Rozdział 1.Moja tożsamość. Skąd ją mam? I czy mam ją na własność?
Jeszcze tylko jedna uwaga porządkowa. Tekst następujących poniżej rozdziałów podzielony jest na dwie kolumny. W lewej kolumnie biegnie mój wywód. Równolegle z nim, w prawej znajdują się stosowne cytaty z Nowego Testamentu, do których odnośniki w tekście oznaczone są nawiasami kwadratowymi. Niektóre z nich będą się powtarzać w różnych kontekstach, ale jednym duchu. Będą to najczęściej cytaty z Ewangelii. Zaczniemy jednak od prostych i przystępnych pouczeń Świętego Pawła - apostoła pogan - skierowanych do Koryntian (1 Kor) oraz do Żydów mieszkających w Rzymie (Rz).
Nasza jaźń - to wszystko, co stanowi o naszym biologicznym i psychicznym "ja" i czego potrafimy być świadomi o sobie - znajduje się w płacie przedczołowym mózgu. Jego uszkodzenia drastycznie wpływają na siłę motywacji, charakter i jakość życia. Jednak, o ile możemy bardzo precyzyjnie określić obszary kory mózgowej odpowiadające za poszczególne zmysły i grupy mięśni, wskazać miejsca przetwarzania emocji oraz procesów rozlanych (tj. odbywających się równocześnie w kilku ośrodkach i wymieniających się na bieżąco wynikami) w ramach pamięci, wyobraźni i myślenia, to jeszcze nigdy nie zdołano zamapować w ten sam sposób tożsamości człowieka i uchwycić przebiegu jego doświadczeń wewnętrznych. Neuronaukowcom wydaje się obecnie, że nasze "ja" jest o wiele szersze i pojemniejsze, niż wynikałoby to jedynie z upakowania na płacie przedczołowym zgrupowań neuronów i ich otoczki - gleju. Mówiąc wprost: tożsamość człowieka wybiega poza czysto organiczny mózg i jego biochemię, jakkolwiek by zinterpretować takie stwierdzenie i niezależnie od konsternacji wśród materialistów, którą ono wywołuje.
Bóg nadaje człowiekowi tożsamość i wartość [1]. Ta tożsamość jest nienaruszalna i niezbywalna, bowiem wola Boża jest niezmienna i nie podlega upływowi czasu (a to dlatego, że Bóg, w przeciwieństwie do człowieka, jest nieomylny w swoich osądach i szanuje je ze względu na Siebie samego). Co prawda, każde działanie człowieka podlega Jego moralnej ocenie [2] - każdy uczynek jest obiektywnie zły albo dobry - i może wpływać na naszą dyspozycję, naszą wolę zachowania bliskości z Bogiem. Jednak sam czyn, dokonywany przez człowieka, nie zmienia w żaden sposób jego jestestwa, tego, czym jest "ja". Nasze uczynki nas nie determinują [3]. To właśnie dlatego Bóg dochowuje wierności grzesznikowi - ponieważ nasz grzech nie dotyka tego, co Bóg w nas najbardziej kocha, sedna naszej tożsamości w oczach Bożych. On zawsze będzie nas chciał wytłumaczyć i usprawiedliwić, zaleczyć nadszarpniętą jedność [4].
To, co może Mu w tym przeszkodzić, to nasze przekonanie o niegodności, czyli potępienie samego siebie [5]. Do relacji trzeba dwojga. Jeśli ten drugi - człowiek - uważa siebie za nic i chowa się przed Bogiem ze wstydu, to czyni się niezdolnym do wejścia w relację [6], która byłaby symetryczna i ustawiała obie osoby na równym poziomie - bez progów i barier pomiędzy nimi. Z drugiej strony, zamknąć drogę do wspólnoty z Bogiem, pochylającym się nad nami, może pycha i zlekceważenie swej winy - co nie jest niczym innym, jak wyparciem winy, a więc inną, zawoalowaną formą tego samego potępiania siebie. Jestem niezadowolony z siebie tak dalece, że muszę szukać nowych systemów oceny i nowych filozofii, w świetle których dopiero będę się sobie jawił jako dobry i piękny [7]. Muszę odrzucić miarę mojej grzeszności, żeby poczuć się bezgrzesznym (uznać, że pojęcie grzechu mnie nie dotyczy) - zamiast powstrzymać się od grzechu, bo przecież człowiek postępowy nie zdobyłby się na taki heroizm! [8] Stłuc termometr, żeby nie mieć gorączki.
