Rozdział 1. Głowa pełna hałasu
Rozdział 1
Głowa pełna hałasu
Jeszcze kilkadziesiąt lat temu tematyka poszerzonych stanów świadomości,
medytacji i panowania nad umysłem kojarzyła się ludziom z sektą, kultem,
odłamami religijnymi. Dziś najbardziej uznani naukowcy czy
przedsiębiorcy osiągający wyjątkowe sukcesy oraz wybitni specjaliści w różnych dziedzinach są zgodni co do tego, że każdy człowiek został
wyposażony w umysł, który ciągle tworzy. Co tworzy? Dokładnie to, co się
w nim znajduje, niezależnie, czy jest to negatywne, czy pozytywne.
Mieszkańcy naszego kraju zostali ciężko doświadczeni przez historię. Do
dziś nosimy w sobie traumy poprzednich pokoleń oraz nieadaptacyjne
wzorce zachowań czy przekonania. Efekt? Wiele osób odtwarza minione
traumy w formie zachowań kompulsywnych, w tym uzależnień czy tendencji
do przemocy i konfliktu, a także w postaci skłonności do poczucia winy i wstydu czy umniejszania swojej wartości. Odtwarzając te schematy,
podtrzymujemy negatywny cykl doświadczeń. Oczywiście współcześnie widać
też pozytywny wpływ naszych przodków na różne sfery naszego życia, wciąż
daleko nam jednak do życia w prawdziwej radości, lekkości, jedności i miłości, a nasze głowy są nadal "pełne hałasu". Weźmy choćby przykład
myśli, które wydają się nam tak intensywne, że tworzą iluzję, iż to my
jesteśmy myślami. A czy to prawda?
Myśli to nie fakty
Myśli potrafią brzmieć jak narrator filmu, który zna zakończenie... choć
wcale go nie zna. To tworzy iluzję, że myśli to prawda na temat nas,
świata, ludzi i zdarzeń. Kiedy nie jesteśmy uważni, to myśli: "Na pewno
mnie ocenią", "To się nie uda" albo "Coś ze mną jest nie tak", którymi
nasz umysł strzela jak z karabinu, traktujemy jak twarde dowody, a nie
tylko komentarze, którymi przecież są. Czasem pozornie mądre i logiczne,
ale częściej podszyte emocją, dawnym przekonaniem czy lękiem, który
przywdziewa szaty logiki.
W tym podrozdziale zatrzymamy się na chwilę i spróbujemy opanować pewną
kluczową umiejętność: odróżniać fakt od interpretacji. Bo kiedy widzisz,
że myśl to myśl (a nie prawda objawiona), wraca przestrzeń, spokój i wybór, a w głowie robi się ciszej.
Przekonania pozostawione same sobie tworzą myśli poza kontrolą
Czy przypominasz sobie sytuację, w której miałeś jakieś wyobrażenie
danych wydarzeń albo przypisywałeś jakiemuś człowiekowi określoną cechę,
a później okazało się, że twoje wyobrażenie było błędne? Wszyscy tego
doświadczyliśmy, a osoby, które skupiają się na rozwoju i wzroście,
dostrzegają to znacznie częściej niż pozostałe. W momencie gdy
uświadomisz sobie, że podtrzymywałeś przekonanie, które nie było
prawdziwe, twoje nastawienie i myśli na ten temat się zmienią.
Krzysztof: Sprawdźmy to na moim przykładzie. Gdy byłem nastolatkiem,
z uwagi na łatwowierność i pod wpływem zachowania otoczenia uwierzyłem,
że nie mogę się podobać dziewczynom, ponieważ mam piegi i odstające
uszy. Tak twierdzili koledzy. Utrzymując w umyśle wiarę w to
przekonanie, nieświadomie tworzyłem myśli o samym sobie takiej właśnie
treści. Myśli te wywoływały wrażenia i emocje na własny temat: wstyd,
poczucie winy, złość i smutek. Przez to pozostałem singlem znacznie
dłużej niż wielu moich znajomych.
Zauważ: to ja sam byłem autorem tych myśli i uczuć, ponieważ
zaakceptowałem, że to, co powiedzieli o mnie inni, jest prawdą, bez
obiektywnego przyjrzenia się temu. Nie wiedziałem wtedy, jak mogę to
zakwestionować czy podważyć. W pewnym momencie pojawiła się jednak w moim życiu osoba, która w ciągu kilku sekund pomogła mi uwolnić się od
negatywnych osądów dotyczących własnego wyglądu! Była to nauczycielka,
która udzielała mi w tamtym czasie korepetycji z języka polskiego przed
maturą. Zdanie tej kobiety miało dla mnie znaczenie, ponieważ wyczuwałem
w jej podejściu do ucznia życzliwość, akceptację i szczerość.
Pewnego popołudnia w trakcie korepetycji podzieliłem się z nauczycielką
przekonaniem na temat swojego wyglądu. Powiedziałem, że ja chyba nie
mogę się podobać dziewczynom. Zaczęła się śmiać, jakby usłyszała coś
kompletnie niedorzecznego. Szczerze mówiąc, zupełnie się takiej reakcji
nie spodziewałem. Jak tylko wybuch wesołości minął, nauczycielka rzuciła
prosto z mostu: "Ty chyba w lustro nie patrzyłeś". Było to tak szczere i wypowiedziane z taką lekkością, że w jednej chwili moje dotychczasowe
przekonanie dosłownie wyparowało. Zastąpiło je nowe postrzeganie siebie,
a wraz z nim pojawiły się nowe myśli. Parę miesięcy później spotykałem
się z jedną z najładniejszych dziewczyn w okolicy...
