Wstęp
Niewiele brakowało, by ta książka w ogóle nie powstała.
Ponad trzy lata temu poczułam, że chcę opisać trzy najtrudniejsze
wydarzenia w moim życiu, by pokazać, jak szukać sensu w trudnych
chwilach. Z ochotą i ekscytacją zabrałam się do pisania, ale wtedy
wydarzyło się coś, czego wcześniej nie przewidziałam... Przyszedł kryzys.
Próba zmierzenia się z ujęciem w słowa tych momentów mojego życia, w których trudno było odnaleźć światło, okazała się wyjątkowo
skomplikowana. Przez ponad dwa lata wielokrotnie starałam się wrócić do
tekstu. Już pożegnałam się z myślą, że ta książka kiedykolwiek ujrzy
światło dzienne, i zabrałam się za pisanie zupełnie innej1. I właśnie wtedy, kiedy wróciłam do procesu przelewania słów na papier,
uzmysłowiłam sobie, że moja blokada pisarska miała związek z tym, o czym
tak bardzo chciałam pisać i co, w różnej postaci, jest doświadczeniem
wielu z nas. To moment, kiedy utykamy w ciemnej dolinie, a na każdą
myśl, że mielibyśmy ruszyć naprzód, pojawia się w nas silny opór.
Uświadomienie sobie tego dało mi nie tylko większy spokój, lecz także
siłę, by pisać dalej. Pomyślałam, że moje słowa mogą dodać siły innym
ludziom. Aby mieć pewność, że będę czyniła rzeczywiste postępy w pisaniu, poprosiłam moją przyjaciółkę i wspólniczkę Magdę, by została
moją patronką. Zrobiłam to, bo głęboko wierzę (o czym też piszę w tej
książce) w moc towarzysza każdej ważnej podróży. Chciałam poczuć, że
jest ktoś, przed kim będę zobowiązana. Chciałam utwierdzić się w przekonaniu, że nawet jeśli będzie mi trudno, to się nie zatrzymam.
Pewnego dnia po przesłaniu Magdzie jednego z bardziej osobistych
rozdziałów dostałam od niej taką wiadomość: "Jak czytam Twoją książkę,
to mam takie przemyślenie, że nie jesteś jeszcze w połowie życia, a przeżyłaś już ze trzy". I rzeczywiście, w jakimś sensie jest to prawda.
Sporo się w moim życiu wydarzyło i bywało naprawdę ciężko. A jednocześnie, kiedy patrzę na doświadczenia, z którymi przyszło mi się
zmierzyć, także na te najtrudniejsze, to wiem, że nie cofnęłabym żadnego
z nich. Dzięki nim jestem tym, kim jestem.
Jeśli dziś doświadczasz czegoś trudnego, jeśli czujesz lęk, bezsilność
oraz samotność i pragniesz znaleźć w tym doświadczeniu sens, to chcę ci
powiedzieć, że wiem, jak to jest, a tę książkę napisałam właśnie dla
ciebie. Powstała ona, by pomóc innym znaleźć światło w ciemności, i może
rozświetlić mrok także tobie. Jeśli się zgodzisz, potowarzyszę ci w twojej podróży.
Książkę możesz czytać aż na trzy różne sposoby. Możesz chłonąć tylko
warstwę storytellingową i psychoedukacyjną: poznawać moje historie i zagadnienia z dziedziny psychologii czy filozofii, które są pomocne w zrozumieniu mechanizmów, którym podlegamy. Możesz też potraktować ją jak
własny proces coachingowy. Na jej kartach pojawiają się bowiem pytania,
które mogą ci pomóc zobaczyć z zupełnie innej perspektywy to, czego
doświadczasz.
Książkę uzupełniają ponadto inspirujące historie ludzi, którzy
doświadczyli w swoim życiu iście przełomowych momentów. Lektura tych
wplecionych pomiędzy rozdziały tekstów stanowi trzeci sposób odczytania
niniejszej książki, zdecydowanie poszerza bowiem spojrzenie na charakter
i rolę przełomowych doświadczeń w naszym życiu. Choć opowieści te nie są
bezpośrednio związane z tematami poszczególnych rozdziałów, to każda z nich jest ściśle związana z tematem Punktów przełomowych. Wybrałam te
osoby nie przypadkiem. Jestem przekonana, że właśnie ich historie
dopełnią moją, a tobie, czytelniku, przyniosą nie tylko poczucie ulgi,
lecz także tego, co w nurtach mindfulness nazywa się wspólnotą
doświadczania. A jeśli po przeczytaniu książki nadal będziesz czuł
niedosyt, to na końcu sekcji Przypisy znajdziesz adres strony, na której
zamieściłam więcej rozmów z ciekawymi postaciami, przeprowadzonych w ramach cyklu na kanale YouTube "Punkty Przełomowe".