Widzimy tu naturalny i bezpośredni związek pomiędzy psychologią, konkretnie przekonaniami podstawowymi o sobie (będzie o nich osobny rozdział pt. "Twarde, nieistniejące dowody"), a religią, czyli praktyczną więzią z Bogiem. W konsekwencji utartych mechanizmów psychiki, które w sobie wyrabiamy - na przykład poprzez ignorancję, czyli niezajmowanie się ich przebiegiem - lub które w nas wyrobiono przy naszej uległości, możemy zamknąć się na naturalną miłość Boga, odrzucić ją od siebie [9]. Być zdolnym do interpretowania wydarzeń na niekorzyść naszą i Jego. Wszystko to jest dla człowieka wtórne, bowiem pierwotnie umysł został stworzony jako narzędzie prawdziwej i niezniekształconej relacji ze Stwórcą oraz pełnienia Jego woli, która by nas trwale czyniła szczęśliwymi i uniemożliwiała pojawienie się niesprawiedliwości [10].
Psychologia różnicuje ludzi pod względem przejawianych przez nich pojemności uwagi i pamięci, a także cech i stylów myślenia, odczuwania i zachowania. Opisuje mechanizmy emocji i motywacji oraz bada zasoby człowieka do mierzenia się z rzeczywistością. A zatem mówi nam o tym, w jaki sposób człowiek został uzdolniony i wyposażony do relacji - do odpowiadania na miłość Bożą w wydarzeniach i do dzielenia się tą sprawczą, czynną mocą w roli budowniczego świata wokół siebie [11] na wzór swego Stwórcy. Opisuje nam także, za pośrednictwem jakich mechanizmów odbywa się realizowanie owego pierwszego boskiego polecenia dla człowieka: "Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną" (Rdz 1, 28). Płodni zarówno prokreacyjnie, jak i mentalnie, twórczo. Poddaną - w ofiarnej i kompetentnej miłości, na wzór Boży.
Tam, gdzie Bóg zostaje odrzucony, tam też nadana przezeń człowiekowi tożsamość i absolutna wartość stają się niebyłe (w optyce ludzkiej). W systemie myślowym bez Boga, człowiek może mieć wyłącznie wartość względną, umowną: zaczyna być oceniany pod kątem sprawności swojego myślenia i doskonałości swego przystosowania [12] - psychologia, jako nauka, staje się w takim układzie najwyższym sędzią wartości człowieka (a raczej pieniądz, zaś psychologia - usłużnym żandarmem). Jak konstatuje wybitny filozof Jean-Louis Chrétien, odrzucając powołanie boskie, człowiek skazuje się na niewolę ciągłego zaprzeczania, staje się zakładnikiem swych negacji i odmowy. Musi odtąd wydatkować całą swoją psychiczną energię na budowanie gmachu odmowy Bogu i świata bez Boga. W tym świecie ludzi mniej wartościowych odtrąca się i odbiera im środki (segregacja, aborcja i eutanazja - cywilizacja śmierci), a to, co służy powiększaniu zdolności mentalnych człowieka, zostaje ubóstwione: młodość, atrakcyjność, sprawność, inteligencja. Albowiem etat Boga trzeba czymś zapełnić. Tam, gdzie człowiek jest obdarty ze swej absolutnej wartości, na którą w optyce Bożej nie miałyby wpływu jego uczynki i przymioty (chory-zdrowy, biedny-bogaty, zbędny-przydatny) [13], tam o tożsamości człowieka zaczynają przesądzać jego zachowania, czego się dorobił i jak się ustawił w życiu. Tak, jak w starożytnej Grecji filozofów, gdzie za człowieka - w kontraście do jeńców i niewolników, którzy byli rzeczami - był uznawany tylko ten, kto sprawował w społeczności określoną funkcję i miał określony status (co Arystoteles nazywał eudajmonią, czyli przydatnością społeczną). Demokracja niepoddana prawu moralnemu z zewnątrz, na równi z socjalizmem, to stały proces eliminowania osób nieprzydatnych państwu (tj. wolnych) i zastępowania ich takimi, które podobają się państwu (bezwolnymi) [14]. Większość (lub dostęp do dóbr i środków terroru) gwarantuje przewagę i możliwość nieliczenia się z innymi. To ona przegłosowuje definicję człowieka. Uprawomocnia grzech [15].