Ta sytuacja pokazuje, że w zmianie przekonań może nam pomóc ktoś z zewnątrz. Jednak nie jest nam on do tego celu niezbędny. My sami mamy
moc, aby świadomie i dobrowolnie wyciągać na powierzchnię przekonania,
obserwować swoje myśli na dany temat, a następnie je podważać, aż
dotrzemy do prawdy. Na kolejnych stronach dowiesz się, jak można zrobić
to samodzielnie. Jak mawiał pewien wybitny nauczyciel duchowy: "Poznacie
prawdę, a prawda was wyzwoli1".
Myśli i przekonania napędzane ładunkiem emocjonalnym
Gdy jakieś myśli nie dają ci spokoju, to możesz być pewny, że są
napędzane przez emocje. Załóżmy, że ktoś mierzy się z natłokiem myśli
związanych ze zwolnieniami w firmie, w której pracuje. Taka osoba ma
wrażenie, że myśli pełne niepokoju, strachu i obaw są normalne. Jest
przekonana, że każdy tak by się czuł na jej miejscu, i potwierdza tym
samym słuszność dalszego odczuwania i myślenia w taki sposób.
Mechanizm, który działa w tej sytuacji, polega na nieświadomym zadawaniu
sobie pytań typu: "Co teraz ze mną będzie?"; "Co się ze mną stanie?".
Niewłaściwie zadane pytanie prowadzi do pojawienia się odpowiedzi i uczuć, które płyną z kolektywnej nieświadomości - nawykowego martwienia
się i czarnowidztwa czy umniejszania swoich możliwości. Gdy taka osoba
zaczyna mierzyć się z rzeczywistością i robi się trochę bardziej
przytomna, umysł - w wyniku zadania sobie pytania "I co wtedy?" -
wyświetla wypierane wcześniej obrazy i myśli. Pojawia się w nim
perspektywa zwolnienia i konieczności opuszczenia stanowiska pracy.
Wówczas mogą wyłonić się uczucia i emocje, które były dotychczas
wypierane: strach, poczucie winy, złość czy nienawiść.
Gdy dajesz sobie przestrzeń do ich odczuwania, szybciej udaje ci się je
uwolnić i przeprocesować sytuację. Gdy przeżywasz swoje emocje lub
doznania i stawiasz pytanie "Co dalej?" - zaprzęgasz swój własny umysł
do pracy.
W sytuacji życiowej zmiany, która jest poza twoją kontrolą, zdecydowanie
warto nastawić się entuzjastycznie wobec tego, co nowe i nieznane.
Jeżeli wybierzesz akceptację i odpowiedzialność zamiast obwiniania
siebie i świata, to dyskomfort, którego doświadczysz przytomnie, cię
wzmocni. Zauważmy, że sytuacja sama w sobie nie jest trudna. Trzeba
znaleźć nową pracę, być może zdobyć jakieś kompetencje. To, co sprawia
ci trudności, to twój własny opór wobec tego, co czujesz, a także
przekonania, w które uwierzyłeś: być może pochodzące z rodziny lub
otoczenia z dzieciństwa. Pewność, że strata tej konkretnej pracy jest
czymś złym, wywoła twoje złe samopoczucie. Podejdź do tego inaczej.
Jeśli pomyślisz na przykład: "Ta zmiana może być zaskakująca i interesująca", to nastawisz się neutralnie. Nie chodzi o wmawianie sobie
dobrego samopoczucia, a jedynie o dostrzeżenie, że pewne nastawienia są
naturalne dla istoty duchowej (która ma umysł i ciało), a inne - zostały
wymyślone bądź nam wmówione. To, że wielu ludzi wierzy w swój brak
potencjału lub możliwości, nie sprawia, że ich rzeczywiście nie
posiadają - sprawia jedynie, że rezygnują z ich rozwijania. To
zasadnicza różnica.
Co zatem odróżnia osoby, które po stracie pracy, rozstaniu z ukochaną
osobą, śmierci kogoś bliskiego, stracie finansowej czy innych pełnych
emocji sytuacjach w zaledwie kilka chwil wracają do równowagi i są
gotowe do działania z entuzjazmem, od osób, które procesują takie
sytuacje tygodniami, miesiącami, a czasem nawet do końca życia? Kluczem
jest przeżycie emocji, uczuć i doznań związanych z danymi sytuacjami
takimi, jakie one są. Jednak przez społeczne uwarunkowania i błędy w wychowaniu oraz w edukacji wielu ludzi analizuje w nieskończoność myśli
i wypiera uczucia, a to sprawia, że umysł nie ma wyjścia i musi zrobić
recykling takich myśli, zasilanych przez tłumiony z całych sił ładunek
emocjonalny.
Myśli, które prowadzą do uwikłania
Przyjrzyjmy się teraz, czym różni się pełne zaangażowanie w życie od
uwikłania. Gdy masz dystans do swoich myśli i uczuć, gdy to ty panujesz
nad umysłem, a nie na odwrót - wówczas możesz się w pełni angażować w to, co się dzieje w danej chwili. Znika przymus cyklicznego analizowania
sytuacji, który zazwyczaj powoduje natłok myśli, napięcie, stres czy
niepokój. To martwienie się jest wynikiem uwikłania, tego, że nie
nauczyliśmy się jeszcze być w tym świecie, ale nie być z niego2.
Jedną z przeszkód w realizacji tej nauki jest pełna lęku potrzeba
dostosowania się do otoczenia, wynikająca ze strachu przed odrzuceniem.
Będzie miała ona nad tobą władzę dopóty, dopóki nie przyjrzysz się temu,
czego boisz się doświadczyć.
Twój umysł wytwarza opór, napięcie i stres - które składają się na
jedną, silną emocję - gdyż w twoim rozumieniu w taki właśnie sposób
siebie chronisz. W rzeczywistości jednak słabniesz: w odpowiedzi na
wysłany przez umysł sygnał twoje ciało zaczyna wytwarzać znaczne ilości
hormonów stresu, których nadmiar jest szkodliwy dla organizmu. Gdy
zaczynasz obserwować swoje lęki, okazuje się, że istnieje rozwiązanie
całego mnóstwa potencjalnych trudności, a wiele scenariuszy nigdy się
nie spełni. Na te zaś, których realizacja jest niemal pewna, możesz się
przygotować i je zaakceptować (np. śmierć). Kiedy energia strachu
zaczyna się wyczerpywać dzięki jej przytomnemu doświadczaniu i akceptacji, kończą się również myśli na ten temat. Stopniowo stajesz się
coraz mniej uwikłany w swoje myśli, a jednocześnie wciąż możesz
angażować się we wszystko, co jest potrzebne i co wybierasz. Tym razem
jednak twoja obecność jest pełniejsza, bo jest w niej mniej lęku.
Przyjrzyjmy się jeszcze innej sytuacji. Załóżmy, że w rodzinie wybucha
konflikt światopoglądowy. Członkowie w nerwowej atmosferze spierają się
o to, kto ma rację. Ktoś cię podpuszcza i sugeruje, że twoje przekonania
są błędne, a nawet idiotyczne. Dostrzegasz pojawiające się w tobie
uczucie złości i rosnące w głowie ciśnienie, które powoduje coraz
większy dyskomfort. Natłok myśli o tym, jak w odwecie sponiewierać
słownie tę osobę, coraz bardziej zaburza twoją percepcję. Obserwujesz
się jednak dalej. Zauważasz, że pod tą złością jest strach - przed
postrzeganiem cię w nieprzychylny sposób przez członków rodziny lub
utratą relacji z powodu różnicy zdań. Spostrzegasz, że kierowanie się
złością i atak słowny nie przyniosą rezultatu w postaci zgody ani
poprawy czyjegokolwiek humoru. Widzisz także, że jeżeli ktoś się od
ciebie odwróci ze względu na twoje odmienne zdanie na jakiś temat, to
sobie z tym poradzisz. Uczucie strachu zaczyna topnieć, a ty
doświadczasz odprężenia. Pojawia się dystans do konfliktu i świadomość
jego niedorzeczności. Obracasz sytuację w żart, a rodzina wybucha
śmiechem. Charakter zajścia zmienia się z konfliktowego w żartobliwy.
Wszystko dzieje się dzięki dystansowi do myśli i uczuć, byciu świadkiem
swoich emocji i brakowi kompulsywnych reakcji na to, co czujesz i uważasz na temat sytuacji. Właściciel zapanował nad umysłem, dzięki
czemu emocje nie mogły przejąć nad nim kontroli.
Myśli jako komentarz, a nie prawda
Czy zdarzyło ci się kiedyś słuchać komentatora sportowego, który
odnosząc się do sytuacji na boisku, rzucał nieprzychylne komentarze pod
adresem twojego ulubionego sportowca? W takich momentach mogłeś pomyśleć
sobie: "Co za pomysł, żeby wygadywać takie rzeczy? Przecież jeden gorszy
występ nie definiuje jego całej kariery sportowej!". I nagle może
doszedłeś do wniosku, że krytyk musiał mieć gorszy dzień... Zdradzimy ci,
że ty też masz w sobie takiego komentatora, który czasem rzetelnie
przekazuje informacje, a czasem - pod wpływem emocji - podpowiada ci
fałszywe opinie. Czy jesteś w stanie dostrzec, że gdy działają silne
emocje, to twoje myśli i słowa są opinią na dany temat, a nie prawdą?
Rozumiemy, że możesz nadal mieć wątpliwości, dlatego proponujemy ci
przyjrzenie się takiej sytuacji. Wyobraź sobie, że idziesz ulicą i po
jej drugiej stronie zauważasz znajomego. Jesteś w dobrym humorze,
cieszysz się, że widzisz znajomą twarz, i odruchowo zaczynasz do niego
machać. Ale on nie odpowiada. Wydaje ci się, że spojrzał na ciebie, a następnie odwrócił wzrok i poszedł dalej. Jaka myśl pojawia się w twojej
głowie? Może: "Co za gbur!"; "Ignoruje mnie"; "Na pewno coś zrobiłem";
"Pewnie mnie nie lubi"; "To było niegrzeczne"; "Czemu ludzie są tacy
niemili"? Wystarczyło kilka sekund, aby twój umysł - przepełniony
strachem przed odrzuceniem i przekonaniami związanymi z niskim poczuciem
wartości - stworzył całą historię. I co ważne: historię opartą na
interpretacji, nie na faktach.
No dobrze: czym zatem jest fakt? Faktem jest tylko to, że widzisz
znajomego, machasz mu, a on nie reaguje. Cała reszta to twoja
interpretacja. A tak naprawdę powodów jego zachowania może być wiele.
Możliwe, że znajomy był zatopiony we własnych myślach i cię nie
zauważył. Może miał słuchawki, których nie spostrzegłeś, i pod wpływem
muzyki na moment przeniósł się w myślach na koncert Coldplay? Lub
właśnie dowiedział się o czymś trudnym i nie skupiał się na otoczeniu?
Pamiętaj, proszę, że umysł nie znosi stanu niewiedzy, więc natychmiast
tworzy opowieść. A jeśli jesteś w kiepskim stanie emocjonalnym - ta
opowieść będzie miała negatywny wydźwięk. To dlatego ludzie pełni
wewnętrznego spokoju nie przejmują się takimi sytuacjami, a ci żyjący w napięciu - tworzą w głowie dramatyczne scenariusze.
Zatrzymaj się czasem i zapytaj siebie: "Czy to, co właśnie myślę, jest
faktem, czy tylko moim subiektywnym komentarzem do sytuacji?". Taka
chwila refleksji może zmienić bardzo wiele.
Umysł potrafi wprowadzić w błąd
Umysł potrafi być narzędziem, które pomaga ci widzieć jasno i działać
mądrze, ale może też stać się filtrem, który zniekształca rzeczywistość
pod wpływem emocji i dawnych przekonań. W tej części nauczysz się
odróżniać umysł dominujący od wspierającego oraz rozpoznawać typowe
zniekształcenia poznawcze, które sprawiają, że interpretacja wygląda jak
fakt, chociaż wcale nim nie jest. Im szybciej to zauważysz, tym łatwiej
odzyskasz spokój, obecność i wybór.
Umysł dominujący vs. umysł wspierający
Umysł to nasze najpotężniejsze narzędzie. Być może jeszcze nie zdajesz
sobie z tego sprawy, ale ma on ogromną moc: potrafi planować,
analizować, rozwiązywać problemy, tworzyć, projektować przyszłość. Ale
jest też jego inna, ciemniejsza strona - nieustannie ocenia, porównuje,
straszy, wraca do przeszłości i przewiduje katastrofy. Nawet z natłoku
negatywnych myśli możesz jednak wyjść i zyskać prawdziwą wolność - gdy
zaczniesz rozpoznawać moment, w którym umysł przestaje być pomocnym
narzędziem, a zaczyna tobą rządzić.
Jak rozpoznać, że umysł przejął stery? Przyjrzyjmy się sygnałom
potwierdzającym dominację umysłu, czyli to, że teraz to on panuje nad
swoim właścicielem.
Oznaki dominacji umysłu:
Napięcie w ciele - najpierw czujesz napięcie w barkach, szyi,
szczęce, brzuchu... Ciało mówi ci, że coś się dzieje.
Natłok myśli - umysł zaczyna wystrzeliwać jeden komunikat po
drugim, a jedna myśl goni kolejną, często krążąc wokół tego samego
tematu. Jak pewnie się domyślasz - nie są to myśli pełne inspiracji.
Analizowanie zamiast czucia - uciekasz w analizę, żeby nie czuć
emocji. Zamiast zauważyć smutek, rozważasz, kto zawinił - żeby móc
zrzucić na coś lub na kogoś odpowiedzialność za to, co czujesz.
Perfekcjonizm, porównywanie się, wewnętrzny krytyk - myśli nie
wspierają cię, tylko osądzają: "Powinieneś już to wiedzieć"; "Jesteś
za słaby"; "Inni mają lepiej".
Brak obecności tu i teraz - myślisz o tym, co będzie lub co się
już wydarzyło. Nie zauważasz, co dzieje się obecnie.
Jeżeli rozpoznałeś któreś z tych sygnałów u siebie, nie martw się. W dalszej części książki pokażemy ci, jak uwolnić się od natłoku myśli.
A kiedy można powiedzieć, że umysł wspiera?
Umysł wspierający pomaga ci znaleźć rozwiązanie, zamiast pogłębiać
problem. Pozwala się zatrzymać i spojrzeć na sytuację z szerszej
perspektywy. Człowiek z takim umysłem staje się spokojny, skupiony,
współczujący. Jest obecny tu i teraz.
Zniekształcenia poznawcze: kiedy umysł widzi świat innym, niż jest naprawdę
Zdarza się, że jedna myśl potrafi zepsuć cały dzień. Jedna wiadomość,
jedno spojrzenie, jedno słowo - i umysł już wysnuwa wnioski, rozpala
emocje czy tworzy czarne scenariusze. Dzieje się tak na skutek
mechanizmu zniekształceń poznawczych. To nie twoja wina - twój umysł
imituje po prostu zachowania otoczenia, gdy nie stoisz za sterami. A przecież nikt wcześniej nie nauczył cię, jak rozpoznawać i rozumieć te
mechanizmy.
Każdy z nas czasem widzi świat jak w krzywym zwierciadle. Nie dlatego,
że jesteśmy zepsuci czy negatywnie nastawieni, tylko dlatego, że tak
jesteśmy zaprogramowani. Sięgając po dalekie od rzeczywistości
automatyczne schematy, umysł próbuje nas przed czymś ustrzec. Chroni nas
przed "zalaniem" emocjami, które kiedyś były dla nas zbyt trudne czy
intensywne. Zamiast dopuścić do pełnego przeżycia lęku, wstydu czy bólu,
tworzy znajome interpretacje. Coś, co znamy, nawet jeśli jest bolesne,
bywa dla umysłu bezpieczniejsze niż to, co nowe i nieprzewidywalne.
Pozwala bowiem uniknąć strachu, który, jak nas uczono, jest naprawdę
straszny. Zamiast strachu znajome interpretacje dają nam złudne poczucie
kontroli i przewidywalności. Problem pojawia się wtedy, gdy te
mechanizmy, które miały nas chronić, zaczynają kierować naszym życiem.
Te schematy, czyli zniekształcenia poznawcze, można porównać do błędów w systemie, w tym przypadku - w myśleniu. Prowadzą one do fałszywych
wniosków, eskalowania emocji i niepotrzebnego cierpienia.
Ale jest też dobra wiadomość! Pułapki, które zastawia na nas umysł,
można nauczyć się rozpoznawać i je omijać. To jak uświadomienie sobie,
że lustro z gabinetu luster w lunaparku nie pokazuje naszego prawdziwego
odbicia - tylko jego zniekształconą wersję. Przyjrzyjmy się zatem kilku
najczęstszym zniekształceniom.
Katastrofizacja, czyli "na pewno wydarzy się najgorsze"
To jedno z najczęściej występujących zniekształceń poznawczych. Z katastrofizacją masz do czynienia, kiedy umysł podpowiada ci, że coś, co
może pójść źle, na pewno tak pójdzie. W dodatku robi to w najbardziej
dramatyczny sposób, a ty nie masz żadnych zasobów, żeby sobie z tym
poradzić.
Przykładem wystąpienia mechanizmu katastrofizacji może być reakcja na
wiadomość od szefa: "Musimy porozmawiać". Zanim dowiesz się, o co tak
naprawdę chodzi, twój umysł już wysnuł wniosek, że stracisz pracę.
Pojawiają się myśli typu: "Ostatnio wziąłem dzień wolnego, na pewno mu
się to nie spodobało i teraz mnie zwolni". W rzeczywistości szef może
chcieć coś z tobą omówić, wyrazić opinię odnośnie do projektu, który
realizujesz, albo docenić twoje zaangażowanie i efekty pracy.
Jeśli umysł nie jest uważnie obserwowany, to często będzie wybierał
wersję wywołującą lęk. Nie chce cię w ten sposób skrzywdzić, to tylko
jego stary, biologiczny mechanizm obronny. Niestety ta ochrona bardziej
szkodzi, niż pomaga.
Generalizacja, czyli "skoro raz się nie udało, to zawsze tak będzie"
Generalizacja jest zniekształceniem poznawczym, które można zawrzeć w komunikacie: skoro coś raz się wydarzyło, to już zawsze tak będzie.
Wystarczy, że zdarzy ci się jedno potknięcie czy błąd, a umysł zrobi z tego regułę. Jednorazowe nieudane przedsięwzięcie nie oznacza, że w przyszłości będzie podobnie. Ale trudno to wytłumaczyć, gdy umysł
automatycznie powiela wzorce działań.
Spójrzmy na przykład z życia. Twoje dziecko nie miało ochoty się
przytulić, a ty myślisz sobie: "Chyba mnie nie kocha, dlaczego jestem
tak kiepskim rodzicem?". Powiedzmy sobie wprost: to, co pojawiło się w twojej głowie, nie jest faktem - to tylko uogólnienie i przeniesienie
jednej sytuacji na całe twoje rodzicielstwo. W rzeczywistości dziecko
mogło mieć akurat trudniejszy dzień albo potrzebować przestrzeni. Może
samo nie wie, co czuje. W jednej chwili i na podstawie jednego
zachowania nie da się ocenić całej relacji. Dostrzegasz już teraz, że
taka interpretacja to niesprawiedliwe - przede wszystkim dla ciebie -
uproszczenie?
Czytanie w myślach, czyli "wiem, co oni o mnie myślą"
Gdy pojawi się to zniekształcenie, zakładasz, że inni ludzie myślą o tobie coś konkretnego - najczęściej złego. Szczególnie wyraźnie
zauważalne będzie to u osób, które w dzieciństwie były oceniane,
zawstydzane albo porównywane.
Przykładowo: możemy mówić o "czytaniu w myślach", gdy z nieodpisania ci
na wiadomość wyciągasz wniosek, że dana osoba cię nie lubi. W rzeczywistości mogła być zwyczajnie zajęta i nie przeczytać wiadomości
lub nawet ją przeczytać, ale ze względu na mnogość obowiązków -
zapomnieć odpisać. Następnym razem po prostu przypomnij o komunikacie i zapytaj wprost, dlaczego ktoś nie odpisał. Dla umysłu każda luka
informacyjna, którą dostrzeże, tworzy przestrzeń na domysły. A te
zazwyczaj oparte są na lęku, a nie na prawdzie.
Myślenie czarno-białe, czyli "wszystko albo nic"
Ten rodzaj zniekształcenia poznawczego uniemożliwia dawanie sobie (i swoim najbliższym) przestrzeni na - bardzo ludzkie przecież - błędy,
niedoskonałości czy potknięcia. Albo jesteś świetny, albo do niczego.
Albo relacja jest cudowna, albo toksyczna. Twoje dziecko zachowuje się
jak anioł albo coś z nim jest nie tak. Natomiast ty sam albo jesteś
dobrym rodzicem, albo nieudacznikiem. Wyobraź sobie, że jako rodzic
wchodzisz do pokoju dziecka, widzisz bałagan i podniesionym tonem
zwracasz dziecku uwagę. Co myślisz później o sobie? Być może
przechodzisz nad tym do porządku dziennego, stwierdzając, że bałagan
potrafi doprowadzić do szału. Jeśli jednak występuje u ciebie
czarno-białe zniekształcenie poznawcze, to masz wyrzuty sumienia z powodu podniesienia głosu i myślisz sobie: "jestem beznadziejnym
rodzicem. Jak mogłem się tak zachować?".
Ten typ zniekształcenia nie pozwala nam dostrzec całości, progresu,
intencji. Widzimy tylko jeden moment, a przecież on nie definiuje całej
drogi. Potknięcie nie przekreśla miłości. Złość nie unieważnia troski.
Wszak prawda ma wiele odcieni, nie tylko czerń i biel.
Personalizacja, czyli "to przeze mnie"
Personalizacja daje o sobie znać w różnych sferach. Może ujawniać się w relacjach z dziećmi, partnerem czy w pracy. Umysł posługujący się tym
zniekształceniem bierze odpowiedzialność za wszystko, co się dzieje w życiu - również za sprawy, na które dany człowiek nie ma wpływu. W głowie takiej osoby wciąż tłucze się myśl: "To twoja wina". W wyniku
personalizacji pojawia się silne poczucie winy. Zresztą ten ładunek nie
tyle się pojawia, ile raczej ujawnia, ponieważ chodzi o poczucie winy,
które prawdopodobnie było tłumione od dziecka.
Jak działa umysł osoby, która ma wbudowany program "To przeze mnie"?
Mechanizm personalizacji uruchamia się automatycznie, często szybciej,
niż pojawi się świadoma myśl. W umyśle nie powstaje pytanie: "Co się
naprawdę wydarzyło?", lecz dana osoba natychmiast szuka związku między
sobą a sytuacją zewnętrzną. U podstaw personalizacji tkwi przekonanie,
że bezpieczeństwo zależy od kontrolowania emocji innych. Jeśli jako
dzieci doświadczyliśmy sytuacji, w których napięcie dorosłych było
nieprzewidywalne, a my intuicyjnie próbowaliśmy je "rozładować", umysł
nauczył się jednego: "Lepiej brać wszystko na siebie, bo to pozwoli
chociaż trochę zapanować nad chaosem, jaki jest w domu". Może być tak,
że każdy przejaw złego humoru bliskiego człowieka taka osoba odczuwa
bardzo osobiście. Uważa na przykład, że napięcie wyczuwalne u męża,
który wrócił z pracy, na pewno wynika z tego, że nie przyszykowała mu
tego dnia śniadania, co wywołało jego zawód. A przecież każdy z ludzi ma
swój świat wewnętrzny, swoje emocje i procesy, które rzadko są zależne
od zachowania jednej osoby z zewnątrz. Nie zawsze (a raczej: rzadko
kiedy) wszystko jest winą innych. Umysł osoby, która jako dziecko brała
odpowiedzialność za emocje innych, automatycznie bierze jednak wszystko
na siebie.
Wróżenie z fusów
I na koniec nasze ulubione zniekształcenie poznawcze, czyli tzw.
wróżenie z fusów. Na czym ono polega? Umysł osoby wróżącej z fusów
traktuje przyszłość jako znaną - i złą. Pojawiają się w nim myśli o mających nadejść wydarzeniach, które budzą lęk, mimo że jeszcze nie
nastąpiły. Wróżenie z fusów jest więc też formą katastrofizacji.
Przykładem z życia może być taka narracja: "Na pewno nie zdam tego
egzaminu - po co w ogóle próbować?" albo "Nie wierzę, że uda mi się
znaleźć dobrą pracę". To nie są fakty - to hipotezy. I to bardzo
szkodliwe, gdyż wpływają na działania. Jeśli ktoś uwierzy, że coś się
nie uda, zmaleje szansa, że w ogóle spróbuje...
Skoro znasz już powszechnie występujące zniekształcenia poznawcze,
przejdźmy do wskazówek, które pozwolą ci sobie z tymi zniekształceniami
radzić. Pamiętaj: nie chodzi o to, żeby nie mieć zniekształceń lub z nimi walczyć. One będą się pojawiać. To naturalne. Kluczowe jest ich
zauważenie i świadomość, że nie są faktami. Jak to osiągnąć?
W momencie pojawienia się niepokojącej myśli warto zadać sobie na
przykład takie pytania:
Czy to jest fakt, czy tylko moja interpretacja?
Czy to myślenie mnie wspiera, czy raczej osłabia?
Jak mogę spojrzeć na tę sytuację inaczej?
Czy nie ulegam właśnie zniekształceniu myślowemu (teraz wiesz, jak je
rozpoznać)?
Co powiedziałbym komuś bliskiemu w podobnej sytuacji?
Wolność nie polega na tym, że nie doświadcza się negatywnych myśli.
Chodzi o to, by widzieć ich prawdziwą naturę - to myśli, a nie fakty.
Gdy człowiek zaczyna widzieć takie myśli, może świadomie wybrać, czy
chce w nie wierzyć.
Lekka praktyka obserwacji swojego awatara
Zabawmy się tym trochę. Zacznij regularnie, podczas codziennych
czynności, obserwować swoje myśli, ciało oraz pojawiające się w nim
doznania niczym zewnętrzny świadek. Przyglądaj się sobie, jakbyś widział
awatar, który pójdzie tam, dokąd chcesz, i zrobi to, co chcesz (zupełnie
jak w Simsach!). Uświadom sobie, że nie jesteś tym ciałem. Nie jesteś
tymi myślami i uczuciami.
Wykonuj to ćwiczenie często i obserwuj, jak poszerza się twoja
świadomość.
Kiedy analiza wyprzedza uczucia
Gdy nie pozwalamy sobie czuć, zaczynamy myśleć. To jeden z podstawowych
mechanizmów obronnych naszego umysłu. Zamiast zanurzyć się w emocji,
która się pojawia, umysł zarzuca kotwicę analizy. Bo analiza to ruch. To
hałas. A hałas skutecznie zagłusza ciszę, w której można by było poczuć
to, co niewygodne.
Agnieszka: Pamiętam dobrze moment, kiedy zamiast pozwolić sobie na
czucie, zaczęłam... mówić. Rozstałam się z partnerem, a relacja zakończyła
się w bardzo bolesny sposób. On zaczął spotykać się z inną kobietą,
zanim nasz związek dobiegł końca. Nie było wybuchów, kłótni, tylko ciche
przekroczenie granicy, która miała dla mnie ogromne znaczenie.
Gdy patrzę na to z perspektywy czasu, widzę, że to, co się we mnie
zadziało, wydarzyło się według klasycznego schematu. Zanim zdążyłam
poczuć stratę, ból, może nawet upokorzenie - już zaczęłam opowiadać tę
historię innym. Pracowałam wtedy jako makijażystka. Kobiety przychodziły
do mnie z różnych powodów - śluby, sesje, spotkania. A ja, zamiast dać
sobie przestrzeń na wewnętrzne przeprocesowanie emocji, robiłam jedno:
opowiadałam. Mówiłam moim klientkom, co się wydarzyło. One - poruszone,
empatyczne - reagowały dokładnie tak, jak potrzebowałam: "Jak on
mógł?!"; "Co za typ"; "Ty jesteś cudowna, on nie dorósł". Czułam się
lepiej. Przez moment...
Dlaczego te rozmowy pomagały tylko na chwilę? Bo to nie było
uzdrowienie, tylko potwierdzenie. Szukałam na zewnątrz tego, czego nie
chciałam dać sobie wewnątrz - uznania, że jestem ważna, dobra,
wartościowa. I że to, co się wydarzyło, było dla mnie trudne. Nie miałam
wtedy gotowości, by się z tym naprawdę spotkać. Nie płakałam. Nie
pozwoliłam sobie na żałobę. Zamiast poczuć ból rozstania -
racjonalizowałam. Zamiast nazwać stratę, oceniałam jego. I w imię obrony
siebie zaczęłam go sądzić. Im bardziej skupiałam się na ocenie, tym
bardziej na poziomie energii "ja" zaczęłam wibrować winą. Winą? Tak. Bo
kiedy projektujemy złość i osąd na swoje otoczenie, często wewnątrz
skrywamy lęk, że to może jednak z nami coś jest nie tak.
To błędne koło: nieprzeżyta strata ? racjonalizacja ? poszukiwanie
winnego ? chwilowa ulga ? pogłębiony smutek ? poczucie winy ? napięcie ?
jeszcze więcej myśli.
Dziś już wiem, że wtedy brakowało mi tylko jednego - odwagi, by usiąść
ze sobą i powiedzieć: "Tak, to mnie boli. Tak, coś tracę. I tak, mam
prawo to czuć". Nie trzeba, a właściwie nawet nie wolno analizować
każdej emocji. Czasem wystarczy jej się ukłonić. I oddychać z nią
dopóty, dopóki się nie rozpuści. Obecnie wiem też, że rozstanie może być
momentem, w którym spotykamy się z prawdą o sobie. Ale dzieje się tak
tylko wtedy, gdy mamy odwagę się zatrzymać. Jeśli tego nie robimy,
wchodzimy w tryb narracji i uzyskiwania potwierdzenia swojej wersji
wydarzeń.
Nasze emocje można porównać do ubrań, które potrzebują prania. Gdy
wydarza się coś, co wywołuje ból lub przywołuje stratę, lęk czy wstyd -
pojawia się emocjonalne ubrudzenie. Co w takim wypadku należałoby
zrobić? Najlepiej byłoby wrzucić ubrania do pralki i pozwolić, by
przeszły cały cykl: od namoczenia, przez pranie i płukanie, aż do
wirowania. Ale my często tylko patrzymy na plamy i zaczynamy je
opisywać. Albo pokazujemy je innym: zobacz, jak bardzo jestem
poplamiona. Czasem nawet zakładamy te brudne ciuchy i idziemy w świat,
licząc na to, że ktoś je za nas wypierze. Problem w tym, że analiza nie
pierze. Analiza jest tylko obróceniem bębna. Zrobieniem hałasu. Ale wody
nie ma. Dopiero kiedy przestaniemy komentować plamy, a pozwolimy wodzie,
która jest metaforą czucia, zalać to, co bolesne - zaczyna się prawdziwe
oczyszczenie. Bo czucie to woda. Emocje chcą przepłynąć. Nie po to, żeby
nas zalać - ale by się przez nas przesączyć i zostawić czyste miejsce.
Puste. Gotowe na nowe.
W obliczu tego, co trudne, uzdrawia nie hałas, tylko milczenie. Mając tę
świadomość, powstrzymaj cisnące się na usta pytanie: "Dlaczego to się
stało?" i przyznaj: "Tak, to boli". Pamiętaj, że twój umysł próbuje
zrozumieć, bo chce kontrolować. Duchowa istota, którą jesteś, nie musi
rozumieć. Kiedy więc poczujesz stratę - zanim powiesz o niej światu -
zapytaj siebie: "Czy to jest moment na opowieść, czy może... na objęcie
mojej emocji bez słów?". Niech ta emocja stanie się wodą, która wypierze
nie tylko ból, lecz także stare przekonania o tym, kim jesteś i co
znaczysz. Bo być może strata, której doświadczyłeś, nie miała cię
złamać, tylko oczyścić.
Złość - emocja, która potrafi spalić (nie tylko) mosty
Emocją, której najczęściej odmawiamy prawa do istnienia, zwłaszcza jeśli
wychowano nas na "grzeczne dzieci", jest złość. Nie wypada jej czuć. Nie
pasuje do ugruntowanego społecznie obrazu mądrej kobiety czy dojrzałego
mężczyzny. Nie jest akceptowana społecznie. A przecież złość - tak jak
smutek czy radość - to tylko pewna forma energii, niekiedy informacja.
Problem pojawia się nie wtedy, gdy ją czujemy, tylko wtedy, gdy ją
tłumimy albo wyrzucamy na kogoś.
Bo złość, której nie przyjmiesz i nie poczujesz, zacznie "fermentować".
Zamieni się w urazę, w sarkazm, w pasywno-agresywne komentarze, a ostatecznie w dystans. Do innych, do siebie, a nawet do życia.
Chcemy ci teraz opowiedzieć dwie historie o złości. Obie są
doświadczeniami z życia Agnieszki. Jedna i druga zaczynają się podobnie
- od zdrady zaufania... Ale kończą się zupełnie inaczej. I tylko jedna z nich finalnie niosła za sobą prawdziwe ukojenie.
Agnieszka: Pierwsza historia wydarzyła się w czasach liceum.
Dowiedziałam się, że moja przyjaciółka - ta od piaskownicy, od wspólnych
sekretów i piosenek Sarah Connor - obgaduje mnie z moim byłym
chłopakiem. W dodatku nie robiła tego w delikatny sposób, tylko
zwyczajnie mnie wyśmiewała, podważała moją wartość i lojalność. Od
dziecka miałam syndrom grzecznej dziewczynki, więc nie poczułam złości,
która się pojawiła, kiedy się o tym dowiedziałam. Nie dałam sobie na to
przestrzeni. Zamiast tego zaczęłam rozkładać sytuację na czynniki
pierwsze. "Dlaczego ona tak się zachowuje? Przecież tyle dla niej
zrobiłam. Jak można być aż tak nielojalną przyjaciółką?" Przeszło mi
nawet przez głowę, że może przeżywa coś trudnego.
Nie myśl sobie jednak, że w tej ostatniej narracji chodziło o współczucie. Ta analiza była klasyczną ucieczką od emocji. Zamiast
nazwać zdradę zdradą i poczuć złość, ja, uciekając od złości i przyjmując różne interpretacje, zaczęłam podświadomie pielęgnować urazę.
Żal. Rozpamiętywanie. A w głębi nadal obecna była tłumiona złość. I tak
przez lata... Mimo że po liceum nasza przyjaźń się skończyła, to ja wciąż
nosiłam tę emocję w sobie. Energię wracającą do mnie jak
niewypowiedziane zdanie w kłótni, która nigdy się nie odbyła. Regularnie
też miewałam sny związane z tą dziewczyną, mimo że ona sama już od dawna
nie była obecna w moim życiu. Ukojenie przyniosło mi dopiero świadome
zmierzenie się z tymi nastoletnimi emocjami, ale zanim to zrobiłam,
minęło kilkanaście dobrych lat.
Drugie zdarzenie miało miejsce 17 lat później. Znowu dowiedziałam się,
że bliska mi osoba, przyjaciółka, nie jest wobec mnie w porządku, bo
rozmawia na mój temat z innymi, całkowicie mijając się z prawdą. Tym
razem byłam już bardziej świadoma siebie, swoich emocji oraz tego, jak
działa umysł i ciało. W reakcji na wiadomość... zatrzymałam się. Czułam -
również w ciele - napięcie, ogromną złość, pieczenie w gardle. I dałam
temu przestrzeń. Powiedziałam sobie: "Tak, czuję złość. Mam prawo ją
czuć". Oddychałam. Nie usprawiedliwiałam. Nie uciekałam. Nie
analizowałam. Czułam. I dopiero kiedy ta fala się przetoczyła, pojawiło
się zrozumienie. Może ona nie potrafi inaczej? Może jej emocje,
schematy, nieprzepracowane rany z dzieciństwa wzięły górę?
Nie znaczy to, że chcę z nią nadal mieć bliski kontakt. Ale podejmuję
decyzję bez ścisku w sercu. Są we mnie spokój, akceptacja tego, że
nadszedł czas, aby nasze drogi się rozeszły. Nie muszę już niczego
udowadniać, nikogo karać. Po prostu: uznaję, że ten etap się zakończył.
I wiesz co? Kiedy dziś myślę o tej osobie, nie ma we mnie bólu. Jest
wolność. Spokój. I świadomość, że ludzie pojawiają się w naszym życiu
nie zawsze po to, by zostać - ale czasem po to, by nas czegoś nauczyć.
Złość, której nie poczujesz, zostanie jako uraza. Złość, którą
przyjmiesz - przepłynie i zniknie. Bo złość jest jak ogień. Może
niszczyć albo oświetlać. Może spalić mosty... albo zapalić latarnię, która
pokaże ci, gdzie wciąż chowasz niezaakceptowany ból, niewypowiedziane
"Nie zgadzam się", niewyrażone "To mnie zraniło".
W dzieciństwie wielu z nas usłyszało, że ognia trzeba się bać. I że
jeśli się złościsz, to stajesz się trudnym, niegrzecznym czy niemiłym
dzieckiem. Ale nikt nam nie powiedział, że ogień sam w sobie nie jest
ani dobry, ani zły. Tylko potężny. A gdy go przyjmiesz z odwagą i świadomością, to przestaje cię trawić od środka i zaczyna ci służyć -
chociażby do tego, żeby oświetlić to, co ukrywałeś do tej pory w cieniu,
a co wymaga zobaczenia i otoczenia opieką.
Bo złość - kiedy ją przyjmiesz i przeżyjesz - przestaje być furią i często staje się rozjaśnieniem problemu. Nie krzyczy wewnątrz, nie pali,
tylko mówi jasno: tu jest jeszcze niezagojona rana. Nie musisz jej
tłumić, ale to nie oznacza, że masz ją wyładowywać na innych. Wystarczy,
że ją zobaczysz, uznasz, pozwolisz jej płynąć - jak rzece, która po
ulewie w końcu wraca do swojego poziomu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki