CASSIE
Po północy w Handle Bar nieco się przerzedziło. Przez wysokie okna wpadało powietrze z dymem z tarasu i płynęło ponad stołami bilardowymi. Kilka spoconych sobowtórek Lany Del Rey pozowało do selfie pod mrugającym światłem i plakatami Lone Star, ponad głowami hipsterów grających w scrabble facet z koczkiem balansował z dzbankiem wypełnionym po brzegi piwem. Poza tym do baru nie wpływały żadne pieniądze. Wszyscy pili, ale nikt nie prosił o dolewkę. Zwilżyłam wyschnięte usta resztą napoju gatorade i ponownie zakręciłam gęstą, splątaną masę, która niegdyś była moimi włosami, nim dobrała się do nich wilgoć, następnie przejrzałam listę, którą sporządziłam na serwetce:
Zaklepać miejsce u Peteya podczas wieczorku muzycznego.
Zdobyć kolejny wzmacniacz.
Poprosić o więcej godzin pracy w barze i zarobić więcej kasy.
Nora przeszła obok mnie w dżinsach tak opiętych jak druga skóra oraz w obciętej od dołu koszulce Stonesów i zerknęła na moją listę.
- Wielkie plany?
Postukałam palcem w serwetkę.
- Koniec z graniem na osiedlowych imprezach, za które płacą nam kartami upominkowymi. Musimy występować w prawdziwych lokalach, być suportem na koncertach. W taki właśnie sposób zaczniemy zarabiać prawdziwe pieniądze.
Spojrzała na miejsce, z którego obserwowała nas grupa pracowników biurowych skulonych nad wysokim stołem.
- Nie będę się kłócić! Ale...
- Tak, tak. - Machnęłam ręką. Już wiedziałam, co powie. - Miałam obsesję na punkcie doprowadzenia epki do perfekcji. Teraz to widzę. Musimy to po prostu zrobić. Cały album piosenek jest lepszy niż cztery idealne utwory, prawda?
- Tak! - Ponownie zerknęła na swój stolik. - A teraz, kiedy...
Dokończyłam za nią, czując coraz większe zawroty głowy.
- Teraz kiedy nie pracuję w kancelarii, mogę poświęcić czas na załatwienie nam występów! Prawda?
- Tak, ale... - Wskazała za siebie.
- Żadnych "ale". - Uniosłam ręce. - Ale co?
- Poproszę trzy giny z tonikiem i Lone Star dla tamtych przy wysokim stole.
- O. - Zaczęłam wsypywać lód do trzech szklanek.
- Dajesz czadu, co? - rzuciła. - Podoba mi się. Bezrobotna Cassie nie czeka na żadnego faceta.
Tak. Sama prawda.
- Myślę, że kilka lat pieprzenia bez zobowiązań wystarczy.
- Tak długo, jak nadal będziemy mogły mieć nasze piątki z Fleetwood.
- Jasne. - Udawałam, że robię znak krzyża. Na każdą piątkową próbę ubierałyśmy się jak wiedźmy i rozgrzewałyśmy się utworami z albumów Rumours i Fleetwood Mac nazwanego tak samo jak ich zespół. Biorąc pod uwagę to, że nasz perkusista Toby był w zespole zaledwie od sześciu miesięcy, nie zdecydował się jeszcze dołączyć do naszych przebieranek, choć czasem wkładał kamizelkę.
Przy wejściu eksplodował śmiech, gdy weszła grupa młodych, ogolonych facetów, którzy byli już zdrowo podchmieleni, sądząc po tym, jak dotykali się nawzajem.
- Strażacy? - zapytałam Norę, napełniając kufel bursztynowym płynem.
- Wydaje mi się, że żołnierze - odparła.
- Tak jest - rzuciłam z przesadnym, żołnierskim tonem, ustawiając napoje na jej tacy. Następnie ściszyłam głos i się do niej przysunęłam: - Zarobię dla nas trochę kasy.
- Dawaj.
- Cześć, chłopcy! - zawołałam, otwierając ramiona. - Co wam podać?
Żołnierze ustawili się rzędem za stołkami barowymi, przenosili spojrzenia ze mnie na zawieszony wyżej telewizor, na którym wyświetlał się kanał sportowy SportsCenter.
- Cassie! - zawołał ktoś.
Rozejrzałam się. Pomiędzy dwoma krótko ostrzyżonymi mięśniakami znajdowała się znajoma twarz, która straciła nieco pulchności na policzkach.
- Znam ją!
Roześmiałam się z niedowierzaniem, patrząc w duże, brązowe oczy.
Frankie Cucciolo, niebieski Power Ranger, gdy ja byłam różowym. Człowiek, który w dzieciństwie był mi jak brat. Mama sprzątała w domu jego sąsiadów, a my strzelaliśmy do siebie pistoletami na wodę i w kółko oglądaliśmy Uwolnić orkę.
Wyszłam zza baru, by go uściskać. Pachniał tak samo, jak kiedy sypał mi piasek za koszulę - jak chipsy.
- Co tam u ciebie? - zapytałam. Dawno temu się przyjaźniliśmy, jeszcze zanim wyjechałam na studia. Byliśmy zżyci, ale nie widzieliśmy się przez kilka lat.
- Świetnie! Niedługo wyjeżdżam na misję - odparł.
Chwyciłam go za ramiona.
- Na misję? Jesteś w wojsku?
Frankie został żołnierzem. Ugryzłam się w język, by nie zapytać, czy on tak na poważnie. Wróciłam za bar.
- Tak! - odparł. - Lecimy za dwa tygodnie. - Poklepał po ramionach stojących obok chłopaków. Wszystkich było z piętnastu, więc się porządnie przygotowałam. Ustawili się w rządek przed barem. Nawiązałam rozmowę z każdym, starając się nie brzmieć jak przyjacielski robot:
- Fort Hood, co? Wow, elegancko. - Nie mam pojęcia, gdzie to jest. - Że kim jestem? Portorykanką? - Jestem człowiekiem. A, faktycznie chodziło ci o moją narodowość. - O, dziękuję! To miłe! - Jasne, że moja koszulka jest urocza. Zwłaszcza jeśli są w niej moje cycki.
Na końcu kolejki stał niższy, młodo wyglądający chłopak o szerokiej klatce piersiowej i z wydatnymi kośćmi policzkowymi. Wyciągnął rękę.
- Soy Armando.
- Soy Cassandra. Co pijecie? - zapytałam, przekrzykując hałas, zerkając na stojącego obok niego kolegę.
- Może być budweiser - odparł, ale zdążyłam się już rozproszyć.
Armando był przystojny jak oni wszyscy, ale facet obok niego miał szerokie ramiona i ciemne, ledwo widoczne na ogolonej głowie włosy. Szczupły, z długimi rzęsami, pełnymi ustami oraz opaloną skórą, która była niemal tak ciemna jak moja.
Kiedy połapał się, że na niego patrzę, oderwał wzrok od statystyk Rangersów w telewizorze.
- Cześć - powiedziałam flirciarsko. - Co podać?
- O, eee. Nie piwo.
Parsknęłam śmiechem.
- Jakiego rodzaju "nie piwo"?
- Eee... - Spojrzał na zawieszone ponad moim ramieniem menu, po czym na prawo na nalewaki. - Właściwie to nie wiem. Przepraszam, minęło trochę czasu w trzeźwości.
- A co lubisz?
- Eee... - Wpatrzył się w powierzchnię kontuaru, jakby rozważał, z czego składa się ciemna materia.
- Proszę. - Wzięłam trzy małe szklanki i nalałam różnych napojów. Wskazałam na nie po kolei. - Koktajl ziołowy z wodą i limonką, bezalkoholowy Shirley Temple oraz piwo imbirowe.
Wypił wszystkie, patrząc na mnie sponad brzegów szklanek. Kiedy skończył, machnął ręką na trzy naczynia.
- Wszystkie dobre.
- O, poznałaś Luke'a! - krzyknął Frankie. Podszedł z zaczerwienioną twarzą. - Luke, to Cassie.
Nora wcisnęła się pomiędzy Frankiego a Luke'a i zanurkowała pod barem.
- To moja basistka Nora - powiedziałam do Frankiego i ruchem głowy wskazałam dziewczynę, po czym nasypałam pełno lodu do trzech szklanek.
- Hejo - rzucił podpity.
- Nora, cześć, wow - wtrącił Armando. Ledwie zauważył, że postawiłam przed nimi piwo. - Jestem Armando.
- A ja jestem w pracy - odparła, rozciągając pomalowane szminką usta w szerokim uśmiechu, przyciskając łokciem wysoką puszkę piwa. Armando odprowadził ją wzrokiem, gdy zanosiła napoje. Odszedł od baru w stronę żołnierzy, którzy kołysali się do This Is How We Do It przy szafie grającej. Standardowa akcja. Nie znajdą tam nic stworzonego po dwa tysiące piątym.
- Powodzenia - wypowiedziałam bezgłośnie, gdy na mnie spojrzała. Przewróciła oczami.
Z nieskrywaną przyjemnością zauważyłam, że Luke nie ruszył się z miejsca.
Gadaliśmy z Frankiem o bzdurach, gdy nalewałam następną kolejkę jego kumplom. Luke miał srebrnoniebieskie oczy. Kiedy obróciłam się, żeby nalać Frankiemu whisky old fashioned, usłyszałam, że o coś cicho spytał, na co nasz wspólny znajomy rzucił głośno:
- Cassie? Nie, jest dla mnie jak siostra. Ale żołnierze nie są w jej typie. Przynajmniej tak było w liceum.
Odpaliłam zapałkę. Nadstawiłam uszu. W szkole średniej w moim typie byli idioci.
- Nie wnikajmy w to.
- A jaki jest twój typ? - zapytał Luke.
Przesunęłam płomieniem po skórce pomarańczy.
- Mitologiczne stworzenia.
- Jakieś z nich tu jest? - dociekał, unosząc brwi i się rozglądając.
- Nie - odparłam. Poczułam, że kąciki ust unoszą mi się podobnie jak jemu.
Nora postawiła tacę na barze.
- Mogę prosić następną kolejkę dla tych z wysokiego stolika?
Armando ponownie do nas dołączył, tym razem w towarzystwie rudego faceta w niezbyt pasującej mu koszulce w paski i w okularach.
- Żołnierze nie są w twoim typie, co? - wybełkotał, wskazując na mnie, gdy oparł się o bar. - Możemy bronić twojego tyłka, ale nie możemy go dotknąć?
- Davies - upomniał go Frankie. - Koleś.
Odetchnęłam głęboko. Dupek numer dwa tysiące trzysta siedemdziesiąty piąty w mojej barmańskiej karierze. Napełniłam szklanki.
- Woda dla ciebie, kolego.
- Tylko nie woda, daj spokój! - powiedział rudy i popchnął szklankę tak mocno, że rozlała się jej zawartość.
Czerwieniąc się, wzięłam ścierkę i starłam kałużę.
- Alkoholu już ci chyba wystarczy.
- No weź! - zawołał, po czym nieco ciszej dodał do Frankiego: - Twoja znajoma to suka.
Natychmiast oparłam się brzuchem o kontuar i zbliżyłam do niego twarz.
- Wynocha - poleciłam. Na jego szczupłej twarzy pojawił się krzywy uśmieszek. Wargi miał spierzchnięte, oczy wilgotne i przekrwione.
- Hej, hej, hej... - Wycofał się, unosząc ręce, wciąż się uśmiechając. Zaczął wytrzeszczać oczy. - To tylko... To tylko... No wiesz.
Byłam coraz bardziej wkurzona.
- Wyjdź, inaczej ochrona cię wyprosi - zakomunikowałam z beznamiętną miną.
Armando objął rudego w pasie i poprowadził do drzwi. Wzięłam kolejną szklankę i zaczęłam udawać, że ją wycieram, czekając, aż serce mi się uspokoi, a puls wróci do normy. Zdmuchnęłam kilka ciemnych pasm z twarzy, bo przykleiły mi się do ust.
- Czy to naprawdę było konieczne? - zapytał gość przy barze. Luke.
- Słucham?
Wzruszył ramionami.
- Nie musiałaś go wyrzucać. Niedługo wyruszy na misję, musi się nieco wyluzować. Może zginąć.
- O Boże - mruknęłam. - Nie prosiłam go o to. I to na wojnie, w którą nawet nie wierzę, więc nie, nie zamierzam mu niczego ułatwiać.
Wpatrywał się we mnie, nagle poważniejąc.
- Nie, nie prosiłaś go, ponieważ zgłosił się na ochotnika, by bronić naszego kraju. W którym ty również mieszkasz.
- Nie tylko my potrzebujemy obrony, ale jak chcesz. - Uniosłam ręce w geście poddania i rozejrzałam się po lokalu, wzrokiem szukając Nory. Niech będzie temu patriocie, ja chciałam jedynie wrócić do swojej pracy.
Usłyszałam jego głos wyraźniej, bo mężczyzna opierał się o bar.
- Wiesz, co się tam dzieje? - zapytał, a ja zamarłam i na niego spojrzałam. - Z Państwem Islamskim?
Czy wiem, co się dzieje z Państwem Islamskim? Jakbym nie umiała czytać. Nie powinnam wdawać się w dyskusję, ale nie umiałam się powstrzymać. Był taki arogancki.
- ISIS to fundamentalistyczna odpowiedź na to, że Stany Zjednoczone z chciwości rozpieprzyły cały tamten region świata. - Z szoku na chwilę opadła mu szczęka. - A wy wszyscy najwyraźniej uważacie, że to dobry pomysł tam wracać i z nimi zadzierać. To się tam właśnie dzieje.
Wyglądał na oburzonego.
- Nie tylko "zadzieramy z nimi", Cassie.
Dźwięk mojego imienia wydobywający się z jego ust sprawił, że żołądek fiknął mi koziołka.
- Czyżby, Luke?
- Armia buduje również drogi, szpitale, szkoły... Chronimy cywilów. Chronimy pracowników organizacji humanitarnych.
Uniosłam ręce.
- Brawa dla was!
Zesztywniał, wyjął kilka banknotów i rzucił je na blat.
- Wychowywałaś się z Frankiem, prawda? - Ruchem głowy wskazał na naszego wspólnego znajomego, który zawędrował do szafy grającej.
- Tak jakby.
Wyprostował się i dopił wodę.
- W takim razie to logiczne.
- Co takiego? - Byłam zła na siebie, że musiałam na niego spojrzeć, że pomimo tego całego gniewu, wciąż mnie do niego ciągnęło.
Machnął na mnie lekceważąco ręką.
- Tatuaże, naklejki na zderzak, niezależny rock, bla, bla, bla. Pewnie jeździsz priusem, za którego zapłacili starzy.
- Dobra. Po pierwsze, nie znasz mnie. Po drugie, nie dosrywałam ci osobiście. Ani nie psioczyłam na to, co postanowiłeś robić w wojsku. Postawiłam się jedynie dlatego, że nie życzę sobie, by twój koleżka nazywał mnie suką.
Luke natychmiast mi odpowiedział:
- Masz rację, nie znamy się, ale wiem, że nie dałaś przerażonemu dzieciakowi szansy, by wytrzeźwiał, przeprosił i spędził tu wieczór z kumplami. Bo co? Chcesz pokoju na świecie? - Postukał w kontuar. - Trafiłem? Tak, żebyśmy mieli jasność.
- Wiem, jak się tu zachował, bez względu na to czy jest żołnierzem, czy też nie - krzyczałam niemal, oddychając pospiesznie. - I ty również możesz stąd wyjść.
- Żaden problem - powiedział, odsuwając się od baru. - Miłego życia.
Kilka minut później wyszła cała grupa, Frankie ze smutkiem pomachał mi przez ramię w drzwiach. Nie było już żadnej możliwości zgarnięcia dodatkowej kasy. Sprawdziłam kieszenie fartucha. Nawet po podaniu im dwóch kolejek, rachunek i napiwki były mizerne.
Frankie wsunął ponownie głowę przez drzwi, uśmiechnął się smętnie i zniknął.
Cholera.
Nora podeszła do mnie, w ręce miała kolorową broszurę. Spojrzała na zostawione przez Luke'a pieniądze.
- Weźmiesz to?
- Tak, ale poza tym nie chcę mieć nic wspólnego z tym dupkiem. - Dokładnie wytarłam miejsce na blacie, przy którym siedział. - Mogłabyś mi podać kolejny gatorade? - poprosiłam.
- Jasne. Ile to już? Pięć?
Wzruszyłam ramionami. Byłam spragniona. Jak zawsze.
- W każdym razie, ja też nie chcę żołnierzy. - Podała mi ulotkę. Zaciągnij się do wojska. Dostrzeż korzyści. - Armando dał mi ją, oświadczając się.
- Chciał się z tobą ożenić? Poważnie?
- Tak poważnie, jak może chcieć pijany żołnierz w przeddzień bitwy.
Wsadziłam ulotkę do fartucha i wzięłam zwitek paragonów.
- Ile jeszcze klientów obsłużymy, zanim kupimy kolejny wzmacniacz?
- Sporo. - Westchnęła, nalewając wódki do kieliszków. - Zdrówko!
- Wracaj do pracy - poleciłam, unosząc niewielkie naczynie, aby stuknąć się z nią. Śmiałam się, choć nie czułam wesołości. Alkohol popiłam gatorade i próbowałam stłumić uczucie strachu. Nie wiedziałam, skąd się wzięło. Może powstało przez tego żołnierza, a może dopiero teraz dotarło do mnie, że straciłam etat w kancelarii? Naprawdę musiałam przejrzeć na oczy, przestać pławić się w wolności. Kiedy kończyłam sprzątać kontuar z paragonów, papierków po słomkach, przemoczonych podstawek, ręka wystrzeliła mi nagle po frunący kawałek papieru. Moja serwetka z listą, zmięta i wzgardzona, niemal wylądowała w koszu.