W świecie bez Boga nie ma z góry określonej godności człowieka. Nie ma bowiem prawdy absolutnej. To zachowania ludzkie determinują tożsamość osoby. Moja tożsamość jest płynna, bo zależy od moich bieżących zachowań i od przyjętych aktualnie konwencji. Staję się więc w zależności od moich przekonań np. gejem albo kobietą. Mogę nazwać rodziną związek poliamoryczny, małżeństwem trójkę lesbijek (przykład autentyczny z Ameryki) albo np. grupę pięciu facetów i dwóch kuców, a ślicznego kotka nazwać swoim dzieckiem. Wszystko w oparciu o moje wzruszenia i popędy, które są bazowe dla psychiki i zakodowane silnie na poziomie zwierzęcym - regres do natury, odwrót od kultury - a nie o żaden rozum i wyrafinowanie, które można by naprawdę nazwać postępem [16]. Jeśliby zaś prawo (a raczej: brzemię) określania samych siebie zrzucić na barki dzieci - a przecież seksedukacja lewicowa zachęca do eksperymentów z płcią i "tożsamością płciową" jeszcze w podstawówce, a wedle wskazań WHO uzależnia od masturbacji już w przedszkolu - te małe osoby, których jaźń jest jeszcze nieokrzepła, bez solidnego kształtu ani bariery, i które potrzebują jednoznacznych, klarownych wzorców do naśladowania (stąd w bajkach jest tak kontrastowe przedstawienie dobra i zła, które nie mieszają się ze sobą - dobro jest nagradzane, a zło karane), to taki uplastyczniony dzieciak w ogóle nie osiągnie dojrzałości i zapadnie na zaburzenia rozwojowe. Będzie się doskonale orientował w zawartości swego rozporka, ale pozbawiony zostanie tożsamości, kompetencji i aspiracji [17]. Będzie umiał strajkować, nie będzie umiał pracować - i mierzyć się z trudnościami życia, bo rzadko który problem życiowy rozwiązuje zabawa [18]. Uważajcie, kto prowadzi warsztaty w szkole waszych dzieci - dyrektor musi wam udzielić takiej informacji, a wy musicie pytać [19], bo w tych czasach dziecko nie jest już niestety bezpieczne w rękach nauczycieli, których ukształtowała wybiórcza "lewicowa wrażliwość". Rewolucja według Marksa zaczyna się od wychowywania dzieci przez państwo.
