po raz kolejny włamiesz się do mojego mieszkania - powiedział cicho.

Zach pobladł na twarzy i zesztywniał - z jednym znaczącym wyjątkiem. Czułam, jak ten wyjątek wysuwa się ze mnie wraz z jakimś płynem i zdałam sobie sprawę, że niczego nie podłożyliśmy na łóżku, nawet ręcznika.

Ohyda.

Skąd miałam wiedzieć, że potrzebujemy ręcznika?

- Cholera - burknął Zach. - Ruger, wszystko wytłumaczę...

- Kurwa, daruj sobie! - warknął koleś, wchodząc do środka.

Zatrzasnął za sobą drzwi i podszedł do kanapy. Próbowałam ukryć twarz na piersi mojego chłopaka. Nigdy w życiu nie byłam tak bardzo zażenowana i zawstydzona.

Kwiaty.

Czy za dużo wymagałam?

- Jezu Chryste, ile ona ma lat? Dwanaście? - spytał Ruger, kopiąc w kanapę, która pode mną zadrżała.

Zach usiadł, odsuwając się ode mnie, więc wrzasnęłam, próbując zakryć się rękami przed spojrzeniem jego brata.

Cholera! Jasna cholera!

Potem było jeszcze gorzej. Brat Zacha, Ruger - czy jak się, do diabła, zwał - spojrzał mi w twarz, chwytając za koc złożony na końcu kanapy, i rzucił mi na biodra. Jęknęłam, miałam ochotę umrzeć. Nadal leżałam z szeroko rozłożonymi nogami, koleś widział wszystko, wszystko! To miała być najbardziej romantyczna noc w moim życiu, a jedyne, czego w tamtej chwili pragnęłam, to znaleźć się w domu i płakać.

- Idę pod prysznic, a zanim wyjdę, macie zniknąć - powiedział Ruger, wbijając spojrzenie w Zacha. Mój chłopak się wzdrygnął. - Trzymaj się, kurwa, z daleka od mojego mieszkania.

Wszedł do łazienki, zatrzaskując drzwi. Kilka sekund później usłyszałam lecącą wodę. Zach skoczył na równe nogi, mamrocząc pod nosem:

- Dupek! Cholerny dupek!

- To jest twój brat?

- Tak. Jest kutasem.

Usiadłam i opuściłam koszulę, której dzięki Bogu nie zdjęłam. Zach uwielbiał pieścić moje piersi, ale dzisiaj nam się spieszyło. Udało mi się wstać, przytrzymując koc, a potem obciągnęłam spódnicę. Nie miałam zielonego pojęcia, gdzie podziałam majtki, szybko rozejrzałam się po pokoju, ale ich nie zauważyłam. Pochyliłam się i przeszukałam kanapę, jednak nic nie znalazłam, za to udało mi się trafić dłonią w obrzydliwie mokrą plamę. Poczułam się jak tania dziwka.

- Kurwa! - krzyknął Zach.

Uniosłam głowę.

Mogło być jeszcze gorzej?

- Kurwa, po prostu w to nie wierzę!

- Co się stało?

- Prezerwatywa pękła - powiedział z szeroko otwartymi oczami. - Pieprzona gumka pękła - powtórzył. - To jest najgorsza noc w moim życiu. Lepiej, żebyś nie była w ciąży.

Zabrakło mi powietrza w płucach. Najwyraźniej byłam w błędzie i sytuacja mogła się jeszcze zepsuć. Zach pokazał mi kondom. Patrzyłam na paskudną rzecz, niedowierzając, że mam takiego pecha.

- Może źle założyłeś? - wyszeptałam. Wzruszył ramionami, nie odpowiadając na pytanie. - Zobaczysz, wszystko będzie okej - dodałam po kolejnej długiej przerwie. - Okres dopiero mi się skończył. W tej fazie cyklu nie mogę zajść w ciążę, prawda?

- Hmm, tak, pewnie masz rację - powiedział zarumieniony i odwrócił wzrok. - Nie uważałem na lekcjach biologii. Zawsze korzystam z prezerwatywy. Zawsze. Nigdy nic się nie wydarzyło, nawet...

Zaparło mi dech w piersi i poczułam wzbierające gorzkie łzy w moich oczach.

- Powiedziałeś, że zrobiłeś to tylko raz - powiedziałam.

Skrzywił się.

- Nigdy wcześniej nie robiłem tego z nikim, kogo kochałem - powiedział, chwytając mnie za dłoń.

Jego poplamione palce mnie zniesmaczyły, ale kiedy mnie objął, zrelaksowałam się.

- Hej, wszystko będzie w porządku - mruknął, gładząc mnie uspokajająco po plecach. - Będzie dobrze. Z nami też. Przepraszam, że nie byłem z tobą szczery. Bałem się, że poznasz prawdę i nie zechcesz się ze mną spotykać. Nie dbam o inne dziewczyny, liczysz się tylko ty. Chcę być z tobą.

- Okej - odpowiedziałam, biorąc się w garść.

Nie powinien kłamać, ale przynajmniej się przyznał. Nawet pary z dużym stażem muszą nad pewnymi rzeczami ciężko pracować, prawda?

- Powinniśmy wyjść. Twój brat wyglądał na wkurzonego. Myślałam, że dał ci klucz.

- Moja macocha ma dodatkowy klucz - powiedział, wzruszając ramionami. - Wziąłem go. Ruger powinien być poza miastem. Zabierz pizzę.

- Może zostawimy coś twojemu bratu?

- Chrzanić go! I to jest mój przyrodni brat. Tak naprawdę nie łączą nas więzy krwi.

Oookej.

Włożyłam buty, wzięłam torebkę i pizzę. Nadal nie wiedziałam, gdzie podziały się moje majtki, ale właśnie wtedy usłyszałam, że Ruger zakręcił wodę. Musieliśmy zniknąć z mieszkania. Zach spojrzał w kierunku łazienki i mrugnął do mnie, podnosząc kratę piwa z kuchennego blatu.

- Chodźmy - powiedział, chwytając moją dłoń i kierując się do drzwi wyjściowych.

- Kradniesz jego piwo? - spytałam, czując się niepewnie. - Na serio?

- Pieprzyć Rugera - stwierdził, mrużąc oczy. - To totalny kutas. Myśli, że jest lepszy od nas wszystkich. On i ten jego cholerny klub motocyklowy. Banda dupków i kryminalistów. Pewnie sam przywłaszczył sobie piwo, poza tym zawsze może kupić nowe, my już nie. Alkohol zabierzemy do Kimber. Jej rodzice są w Meksyku.

Zbiegliśmy po schodach prowadzących do kompleksu mieszkań, a później podeszliśmy do ciężarówki stojącej na parkingu. Była stara, ale przynajmniej duża. W głównej kabinie forda było sporo miejsca i spędzaliśmy w niej godziny pod gwiazdami, całując się i śmiejąc. Innym razem do środka pakowało się po kilka par, wszyscy siadaliśmy sobie na kolanach. Zach dzisiejszej nocy się nie spisał, ale to nie jego wina. Po prostu niekiedy życie nie układało się według planu. Ale nadal za nim szalałam.

- Hej - powiedziałam, gdy otworzył drzwi od strony kierowcy. Odwrócił się do mnie, więc wspięłam się na palce i całowałam go długo i powoli. - Kocham cię.

- Też cię kocham, kochanie - odpowiedział, zakładając mi pasmo włosów za ucho. Z miejsca zmiękłam, poczułam się bezpieczna i chroniona. - A teraz chodźmy wykończyć kilka z tych piw. Kurwa, co za szalona noc. Mój brat jest takim kutasem.

Śmiejąc się, przewróciłam oczami i powlekłam tyłek na miejsce pasażera.

Więc utrata dziewictwa nie była ani piękna, ani idealna. Ale przynajmniej było po wszystkim i Zach mnie kochał. Szkoda tylko majtek. Kupiłam je na specjalną okazję.

***

Osiem miesięcy później

Ruger

- Cholera, dzwoni mama. Muszę odebrać - krzyknął Ruger przez stół do Mary Jo.

Zespół jeszcze nie zaczął grać, ale miejsce już pękało w szwach, więc nie usłyszałby ani jednego pieprzonego słowa. Nieczęsto wychodził, odkąd został prospectem Reapersów. Zdobycie miejsca w Klubie było pracą na pełny etat, a miał też zmiany w lombardzie. Mama o tym wiedziała i nie zadzwoniłaby, gdyby nie miała ważnego powodu.

- Hej, poczekaj, aż wyjdę - rzucił głośno do telefonu, idąc do wyjścia długimi krokami.

Ludzie schodzili mu z drogi, ale powstrzymał uśmiech. Zawsze był potężnie zbudowanym mężczyzną, ale teraz, nosząc barwy Reapersów? Skurwiele praktycznie nurkowali pod stoły, widząc naszywki klubowe na jego kucie.

- Okej, jestem na zewnątrz - powiedział, odchodząc od tłumu kłębiącego się przed frontem Ironhorse.

- Jesse, Sophie cię potrzebuje - powiedziała mama.

- Co masz na myśli? - spytał, spoglądając na swój motocykl zaparkowany na końcu ulicy. Jakiś facet zbliżał się do maszyny...

O nie, nie ma, kurwa, mowy...

- Więc, pojedziesz? - zapytała mama.

Cholera, przeoczył część z tego, co powiedziała.

- Kurwa, przepraszam, mamo, nie słyszałem, co powiedziałaś.

- Właśnie dostałam telefon od Sophie, była spanikowana - powtórzyła. - Głupie dzieciaki. Poszła na imprezę z twoim bratem, a teraz jest pewna, że rodzi. On jest zbyt pijany, żeby zabrać ją do szpitala, a sama ma skurcze i nie może prowadzić. Zamierzam go zamordować. Nie mogę wręcz uwierzyć, że zabrał ją na imprezę, szczególnie teraz.

- Powiedz, że, kurwa, żartujesz!

- Jesse, nie używaj takiego języka w rozmowie ze mną! - warknęła. - Pomożesz Sophie czy nie? W tej chwili jestem w Spokane, zanim do niej dotrę, minie godzina. Jeżeli nie możesz pomóc, zadzwonię w inne miejsca.

- Czekaj, a nie jest za wcześnie?

- Odrobinę - odpowiedziała spiętym głosem. - Chciałam zadzwonić po ambulans, ale upierała się, że to skurcze Braxtona-Hicksa1. Wiesz, że karetka kosztuje majątek, a ona boi się ponieść dodatkowe koszty. Chce jechać do domu, ale czuję, że potrzebuje szpitala. Pojedziesz po nią czy nie? Spotkamy się w szpitalu, jak tylko wrócę do miasta. Jesse, mam naprawdę złe przeczucia. Dla mnie nie brzmiała, jakby miała takie skurcze.

- Jasne - odpowiedział, zastanawiając się, czym, do cholery, są skurcze Braxtona-Hicksa.

Zobaczył wychodzącą z baru Mary Jo, która posłała mu smutny uśmiech. Wiedziała wszystko o nagłych telefonach i zmianach planów.

- Gdzie oni są? - spytał mamę.

Uzyskał wszystkie niezbędne informacje, podszedł do dziewczyny, z którą był na randce i wzruszył ramionami. Do bani. Chciał się położyć spać poza domem klubowym. Chociaż raz odrobina prywatności byłaby mile widziana, a Mary Jo zdawała się dzika jak bracia.

- Sprawy klubowe? - spytała lekko.

Na szczęście dziewczyna nie była królową dramatu.

- Nie, rodzinne - odpowiedział. - Mój przyrodni brat zaciążył swoją dziewczynę, a teraz Sophie rodzi i potrzebuje podwózki do szpitala. Jadę po nią.

Mary Jo otworzyła szeroko oczy.

- Jedź już - powiedziała szybko. - Wezmę taksówkę do domu. Cholera, ale przypał... Ile ma lat?

- Właśnie skończyła siedemnaście.

- Ja pierniczę... Dziecko w tak młodym wieku, nie potrafię sobie tego wyobrazić. Zadzwoń później, okej?

Dał jej szybkiego, ale mocnego całusa. Chwyciła go za fiuta i mocno ścisnęła. Jęknął, czując, że sztywnieje. Naprawdę powinien się położyć... Zamiast tego odsunął się i skierował do motocykla.

***

Impreza miała miejsce w połowie drogi do Atholu, w jakimś polu, które niejasno pamiętał z wizyty w czasie nauki w liceum. Dość łatwo znalazł ciężarówkę Zacha. Sophie stała obok samochodu, wyglądała na wystraszoną. Na jej twarzy pojawił się grymas bólu i chwyciła się za brzuch. Teraz wyglądała na przerażoną.