Rozdział 1. Czym naprawdę jest kryzys. Historia straty, która zmieniła wszystko
Rozdział 1
Czym naprawdę jest kryzys. Historia straty, która zmieniła wszystko
Przeszłość nie jest ciężarem, są w niej uśpione skrzydła
Zbigniew Jerzyna3
Kiedy nic, co znasz, nie jest już takie samo
Wszystko dookoła zwalnia. Świat ciemnieje. Od tej pory nic, co
dotychczas znałam, nie będzie już takie samo. A to wszystko dzieje się w czasie krótszym niż kilka minut. Wydaje mi się, że są to zaledwie
milisekundy.
Na imię miała Ewa. Weszła do pokoju, w którym siedziałam wystraszona i zrozpaczona. Chwyciła mnie za rękę, spojrzała mi w oczy i nie odrywając
ode mnie wzroku, p wiedziała: "Nazywam się Ewa. Jestem położną. Chcę,
abyś wiedziała, że zrobię wszystko co w mojej mocy, by to, co nas teraz
czeka, przebiegło najbezpieczniej i najmniej boleśnie, jak to tylko
możliwe".
Nigdy nie myślałam, że najtrudniejszy moment w moim życiu pomoże mi
przetrwać ktoś, kogo nie widziałam wcześniej na oczy. Nigdy nie
przypuszczałam, że kobieta, z którą spędziłam w sumie kilkanaście
godzin, okaże się jedną z najważniejszych, jakie spotkałam w życiu. Ale
tak właśnie się stało...
Dziś, niemal piętnaście lat później, opisując wydarzenie, które na
zawsze zmieniło mnie i moje życie, nadal mam poczucie, że nie opowiadam
ci o moim własnym doświadczeniu, że ono należy do kogoś innego...
Wspomnienia, które przywołuję, wyglądają w mojej głowie jak urywek
filmu, który kiedyś oglądałam. Ale to nie film. Chwila, w której Ewa
wkroczyła do mojego życia, to mój moment przełomowy.
Moment przełomowy
Moment przełomowy to taki punkt w życiu, w którym to, co cię spotyka,
przedefiniowuje dotychczasowe znaczenia i zmienia twoją perspektywę. W tym konkretnym wydarzeniu dokonuje się coś nieprawdopodobnie mocnego -
zmiana percepcji.
Dla mnie ten moment nastąpił 12 lutego 2011 roku. Do tego dnia czułam,
że nic mnie nie może pokonać. Miałam 26 lat i byłam w dziewiątym
miesiącu ciąży. Do szpitala zgłosiłam się na kilka dni przed planowanym
terminem porodu mojego pierwszego syna, Olka. Ciąża przebiegała
książkowo, ale w ostatnich dniach złapał mnie wirus i nie chciał puścić.
Każdego dnia temperatura i kaszel się nasilały. Lekarka prowadząca
zapewniała mnie, że na tym etapie ciąży dziecku nic już nie grozi, więc
spokojnie czekałam w domu na moment, w którym poczuję się lepiej.
Ponieważ jednak ten moment nie nadchodził, zgłosiłam się do szpitala.
Przyjęto mnie na oddział położniczy i przez kolejne dwa, trzy dni
dokładnie badano, szukając nieustępliwego wirusa. Mimo pogarszającego
się samopoczucia z ufnością czekałam, aż infekcja minie. Teorie na temat
tego, co mi dolega, były zgoła egzotyczne jak na przedcovidowe czasy.
Może to grypa ptasia, a może świńska, sugerowali kolejni lekarze - i następna próbka do badań jechała na sygnale. Każdego dnia sztab
położnych sprawdzał mój stan zdrowia, przede wszystkim zaś dobrostan
dziecka. Cztery, pięć KTG dziennie. USG. Seria antybiotyków. Leżałam w szpitalu, czułam się zaopiekowana. Słaba, ale bezpieczna. Nie istniał w moim wyobrażeniu świat, w którym ta historia nie kończy się dobrze. A jednak...
Pamiętam anestezjologa, który wszedł, żeby przeprowadzić ze mną
konsultację. Po chwili rozmowy oznajmił mi, że cesarskiego cięcia nie
będzie. Zapytałam dlaczego. "Pani krzepliwość krwi jest zaburzona. Jeśli
przeprowadzimy operację, najpewniej jej pani nie przeżyje". Wyobraź
sobie, że nawet to zdanie nie wzbudziło we mnie obaw. "Przecież poczuję
się lepiej, urodzę własnymi siłami", pomyślałam. "Wszystko skończy się
dobrze".
Kiedy otworzyłam oczy 12 lutego, poczułam, że wreszcie żyję. Od ponad
dziesięciu dni nie czułam się tak dobrze. Położna stwierdziła, że
temperatura w końcu zaczęła spadać. Popatrzyła na mnie z uśmiechem i powiedziała, że mam zadzwonić do męża, by przywiózł torby. Poród może
zacząć się w każdej chwili. Wczesnym popołudniem, tuż po obiedzie,
czułam już ekscytację. Pokonałam wirusa! Za moment zostanę mamą! Moja
radość nie miała końca. Zgodnie z zaleceniem położnej położyłam się
spać, by nabrać siły. Spałam około dwóch godzin, a obudziła mnie
pielęgniarka, która przyszła rutynowo zbadać puls dziecka. Przyłożyła do
brzucha aparaturę, lecz... nie udało się jej wychwycić pulsu. Przyłożyła
ją w inne miejsce - ponownie bez skutku. Trudno mi powiedzieć, ile to
trwało. Może trzy minuty, może pięć. To były najdłuższe minuty mojego
życia. Wyraźnie spanikowana kobieta wymamrotała, że zabiera mnie na
wyższe piętro na USG. Rzuciła jeszcze, że pewnie zepsuło się KTG, a następnie zaprowadziła mnie do gabinetu lekarskiego.
Nigdy nie zapomnę wyrazu twarzy lekarki, która przez 40 minut
bezskutecznie próbowała wysłuchać bicie serca. Kiedy zwracała się do
mnie słowami: "Tak mi przykro", jej oczy były pełne łez. Ja zaś na
jakimś poziomie w tym momencie umarłam.
To, co działo się potem, pamiętam trochę tak, jakbym odtwarzała film
pozbawiony części klatek. Usłyszałam, że nadal nie można mnie operować,
więc będę rodzić swoimi siłami. Zaprowadzono mnie do sali i nafaszerowano lekami wywołującymi skurcze, tak silnymi, że nie można ich
podać przy standardowym porodzie. A potem zostawiono mnie samą.
Wtedy po raz pierwszy poznałam uczucie, któremu przyglądałam się później
jeszcze wiele razy. To był obezwładniający strach połączony z zupełnym
zamrożeniem, jakbym nie czuła niczego.
I właśnie w trakcie tego doświadczenia pojawiła się ona. Kiedy moje
głębokie, niemal dziecięce zaufanie do świata legło w gruzach, rozbłysła
iskierka symbolizująca dla mnie dziś coś naprawdę unikatowego. Poczucie,
że możemy oddać swój los w ręce kogoś zupełnie obcego i mimo trudności,
jakich doświadczamy, zaufać, że wszechświat nas wspiera. Ten ktoś obcy
okazał się ważniejszy niż osoba, od której powinnam była wtedy dostać
wsparcie - lekarka prowadząca moją ciążę, która była bardzo bliską
znajomą mojej mamy. Mama zadzwoniła do niej wówczas, by przyjechała w nocy się mną zaopiekować. Ona jednak nie przyjeżdżała.
Niczym anioł zjawiła się za to położna i właśnie dzięki niej przetrwałam
ponad piętnastogodzinny poród, który - jak się później dowiedziałam -
mógł zakończyć moje życie. Choć nie byłam tego świadoma, lekarze
szykujący jednostki krwi przez cały czas liczyli się bowiem z najczarniejszym scenariuszem. Jestem pewna, że bez niej nie pisałabym do
ciebie tych słów.
Prawie piętnaście lat zajęło mi uświadomienie sobie znaczenia
doświadczeń, które stały się moim udziałem tamtej nocy na sali
porodowej, zrozumienie, dlaczego doznałam wtedy tej straty i jak ona
wpłynęła na mnie i moje postrzeganie świata. Ten dzień na zawsze
odmienił moje życie... i przyczynił się do napisania tej książki. Jak już
wiesz, nie jest ona tylko zapisem gojenia się tej rany, lecz także
przewodnikiem stworzonym z myślą o wszystkich, którzy doświadczają
życiowych trudności. Z jego pomocą zdobędziesz narzędzia, które pozwolą
ci przekuć każdy kryzys w wydarzenie również o wzmacniającym wpływie na
twoje życie i twoje dalsze losy. Zanim jednak zaczniemy przyglądać się
temu, w jaki sposób możemy zaopiekować się sami sobą w sytuacji trudnej
czy przełomowej, zatrzymajmy się na moment przy etymologii słowa
"kryzys".
Czym jest kryzys?
Wyraz "kryzys" pochodzi od greckiego słowa krisis (??????), które
oznacza: "rozstrzygnięcie, decyzję, wybór, punkt zwrotny". Wywodzi się
ono od czasownika krinein (???????) definiowanego jako: "oddzielać,
rozróżniać, decydować, oceniać". W starożytnej Grecji wiązano je z momentem przełomu w chorobie. Chodziło o stan, w następstwie którego
osoba chora albo zdrowiała, albo jej samopoczucie się pogarszało. Był to
często moment decydujący o życiu i śmierci.