Płynność i plastyczność tożsamości człowieka uniemożliwia mu osiągnięcie spójności swej jaźni, ponieważ brak mu niezmiennego, trwałego układu odniesienia i punktów orientacyjnych w terenie [20]. (Proszę przy okazji zauważyć, że to właśnie w samym istnieniu punktów orientacyjnych i restrykcji marksizm upatruje źródła zniewolenia i nieszczęścia człowieka! Tak samo jak Freud - frustracji libido. Lewica chce, żeby nic nie krępowało płynności tożsamości.) Człowiek goni na wyczucie za swoją żądzą i chętką, za wciąż wyczerpującym się i blaknącym zadowoleniem jak chomik w bębenku, mając nadzieję, że tym razem jego zachcianka go nie oszuka i nie zawiedzie [21]. Trudno wówczas mówić o jakiejkolwiek przyczynowości i skutkowości pragnień, zamiarów i zachowań. Występuje efekt "rwania się filmu", taki sam, jak opisuje to pod pojęciem dezintegracji "ja" Jerzy Mellibruda w teorii poznawczej uzależnienia alkoholowego. Świat onanistycznych fantazji i zakładanych masek zmiennych tożsamości zwyczajnie nie przystaje do rzeczywistości biologicznej [22]. Zarazem, kiedy możemy wybrać z nieograniczonej ilości opcji, wówczas ponosimy wyłączną odpowiedzialność za nasze rozczarowanie wyborem - żadna opcja nie jawi się jako dostatecznie atrakcyjna, a zatem każda rodzi frustrację. Kolekcjonujemy złe wybory, pozbawieni Przewodnika. Można oczywiście dla uchronienia się przed rozczarowaniem żyć z dnia na dzień, "tu i teraz" i zachowywać się w kratkę: zmieniać płcie, partnerów, idoli, podglądy [23], żeby się nie znudziły, żeby się nie zdążyły zgrać i okazać bez znaczenia. Coraz szybciej przerzucać strony, SMS-y i kanały. Uczynić plastyczność swoją jedyną trwałą cechą, bo człowiek z plasteliny przystosuje się do każdej nowej mody i zawsze zgarnie pochwałę za "oryginalność". Zawsze zgodny z "duchem czasu", krzyczy i manifestuje to, co trzeba, żeby być lubianym i czuć się kimś ważnym.
Świadectwo, tak jak każde kolejne, pojawiające się w ramce "Z życia wzięte", zostało zamieszczone za zgodą osoby, która je wygłosiła, na podzielenie się nim z Czytelnikami.
Z życia wzięte
Patrycja nie potrafiła zrozumieć siebie i dlaczego dochodzi do ataków depresji, podczas których doświadcza silnego gniewu na matkę. Przecież nie było bardziej troskliwej i opiekuńczej osoby niż ona! Wreszcie, analizując swoje życie pod kierunkiem psychologa, doznała olśnienia. Aż do tej chwili matka ją zwyczajnie wykorzystywała jako żywą tarczę, nastawiała ją przeciwko tym członkom rodziny, których nie lubiła, zwłaszcza przeciw byłemu partnerowi - ojcu Patrycji. Matka kontrolowała poglądy córki i zmieniała je stosownie do swej polityki. Patrycja była głęboko przekonana, że autentycznie nie znosi wytypowanych przez matkę osób i pomagała jej je poniżać. Była nawet dumna z tej kobiecej solidarności. Dopiero gdy uświadomiła sobie ogrom kontroli matki nad nią i odebranie jej przez matkę własnego osądu, zdołała się uwolnić spod wpływu, zdystansować od matki (bez nienawiści), a przede wszystkim - pojednać z ojcem.
Tak więc żyjesz buntowniczo, postępowo i intensywnie, na wysokich obrotach. Ale twój prawdziwy, podświadomy umysł nie zmienia poglądów i tożsamości tak szybko, a w zasadzie wcale; on nie gustuje w epileptycznie zmiennych kalejdoskopach i w maskach, które nosisz. On nie chce zmienności, lecz stateczności, pewności, stałości. Tak już jesteśmy zbudowani wewnętrznie, żeby tworzyć do bólu tradycyjny monolit. Natury nie oszukasz, ona jest trwała. Jeśli dostarczasz sobie intensywnych zmian i podniet, to jest jedynie późne stadium dezintegracji twojego "ja", w ten sposób nie da się żyć i czerpać satysfakcji ze swego życia [24]. Jeśli nie wykończą cię choroby przenoszone drogą płciową, zrobi to depresja lub psychotropy. Możesz mi wierzyć, na to nie ma mocnych.
Taki stan plastycznej tożsamości ma również rys zaburzenia z pogranicza, czyli borderline, w którym pacjent bombardowany jest sieczką sprzecznych dążeń i emocji, które tracą wartość ukierunkowującą, informującą dokąd iść. Jeśli jutro mogę być kimś zupełnie innym, niż byłem dzisiaj, to jutro zaczyna budzić zwyczajny lęk - bo nie mogę się do niego nijak przygotować, obronić przed poczuciem pustki i niespełnienia. Nie mogę snuć nadziei na przyszłość, jeśli nie wiem, jako kto wkraczam w tę przyszłość. Nie mogę jej kształtować, jeśli nie znam własnego kształtu - nie wiem, czego tak naprawdę od niej oczekuję i co może przynieść mi szczęście [25].
Nic tak nie męczy, jak ciężar odpowiedzialności definiowania samego siebie. Twój krzyż, który odrzuciłeś, bo cię ograniczał, spełniał rolę kilu i steru, który cię ustawiał do pionu i ukierunkowywał - ukrócał twoją chybotliwość - więc teraz twoja podróż przez życie jest chwiejna, traci wszelkie ukierunkowanie. No, ale przecież drogowskaz narzuca ci określony wybór trasy, a w postępowym świecie "zabrania się zabraniać"! Zdjęta zostaje też całkowicie odpowiedzialność z innych ludzi za ciebie, tak samo jak z ciebie za innych. W efekcie nikogo już nie obchodzisz, bo wszyscy są zajęci kochaniem siebie i samookreślaniem siebie [26]. Nikt się dla ciebie nie poświęci. W tłumie samotnych indywidualistów na nikogo nie można tak naprawdę liczyć.
Brak ograniczeń w definiowaniu swej tożsamości poprzez zachowania wcale nie jest taki radosny i niewinny, jak przekonuje postępowy marksizm [27]. Jeśli to ja nadaję tożsamość, to mogę niestety również odmówić tożsamości, a więc i praw, różnym bytom. Mogę na przykład odebrać nazwę "dziecka", a nawet "człowieka" tej istocie, która nie spełnia moich oczekiwań, bo jest chora lub stara - a jako taka, nie przynosi mi satysfakcji. Za tą granicą unosi się już silny swąd nazistowskiej segregacji i eugeniki. Wkraczamy w teren uśmiercania żywych istot oraz zabijania w ludziach wrażliwości [28]. Czemu nie miałbym odtrącić ukochanej, która mi się znudziła - w końcu związek był wolny? Oszukać i zdradzić. A kotka, skoro mnie już dłużej nie bawi, wyrzucić bez żadnych uczuć z domu. Wszystko jest możliwe - najgorsze wręcz okrucieństwo wobec ludzi i innych stworzeń - w świecie bez absolutnej miłości, bez Boskiej miłości, która nadaje człowiekowi jego nienaruszalny, niepodlegający negocjacjom status i zmusza na jego podstawie do służby stworzeniu i ochronie życia [29].
Boję się świata bez wartości, bez wrażliwości, bez myślenia. Świata, w którym wszystko jest możliwe. Ponieważ wówczas najbardziej możliwe jest zło.
(Ryszard Kapuściński)
Każde ludzkie prawo zostanie wcześniej czy później nagięte do interesu, a każda podłość zostanie usprawiedliwiona i dopuszczona. To tylko kwestia elastyczności i przesuwania granic [30].
Są wśród psychologów zwolennicy obu wersji - przedstawiciele cywilizacji życia i pilni robotnicy cywilizacji śmierci. Widzimy, że psychologia jest tylko naukowym narzędziem, ani złym, ani dobrym sama z siebie: w rękach dobrych i uczciwych ludzi służy człowiekowi, w rękach złych pomaga ludzi uwieść i oszukać, zredukować do statusu interesownego zwierzęcia. Władza polega głównie na przewadze wiedzy: wiedzący, jak coś funkcjonuje, mają przewagę nad tymi, wobec których ta wiedza jest zakryta [31]. Wyścig zbrojeń w walce duchowej to wyścig o wiedzę i świadomość: indywidualną i społeczną. Dlatego warto upowszechniać wiedzę psychologiczną. Natomiast więcej o tym, co się dzieje z człowiekiem, który chce być sam dla siebie prawodawcą i odrzuca naturalny porządek stworzenia, opowiemy sobie w rozdziale pt. Ludzie odbywający wyrok samowystarczalności.
Jest moją obserwacją, że ci, którzy nie uznają woli Bożej jako najwyższego kryterium ("Bądź wola Twoja") i zwracają się ku szukaniu woli własnej, również w konsekwencji nie są w stanie pojąć prostej oczywistości, tej mianowicie, że ich ciała nie stanowią ich własności, ale że otrzymali je wyłącznie w dzierżawę [32]. Każdy ich oddech i uderzenie serca są darem, czymś nie do zdobycia żadnymi znajomościami, a wszak koniecznym do życia. Ten, kto własnego ciała nie stworzył ani nie kupił, nie może nazywać się jego właścicielem. Nie może go zatem używać zgodnie z własną wolą. Podobnie jak prawodawstwo państwowe jest po to, aby realizować prawa człowieka, a nie, żeby te prawa definiować, tak samo moja wolna wola do rozporządzania ciałem służy temu, żebym jak najlepiej realizował wolę Tego, który mi je ofiarował i powierzył: nie po to, żebym je zepsuł i zniszczył, jeśli tylko zechcę, albo przerobił na inne, ale żebym je na końcu mojego czasu zwrócił jego właścicielowi z zyskiem! Tak więc podwójnie fałszywe jest hasło: "moje ciało - mój wybór". A nawet potrójnie, bowiem nowe życie jest autonomiczne [33] i nie jest już częścią mojego ciała, choć pozostaje z nim połączone. Powierzone mojej opiece, nie poddane moim życzeniom. Zdolność do dawania życia (a ściślej: tylko do przekazywania życia) nie nadaje nikomu prawa do odbierania życia. To prawo przynależy wyłącznie Bogu, z tym, że On - w przeciwieństwie do nas - dokładnie wie, co robi. I jest kochający.
[1] A jednak głosimy mądrość między doskonałymi, ale nie mądrość tego świata ani władców tego świata, zresztą przemijających. Lecz głosimy tajemnicę mądrości Bożej, mądrość ukrytą, tę, którą Bóg przed wiekami przeznaczył ku chwale naszej.
(1 Kor 2, 6-7)
[2] Mnie zaś najmniej zależy na tym, czy będąc osądzony przez was, czy przez jakikolwiek trybunał ludzki. Co więcej, nawet sam siebie nie sądzę. Sumienie nie wyrzuca mi wprawdzie niczego, ale to mnie jeszcze nie usprawiedliwia. Pan jest moim sędzią.
(1 Kor 4, 3-4)
[3] Człowiek zaś duchowy rozsądza wszystko, lecz sam przez nikogo nie jest sądzony.
(1 Kor 2, 15)
[4] Bo i cóż, jeśli niektórzy stali się niewierni, czyż ich niewierność miałaby zniweczyć wierność Boga?
(Rz 3, 3)
[5] Nie rozumiem bowiem tego, co czynię, bo nie czynię tego, co chcę, ale to, czego nienawidzę - to właśnie czynię.
(Rz 6, 15)
[6] Kto zaś z ludzi zna to, co ludzkie, jeżeli nie duch, który jest w człowieku? Podobnie i tego, co Boskie, nie zna nikt, tylko Duch Boży.
(1 Kor 2, 11)
[7] Albowiem nie chcąc uznać, że usprawiedliwienie pochodzi od Boga, i uporczywie trzymając się własnej drogi usprawiedliwienia, nie poddali się usprawiedliwieniu pochodzącemu od Boga.
(Rz 10, 3)
[18] Nie gońcie za wielkością, lecz niech was pociąga to, co pokorne! Nie uważajcie sami siebie za mądrych!
[19] Nie piszę tego, żeby was zawstydzić, lecz aby was napomnieć - jako moje najdroższe dzieci.
[30] Dlatego wydał ich Bóg poprzez pożądania ich serc na łup nieczystości, tak iż dopuszczali się bezczeszczenia własnych ciał.