Ruger zaparkował motocykl i zdał sobie sprawę, że będzie musiał zostawić maszynę w tym miejscu, dziewczyna nie mogła z nim jechać na harleyu.

Po prostu zajebiście.

Gówniara mogła spaść i skręcić kark, do tego jej twarz była blada ze zmęczenia. Nie było czasu do stracenia. Musiał zawieźć ją autem i najwyraźniej właśnie w tej chwili. Ruger pokręcił głową, rozglądając się za bratem. Nadal nie potrafił pojąć, jak taka śliczna, mądra dziewczyna mogła wybrać Zacha. Sophie miała długie, kasztanowe włosy, piękne zielone oczy, a jej krągłości aż krzyczały: "Jestem kobietą!". Ruger spędził niejedną noc z fiutem w dłoni, rozmyślając o nich. Nawet w ciąży, pośrodku pola, na imprezie, Sophie była pociągająca. I, kurwa, za młoda!

Gdy go zobaczyła, skrzywiła się. Położyła dłoń na plecach i wyprostowała się, kiedy skurcz minął. Ruger wiedział, że dziewczyna go nie lubiła, i nie miał do niej pretensji. Nie poznali się w najlepszych okolicznościach, a sprawy między nim i Zachem z każdym dniem układały się coraz gorzej. Nie znosił sposobu, w jaki brat traktował mamę, w jaki sposób żył, a przede wszystkim nie cierpiał gówniarza, ponieważ umawiał się z innymi za plecami Sophie. Skurwiel nie zasługiwał na taką dziewczynę, a ich dziecko z pewnością nie wygrało losu na loterii, jeśli chodziło o tatusia.

- Jak się czujesz? - spytał, podchodząc do dziewczyny.

Pochylił się i spojrzał jej w twarz. W oczach miała panikę.

- Wody mi odeszły - powiedziała ochrypłym głosem. - Skurcze nadchodzą bardzo szybko. O wiele za szybko. Przy pierwszym dziecku akcja porodowa trwa znacznie dłużej. Muszę dostać się do szpitala. Nie powinnam była tutaj przyjeżdżać.

- Ja pierdolę - mruknął. - Masz kluczyki do samochodu?

Pokręciła głową.

- Zach je ma. Siedzi przy ognisku. Może powinniśmy zadzwonić po karetkę? Och... - jęknęła, pochylając się.

- Trzymaj się! - rzucił. - Dorwę Zacha. Zawiozę cię do szpitala szybciej niż karetka.

Jęknęła ponownie i oparła się o ciężarówkę. Ruger pobiegł w kierunku ogniska. Na miejscu zobaczył, że brat bez czucia leżał na ziemi.

- Wstawaj, dupku! - wrzasnął, chwytając go za T-shirt i stawiając na nogi. - Kluczyki! Natychmiast!

Zach spojrzał na niego tępo.

Czy na jego koszulce były wymiociny?

Licealiści stali wokół nich i obserwowali sytuację z szeroko otwartymi oczami, w dłoniach trzymając plastikowe kubki z tanim piwem.

- Nie wierzę - mruknął Ruger, grzebiąc w kieszeniach spodni brata i mając nadzieję, że dupek nie zgubił kluczyków. Jego dłoń znalazła się bliżej fiuta Zacha, niż chciał, ale wreszcie znalazł to, czego szukał, więc rzucił chłopaka z powrotem na ziemię. - Jeżeli chcesz zobaczyć, jak przychodzi na świat twoje dziecko, natychmiast pakuj dupę do ciężarówki. Nie zamierzam na ciebie czekać.

Z tymi słowami ruszył w stronę forda. Otworzył drzwi i posadził Sophie na tylnym siedzeniu. Usłyszał hałas i kątem oka zobaczył Zacha wsiadającego na pakę. Gnojek. Gotowy odjechać, odpalił silnik i wrzucił bieg. Po chwili wyskoczył z samochodu i pobiegł do motocykla. Miał zestaw pierwszej pomocy, nic wymyślnego, ale biorąc pod uwagę kondycję dziewczyny, mógł się przydać. Wskoczył z powrotem za kierownicę, wyjechał z pola i ruszył w kierunku autostrady, z niepokojem obserwując Sophie we wstecznym lusterku. Ciężko dyszała, a potem krzyknęła, aż wszystkie włosy stanęły mu dęba.

- Jasna cholera, czuję, że muszę przeć! Och, Boże, to boli! Tak bardzo boli! Nigdy czegoś podobnego nie czułam. Jedź szybciej... Musimy szybko dostać się...

Ucichła i ponownie jęknęła. Ruger przyspieszył, zastanawiając się, czy Zach miał czego się przytrzymać. Nie widział go ze swojego miejsca, być może gnojek ponownie zemdlał. Równie dobrze mógł spaść. Ruger miał to w nosie.

Prawie dotarli do autostrady, kiedy Sophie zaczęła krzyczeć:

- Zatrzymaj się! Zatrzymaj ciężarówkę!

Stanął na poboczu, mając nadzieję, że to nie było to, o czym myślał. Zaciągnął hamulec ręczny i odwrócił się. Dziewczyna miała zamknięte oczy, twarz siną i pełną agonii. Trzymała się za brzuch, jęcząc.

- Karetka - stwierdził ponuro.

Skinęła głową. Wykonał połączenie i przekazał szczegóły operatorce, następnie odłożył telefon z włączonym trybem głośnomówiącym na siedzenie. Wyszedł z auta, otworzył tylne drzwi i pochylił się nad dziewczyną.

- Jestem z tobą, Sophie - powiedziała operatorka. - Wytrzymaj. Ratownicy jadą z Hayden. Wkrótce będą na miejscu.

Sophie jęknęła między kolejnymi skurczami.

- Muszę przeć.

- Karetka będzie za dziesięć minut. Dasz radę i wytrzymasz! Mają wszystko, żeby ci pomóc.

- Kurwa! - wrzasnęła, zaciskając palce na dłoniach Rugera.

- Okej. Dziecko raczej nie urodzi się, zanim przyjadą ratownicy, ale, Ruger, chcę, żebyś się przygotował - zwróciła się do niego operatorka. Jej głos był taki spokojny, brzmiała, jakby była na haju.

Jak ona to robiła?

On miał zaraz dostać ataku serca.

- Teraz najważniejsza jest Sophie. Potrzebuje twojej pomocy. Dobra wiadomość jest taka, że poród jest naturalny i jej ciało wie, co ma robić. Taka szybka akcja porodowa zazwyczaj kończy się bez komplikacji. Możesz umyć dłonie?

- Tak - mruknął. - Sophie, musisz mnie na sekundę puścić.

Pokręciła głową, ale delikatnie uwolnił dłonie. Otworzył apteczkę i wyciągnął kilka śmiesznie małych opakowań chusteczek nawilżających. Spróbował zdezynfekować dziewczynie ręce, ale wrzasnęła i uderzyła go w twarz.

Jasna cholera, miała siłę.

Ruger pokręcił głową, bolał go policzek.

Nadszedł kolejny skurcz.

- Za wcześnie - sapnęła Sophie. - Nie mogę go powstrzymać. Muszę przeć, teraz!

- Kiedy ma termin? - zapytała operatorka, podczas gdy dziewczyna jęknęła głośno i przeciągle.

- Za jakiś miesiąc - odparł Ruger.

- Jest za wcześnie. W porządku. Musimy się upewnić, że dziecko oddycha. Nie pozwól mu upaść na ziemię, jeżeli urodzi się zanim dotrze karetka. Musisz malucha złapać. A teraz nie panikuj, bo całe godziny może potrwać zanim dziecko przyjdzie na świat, zwłaszcza, że to jest pierwszy poród Sophie. Ale na wszelki wypadek znajdź coś ciepłego do owinięcia noworodka. Sprawdzisz oddech. Jeżeli będzie z nim wszystko w porządku, położysz malucha na nagiej piersi matki. Skóra przy skórze. Następnie go otulisz. Nie ciągnij za pępowinę, przetnij ją i zawiąż. Trzymaj dłonie z dala od kanału rodnego.

Wtedy go olśniło.

Sophie za chwilę urodzi dziecko na poboczu drogi. Jego bratanka. Właśnie teraz. Jasna cholera, ale najpierw musiała zdjąć spodnie. Miała na sobie legginsy, próbował je z niej ściągnąć w kabinie. Nie dał rady, a ona nie potrafiła znaleźć wygodnej pozycji.

- Musimy wysiąść - powiedział.

Pokręciła głową, ale zacisnęła zęby i postawiła stopy na ziemi. Potem jednym płynnym ruchem ściągnął z niej spodnie i majtki.

I co teraz?

Sophie ponownie wrzasnęła i przysiadła obok ciężarówki.

Kurwa, musiał coś znaleźć, żeby ogrzać dziecko. Rozejrzał się gorączkowo, ale niczego nie wypatrzył, dlatego ściągnął kutę, wrzucił do samochodu, a następnie zerwał z siebie T-shirt. To nie był najlepszy wybór, ale przynajmniej koszulka była wystarczająco czysta. Zanim spotkał się z Mary Jo, wziął prysznic i włożył świeżą, wypraną.

Sophie parła całą wieczność, wbijając palce głęboko w jego ramiona. Rano z pewnością będzie miał siniaki. Prawdopodobnie też ranki od jej paznokci. Nieważne. Operatorka spokojnym głosem zachęcała ich, żeby jeszcze chwilę wytrzymali, karetka miała się zjawić za pięć minut. Sophie zignorowała kobietę, zagubiona we własnym świecie bólu, wydając głośne jęki przy każdym skurczu.

- Widzisz główkę dziecka? - spytała operatorka.

Ruger zamarł.

- Chcesz, żebym spojrzał?

- Tak.

Był cholernie pewny, że nie miał ochoty patrzeć, ale, kurwa, Sophie go potrzebowała. Dziecko też.

Zajrzał dziewczynie między nogi i zobaczył maleńką główkę pokrytą czarnymi włoskami, wychodzącą z jej ciała.

O kurczę!

Sophie nabrała powietrza w płuca i jeżeli to możliwe, jeszcze mocniej zacisnęła dłonie na jego ramionach. Ponownie prąc, wydała jeszcze jeden długi jęk. I stało się. Ruger prawie jak w transie pochylił się, a mały, najpiękniejszy i najbardziej doskonały człowieczek wpadł w jego dłonie. Sophie zaczęła płakać z ulgą, krew ciekła po jej udach.

- Co się dzieje? - spytała operatorka.

Usłyszał syreny.

- Dziecko przyszło na świat - mruknął z podziwem Ruger. Raz obserwował, jak cieli się krowa, ale narodziny dziecka były czymś wyjątkowym. - Mam go.

- Oddycha?

Przyglądał się, jak noworodek pierwszy raz otwiera oczka i patrzy wprost na niego. Były niebieskie, okrągłe, zdezorientowane i, kurwa, cudowne. Mały zamknął powieki, skrzywił usteczka, wziął głęboki wdech i wydał z siebie żałosne kwilenie.

- Tak, kurwa, z dzieckiem wszystko w porządku.

Ruger spojrzał na Sophie i pokazał jej syna. Uśmiechnęła się z wahaniem i sięgnęła po dziecko. Jej wyczerpana, ale pełna blasku twarz była drugą najpiękniejszą rzeczą, jaką widział w życiu. Oczywiście tuż za małymi niebieskimi oczkami.

- Skarbie, dobrze się spisałaś - szepnął.

- Tak - odszepnęła. - Prawda?

Delikatnie pocałowała chłopca w głowę.

- Cześć, Noah... Jestem twoją mamą. Dobrze się tobą zaopiekuję. Obiecuję.

Rozdział 1

Siedem lat później

Seattle, Waszyngton

Sophie

Nasza ostatnia noc w Seattle była koszmarna.

Opiekunka do dziecka, opiekunka w nagłych wypadkach i druga opiekunka w nagłych wypadkach złapały grypę. Miałabym przerąbane, gdyby nie nowa sąsiadka, która zaproponowała, że przypilnuje Noaha. Tak naprawdę nie znałam kobiety, ale od miesiąca mieszkałyśmy obok siebie i do tej pory nie miałam żadnych zastrzeżeń.

Wiem, to za mało, ale samotna matka chwyta się brzytwy.

Spóźniałam się na zmianę w barze, więc mój szef, Dick, na mnie nawrzeszczał. Prawie powiedziałam mu, że rzucam pracę z powodu syna. I nie, nie nazywałam Dicka w ten sposób, bo był kutasem2, ale dlatego, że takie nosił imię.