Jeśli skupisz się chwilę na swoich odczuciach czy myślach w chwilach
prawdziwego kryzysu, dostrzeżesz, że dawne znaczenie tego słowa jest w pewnym stopniu wciąż aktualne. Bo kiedy doznajemy czegoś naprawdę
trudnego, mamy poczucie, że to doświadczenie może być dla nas końcem
wszystkiego. Czasem tracimy w takich momentach wolę przetrwania.
Nierzadko przez wiele dni, tygodni czy miesięcy czujemy, że przestrzeń
nad nami jest przykryta grubą warstwą chmur. Ale przecież - choć zwykle
nie zdajemy sobie z tego wówczas sprawy - za każdą chmurą kryje się
błękit nieba i blask słońca.
Co najmniej kilka razy w życiu obserwowałam burze, które wyglądały jak
"koniec świata". Ostatecznie jednak każda z tych burz wygasała. Często -
by ustąpić miejsca bezchmurnemu niebu i słońcu.
Kryzys jest jak burza. To moment, w którym świat przestaje działać
według dotychczasowych zasad i w którym to ty możesz podjąć decyzję
mającą potencjał, by zmienić bieg wydarzeń.
Aby kryzys stał się momentem przełomowym, musisz się zatrzymać i dostrzec, że stara mapa, która do tej pory cię prowadziła, jest już
bezużyteczna. Moment przełomowy to taki punkt w życiu, kiedy dociera do
ciebie, że nie chcesz i nie potrafisz wrócić do domu starą drogą. A jeszcze nie znasz nowej. Z tego punktu nie ma powrotu do dotychczasowego
sposobu myślenia. Pojawia się w nim jednak zarys podejścia, które może
wszystko zmienić.
Rozdział 2. Wstyd, który staje się cieniem
Rozdział 2
Wstyd, który staje się cieniem
Zmiana zaczyna się wtedy, gdy ciężar stagnacji przygniata mocniej niż
lęk.
Magdalena Daniłoś
Gotowa, by poczuć wszystko... no może prawie
Właśnie skończyłam gościnne wystąpienie podczas szkolenia i kiedy
zbierałam się do wyjścia, podszedł do mnie na oko czterdziestoletni
mężczyzna. Z daleka widziałam, że targają nim emocje. Jego ciało drżało.
"Magda, tak ci dziękuję, że dałaś mi odwagę, bym mógł płakać" -
powiedział, po czym przytulił się do mnie mocno. Staliśmy tak w objęciach kilka chwil. Ja też poczułam silne wzruszenie.
Długo rozmawialiśmy. O tym, że przez lata nie pozwalał sobie czuć z obawy przed oceną. O tym, że wiele razy w swoim życiu usłyszał, że nie
wypada mu okazywać emocji, wrażliwości, łez, bo jest mężczyzną, a przecież wszyscy wiemy, że mężczyźni nie płaczą. Słuchając go,
pomyślałam sobie, jakie to niesamowite, że moja decyzja sprzed lat, by
stanąć w swojej prawdzie, może teraz dawać komuś innemu siłę.
Wiele lat wcześniej, kiedy jeszcze byłam licealistką, wrażliwą
introwertyczką zmagającą się z niskim poczuciem własnej wartości,
usłyszałam pierwszy raz w swoim życiu od bliskiej koleżanki, że zanim
się zaprzyjaźniłyśmy, sprawiałam wrażenie kogoś zupełnie innego. Ewelina
uznawała mnie za osobę arogancką, zawsze otoczoną ludźmi i aurą
niedostępności, i dlatego długo nie skracała dystansu. Byłam oszołomiona
jej słowami. "Czy ona mówi na pewno o mnie?" Nie mogłam w to uwierzyć.
Wtedy jednak nie czułam w związku z tym stwierdzeniem nic poza szokiem.
A później szok minął, przyszło życie i na jakiś czas jej słowa poszły w niepamięć. Po kilku latach, kiedy prawie zapomniałam już o tej rozmowie,
sytuacja się jednak powtórzyła.
Byłam na studiach i moja serdeczna koleżanka, z którą spędzałam niemal
każde popołudnie, wypowiedziała do mnie słowa, które po raz drugi
rozdarły moje serce: "Kiedy cię poznałam, twoja postawa nie zachęcała do
nawiązania bliższej relacji". A ja znowu zgłupiałam. "Moja postawa? Na
pewno mówisz o mnie?" Wyjaśniła, że zachowywałam się, jakbym miała w nosie innych ludzi. Jakbym patrzyła na nich z góry. Ten drugi raz
wprawił mnie w konsternację. To nie był już tylko szok. Wtedy zupełnie
poważnie zaczęłam zadawać sobie samej pytania o to, co ja do cholery
robię, a czego zupełnie nie jestem świadoma.