Naprawdę rozumiałam powód jego podłego nastroju - z sześciu dziewczyn wpisanych w grafik pojawiły się zaledwie dwie. Kolejne dwie, jak połowa miasta, miały grypę, a pozostałe wybrały się na randki. Przynajmniej tak uważałam, chociaż oficjalne wersje zawierały coś na temat martwej babci czy zainfekowanego tatuażu. Najwyraźniej żadna apteka w sąsiedztwie nie miała w sprzedaży maści na zakażenia.

Tak czy inaczej, sprawy szybko się posypały. W barze przygrywała kapela wprawiająca klientów w dobry nastrój, ale przez głośną, rozpraszającą muzykę i pijackie tańce z trudem nadążałam z zamówieniami. Było więcej ludzi niż zazwyczaj. Nawet z pełną załogą byłoby co robić, bowiem miejscówka pękała w szwach. A wisienką na torcie były chamskie odzywki studentów, fanów lokalnego zespołu.

O jedenastej padałam ze zmęczenia i w końcu musiałam się wysikać. Schowałam się w łazience, w której nie było papieru toaletowego. Doskonale wiedziałam, że nikt nie miał czasu na uzupełnienie zapasów. Wyciągnęłam telefon i szybko przejrzałam wiadomości, miałam dwie głosowe. Jedna od Mirandy, opiekunki Noaha, a druga od Rugera, najbardziej przerażającego - powiedzmy - szwagra na całym świecie.

Cholera!

Wpierw postanowiłam uporać się z Mirandą. Czekając na połączenie z pocztą głosową, łudziłam się, że wszystko w porządku. Dick na pewno nie wypuściłby mnie szybciej z pracy, nawet w nagłym wypadku. Ruger mógł poczekać.

- Mamo, boję się - usłyszałam głos Noaha i zamarłam. - Wziąłem telefon Mirandy i schowałem się w szafie - dodał. - W mieszkaniu jest zły pan, który pali. Chciał mi dać papierosa, śmiali się ze mnie. Próbował mnie łaskotać i prosił, żebym usiadł mu na kolanach. Teraz oglądają filmy z nagimi ludźmi, które mi się nie podobają. Nie chcę tu być, chcę wracać do domu. Chcę, żebyś wróciła do domu. Naprawdę cię potrzebuję. Teraz.

Słyszałam jego urywany oddech, jakby płakał, ale nie chciał, żebym o tym wiedziała i na tym skończyła się wiadomość. Wzięłam kilka głębokich oddechów, próbując opanować strach i adrenalinę. Sprawdziłam, kiedy przyszła wiadomość - prawie czterdzieści pięć minut temu. Skręcało mnie, pomyślałam, że zwymiotuję. W końcu zebrałam się w sobie i wyszłam z łazienki. Udało mi się wrócić do baru, poprosiłam Bretta, barmana, o otwarcie szuflady, w której trzymałyśmy torebki.

- Przekaż Dickowi, że wracam do domu, moje dziecko mnie potrzebuje.

Bez zwłoki skierowałam się w stronę drzwi, przeciskając między studenciakami z bractwa. Tuż przy wyjściu ktoś złapał mnie za ramię i odwrócił w swoją stronę. Mój szef, który się we mnie teraz wpatrywał.

- Williams, a ty gdzie, do diabła, się wybierasz?

- Nagły wypadek. Muszę jechać do domu.

- Jeżeli teraz wyjdziesz, zostawiając mnie z tłumem ludzi, możesz nie wracać - warknął.

Pochyliłam się i zmierzyłam go wzrokiem, co było całkiem proste, facet miał niewiele więcej niż metr pięćdziesiąt. W dobre dni nazywałam go Hobbitem3. Tej nocy był po prostu trollem.

- Muszę zaopiekować się synem! - powiedziałam zimno, używając najgroźniejszego tonu zabijającego gnomy. - Puszczaj. Natychmiast! Odchodzę!

***

Powrót do domu trwał przynajmniej rok. Próbowałam dodzwonić się do Mirandy, bez rezultatu. Kiedy dotarłam do wiekowej kamienicy, wpadłam na schody, a pędząc na górę, trzęsłam się z powodu gniewu i strachu. Mieszkanie sąsiadki znajdowało się na wprost mojej kawalerki i chociaż nie znosiłam wchodzić po schodach, do tej pory byłam zachwycona, że mieszkałyśmy same na ostatnim piętrze. Tej nocy to uczucie było mi obce. Byłam przerażona.

Gdy waliłam pięścią w drzwi, słyszałam głośną muzykę, jęki i pochrząkiwania dochodzące ze środka. Nikt mi nie otworzył. Uderzyłam w drzwi jeszcze mocniej, zastanawiając się, czy ich nie wyważyć. W końcu wysoki koleś w niedopiętych spodniach i bez koszuli uchylił drzwi, blokując mi wejście. Widać było u niego zaczątki piwnego brzucha, miał też przekrwione oczy. Śmierdział gorzałką i marychą.

- Tak? - spytał, chwiejąc się na nogach.

Próbowałam zajrzeć do środka, ale blokował mi widok.

- Mój syn, Noah, jest tutaj - powiedziałam, starając się zachować opanowanie i skupiając się na najważniejszej sprawie. Tego dupka mogłam zabić później. - Przyszłam go odebrać.

- A, tak, zapomniałem o nim, wejdź.

Odsunął się na bok, więc wparowałam do środka. Rozkład kawalerki Mirandy był taki sam jak mojej, zatem od razu powinnam zobaczyć Noaha, ale zamiast synka, ujrzałam rozwaloną na kanapie bezużyteczną sąsiadkę z rozmarzonym uśmiechem na twarzy. Miała na sobie pogniecione ubrania i hipisowską spódnicę zadartą powyżej rozsuniętych kolan. Na wprost niej, na stoliku do kawy, leżał telefon, obok bonga wykonanego z plastikowych długopisów, folii i butelki Mountain Dew. Fajka wodna była pusta, widocznie opieka nad siedmioletnim chłopcem nie była wystarczającą rozrywką.

- Miranda, gdzie jest Noah?

- Skąd mam, do licha, wiedzieć? - odpowiedziała niewyraźnie.

- Może wyszedł na zewnątrz - mruknął koleś, wyciągając kolejne piwo z lodówki. Kiedy się odwrócił, aż zachłysnęłam się powietrzem. Na plecach miał gigantyczny tatuaż przypominający dziarę Rugera, tylko zamiast MC Reapers, znajdowała się tam nazwa MC Devil's Jacks. Klub Motocyklowy. Bardzo zła wiadomość. Zawsze zła, nieważne, co twierdził Ruger.

Pomyślisz o tym później. Skup się.

Musiałam odnaleźć synka.

- Mamo?

Jego głos był delikatny i przestraszony. Rozejrzałam się gorączkowo i zobaczyłam, jak wchodzi do mieszkania przez okno od strony ulicy. O. Mój. Boże. Zbliżyłam się do Noaha, bardzo, bardzo ostrożnie. Byliśmy cztery piętra nad ziemią, a mój chłopczyk trzymał się tylko parapetu. Musiałam być ostrożna, w przeciwnym razie mogłabym go zrzucić z gzymsu. Wyciągnęłam ręce i delikatnie zacisnęłam dłonie na jego drobnych ramionach, wciągnęłam do mieszkania i mocno przytuliłam. Owinął się wokół mnie, niczym mała małpka. Pocierałam jego plecy, szepcząc cicho i obiecując, że już nigdy go nie zostawię.

- Nie rozumiem, czym się tak zdenerwowałaś - burknęła Miranda, siadając i robiąc miejsce na kanapie dla swojego fagasa. - Tam są schody przeciwpożarowe, a noc jest ciepła. Mamy sierpień. Dzieciakowi nic nie było.

Zamykając oczy, wzięłam głęboki wdech i zachowałam spokój. Otworzyłam oczy i spojrzałam za nią. Wtedy dostrzegłam porno lecące w telewizji. Oderwałam wzrok od silikonowej lali bzykającej się z czterema mężczyznami. Coś mrocznego i strasznego rozpaliło moje serce.

Głupia suka.

Miranda za to zapłaci.

- Jaki masz problem? - burknęła.

Nie zawracałam sobie głowy odpowiedzią. Musiałam wyjść z tego mieszkania i zabrać syna w bezpieczne miejsce. Planowałam policzyć się z sąsiadką kolejnego dnia. Może do tego czasu uspokoję się i nie zakończę jej żałosnego żywota. Zaniosłam Noaha do naszego mieszkania i jakimś cudem otworzyłam drzwi, nie puszczając synka, chociaż palce drżały mi z powodu tłumionej furii oraz potężnej dawki poczucia winy.

Zawiodłam go.

Moje dziecko mnie potrzebowało. Zamiast chronić Noaha, zostawiłam go z ćpunami, którzy mogli go zabić. Bycie samotną matką było do bani.

***

Noah potrzebował ciepłej kąpieli, godziny tulenia i czterech książeczek, zanim odpłynął. A co ze mną?

Nie byłam pewna, czy kiedykolwiek jeszcze zasnę. Letnie upały też nie pomagały, przysięgam, w mieszkaniu nie było czym oddychać. Po godzinie pocenia się w ciemności i przyglądaniu, jak mała klatka piersiowa synka unosi się i opada, poddałam się i otworzyłam piwo. Wzięłam łyk i usiadłam na kanapie, do głowy przychodziły mi tysiące pomysłów.

Po pierwsze, chciałam zabić Mirandę. Po drugie, albo ja zmienię lokum, albo ona. Zastanawiałam się, czy wezwać gliniarzy. Spodobał mi się ten pomysł, chciałam rzucić Mirandę i jej chłopaka na pożarcie wilkom. Zasłużyli na towarzyską wizytę chłopców w niebieskim. Po chwili doszłam do wniosku, że telefon na policję nie był najmądrzejszym posunięciem. Koleś był w MC.

Większość członków klubów motocyklowych nie przepada za stróżami prawa, a facet w końcu wyjdzie z aresztu i wraz z braćmi może poczuć potrzebę wyrażania opinii o zaistniałej sytuacji. Nie wspominając już o tym, że gdyby wmieszała się opieka społeczna, zrobiłoby się bardzo nieprzyjemnie.

Kochałam Noaha i zrobiłabym dla niego wszystko.

Byłam cholernie dobrą matką. Dziewczyny w moim wieku imprezowały i dobrze się bawiły, a ja zabierałam synka do parku i czytałam mu bajki. Zamiast uderzyć na miasto, swoje dwudzieste pierwsze urodziny spędziłam w domu, opiekując się Noahem, który wymiotował z powodu grypy żołądkowej. Nieważne, jak ciężko bywało, zawsze znalazłam czas dla mojego malucha i upewniałam się, że czuł się kochany.

Jednak na pierwszy rzut oka nasza sytuacja wyglądała nie najlepiej.

Samotna matka. Ojciec się nie liczył. Żadnej rodziny w pobliżu. Zapyziała kawalerka. Prawdopodobnie, po dzisiejszym wieczorze, bezrobotna. Co zrobiłaby opieka? Obwiniliby mnie za pozostawienie dziecka z Mirandą?

Nie miałam bladego pojęcia, co zrobić. Wzięłam kolejny łyk piwa i włączyłam telefon, wiadomość od Rugera patrzyła na mnie oskarżycielsko.

Jasna cholera!

Nie znosiłam do niego dzwonić. Nieważne, ile czasu spędzał z nami, a regularnie odwiedzał Noaha, nie potrafiłam zrelaksować się w jego obecności. Wiedziałam, że mnie nie lubił. Byłam pewna, że obwiniał mnie za zrujnowanie swoich relacji z bratem. Bóg mi świadkiem, swoją cegiełkę dołożyłam. Odepchnęłam na bok wspomnienie. Zawsze tak robiłam.

Nie dość, że czułam się niezręcznie w obecności Rugera, to jeszcze mnie przerażał. Z ledwością zwracał na mnie uwagę, a i tak potrafił mnie przejrzeć na wylot. A co było najbardziej frustrujące? Zapewne był najseksowniejszym mężczyzną, jakiego poznałam w życiu. Facet był niebezpieczny, miał twarde mięśnie, kolczyki, tatuaże i tego przeklętego, czarnego harleya. Zawłaszczał całe pomieszczenie, tylko do niego wchodząc. Wystarczyło na niego spojrzeć i z miejsca wiedziałaś, że był twardzielem, człowiekiem, który bierze, co zapragnie i nigdy nie przeprasza.

Cholera, byłam w nim zadurzona dłużej, niż chciałam przyznać, ale drań tego nie zauważał, chociaż był zafascynowany każdą kobietą poniżej czterdziestego roku życia w promieniu ośmiuset kilometrów. Cóż, raz zauważył i skończyło się fatalnie. Doceniałam, że nigdy nie przyprowadzał klubowych panienek do mojego domu. Ale fakt pozostawał faktem. Ruger był największą dziwką w północnym Idaho.

I na tym właśnie staliśmy. Podczas wizyt ten najseksowniejszy prostak, ta najbardziej płodna męska dziwka na świecie, wolał spędzać czas z moim synem.

Westchnęłam i nacisnęłam przycisk odtwarzania.

- Sophie, odbierz pieprzony telefon! - powiedział zimnym i nieznoszącym sprzeciwu głosem. - Noah właśnie dzwonił. Chwilę z nim pogadałem i spróbowałem uspokoić, ale jakaś cholerna dziwka zaczęła na niego wrzeszczeć i zabrała mu komórkę. Kiedy oddzwoniłem, nikt nie odbierał. Kurwa, nie wiem, co robisz, ale twój dzieciak cię potrzebuje. Zbieraj dupę w troki i jedź do niego. Natychmiast! Przysięgam, jeżeli włos mu z głowy spadnie... Sophie, na serio, nie chcesz wiedzieć, co zrobię. Zadzwoń do mnie, jak tylko odbierzesz młodego. I żadnych wymówek!

Upuściłam telefon na kolana i potarłam skronie palcami.

Jakby mało się działo, byłam zmuszona poradzić sobie z odchodzącym od zmysłów panem Bycie-Bikerem-Nie-Jest-Przestępstwem. Nie miałam wątpliwości, że właśnie tak się stanie. Ruger w dobrym nastroju był przerażający, a tylko raz widziałam go naprawdę rozwścieczonego i nadal nawiedzały mnie koszmary, co nie było figurą retoryczną. Niestety miał rację. Kiedy moje dziecko mnie potrzebowało, nie odebrałam telefonu, dzięki Bogu, że on to zrobił.

Nie miałam ochoty z nim gadać, ale nie potrafiłam zostawić go w zawieszeniu, zamartwiającego się całą noc o Noaha. Przy naszym ostatnim spotkaniu nazwał mnie suką. Może miał rację, ale nie byłam aż tak wielką, by w taki sposób go zadręczać. Oddzwoniłam.

- Wszystko z nim w porządku? - spytał, nie zawracając sobie głowy mówieniem "cześć".

- Jest ze mną i jest bezpieczny - odpowiedziałam. - W pracy nie słyszałam telefonu, ale odsłuchałam wiadomość czterdzieści pięć minut później. Nic mu nie jest. Mieliśmy szczęście i nic się nie stało.

- Jesteś pewna, że dupek nie wyrządził mu krzywdy?

- Powiedział, że facet próbował go połaskotać i skłonić, żeby usiadł mu na kolanach. Miranda i jej znajomy byli najarani oraz pijani. Myślę, że żadne z nich nie zauważyło ucieczki Noaha. Ukrył się na schodach przeciwpożarowych.

- Kurwa... - warknął Ruger. Nie brzmiał na wesołego. - Jak wysoko?

- Czwarte piętro - wydukałam, zamykając oczy ze wstydu. - Tylko cudem nie spadł.

- Dobra. Jestem w drodze. Pogadamy później. Ponownie go zostawisz, a pożałujesz. Rozumiesz?

- Tak - wyszeptałam i się rozłączyłam.

Odłożyłam telefon na stolik. W pokoju było duszno i nie mogłam złapać tchu. Po cichu podkradłam się do okna. Uniosłam szybę i wychyliłam się na zewnątrz. Spoglądając na ulicę, zaczerpnęłam świeżego powietrza. Bary opustoszały, ludzie szli ulicami, jakby wszystko było super i w porządku.

A gdybym nie sprawdziła poczty głosowej? Czy jeden z tych szczęśliwych pijaków spojrzałby w górę i dostrzegł przerażonego, małego chłopca kurczowo trzymającego się schodów przeciwpożarowych? A co, jeśli Noah by zasnął? Mógłby teraz leżeć martwy na chodniku.

Skończyłam piwo i złapałam drugie, a siadając na obskurnej kanapie, rozgniewana uderzyłam pięścią w materac. Kiedy ostatni raz sprawdzałam godzinę na zegarze, wskazywał trzecią w nocy.

***

Przed świtem obudził mnie hałas.

Noah?

Ktoś zakrył dłonią moje usta i przyszpilił cielskiem do kanapy. Za późno poczułam przypływ adrenaliny, nieważne, ile sił wkładałam, ile walczyłam, opierając się całą sobą, napastnik trzymał mnie w pułapce. W tamtej chwili myślałam tylko o Noahu śpiącym po drugiej stronie pokoju. Musiałam walczyć i przeżyć dla syna, ale nie mogłam się ruszyć, a w ciemności nie widziałam żadnej pieprzonej rzeczy.

- Jesteś przerażona? - wyszeptał szorstki, mroczny głos. - Zastanawiasz się, czy przeżyjesz noc? A co z twoim dzieciakiem? Mogę cię zgwałcić i zabić, a chłopaka sprzedać pierdolonemu pedofilowi. Nie możesz mnie powstrzymać, prawda? Sophie, jak chcesz go chronić, mieszkając w takim miejscu?

Kurwa!

Znałam ten głos.

Ruger!

Dupek mnie nie skrzywdzi.

- Nawet nie musiałem wyłamywać żałosnej namiastki zamka, który masz w tej dziurze - kontynuował, dociskając biodra do moich i podkreślając, jaką niewielką kontrolę miałam nad sytuacją. - Zostawiłaś otwarte okno w pokoju i na korytarzu. Skorzystałem ze schodów przeciwpożarowych i wszedłem do środka, a to oznacza, że każdy mógł postąpić tak samo. Łącznie z tym chorym skurwysynem, który wcześniej próbował zadrzeć z naszym chłopcem. Drań nadal jest w budynku? Sophie, dorwę go. Skiń głową, jeżeli będziesz cicho, pozwolę ci mówić. Nie przestrasz Noaha.

Skinęłam głową, próbując uspokoić galopujące serce rozdarte strachem i gniewem.

Jak śmiał mnie oceniać?

- Krzykniesz, a pożałujesz.

Oderwał dłoń od moich warg, więc wzięłam kilka głębokich oddechów. Szybko mrugając, próbowałam zdecydować, czy rzucenie się na niego z pazurami i zębami miało sens. Prawdopodobnie nie. Ruger był ciężki i przyszpilił mnie do kanapy. Nie mogłam poruszyć ani nogami, ani rękami. Nie potrafiłam sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek z własnej woli mnie dotknął, przynajmniej nie przez ostatnie cztery lata. I dobrze, ponieważ coś w Rugerze resetowało mój mózg, a na prowadzenie wychodziło moje ciało. Ostatnim razem, kiedy przejęło kontrolę, zostałam odrzucona i porzucona. Nigdy nie żałowałam, że mam synka, ale to jeszcze nie oznaczało, że pozwolę, aby libido ponownie myślało za mnie.

Po ostatecznym zerwaniu z Zachem, spotykałam się tylko z bardzo bezpiecznymi, bardzo nudnymi mężczyznami. W moim życiu miałam tylko trzech kochanków, a cyfra dwa i trzy była miła i mdła. Nie potrzebowałam w życiu takich komplikacji jak wujek mojego synka. Ale kiedy poczułam znajomy zapach, olej do broni zmieszany z nutą męskiego potu, reakcja mojego ciała była irytująco przewidywalna.

Nawet wściekła pragnęłam Rugera. Właściwie im bardziej byłam na niego zła, tym bardziej go pożądałam. Co było dość niefortunne, bo miał niezwykłą tendencję do wyprowadzania mnie z równowagi. Życie byłoby znacznie prostsze, gdybym go nienawidziła. Ten mężczyzna był urodzonym dupkiem, ale kochającym moje dziecko.

Drań leżał na mnie i miałam ochotę mu przyłożyć. Byłam też zawstydzona wilgocią między udami. Ruger był wielki, twardy i nie miałam pojęcia, jak sobie z nim poradzić. Do tej pory zawsze trzymał mnie na dystans. Spodziewałam się, że mnie puści, kiedy już wyraził swoje zdanie w najmniej konstruktywny sposób, ale tego nie zrobił. Zamiast tego uniósł się na łokciach, trzymając mnie w pułapce. Poruszył nogami, jedna spoczywała między moimi udami. Zbyt intymne. Próbowałam zacisnąć kolana, ale zmrużył oczy i przycisnął biodra do moich.

To było złe... bardzo, bardzo złe...

I niesprawiedliwe, bo napierając na moje biodra, nie poprawiał pracy mojego mózgu. Wierciłam się, próbując zyskać między nami odrobinę przestrzeni. Natychmiast! A i tak zastanawiałam się, czy mogłabym rozpiąć mu rozporek.

Ten mężczyzna był niczym heroina - uwodzicielski, uzależniający, a martwy wstałby przy nim z grobu.

- Nie ruszaj się - wyszeptał spiętym głosem. - Wiesz, co ratuje ci życie? Prawdopodobnie fakt, że mój kutas znajduje się w bardzo szczęśliwym miejscu. Uwierz mi na słowo, rozważałem, czy cię udusić, ale mój zamiar został zrównoważony rozmyślaniem o zerżnięciu cię.

Zamarłam.

Nie mogłam uwierzyć w te słowa. Mieliśmy umowę. Nigdy jej nie omawialiśmy, ale skrupulatnie przestrzegaliśmy. A jednak, ponownie naparł biodrami na moje i poczułam jak jego twarda długość rośnie na moim brzuchu. Zacisnęłam mięśnie, czując przeszywające mnie dreszcze pożądania. To było jawne oszustwo. Kiedyś moje zauroczenie zmieniło się w pożądanie, ale mnie wtedy zignorował i udawaliśmy, że między nami nic się nie wydarzyło.

Oblizałam wargi, jego spojrzenie podążyło za ledwo widocznym w słabym świetle brzasku ruchem mojego języka.

- Wcale tak nie myślisz - szepnęłam.

Zmrużył oczy, wpatrując się we mnie niczym lew obserwujący najwolniejszą gazelę.

Czekaj, czy lwy jedzą gazele?

Czy to się naprawdę działo?

Myśl!

- Ruger, nie jesteś sobą - powiedziałam. - Pomyśl, co właśnie powiedziałeś. Daj mi wstać i pogadamy.

- Miałem na myśli każde słowo, które wypowiedziałem - odpowiedział ostro. - Mój dzieciak wpadł w problemy, a jego matki nie było w pobliżu. Przejechałem cały stan, rozmyślając, obawiałem się, że jakiś gnojek właśnie molestuje lub morduje naszego chłopca, a kiedy w końcu dotarłem na miejsce, znajduję cię w totalnej ruderze, drzwi wejściowe do budynku mają wyłamany zamek, do tego zostawiłaś otwarte okno i bez problemu dostałem się do środka. A jaki ujrzałem widok? Cuchnąca piwem i półnaga leżałaś na kanapie.

Opuścił głowę i jeszcze mocniej naparł na moje biodra. Cholera, to mi się podobało. Ból między udami też mi się podobał.

- Z łatwością mogłem zabrać ci dzieciaka i tyle byś go widziała - kontynuował, podniósł głowę i spojrzał na mnie płomiennym wzrokiem. - A skoro ja mogłem, każdy może. Więc sugeruję, żebyś leżała bez ruchu, czekając, aż się uspokoję, ponieważ w obecnej chwili nie jestem uosobieniem rozsądku. Nie mów mi, co mam lub nie mam na myśli. Łapiesz?

Skinęłam głową z szeroko otwartymi oczami. Wierzyłam w każde jego słowo. Ruger nie odrywał ode mnie wzroku i ponownie poruszył biodrami, więc czułam każdy centymetr jego twardego penisa. Przytłaczał mnie swoją siłą i nagle wróciło do mnie wspomnienie nocy, podczas której straciłam dziewictwo z Zachem w mieszkaniu jego brata. Wtedy leżałam na kanapie z szeroko rozłożonymi udami i patrzyłam, jak moje życie rozpada się na drobne kawałki.

Pełne koło.

Wciąż buzowała we mnie adrenalina, nie tylko on musiał się uspokoić. Drań wpierw mnie przeraził, a później podniecił, ogarnęło mnie niepokojące uczucie gniewu i strachu. Nie mogłam się ruszyć. Położył głowę obok mojej i jęcząc, przycisnął biodra do moich. Czułam zdradzieckie dreszcze pożądania przemykające wzdłuż kręgosłupa. Jęknęłam, gdy mocno naparł na moją łechtaczkę.

To było dobre uczucie.

Zbyt dobre.

Zdzirowaty głosik w głowie podpowiadał oczywisty sposób rozładowania napięcia... I jakby czytając w moich myślach, Ruger wstrzymał oddech. Potem naparł mocniej swoją męskością na warstwę materiału okrywającą moje centrum. Żadne z nas nie powiedziało słowa, ale uniosłam biodra, pragnęłam go poczuć bliżej, bardziej. Zesztywniał.

Fatalny pomysł, pomyślałam, wyginając plecy i zamykając oczy.

Za każdym razem, kiedy go widziałam, w sekrecie zastanawiałam się, co poczułabym, gdybyśmy to zrobili. Oczywiście, uprawiając z nim seks nadal musiałabym patrzeć w jego rozbawioną twarz. Ten zadowolony z siebie skretyniały idiota nie wiedział, czym jest skrępowanie i wstyd.

Natychmiast powinniśmy przerwać, ale nie potrafiłam się powstrzymać, byłam zachwycona i czułam się niesamowicie. Leżałam na kanapie otoczona jego zapachem, przygwożdżona. Niczym złapany motyl. Ruger musnął nosem krawędź mojego ucha, a ja musiałam zagryźć usta, kiedy pieścił wargami moją szyję. Wierciłam się, pożądałam go i już mnie nie obchodziło, czy motyle umierają w niewoli.

- Mamo?

Cholera!

Próbowałam coś powiedzieć, ale nie potrafiłam wyartykułować słów. Odchrząknęłam i spróbowałam jeszcze raz, ale gdy poczułam ciepły oddech Rugera na policzku, z ust ponownie nic nie wyszło. Moje ciało pulsowało, a ten drań poruszył biodrami, jakby celowo ze mnie kpiąc.

Skurczybyk!

- Hej, kochanie! - powiedziałam drżącym głosem. - Daj mi chwilę, okej? Mamy towarzystwo.

- Wujcio Ruger?

Drań jeszcze raz naparł na mnie biodrami, zanim poderwał się na nogi. Usiadłam niepewnie i potarłam ręce. Głos Noaha powinien zadziałać na moje libido jak wiadro zimnej wody, niestety, nie miałam tyle szczęścia. Wciąż czułam zachwycającą twardość Rugera między moimi nogami.

- Maluszku, tutaj jestem - powiedział Ruger.

Wstał i przesunął dłońmi po głowie.

Obserwując go w półmroku, z całego serca żałowałam, że w niczym nie przypomina mojego byłego szefa. Ruger miał ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, był potężnie umięśniony i w ten prawdopodobnie-jestem-mordercą-ale-mam-dołeczki-w-­policzkach-i-zgrabną-dupę-więc-zawsze-będziesz-mnie-pożądać irytujący sposób przystojny.

Czasami nosił irokeza, ale w ciągu ostatnich kilku miesięcy włosy miał krótko wystrzyżone, nieco dłuższe z przodu, ciemne i gęste. Taką samą fryzurę miał przy naszym pierwszym spotkaniu. Biorąc pod uwagę jego wzrost, kolczyki, czarną, skórzaną klubową kamizelkę i wydziarane rękawy, jego miejsce było na plakacie z napisem: "Poszukiwany żywy lub martwy". Noah powinien się go bać, ale nigdy nie zauważył, że jego ukochany wujek był cholernie niebezpieczny.

- Obiecałem, że po ciebie przyjadę, prawda? - powiedział cicho Ruger.

Noah wyczołgał się z łóżka i zataczając, podszedł do wujka. Wyciągnął ramionka bez słów, domagając się przytulenia. Ruger uniósł mojego chłopca, spojrzeli sobie w oczy, jak mężczyzna z mężczyzną. Zawsze poważnie traktował Noaha.

- Wszystko w porządku, koleżko?

Mały skinął głową, objął szyję Rugera i mocno się przytulił. Uwielbiał swojego wujcia, a to uczucie było odwzajemnione. Widok ich razem rozdzierał mi serce. Zawsze myślałam, że bohaterem Noaha będzie Zach. No, niestety, najwidoczniej mój instynkt był gówno wart.

- Jestem z ciebie taki dumny - dodał Ruger.

Planowałam do nich podejść, ale się odsunął, widocznie potrzebował odrobiny prywatności. Nie zamierzałam się kłócić, nie chciałam straszyć dziecka, ale próbowałam podsłuchać ich rozmowę, kiedy odnosił Noaha do łóżka.

- Dobrze zrobiłeś, dzwoniąc po pomoc. Jeżeli kiedykolwiek znajdziesz się w podobnej sytuacji, dzwoń do mnie. Dzwoń do mamy. Na policję też. Pamiętasz, jak to zrobić?

- Dziewięćset jedenaście - mruknął sennym głosem Noah, potężnie ziewnął i osunął się na ramię Rugera. - Miałem tak robić tylko w nagłych wypadkach, bałem się, że będę miał kłopoty.

- Zły człowiek jest nagłym wypadkiem - odpowiedział Ruger. - Ale spisałeś się na medal i zrobiłeś, co ci kazałem. Ukryłeś się w naprawdę dobrym miejscu. A teraz połóż się spać, okej? Rano zabieram cię do mojego domu, już nigdy nie będziesz musiał oglądać tych ludzi i tego miejsca. Jeżeli będziesz zmęczony, nie możesz ze mną jechać, jasne?

Wstrzymałam oddech.

Co, do cholery?!

Patrzyłam, jak okrywa Noaha, a z każdą sekundą mój nastrój się pogarszał. Byłam daleka od zachowania stoickiego spokoju. Po chwili moje biedne wyczerpane dziecko ponownie zasnęło. Ubrałam szlafrok i usiadłam na kanapie, po czym skrzyżowałam ramiona, szykując się na wojnę. Ruger podszedł do mnie i celowo uniósł brew. Próbował wyprowadzić mnie z równowagi? Użyć seksu, żeby mnie zastraszyć? To tłumaczyłoby małą grę wstępną na kanapie.

- Zapomniałaś, że masz mnie nie wkurzać?

- Dlaczego powiedziałeś Noahowi, że jedzie do twojego domu? Nie możesz składać takich obietnic!

- Zabieram małego do Coeur d'Alene - odpowiedział rzeczowym głosem.

Przechylił głowę na bok, czekając na kłótnię, która, jak doskonale wiedział, nadchodziła. Kark miał umięśniony i szeroki, a dopasowując się do mojej postawy, skrzyżował ramiona, napinając bicepsy. To naprawdę nie było fair. Taki frustrujący, irytujący, wredny mężczyzna powinien być niski, gruby, łysiejący i z owłosionymi uszami.

Jednak tym razem nie miało znaczenia, że był przystojny, postanowiłam, że nie ulegnę. Nie był ojcem Noaha i mógł się pierdolić.

- Założę się, że pojedziesz z nami. Super. Nie pozwolę, żeby kolejną noc spędził w takiej ruderze.

Pokręciłam głową z niedowierzaniem. Zgadzałam się z nim w sprawie mieszkania, już nie czułam się w nim bezpieczna, ale nie chciałam pozwolić Rugerowi przejąć kontroli. Byłam pewna, że znajdę dla nas nowe lokum, w końcu przez ostatnie siedem lat doskonaliłam sztukę przetrwania.

- Nie masz nic do gadania. Nie jest twoim synem.

- Zgadza się, nie jest moim synem, ale zdecydowanie jest moim dzieckiem. Uznałem go zaraz po narodzinach i doskonale o tym wiesz. Nie byłem zachwycony, że wyjechałaś z małym z Coeur d'Alene, ale uszanowałem twoją decyzję. Teraz wszystko się zmieniło. Mama nie żyje, Zach zniknął, a to... - Wskazał dłonią mieszkanie. - Jest rudera. Co ty, do cholery, sobie myślałaś? Twoje potrzeby są ważniejsze niż Noaha?

Wbiłam w niego spojrzenie.

- Wypraszam sobie, co to miało znaczyć?

- Ciszej... - rzucił, naruszając moją przestrzeń osobistą.

To była gra o władzę, zwyczajne fizyczne zastraszanie. Założę się, że zazwyczaj tyle wystarczało, ponieważ, kiedy pochylił się nade mną, mój instynkt przetrwania kazał mi albo uciekać, albo wykonać jego rozkazy. I coś między moimi udami obudziło się do życia... Głupie ciało.

- Dokładnie tak, jak zabrzmiało - burknął. - Kurwa, na co ty przeznaczasz alimenty? Bo na pewno nie na mieszkanie. I dlaczego wyprowadziłaś się ze starego mieszkania? Może nie było najlepsze, ale w pobliżu był park i plac zabaw. Kiedy powiedziałaś, że się przeprowadziłaś, pomyślałem, że znalazłaś coś lepszego.

- Mieszkam tutaj, bo nie płaciłam czynszu i zostałam wyrzucona na bruk.

Zacisnął zęby. Wyraz jego twarzy był mroczny, nie potrafiłam rozszyfrować tego spojrzenia.

- Kurwa, a powiesz mi, dlaczego dopiero dzisiaj się o tym dowiaduję?

- Nie! - odpowiedziałam szczerze. - Nie chcę ci powiedzieć. Nie twoja sprawa.

Wziął kilka głębokich wdechów. Minęły długie sekundy i zdałam sobie sprawę, że próbuje zapanować nad nerwami. Myślałam, że wcześniej był zły, ale ta cicha furia, która teraz nim zawładnęła, była na zupełnie nowym poziomie.

Zadrżałam.

I to był kolejny z wielu problemów, jakie miałam z Rugerem. Czasami mnie przerażał. A chłopaki z Klubu? Jeszcze bardziej.

Nie miało znaczenia, że był słodki dla Noaha ani to, jak bardzo pragnęłam dotyku tego mężczyzny. Ruger był trucizną dla każdej kobiety w mojej sytuacji.

- Noah jest moją sprawą - wycedził. - Wszystko, co dotyczy dzieciaka, jest moją sprawą. Jeżeli tego nie rozumiesz, masz problem, który skończy się tej nocy. Zabieram go do domu, w którym będzie bezpieczny. Jezu Chryste, nawet nie zabezpieczyłaś rudery. Powiedziałem ci, żebyś kupiła czujniki na okna, póki nie założę alarmu w mieszkaniu.

Wyprostowałam się.

- Po pierwsze, nigdzie małego nie zabierzesz - powiedziałam, bardzo się starając, żeby mój głos był twardy i stanowczy. Nie mogłam sobie pozwolić na okazanie słabości, chociaż byłam bliska załamania nerwowego. - Po drugie, twój zasrany braciszek od blisko roku nie płaci alimentów. Opieka społeczna nie potrafi go namierzyć. Robiłam, co byłam w stanie, ale nie dałam rady opłacić czynszu. Przeprowadziliśmy się tutaj, bo stać mnie tylko na takie mieszkanie. Nie masz prawa mnie osądzać, chciałabym zobaczyć, jak wychowujesz dziecko, mając do dyspozycji kasę, którą zarabiam. Ruger, za darmo nie dają tych cholernych czujników.

Drgnął mu policzek.

- Zach pracuje na polu naftowym w Północnej Dakocie - oświadczył powoli. - Cholernie dobrze zarabia. Dwa miesiące temu gadałem z nim o spadku po mamie. Powiedział, że między wami się układa.

- Łże jak pies - rzuciłam z naciskiem. - Tak właśnie robi. Żadna nowość. Naprawdę jesteś zaskoczony?

Nagle poczułam zmęczenie, zawsze opadałam z sił, myśląc o Zachu, ale odpowiedzią nie był sen. W nich mnie nawiedzał. Zawsze budziłam się z krzykiem. Ruger cofnął się i podszedł do okna. Oparł się o parapet i zamyślony wyjrzał na zewnątrz. Dzięki Bogu, chyba się uspokoił. Życie znowu nabrałoby sensu, gdyby nie wyglądał tak zwodniczo atrakcyjnie, stojąc w oknie.

- Nie, chyba nie - odpowiedział po długiej przerwie. - Wiemy, że jest skończonym frajerem. Powinnaś była mi powiedzieć. Nie dopuściłbym do takiej sytuacji.

- To nie był twój problem - oznajmiłam cicho. - Do wczorajszego wieczoru dawaliśmy sobie radę, ale wszystkie opiekunki Noaha rozłożyła grypa. Popełniłam błąd. Więcej go nie powtórzę.

- Masz rację - powiedział, odwracając się w moją stronę.

Pochylił głowę i świdrował mnie spojrzeniem. Zdałam sobie sprawę, że wyglądał odrobinę inaczej. Zdjął kilka kolczyków. Szkoda, że nie zmieniło to jego postawy. Jego twarz wciąż była twarda jak stal.

- Nie pozwolę ci. W końcu musisz przyznać, że sama sobie ze wszystkim nie poradzisz. W Klubie jest pełno kobiet kochających dzieci. Pomogą. Jesteśmy rodziną, a rodzina nie stoi z boku, kiedy ktoś ma problemy.

Otworzyłam usta, gotowa się kłócić, ale nie powiedziałam słowa, słysząc ciche pukanie do drzwi. Ruger otworzył. Do środka wszedł wielki facet, wyższy nawet od niego. Miał na sobie wyblakłe, niebieskie jeansy, ciemną koszulę i czarną, skórzaną kutę z naszywkami, podobną nosił Ruger. Spostrzegłam imię kolesia i czerwony romb z symbolem 1%. Wszyscy Reapersi nosili taki znak, a moja przyjaciółka, Kimber, wyjaśniła mi jego znaczenie - byli wyjęci spod prawa, w co szczerze wierzyłam. Facet miał długie do ramion czarne włosy i twarz gwiazdy filmowej. Pod pachą trzymał stos złożonych kartonowych pudeł związanych czymś w rodzaju kabla od żelazka. W drugiej ręce miał aluminiowy kij bejsbolowy i rolkę taśmy klejącej.

Z trudem przełknęłam ślinę i prawie zemdlałam. Miałam spocone dłonie, cholera, byłam taka przewidywalna. Mój nemezis nie pojawił się sam, ale zabrał ze sobą wspólnika. To największy problem z Rugerem - był w pakiecie. Kupiłeś jednego Reapera, kupiłeś cały Klub. Oczywiście poza Reapersami odsiadującymi wyrok w kiciu.

- To jest Horse, jeden z moich braci - powiedział Ruger, zamykając drzwi. - Pomoże nam z twoimi rzeczami. Bądź cicho, ale zacznij pakować wszystko, co zechcesz zabrać. Wprowadzisz się do piwnicy. Jeszcze nie widziałaś mojego nowego lokum - powiedział dobitnie i wiedziałam, że to złośliwa uwaga, ponieważ latem nie chciałam z nim zamieszkać. - To suterena przystosowana do zamieszkania, z oknami i kuchnią, będziesz miała małe patio tylko dla siebie. A wokół domu mam mnóstwo przestrzeni dla Noaha. Wszystko jest umeblowane, więc zabierz tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Reszta tych śmieci może zostać tutaj.

Rozejrzał się po pokoju, oceniając wyposażenie. Rozumiałam jego punkt widzenia. Większość moich mebli znalazłam porzucone na śmietnikach, kilka kupiłam w komisie.

- Jak dzieciak? - spytał Horse, opierając pudła o ścianę.

Podniósł kij i kilka razy nim zamachnął. Oczywiście zauważyłam, jakie potężne miał ramiona. Najwyraźniej życie klubowe nie sprowadzało się do picia i puszczania z dziwkami, ponieważ Ruger i jego przyjaciel ponad wszelką wątpliwość podnosili ciężary.

- Drań go dotknął? Z czym mamy do czynienia?

- Z Noahem wszystko w porządku - powiedziałam szybko, rzucając okiem na taśmę, którą położył obok pudeł. - Był przestraszony, ale już jest okej. I dziękuję za twoją pomoc, ale jej nie potrzebujemy, nie przeprowadzę się do Coeur d'Alene.

Horse mnie zignorował, patrząc na Rugera.

- Facet wciąż jest w budynku?

- Nie wiem, przekonamy się - odpowiedział Ruger i spojrzał na mnie. - Sophie, wskaż nam mieszkanie.

- Co zamierzacie zrobić? - spytałam, przenosząc spojrzenie z jednego mężczyzny na drugiego. Obaj mieli twarze bez wyrazu. - Zdajecie sobie sprawę, że nie możecie ich zabić?

- Jasne - odpowiedział Ruger, jego głos był spokojny i prawie kojący. - Ale bywa, że wypadki chodzą po ludziach, zwłaszcza, gdy są nieostrożnymi draniami. Na tym polega życie, nie możesz tego kontrolować. Pokaż nam, gdzie on jest.

Spojrzałam na duże, silne dłonie Horse'a, w których trzymał kij i taśmę, kciukiem pieszcząc srebrną powierzchnię. Później pomyślałam o Noahu, który trzymał się parapetu cztery piętra nad ziemią, ukrywając na schodach przeciwpożarowych przed złym człowiekiem pragnącym go wykorzystać. Pomyślałam o wódce, marihuanie i porno. A potem wyszłam na korytarz i poprowadziłam ich pod mieszkanie Mirandy.

- Tu są.

Rozdział 2

Dziesięć minut później nie potrafiłam przestać zastanawiać się nad słowami Rugera. Co miał na myśli, mówiąc "wypadek"?

Planowali taki śmiertelny w skutkach?

Wmawiałam sobie, że to nie mój problem. Los Mirandy był totalnie poza moją kontrolą i został przypieczętowany telefonem Noaha do Rugera, gdy synek płakał i błagał o pomoc. Tak sobie wmawiałam przez pół godziny, ale potem moje sumienie dało o sobie znać.

Jeżeli Ruger i Horse nie zamierzali nikogo mordować, to po cholerę zaopatrzyli się w taśmę klejącą i kij bejsbolowy? Nie planowali konstruktywnej dyskusji, planowali zabójstwo i pozbycie się dowodów zbrodni. Brakowało jedynie wielkich worków na śmieci. Oglądałam Dextera4, wiem, co mówię. Miranda zasłużyła na karę, ale nie na śmierć. Nie potrzebowałam takiej karmy.

Ponieważ zadzwoniłam do Rugera, a on nie odebrał, zakradłam się pod drzwi i zapukałam. Ze środka nie dochodziły krzyki, właściwie niczego nie słyszałam, nawet najmniejszego poruszenia. Dobry czy zły znak? Trudno powiedzieć, to była moja pierwsza zbrodnia i nie znałam właściwej procedury. W końcu usłyszałam ciężkie kroki na skrzypiącej podłodze.

- To ja - powiedziałam, ściszając głos. - Możesz na sekundę wyjść? Ruger, musimy pogadać.

- Ruger jest zajęty - odpowiedział Horse zza drzwi. - Wkrótce będzie po wszystkim. Wracaj do mieszkania, spakuj się i pilnuj dzieciaka. Poradzimy sobie.

Próbowałam obrócić gałkę u drzwi, ale była zablokowana.

- Sophie, mówiłem poważnie, wracaj do siebie.

Cofnęłam się.

No i co teraz?

Moją uwagę przykuło otwarte okno po drugiej stronie korytarza. Schody przeciwpożarowe. W ten sposób Ruger dostał się do mojego mieszkania, a kawalerka Mirandy miała identyczny układ.

Może postąpię podobnie i upewnię się, że wszystko okej?

Wróciłam do siebie, rzuciłam okiem na Noaha i zamknęłam okno. Synek na szczęście spał jak suseł. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę nocne wypadki. Wymknęłam się na korytarz i zamknęłam drzwi, następnie podeszłam do parapetu i wystawiłam głowę na zewnątrz, sprawdzając swoje możliwości.

Faktycznie, od mojego okna, przez cały korytarz, do okna Mirandy prowadził wąski, żelazny spocznik. Ostrożnie przełożyłam nogi przez parapet i stanęłam na skrzypiącej platformie. Spojrzałam w dół i przełknęłam ślinę. Nigdy nie byłam fanką wysokości.

Jedną ręką trzymając się poręczy, drugą ściany, dotarłam do okna sąsiadki. Przykucnęłam i spojrzałam do środka. Miranda nie była dekoratorką wnętrz, więc nie miała prawdziwych żaluzji tylko zwiewne, półprzezroczyste szarfy przyczepione powyżej szyby.

Chociaż szczegóły były odrobinę rozmyte, wciąż widziałam wystarczająco wyraźnie. Jej chłopak leżał na podłodze, ręce miał skrępowane taśmą na plecach. Związali mu też nogi, a usta zakneblowali. Krew płynęła z jego rany na głowie i kapała z nosa. Wzdłuż żeber formowały się siniaki. Facet wyglądał na nieprzytomnego.

Stał nad nim Ruger, w jednej dłoni trzymając kij, a w drugiej telefon.

Miranda klęczała pośrodku pokoju ze związanymi dłońmi i zaklejonymi taśmą ustami. Miała na sobie koszulę nocną, która prawdopodobnie powinna wyglądać seksownie. Naprzeciwko niej, niedbale oparty o ścianę, stał Horse. Wyglądał na znudzonego.

Westchnęłam z ulgą. Byłam szalona, podejrzewając, że zarżną dwie osoby z zimną krwią. W prawdziwym życiu takie rzeczy się nie dzieją. Jasne, sytuacja nie wyglądała za dobrze, ale mogłam z tym żyć.

Ruger schował telefon do kieszeni. Przekazał coś Horse'owi, który wzruszył ramionami i chyba rzucił jakimś żartem, bo Ruger się roześmiał. Wielkolud podszedł do Mirandy i zerwał taśmę z jej ust. Drżała, kiedy o coś zapytała. W odpowiedzi Horse pokręcił głową i dziewczyna zaczęła ponownie drżeć.

Potem sprawy przybrały zły obrót.

Horse wyciągnął zza paska paskudny, czarny pistolet. Patrzyłam przerażona, jak kładzie palec na spuście, wyraźnie przygotowując się do oddania strzału. Znowu rzucił coś do Mirandy.

Patrzyłam, jak zapłakana kobieta wolno otwiera wargi. Horse wsunął gnata w jej usta.

Jasna cholera! Kurwa!

Zerwałam się na równe nogi i zaczęłam walić pięściami w szybę, krzyczałam, pragnąc ich powstrzymać.

Ruger odwrócił się szybko i ruszył do okna z prędkością tornada. Po chwili wciągnął mnie do środka, po czym objął ramionami. Próbowałam ponownie krzyknąć, ale nie pozwolił na to, zaciskając palce na moich wargach. Kij upadł na podłogę i potoczył się po drewnianej podłodze.

Miranda spojrzała na mnie, w jej oczach widziałam desperacką nadzieję, którą szybko zastąpiło przerażenie, gdy Horse zrobił krok. A później przemówił:

- Cukiereczku, czas minął. Ludzie na ogół zamykają oczy. Twój wybór.

Miranda mocno zacisnęła powieki i wyraźnie zesztywniała.

Horse uniósł wzrok, uśmiechnął się i przesłał mi pocałunek, pociągając za spust.

***

Ruger

Sophie wpadła w furię i rzucała się w jego ramionach. Sąsiadka, cholerna suka, wrzasnęła, upadając na podłogę. Wydawało się, że nikt nie zwrócił uwagi, że broń była rozładowana. Wkurzony na Horse'a, który po prostu sobie stał, uśmiechając się niczym zadowolony z siebie dupek, próbował zapanować nad miotającą się banshee5.

Poważnie, pieprzony pocałunek?

Kurwa!

Sophie wbiła obcas w jego nogę. Kiedy odchrząknął, ponownie kopnęła w to samo miejsce. Brutalnie.

- Stawiam pięćdziesiąt dolców, że mamuśka twojego dzieciaka pokona cię w uczciwej walce - zadrwił Horse.

Wrzask Mirandy raptownie zamarł, kobieta otworzyła oczy i zszokowana rozglądała się po pokoju. Kretynka w końcu zrozumiała, że nadal żyje. Sophie znieruchomiała w jego ramionach.

- Czuję, że się powtarzam - mruknął jej do ucha. - Wezmę dłoń, ale bądź cicho, jasne?

Gwałtownie skinęła głową.

Ruger ją puścił, a dziewczyna odskoczyła, atakując szybciej niż żmija. Uderzyła go w twarz. Mocno. Co, kurwa, bardzo zabolało.

Jasna cholera!

- Ty cholerny draniu! - syknęła. - Wystraszyłeś mnie na śmierć! Jakim trzeba być sadystą, żeby odpierdalać takie numery?

- Takim, który chce wywrzeć odpowiednie wrażenie? - odpowiedział, przekrzywiając głowę. - Jezu, mieliśmy ją zabić? Tego chciałaś?

Sophie się skrzywiła, ale zanim cokolwiek powiedziała, suka siedząca na podłodze wybuchnęła płaczem. Zdał sobie sprawę, że Miranda wszystko robiła głośno. Horse się pochylił, chwycił kobietę za ramiona i energicznie szarpnął w górę. Zmusił ją, żeby spojrzała mu w oczy.

- Następnym razem kula rozwali ci mózg. Łapiesz?

Skinęła pośpiesznie głową, szlochając jeszcze głośniej i bardziej rozdzierająco. Czy to w ogóle było możliwe? Potem poczuł niepowtarzalny, niedający się pomylić z niczym innym smród. Westchnął. Oczywiście, pod nią tworzyła się kałuża uryny.

- Za każdym cholernym razem - mruknął.

- Cipka - parsknął Horse.

- Normalnie w was nie wierzę - powiedziała Sophie, zaciskając dłonie drżące z powodu adrenaliny.

Była tak wściekła, że zapomniała o strachu. Lubił jej zadziorność - Sophie miała charakter, ale w tej chwili działała mu na nerwy. Musieli zrobić wiele rzeczy w bardzo ograniczonym czasie, zanim pojawią się Jacksi.

- Myślałam, że ją zabijecie. Ona też. Jak możecie tak postępować?

- Chcieliśmy zwrócić na siebie uwagę - odparował ze złością Ruger. - Ludzie zazwyczaj pamiętają doświadczenia z pogranicza śmierci. Następnym razem dokona lepszych wyborów.

Sophie otworzyła usta, ale w końcu je zamknęła i tylko piorunowała go wzrokiem. Odgłos urywanej taśmy przeciął powietrze. Horse ponownie zakleił Mirandzie usta.

Dzięki, kurwa, za to.

Ruger był zmęczony jej wrzaskiem, wyczerpany całonocną jazdą i piekielnie głodny.

- Wracaj do siebie, Sophie - powiedział, przesuwając palcami po krótkich włosach.

Kiedy podniósł ramię, poczuł odór potu. Będzie musiał wziąć prysznic, zanim wrócą do Coeur d'Alene.

- Obiecuję, nie zrobimy nic głupiego. Nie zapominaj jednak, że Noah kilka godzin spędził na schodach przeciwpożarowych. Na czwartym piętrze! Swoją drogą, chłopak twojej opiekunki jest notowanym przestępcą seksualnym. Suka o tym wiedziała, a zaprosiła go, chociaż pod opieką miała dziecko. Nie żałuj żadnego z nich.

Sophie rozszerzyła oczy.

- Skąd wiesz?

Horse odpowiedział.

- Sami powiedzieli.

- Jaki przestępca seksualny przyznaje, że nim jest? - spytała podejrzliwie.

- Bywamy bardzo przekonywujący - odpowiedział Ruger. - Trzeba tylko zadać pytania w odpowiedni sposób.

- To wszystko jest do dupy. Czuję się współsprawcą przestępstwa - odpowiedziała, kręcąc głową. - To mi się nie podoba.

Na miłość boską...

Nie martwiła się, gdy wskazywała mieszkanie. Na tym etapie gry było za późno na wyrzuty sumienia.

Dość!

- Na serio? To ci się nie podoba? A wiesz, co mi się nie podoba? Że jakiś biedny dzieciak zostanie zgwałcony, ponieważ nie był dość sprytny i nie ukrył się na schodach przeciwpożarowych - wycedził, wchodząc w przestrzeń osobistą dziewczyny i zmuszając ją do cofania się pod ścianę. - Nie krępuj się, droga wolna. Nie będę się hamował, wykonując za ciebie całą brudną robotę, nie daj Boże jeszcze złamiesz paznokcie. A później otworzymy butelkę wina i pogadamy, jak się czujemy, jak minął nam dzień. Może zjemy kilka czekoladek i obejrzymy Pamiętnik. To ci pasuje?

Wpadła na ścianę, a on pochylił się i uderzył dłońmi w mur po obu stronach jej głowy. Wbił w nią wzrok, jego oczy płonęły.

- Cholera, Sophie, myślę, że wykazuję się ogromną cierpliwością, zważywszy na okoliczności. To nie jest pieprzony żart. Noah przeżył noc dzięki temu, że nie spał i był ostrożny na schodach przeciwpożarowych. Sterroryzowali małego chłopca i mieli ubaw. Teraz przyszła kolej na nich. Nie oczekuj, że będzie mi z tego powodu przykro. Wracaj. Do. Mieszkania!

Przełknęła z trudem ślinę, oczy miała szeroko otwarte. Milcząc, prześlizgnęła się pod jego ramieniem i bez słowa opuściła kawalerkę, po czym cicho zamknęła za sobą drzwi.

Spojrzał na Horse'a, który kpiąco uniósł brew. Świetnie, teraz i przyjaciel mu dowali.

- Mamuśka twojego dzieciaka jest całkiem gorąca, kiedy się zdenerwuje - powiedział uprzejmie.

- Jezu! Nie wiesz, kiedy przymknąć jadaczkę!

- Nie przeczę - odpowiedział.

Ruger poważnie rozważał pomysł chwycenia kija i rozwalenia bratu twarzy. Oczywiście, musiałby poradzić sobie z Lady Horse'a, a suka była wyśmienitym strzelcem.

Miranda opadła na podłogę. Spojrzeli na nią.

- Co z nią zrobimy? - spytał Horse. - Najlepiej będzie, gdy zniknie nam z oczu, ale nie chcę jej zostawiać Jacksom. Przyjadą po swoje problematyczne dziecko, a wiesz, jak traktują kobiety - dodał, wskazując brodą nieprzytomnego faceta na podłodze.

- Wypuścimy, zanim odjedziemy - zaproponował Ruger. Podszedł do Mirandy i trącił ją nogą. - Hej, za kilka godzin ściągniemy taśmę. Powinniśmy się martwić, że puścisz farbę? W ten sposób wprawiłabyś mnie w naprawdę paskudny humor.

Niespokojnie pokręciła głową.

- Jesteś pewna? - dopytywał Horse. - Jeżeli masz z tym problem, wymyślimy coś innego. Niedaleko stąd widziałem opustoszałą działkę. Zastanawiam się, ile czasu minie, zanim robotnik budowlany odkryje twoje ciało.

Miranda jęknęła z szeroko otwartymi oczami.

- Zakładam, że będziesz trzymała gębę na kłódkę? - spytał Ruger, pocierając napięte mięśnie karku. - A, i powinnaś wiedzieć jeszcze jedno. Jeżeli zaczniesz mielić jęzorem na prawo i lewo, będziesz miała do czynienia z całym Klubem, ze stu trzydziestoma czterema braćmi. Powszechnie jestem postrzegany za jednego z tych lepszych.

- Fakt - wtrącił Horse. - Zadzierasz z nami, zawsze oddamy z nawiązką.

Skinęła gorączkowo głową.

- No to mamy plan - dodał po tym Horse. Spojrzał na kolesia na podłodze, a później wbił wzrok w Rugera. - Może zechcesz przekazać mamuśce swojego dziecka, że kolejnym razem, kiedy będzie miała do czynienia z memberem innego klubu, powinna o tym wspomnieć, zanim wkroczymy do akcji. Sprawy mogły przybrać nieprzyjemny obrót.

- Sophie tego nie rozumie, ani tatuaży, ani kut, po prostu nic. Może i widziała jego dziary, ale nie przywiązała do nich wagi, ponieważ nie wiedziała, co sobą reprezentują. Podaj taśmę. - Horse rzucił mu rolkę. - Nogi razem, dziwko! To będzie dla ciebie całkiem nowe doświadczenie.

Posłuchała, więc skrępował jej nogi.

- Kiedy byłeś w Afganistanie, wszystko posypało się między Sophie a Zachem - powiedział Ruger. - Zaufaj mi, naprawdę zrobiło się nieprzyjemnie, a potem nasze kontakty były prawie zerowe. Nienawidzi mnie, nienawidzi Klubu, a jedynym powodem, dla którego mnie toleruje, jest Noah. Kocha dzieciaka i nie odbierze mu jedynego mężczyzny w jego życiu. Czarno to widzę, ale Noah nie ma nikogo innego.

- Wygląda na prawdziwą sukę - stwierdził Horse. - Plotka głosi, że uratowałeś jej tyłek. Pieprzony rycerz w lśniącej zbroi. Może wymienisz motocykl na różowego jednorożca pierdzącego tęczą, skoro jesteś wyjątkowy jak każdy płatek śniegu.

- Zamknij się, dupku! - warknął Ruger. - Tak, ocaliłem dziewczynę, ale poniosło mnie i do tej pory mi nie wybaczyła. Chociaż teraz to nie ma żadnego znaczenia. Krótko mówiąc, coś tam słyszała o Jacksach i jakie mamy z nimi relacje. Nie wspomniała o barwach klubowych, bo nie ma o nich, kurwa, pojęcia.

- Dać ci radę?

- Nie!

- Powiedz dziewczynie, czego może się spodziewać, pomóż jej zrozumieć Klub, życie w nim, zanim ponownie coś spieprzy. Dzięki temu zaoszczędzisz sobie wielu kłopotów. Bracie, zaufaj mi, sam to przerabiałem. Sophie zostanie twoją kobietą, a wprowadzenie do Klubu takiego cywila jak ona będzie wystarczająco trudne i nieprzyjemne. Nie musisz tego utrudniać. Ma też niewyparzoną buzię. To, co dzieje się między wami, niech zostanie prywatne, ale nie może tak się zachowywać w Zbrojowni. Wiesz, o czym mówię.

Ruger prychnął. Dlaczego przyjechał z Horse'em?

Każdy brat byłby mniej irytujący... Nawet Painter, mimo że dzieciak prawdopodobnie nie potrafił znaleźć własnego fiuta pod prysznicem, nie mówiąc już o przyszpileniu kobiety do muru. Niestety, tylko Horse był na tyle głupi i trzeźwy, że odebrał telefon w środku nocy.

- Wiem, że twój mały mózg nie nadąża, dlatego słuchaj uważnie - wycedził. Wstał i rzucił taśmę na kanapę. - Po pierwsze, nie jest mamuśką mojego dziecka. Dwa, nie zostanie moją własnością, nie mam tego nawet w planach. Pomagam jej, ponieważ jest matką Noaha, a dzieciak praktycznie pod każdym względem jest moim synem. Będę miał na nią oko, ale ma wolną rękę. Myślę, że nawet nogi nie postawi w Zbrojowni, nieważne, jak bardzo będę nalegał.

- Pierdolenie!

- Żadne pierdolenie - warknął Ruger. - Ona mnie nie chce, dupku. Zaufaj mi, wiem o tym doskonale. Nasza historia jest cholernie skomplikowana, zbyt skomplikowana, żeby taki dureń jak ty potrafił ją zrozumieć.

- Dałeś ciała - oznajmił Horse, powoli się uśmiechając. - A i tak przemierzasz stan, do tego w środku nocy, żeby usadzić dziewczynę w domu? Jesteś zdrowo walnięty, bracie.

- Nie dałem ciała - burknął, mrużąc oczy. - Nic w tym rodzaju. I tak o niej nie myślę.

- Sugestia na przyszłość - powiedział złośliwie Horse. - Najpierw się zastanów, zanim coś powiesz, skoro mam uwierzyć w twoje słowa. Sztywny pal w twoich spodniach sugeruje coś innego. Chyba że ja tak na ciebie działam. Naprawdę mi pochlebiasz. I nie osądzam.

- Dlaczego Marie jeszcze cię nie zastrzeliła?

- Ponieważ nie zaprzeczam temu, czego pragnie mój fiut. Wkurzę ją, nie mam cipki. Patrz i ucz się na przyszłość. A teraz zamkniemy ich w mieszkaniu i zaczniemy pakować rzeczy twojej dziewczyny na ciężarówkę. Jacksi pojawią się za kilka godzin, a nieszczególnie mam ochotę omawiać z nimi techniki usuwania tatuaży tępaków. Tylko skończony debil i samobójca, odchodząc z klubu, nie usuwa dziar.

- No cóż, pomyśl, przystąpił do Devil's Jacks - rzucił Ruger, wzruszając ramionami. - To wiele mówi o jego inteligencji. Mam nadzieję, że ma ubezpieczenie zdrowotne. Prawdopodobnie będzie tego potrzebował.

- Pod warunkiem, że dopisze mu szczęście. Więc, powiedz mi, bracie... ile razy oglądałeś Pamiętnik? Inni powinni poznać prawdę.

- Kretyn!

***

Sophie

Noah wcinał płatki, podskakując na krześle jak na dmuchanej piłce.

- Dzisiaj jedziemy do wujka Rugera, prawda? Myślisz, że ma Skylanders6?

- Tak, jedziemy do wujka. Nie mam pojęcia, czy ma Skylanders, ale na twoim miejscu nie robiłabym sobie nadziei - odpowiedziałam.

Mój poziom adrenaliny opadł, byłam bliska załamania nerwowego i nie potrafiłam wykrzesać z siebie prawdziwego gniewu. Rozglądając się po mieszkanku, ostatecznie przyznałam rację Rugerowi. Kawalerka była totalną ruderą. Mało tego, tak naprawdę nie miałam wymówki i powinnam kupić czujniki na okno, na miłość boską, sprzedawali je w tych sklepach "Za dolara".

Nie znosiłam triumfującego Rugera, ale tym razem musiałam się poddać. Byłam spłukana, nie potrafiłam ochronić własnego dziecka, straciłam pracę, zresztą pensja za harówkę w knajpie i tak nie wystarczała na pokrycie rachunków. Gdybym miała wybór i dostała lepsze oferty, poszukałabym innej roboty. Na rodziców nie mogłam liczyć. Byłam dla nich martwa, odkąd nie usunęłam ciąży.

Odrzucenie oferty zamieszkania w bezpiecznym, ciepłym miejscu byłoby szaleństwem. Oczywiście, nie byłam gotowa przebaczyć Rugerowi, chociaż między Bogiem a prawdą, nie miało to żadnego sensu. Jasne, był kutasem, no ale... rzucił wszystko, przejechał setki mil i uratował Noaha. Gdybym była uczciwa, przyznałabym, że swoim wyczynem zrównoważył incydent z przeszłości. Mało tego, drań trafił w sedno. Nie chciałam wykonać swojej brudnej roboty.

Ruger i Horse ocenili sytuację, podjęli trudną decyzję, a potem zrobili, co do nich należało. I to była ogromna ulga. Ostatecznie wkurzyłam się na niego, bo mnie wystraszył, a nie dlatego, że przeraził Mirandę.

Cóż, Ruger i to całe jego zastraszanie...

Mógł ze mną pogadać o przeprowadzce do Coeur d'Alene, zamiast nocą zabawiać się w świra wkradającego się przez okno do mieszkania...

- Musimy się spakować, zanim wyjdziemy - powiedziałam, kiedy Noah skończył śniadanie. Ostrożnie odniósł miseczkę i łyżkę do zlewu. - Nie jedziemy tylko z wizytą, na jakiś czas zamieszkamy z wujkiem. Kupię ci nowe rzeczy, ale chcę, żebyś wybrał na jutro piżamę i ubrania. Schowaj je w swoim plecaku. Weź też kilka książeczek do czytania w samochodzie, okej?

- W porządku - odpowiedział, wyciągając spod łóżka torbę.

Nie sprawiał wrażenia zmartwionego, co wiele mówiło o naszym dziadowskim życiu. Przynajmniej raz do roku przeprowadzał się w nowe miejsce. Pokręciłam głową, czując, jak ogarnia mnie znajome poczucie winy. Nieważne, czy się starałam, czy nie, zawsze popełniałam jakiś błąd.

Opłukałam miseczkę i napiłam się kawy. Potem przygotowałam pudła i zaczęłam się pakować.

- Chcesz posłuchać muzyki?

- Sam wybieram?

- Pewnie - powiedziałam, wręczając mu moją komórkę.

Niczym prawdziwy ekspert podłączył telefon do małego zestawu głośników. Nastawił Here Comes Science i po chwili oboje śpiewaliśmy o żywiołach i słoniach. Kiedy upychałam ubranka synka, stwierdziłam, że te piosenki były lepsze od gówna w stylu Disneya.

Właściwie mieliśmy niewiele rzeczy, więc pakowanie nie nastręczyło trudności. Trzy pudła Noaha. Dwa moje, plus walizka. Żeby ściągnąć wielki dekoracyjny arras ze ściany, musiałam stanąć na krześle. Wykonaliśmy go latem ubiegłego roku, w jeden z tych słonecznych, pięknych, ciepłych dni, kiedy słońce mocno grzeje i nawet nie zastanawiasz się, czy dziecko powinno iść spać. Owinęłam nim oprawione w ramkę rodzinne zdjęcie, które zrobiłam w trzecie urodziny syna.

Potem rozejrzałam się po pokoju - niewiele zostawiałam. Tylko sprzęty kuchenne i drobiazgi z łazienki. Smutno pomyślałam, że spakowanie dwóch ludzkich istnień powinno zająć więcej czasu niż godzinę.

Zdecydowałam się na szybki prysznic, zanim opróżnię łazienkę.

- Nie otwieraj nikomu drzwi, chyba że przyjdzie wujek Ruger lub jego przyjaciel - powiedziałam Noahowi, nalewając resztki kawy z dzbanka do kubka. - Dasz sobie radę?

- Nie jestem dzidziusiem - odpowiedział oburzony synek. - Wkrótce będę w drugiej klasie.

- Okej, jesteś dorosły, więc dokończ pakowanie i upewnij się, że niczego nie przegapiłam. Szybko się umyję.

Zamknęłam drzwi i zdjęłam ubranie. Łazienka była mała, ale przynajmniej miała wannę. Niestety, sytuacja z gorącą wodą była kiepska - urok mieszkania na najwyższym piętrze w budynku z jednym kotłem grzewczym.

Szybko się wykąpałam i stanęłam na brudnych ciuchach. Wytarłam się i zawinęłam włosy w ręcznik. Chciałam się ubrać w czyste rzeczy, ale jak na złość spakowałam wszystkie, nawet się nad tym nie zastanawiając.

Jasna cholera.

Usłyszałam głos Rugera, był w mieszkaniu.

Uroczo!

Owinęłam się drugim ręcznikiem i uchyliłam drzwi.

- Noah, możesz podejść? - krzyknęłam.

- Jest na dole z Horse'em. Chciał pomóc załadować ciężarówkę - odpowiedział Ruger.

Stanął w drzwiach - szczupły, wysoki, pełen kontrolowanej siły. Wielki, zabójczy, dziki kot. Skrzyżował muskularne ramiona na piersi, w oczach miał coś mrocznego, czego nie potrafiłam nazwać. Spłonęłam rumieńcem, przypominając sobie, co czułam w jego objęciach.

Głupia...

Ruger był pomyłką, nie potrafił stworzyć stałego związku, a nie byłam gotowa na jednorazowy numerek. Okej, kłamałam. Pragnęłam jednorazowego, wystrzałowego numerku, ale nie z facetem, z którym zmagałam się od dziesięciu lat. Koniecznie musiałam znaleźć nową obsesję.

- Co jest?

- Zapomniałam czystych ubrań - odpowiedziałam, rozważając strategię. - Możesz wyjść na chwilę? Szybko się ubiorę.

- A będziesz się sprzeczać o wyjazd do Coeur d'Alene? - spytał, wyzywająco unosząc brew.

Świetnie! Przestałam się boczyć, Ruger najwyraźniej nie.

- Nie.

- A będziesz się na mnie wyżywać za to, co się stało drzwi dalej?

- Nie.

- Szybko ci przeszło.

- Nie zostawiłeś mi wyboru, prawda? - przyznałam z przymusem. Dałam radę i nie zacisnęłam zębów. - To lepsze, niż mieszkanie w tej dziurze. I wygrałeś, nie chcę wykonywać brudnej roboty. Cieszę się, że sam ją wykonałeś. Teraz jesteś szczęśliwy?

- Mówisz tak, jakbyś odczuwała ból.

Bo tak było. Ten mężczyzna budził moje najgorsze instynkty.

- Pozwól mi wziąć ubrania. Wygrałeś, nie przeciągaj struny.

Roześmiał się ostro.

- W końcu zrozumiałaś. Czy ci się to podoba, czy nie, życie jest znacznie prostsze, gdy możesz liczyć na pomoc. Coś ci przyniosę. Rzeczy masz w walizce?

- Nie trzeba... - Zanim zdążyłam dokończyć zdanie, odwrócił się na pięcie.

Położył torbę na kanapie i rozpiął zamek. Z trudem przełknęłam ślinę, widząc, jak grzebie w środku. Oczywiście niczego nielegalnego tam nie ukryłam, ale nie lubiłam, gdy dotykał moich rzeczy. Wydawało mi się to zbyt intymne.

- Ładne - stwierdził, odwracając się w moją stronę. Trzymał na palcu czarny, koronkowy biustonosz. Kącik jego ust drgnął w namiastce uśmiechu, a ciemne oczy złagodniały. - Ten powinnaś ubrać.

- Odłóż stanik, Ruger, i wyjdź. Sama wybiorę bieliznę.

- O, to też mi się podoba - powiedział, puszczając moje słowa mimo uszu. Pokazał mi turkusowe majtki. - Pasują do pasa do pończoch.

Stłumiłam jęk. Nie chciałam dać mu satysfakcji. Doskonale wiedział, że działa mi na nerwy. Lubiłam ładną bieliznę, ale nie potrzebowałam jego wykładu. Dupek. Sprawdziłam, czy nie spadnie ze mnie ręcznik, i wyskoczyłam z łazienki. Koleś powinien trzymać łapy z dala od moich majtek.

- Po prostu je odłóż - warknęłam, podchodząc.

Odwrócił się do mnie i przesunął wzrokiem po mojej sylwetce, poświęcając szczególną uwagę moim piersiom. Czułam się obnażona i zawstydzona, co było kompletnie bez sensu. Ręcznik zakrywał więcej niż strój kąpielowy.

Dostrzegłam w jego oczach błysk pożądania, którego nie chciałam uznać za komplement. Już dawno ustaliliśmy, że byłam dla niego atrakcyjna w bardzo podstawowy, w bardzo biologiczny sposób. Problem z Rugerem polegał na tym, że każdą kobietę uważał za atrakcyjną. Naprawdę nie spodobała mi się ta nowa dynamika w naszych relacjach. Sprawy były o niebo prostsze, kiedy traktował mnie jak niechciany mebel.

- Ale mi się podobają - powiedział, miętosząc miękką tkaninę z uśmiechem na twarzy.

Próbowałam odebrać mu majtki, ale trzymał je poza moim zasięgiem.

- Właśnie przekonałam samą siebie, że byłam wobec ciebie niesprawiedliwa, nie rujnuj tego - burknęłam, mrużąc oczy.

Nie odzywał się kilka sekund. Potem strzelił majtkami jak z gumki, trafiając mnie nimi w twarz. Gwałtownie się poruszyłam, łapiąc przeklęty jedwab i właśnie wtedy spadł ze mnie ręcznik. Zaświeciłam taką golizną, że dostałabym cholernie piękną kolekcję koralików Mardi Gras7.

- Niezłe cycki - ocenił. - Sprawdziłem już resztę, ale tego jeszcze nie. Zwykle jest inaczej. Wpierw cycki, później...

- Jezu Chryste, jesteś świnią! - powiedziałam, przerywając jego jakże inteligentny wywód.

Ponownie zakryłam się ręcznikiem.

- Przyznam panience rację - zakpił, odsuwając się od walizki. - Ale tylko pod warunkiem, że włożysz czarny stanik. Podobają mi się twoje dziewczynki, zasługują na coś ładnego.

- Debil! - burknęłam, mój zły nastrój wrócił z pełną mocą.

Przekopałam walizkę, wyciągając najbardziej zniszczone szorty i superobcisły top, który dwa lata temu dostałam na Halloween od przyjaciółki Carrie, z napisem: "Barbie jest dziwką". Zatrzymaliśmy się u jej rodziców w Olimpii, a późnym popołudniem zabrałyśmy Noaha na rundkę po cukierek albo psikus. Później położyłyśmy małego spać i same udałyśmy się po cukierek albo kieliszek. Umówiłam się z trzema różnymi facetami, w trzech różnych miejscach... używając trzech różnych imion. Skończyłyśmy noc, zajadając się naleśnikami z kawałkami czekolady w IHOP8, kiedy wstawało słońce.

Najlepsza. Noc. W. Życiu.

Z szerokim uśmiechem na ustach uniosłam top. Ruger chciał mnie traktować niczym jedną ze swoich dziwek? Okej, nie ma sprawy. Zamierzałam świecić cyckami cały dzień i flirtować, ale nie z nim. Miałam tylko jeden cel, oduczyć drania zabawy moimi majtkami. Miałam nadzieję, że jego jaja zrobią się sine. Zignorowałam go, zabrałam stanik, majtki, szorty i top do łazienki, w której się ubrałam. Wysuszyłam włosy i nałożyłam na siebie pełne barwy wojenne.

Kiedy wyszłam, w pokoju stali Horse i Noah.

- Mamo, Horse ma pieska o imieniu Ariel. Też możemy mieć psiaka? - spytał syn, gdy tylko mnie zobaczył.

- Nie sądzę, piesek to bardzo duża odpowiedzialność, wymaga stałej opieki. Powinniśmy zacząć od czegoś mniejszego. Może chomik? Zapytajmy wujcia, czy podoła takiemu zadaniu.

Uśmiechnęłam się do Rugera, jego oczy były dosłownie przyklejone do moich piersi. Poszłam mu na rękę i założyłam czarny stanik, teraz widoczny spod topu. Chciał łamać zasady i mnie straszyć?

Żaden problem.

Byłam dużą dziewczynką i potrafiłam walczyć.

- Więc, co sądzisz, wujku Rugerze? - spytałam słodko. - Dasz radę?