Kiedy po kolejnych kilku latach podobne słowa padły w stosunku do mnie
po raz trzeci, nie miałam już cienia wątpliwości. Wiedziałam, że
zachowuję się w stosunku do ludzi w sposób, którego nie jestem świadoma.
Zbudowałam wokół siebie mur. Założyłam zbroję, by nikt nie zobaczył
wrażliwej części mnie. Udawałam kogoś innego, by się chronić... I właśnie
w tym momencie uświadomiłam sobie, że już dłużej tak nie chcę. Ta zbroja
mi ciąży. Trudno przytulić człowieka, który ma na sobie tonę żelastwa.
Trudno budować relację, kiedy jedna ze stron się usztywnia. Poczułam, że
bardzo chcę to zmienić...
Od tego momentu każdego kolejnego dnia przyświecała mi moja nowa
potrzeba: by ludzie, których uznaję za ważnych, widzieli prawdziwą mnie.
Uzmysłowiłam sobie bowiem, że sama nie chciałabym budować relacji z kimś, kto kogoś udaje. Decyzja o ściągnięciu zbroi nie jest jednak łatwa
do wprowadzenia. Wymaga zgody na to, by zaszły w nas malutkie i bardzo
niewygodne zmiany, które mają sprawić, abyśmy się odsłonili. Musimy
pozwolić, by inni zaczęli nas dostrzegać takimi, jakimi jesteśmy.
W ukochanym przeze mnie nurcie terapeutycznym ACT (od ang. acceptance
and commitment therapy - terapia akceptacji i zaangażowania) istnieje
pojęcie paradoksu kontroli. Chodzi o to, że im bardziej coś próbujesz
kontrolować, tym intensywniejsze i bardziej natrętne stają się twoje
emocje i myśli. Mowa tu o próbie unikania, tłumienia czy eliminowania
wewnętrznych przeżyć, która tylko wzmaga cierpienie. To jakby bać się
potwora pod łóżkiem i mówić sobie: "No przecież go nie ma", czując
jednocześnie narastający lęk przed nim.
Moja strategia pokazywania ludziom kogoś innego niż osoba, którą
rzeczywiście jestem, była nieudolną próbą kontroli o opłakanych
skutkach. I to również pewien paradoks. Chcąc coś ukryć, by być bliżej
ludzi, oddalałam się od nich. Za tym mechanizmem stoi silne poczucie
wstydu. Kiedy pytam osoby, które zmagają się z wyrażaniem trudnych
emocji, co jest dla nich źródłem trudności, zdecydowana większość z nich
mówi o lęku przed oceną.
Gdybyś więc zrobił krok w tył i spojrzał na to, co sprawia, że boisz się
wyrażać swoje emocje, to bardzo często powodem okazałyby się brak
akceptacji środowiska lub twoje poczucie tego braku. Kiedy jako małe
dziecko słyszałeś zdania takie jak: "Nie becz"; "Weź się w garść" czy
tak okrutne i często nadużywane: "Przestań płakać", dostawałeś od swoich
opiekunów wyraźny sygnał, że wyrażanie emocji nie jest okej. I choć dziś
jesteś dorosłym człowiekiem, zdolnym, by z racjonalnego poziomu
powiedzieć sobie, że chcesz, a nawet możesz płakać... to już nie
potrafisz. To jest od ciebie silniejsze.
Ja przez wiele lat nie płakałam. Był nawet moment, kiedy wydawało mi
się, że nie potrafię. Wyobrażałam sobie, że kiedy zacznę płakać, to
nigdy już nie przestanę. Bo tyle jest we mnie smutku, którego nie dane
mi było wyrazić.
Kilka dni po stracie syna, będąc już w domu, poczułam, że dzieje się ze
mną coś niepokojącego. Nie mogłam swobodnie zaczerpnąć tchu. Przejście
kilkunastu metrów z sypialni do łazienki kończyło się niewyobrażalną
zadyszką. Zadzwoniłam do naszej rodzinnej przyjaciółki, lekarki
internistki, i spanikowana poprosiłam o wizytę domową. Godzinę później,
gdy mnie osłuchiwała, jej mina stawała się coraz poważniejsza.
Poprosiła, bym czym prędzej się ubrała i pojechała z nią na izbę
przyjęć.
W szpitalu, po wykonaniu kilku badań, wszystko było już jasne. Zapalenie
płuc z powikłaniami sercowymi. Położono mnie na oddział kardiologiczny,
podpięto pod migające urządzenia i - jak dowiedziałam się potem od
lekarzy - czekano z obawą, czy przeżyję do rana. W tym czasie w moim
wnętrzu kotłowało się mnóstwo emocji. Jedną z nich był wstyd. Leżałam w połogu na sali pełnej mężczyzn, nie mogąc wstać i skorzystać choćby z prysznica. Przychodziły więc do mnie położne i pomagały mi się
oporządzić. Czasem zapominały zasłonić mnie parawanem. W każdej komórce
mojego ciała czułam wówczas zażenowanie, ale też smutek. Przede
wszystkim jednak czułam wstyd. Dlaczego to właśnie mnie przydarzyła się
ta historia?
Ale ponieważ wstyd był zbyt silny, pojawiła się we mnie inna emocja,
którą dziś często świat psychologii nazywa emocją wtórną, taką, która
przykrywa coś głębszego. Kotłowały się we mnie pytania: "Gdzie była moja
lekarka prowadząca, która tej feralnej nocy otrzymała informację, że
straciłam dziecko, i zdecydowała, że nie przyjedzie do mojego porodu?",
"Dlaczego nie mogę być z tymi wszystkimi emocjami gdzieś, gdzie czuję
się bezpiecznie?" i... "Kiedy przestanie boleć?".
Kilka dni spędzonych z tą rosnącą złością na sali pełnej obcych
mężczyzn, z których część umarła obok mnie, sprawiło, że coś we mnie
pękło. Trzeciego, a może czwartego dnia dostałam szału. Zaczęłam
krzyczeć, że żądam, aby mnie przeniesiono do izolatki. Ponieważ mój
przypadek - pierwszej od szesnastu lat ciąży straconej w murach szpitala
- znały już wszystkie oddziały, nikt nie dyskutował. Zostałam
przeniesiona. W tym pustym pokoju, niezdolna udźwignąć wstydu, złości i żalu, nieświadomie zawarłam sama ze sobą pakt, że nie będę czuć.
Uznałam, że tak będzie łatwiej. Byłam wtedy pewna, że oszukałam siebie.
Że to zadziała. Jak bardzo się myliłam...
Kilka miesięcy po tych wydarzeniach zaczęły się w moim życiu napady
lękowe. Takie, które sprawiają, że nie możesz oddychać i myślisz, że
umierasz. Moje ciało próbowało mnie zmusić, bym poczuła.
Ogromnie często się zdarza, że kiedy w naszym życiu następuje kryzys, to
w zalewie emocji, z lęku przed samymi sobą i oceną innych, dokonujemy
wewnętrznego zamrożenia. Wydaje nam się, że kiedy nie czujemy, nie
przeżywamy, to mamy pełną kontrolę nad sytuacją. Ten mechanizm ma jednak
swoją cenę. Symbolicznie odcinamy bowiem wtedy swoje ciało i psychikę od
naturalnych mechanizmów samoregulacji. Im bardziej próbujemy się
kontrolować, tym większy w nas lęk, że czegoś nie dopilnujemy i że ktoś
to zauważy. Rośnie w nas napięcie, które w pewnym - zwykle w najmniej
spodziewanym - momencie znajduje ujście.
Kilka lat po mojej stracie koleżanka z pracy powiedziała mi o wystąpieniu badaczki odwagi Brené Brown podczas konferencji TEDx. Nie
słyszałam o Brown nigdy wcześniej, ale czułam się tak pogubiona i przytłoczona nieustannym poczuciem zagrożenia, że postanowiłam obejrzeć
ten materiał wideo w serwisie YouTube. Ta decyzja była swoistym punktem
przełomowym w moim życiu, gdyż okazało się, że kobieta, której
słuchałam, nie tylko mówi do mnie z ekranu tak, jakby znała mnie całe
moje życie... Udało jej się wyjaśnić mi w dwadzieścia minut, kim zawsze
chciałam być, a na co mój wstyd i lęk mi nie pozwoliły.
W swoim wystąpieniu Brown mówi: "Wstyd można wytłumaczyć najprościej
jako lęk przed odrzuceniem. Czy istnieje taka informacja o mnie, której
ujawnienie sprawi, że ludzie uznają mnie za niegodną, by do nich
przynależeć"4. Abyśmy mogli poczuć przynależność i nawiązać
z ludźmi kontakt, musimy odsłonić delikatne, wrażliwe części nas samych.
I to nas przeraża.
W głębi wiedziałam, że jestem kimś ciepłym i wrażliwym. A jednocześnie
na zewnątrz sprawiałam zupełnie inne wrażenie. Ten mechanizm miał mnie
chronić przed zranieniem i właśnie on stał się źródłem moich cierpień.
Nie umiem ci opisać ulgi, jaką poczułam, gdy po wysłuchaniu wykładu
Brené Brown dotarło do mnie, że nie jestem z tymi odczuciami sama. Dziś
mam przekonanie, że właśnie to odkrycie utorowało przede mną nową drogę
- powrotu do siebie. Niedługo po jego dokonaniu przekroczyłam próg
gabinetu terapeutycznego i weszłam na ścieżkę, dzięki której piszę do
ciebie te słowa.
W życiu nie chodzi o to, by emocje, stres czy lęk nas nie dotykały, ale
byśmy potrafili je zauważać, akceptować i żyć w zgodzie z tym, co dla
nas ważne, pomimo tych trudności.
Takie podejście odpowiada temu, co w nurcie ACT określa się mianem
elastyczności psychologicznej. Umiejętność ta otwiera przed człowiekiem
zupełnie nową perspektywę doświadczania, którą można ująć, stawiając
następujące pytanie:
A co by było, gdybym zamiast próbować kontrolować swoje emocje, nauczył
się iść z nimi w stronę spełnionego życia?
Zakładam, że gdy czytasz te słowa, w twoim wnętrzu pojawiają się
rozmaite wątpliwości. I to jest zupełnie naturalne. Sama nieraz ich
doświadczałam. W następnych rozdziałach pomogę ci spojrzeć na to pytanie
z nowych perspektyw w nadziei, że wraz z odkrywaniem kolejnych warstw
odpowiedzi będziesz wyraźniej widzieć całość.
Stopniowo odsłonię przed tobą koncepcje i narzędzia, które pomogą ci
wzmocnić odporność psychiczną, wyćwiczyć umiejętność radzenia sobie z kryzysami i pogłębić gotowość do doświadczania życia takim, jakie ono
jest, byś mógł stworzyć życie warte przeżycia. A wszystko to zbudujemy w oparciu o cztery obszary i osiem filarów.
4C, czyli cztery obszary odporności psychicznej:
control - kontrola
challenge - wyzwanie
commitment - zaangażowanie
confidence - pewność siebie
Model 4C stworzył profesor Peter Clough, psycholog sportu z Uniwersytetu
w Huddersfield w Wielkiej Brytanii, wraz z profesorem Dougiem
Strycharczykiem, obecnym dyrektorem zarządzającym AQR International,
organizacji zajmującej się rozwojem odporności psychicznej w biznesie,
edukacji i sporcie.
Obszar 1: Kontrola
Aby ułatwić sobie pracę nad postawą akceptacji emocji, sięgnijmy po
pewną metaforę. Wyobraź sobie, że płyniesz żaglowcem, a wokół ciebie
szaleje sztorm. Nie masz wpływu na to, czemu podlega twój statek. Wiatr
wieje, a fale się wznoszą niezależnie od tego, co robisz. Każda próba
kontrolowania tych czynników wywołuje jedynie poczucie bezsilności i frustracji. Dlatego odpuszczasz chęć walki z tym, co cię otacza, i przyjmujesz pogodę taką, jaka jest. Jednocześnie zdajesz sobie sprawę,
że tym, na co masz wpływ, jest nawigowanie. Łapiesz więc mocno ster i wyznaczasz kurs swojej podróży. Świadomość, że zarządzanie tym wycinkiem
rzeczywistości znajduje się w twojej gestii, może sprawić, że
odpowiednio ustawisz żagle i dopłyniesz do celu.
Oto istota poczucia sprawczości i wpływu na własne reakcje i działania.
W tym przykładzie pojawiają się dwa filary zdrowej kontroli: poczucie
wpływu na swoje reakcje (kontrola emocji) oraz poczucie wpływu na swoje
działania (poczucie wpływu na własne życie, czyli kontrola jego
przebiegu).
Kontrola emocji
To umiejętność dostrzegania i regulowania własnych stanów emocjonalnych.
Kontrola emocji nie polega na tym, żeby blokować ich odczuwanie, tylko
na tym, by nie dać im się porwać. To umiejętność rozciągania przestrzeni
pomiędzy bodźcem, który wywołuje określony stan emocjonalny, a naszą
reakcją na ten bodziec. Zatrzymajmy się na moment przy kilku przykładach
sytuacji, które mogą wywołać w nas silne reakcje, i dwóch skrajnych
możliwych odpowiedziach na te okoliczności.
Ważna prezentacja w pracy
Osoba o niskiej kompetencji kontroli emocji: reaguje podenerwowaniem
na to, że czuje stres związany z koniecznością przedstawienia
prezentacji. Proces ten może w niej zachodzić nieświadomie. W efekcie
albo odmawia przedstawienia prezentacji, albo skupiając się na
osłabieniu zdenerwowania, zapomina, co chciała przekazać.
Osoba o wysokiej kompetencji kontroli emocji: zauważa stres i decyduje, że pomimo reakcji stresowej chce podjąć próbę prezentacji.
Dzięki zauważeniu oraz uznaniu lęku i stresu jest spokojniejsza,
ponieważ nie stara się pokonać tego, co czuje. Akceptacja lęku pozwala
jej mówić jasno i klarownie.
Negatywny feedback od szefa
Osoba o niskiej kompetencji kontroli emocji: reaguje natychmiastowym
poczuciem bycia atakowaną, obrażeniem się czy złością. Zamiast dostrzec
swoje emocje, skupia uwagę na zachowaniu szefa i w nim doszukuje się
przyczyn krytyki.
Osoba o wysokiej kompetencji kontroli emocji: odczuwa chwilowy
dyskomfort, a następnie pojawia się u niej refleksja, próba wzięcia
odpowiedzialności za to, czego nie dopilnowała.
Kłótnia z kimś bliskim
Osoba o niskiej kompetencji kontroli emocji: odczuwa chęć krzyku,
odwetu, obwiniania. Być może zaczyna zachowywać się impulsywnie. Trzaska
drzwiami. Może też się wycofać i ukarać drugą stronę ciszą.
Osoba o wysokiej kompetencji kontroli emocji: zauważa, że jej emocje
zaczynają narastać. Przerywa rozmowę i prosi o chwilę dla siebie na
przemyślenie odpowiedzi i ochłonięcie.
Pewnie zastanawiasz się, jak pracować nad zmianą perspektywy
emocjonalnej i zwiększać świadomość swoich emocji. Mogą cię w tym
wspierać następujące metody:
Zatrzymaj się i nazwij emocję - co teraz
czujesz? Nazwanie emocji i pozwolenie sobie na to, by na moment ją
poczuć, od razu tworzy dystans.
Oddychaj świadomie - prosta technika
4-4-4-4, czyli oddychanie po kwadracie, pozwoli ci uspokoić układ
nerwowy i znaleźć odpowiedź na pytanie, jak chcesz zareagować. Aby
oddychać po kwadracie, należy zrobić wdech trwający cztery sekundy,
następnie zatrzymać powietrze w płucach na cztery sekundy, zrobić
wydech przez kolejne cztery sekundy i powstrzymać się od
zaczerpnięcia tchu na ostatnie cztery sekundy. Możesz ten cykl
powtórzyć kilka razy. Metoda ta sprawdziła się u tysięcy żołnierzy
Navy Seals.
Zadaj sobie pytanie: "Co ta emocja chce mi
powiedzieć?" - zamiast walczyć, potraktuj emocję jak
informację.
Zrób przerwę na reakcję - zanim coś
powiesz czy zrobisz, daj sobie chwilę. Emocje szybko słabną, a decyzja podjęta po 90 sekundach od pojawienia się pierwszego impulsu
zawsze jest mądrzejsza.
Poczucie wpływu na własne życie
Zatem skoro już wiesz, czym jest świadome zauważanie i regulowanie
swoich emocji, zajmijmy się teraz drugim filarem, czyli kontrolą
przebiegu własnego życia. Poczucie wpływu to przekonanie, że nasze
decyzje i działania mają realny wpływ na to, jak potoczą się sprawy. To
wiara, że nie jesteśmy wyłącznie biernymi odbiorcami wydarzeń, ale także
ich twórcami. Osoby z wysokim poczuciem wpływu łatwiej podejmują
inicjatywę, szukają rozwiązań i dostrzegają w trudnościach szansę na
zmianę. Z kolei niskie poczucie wpływu sprzyja postawie rezygnacji -
myśleniu "I tak nic ode mnie nie zależy". W praktyce oznacza to, że
identyczne wydarzenie może być dla jednej osoby impulsem do działania, a dla drugiej - powodem do zatrzymania się.
Posłużmy się ponownie przykładami.
Ważna prezentacja w pracy
Osoba o niskiej kompetencji poczucia wpływu: na myśl o konieczności
przedstawienia prezentacji przekonuje samą siebie: "I tak nie mam
talentu do wystąpień. Stres zawsze mnie pokonuje. Nie mam szans być
dobrym prelegentem".
Osoba o wysokiej kompetencji poczucia wpływu: na myśl o konieczności
przedstawienia prezentacji przekonuje samą siebie: "Stres jest moją
normalną reakcją na takie sytuacje, ale mogę się przygotować,
przećwiczyć i nauczyć się radzić sobie z tremą. To ode mnie zależy, czy
wykształcę u siebie tę umiejętność".
Negatywny feedback od szefa
Osoba o niskiej kompetencji poczucia wpływu myśli: "Szef się czepia,
bo taki ma charakter. Cokolwiek bym zrobiła, i tak zawsze będzie
niezadowolony".
Osoba o wysokiej kompetencji poczucia wpływu myśli: "Nie wszystko
zrobiłam idealnie, ale mogę zapytać o konkretne oczekiwania, poprawić
ten fragment i lepiej zrealizować kolejny projekt".
Kłótnia z kimś bliskim
Osoba o niskiej kompetencji poczucia wpływu myśli: "On/ona nigdy się
nie zmieni. To i tak bez sensu, bo nie mam na to żadnego wpływu".
Osoba o wysokiej kompetencji poczucia wpływu myśli: "Nie zmienię
partnera, ale mogę zadbać o sposób, w jaki ja rozmawiam, i zaproponować
rozwiązania, które poprawią naszą komunikację".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki