p
Przedmowa
Całokształt wspólnych cech, które dziedziczność nadaje wszystkim
osobnikom pewnej rasy, stanowi jej duszę. Ale gdy pewna ilość tych
osobników połączy się, tworząc tłum, samo to ich zbliżenie, jak nas
przekonuje obserwacja, wywołuje pewne nowe cechy psychologiczne,
wyrastające na pokładzie dawniejszych cech rasowych i niekiedy różniące
się od nich znacznie.
Tłumy zorganizowane odgrywały zawsze wybitną rolę w życiu narodów, ale
nigdy nie była ona tak doniosła, jak dzisiaj. Najznamienniejszą cechą
wieku bieżącego jest właśnie ta przewaga bezwiednej działalności tłumu
nad świadomą działalnością jednostek.
W moich badaniach nad tym trudnym problemem duszy tłumu staram się iść
drogą wyłącznie naukową tj. trzymać się metody ścisłej, pozostawiając na
uboczu wszelkie utarte poglądy, teorie i doktryny. Tylko tą drogą można,
jak sądzę, odkryć choćby cząsteczkę prawdy, zwłaszcza gdy chodzi o kwestię traktowaną zazwyczaj z takim roznamiętnieniem. Uczonemu, który
usiłuje skonstatować istnienie pewnego zjawiska, powinno być obojętne,
czy wyniki jego badań naruszą czyjekolwiek interesy. Jeden z wybitnych
myślicieli współczesnych, Goblet d'Alviela, zauważył niedawno w najświeższej swej pracy, że autor niniejszego dzieła, nie należąc do
żadnej ze współczesnych szkół filozoficznych wypowiada niekiedy poglądy
nie znajdujące u żadnej z nich uznania. I niniejszą pracę moją spotka,
jak sądzę, wyrok podobny, jestem bowiem zdania, że należeć do
jakiejkolwiek szkoły, to znaczy z konieczności dzielić jej przesądy i uprzedzenia.
Winienem jednak wyjaśnić czytelnikowi, dlaczego nieraz dochodzę w moich
badaniach do wniosków odmiennych od tych, które na pierwszy rzut oka
wydawałyby się zupełnie logicznymi, np. że konstatując niski poziom
umysłowy tłumu, nawet zgromadzeń złożonych z samej inteligencji,
twierdzę równocześnie, że pomimo to byłoby niebezpiecznie naruszać ich
organizację.
Najskrupulatniejsza bowiem obserwacja faktów historycznych przekonała
mnie, że organizmy społeczne są równie skomplikowane, jak i wszelkie
inne i że bynajmniej nie jesteśmy w stanie raptownie dokonać w nich
zmian gruntownych. Natura działa niekiedy radykalnie, ale nigdy nie
używa dróg takich, jakie my jej przypisujemy i dlatego manię wielkich
reform uważać należy dla każdego narodu za rzecz najzgubniejszą,
chociażby reformy te z teoretycznego punktu widzenia wydawały się
doskonałymi. Mogłyby one przynieść pożytek, ale tylko pod tym warunkiem,
gdyby udało się kiedykolwiek za jednym zamachem zmienić duszę narodu.
Takiej wszakże zmiany tylko czas dokonać jest w stanie. Ludźmi rządzą
bowiem idee, uczucia i obyczaje, stanowiące naszą wewnętrzną istotę.
Instytucje społeczne i ustawy są tylko przejawem naszej duszy, wyrazem
naszych potrzeb, a będąc pod duszy tej wpływem, nie mogą, rzecz jasna,
jej zmienić.
Badania zjawisk społecznych nie można oddzielić od badania ludów, wśród
których zjawiska te powstały. Ze stanowiska filozoficznego można tym
zjawiskom przypisać byt samodzielny, absolutny, ale biorąc rzecz
praktycznie, trzeba przyznać, iż mają one byt tylko względny.
Badając zatem jakiekolwiek zjawisko społeczne, powinniśmy je rozważać
kolejno z różnych stron, a wówczas na pewno dojdziemy do wniosku, że
wskazania czystego rozumu często są w sprzeczności ze wskazaniami rozumu
praktycznego. Nie ma zjawiska, nawet fizycznego, do którego to
rozróżnienie nie dałoby się zastosować. Z obiektywnego punktu widzenia
sześcian i koło są to figury geometryczne niezmienne, ściśle określone
przez pewne formuły. Ale w naszym oku figury owe przybierają kształty
rozmaite. Perspektywa może przeobrazić sześcian w piramidę lub kwadrat,
koło w elipsę lub linię prostą i te formy fikcyjne zasługują na naszą
uwagę w stopniu znacznie wyższym, niż formy realne, gdyż one tylko są
oku naszemu dostępne i dadzą się odtworzyć na rysunku lub fotografii.
Fikcja bywa zatem niekiedy bardziej prawdziwa od rzeczywistości.
Gdybyśmy bowiem przedstawiali przedmioty z zachowaniem dokładnym ich
form geometrycznych, wykoślawialibyśmy naturę do niepoznania. Świat,
którego mieszkańcom byłoby dane tylko kopiować lub fotografować
przedmioty, bez możności ich dotykania, z największym trudem potrafiłby
sobie wytworzyć dokładne pojęcie o ich formie. Znajomość tych form,
dostępna jedynie dla nielicznego grona uczonych, przedstawiałaby dla
ogółu nieznaczny tylko interes.
Naukowiec zajmujący się badaniami społecznymi powinien więc zawsze
pamiętać o tym, że zjawiska społeczne mają oprócz znaczenia
teoretycznego jeszcze i znaczenie praktyczne i że ze stanowiska ewolucji
cywilizacji tylko to ostatnie ma pewną doniosłość. Świadomość zaś
powyższej prawdy uczyni go bardzo przezornym przy wyciąganiu wniosków,
chociaż logicznie zupełnie uprawnionych.
Ale i inne jeszcze motywy nakazują mu postępować z pewną rezerwą.
Zjawiska społeczne są tak skomplikowane, iż nie można objąć ich w całości i przewidzieć skutków ich wzajemnego na siebie oddziaływania.
Przypuszczać również należy, iż poza faktami widomymi ukrywają się
niekiedy tysiące przyczyn niewidzialnych, a te zjawiska społeczne, które
widzimy, zdają się być wypadkową całej masy procesów nieświadomych, w większości zupełnie niedostępnych dla naszej analizy. Zjawiska
dostrzegalne można porównać do fal, które na powierzchni oceanu świadczą
o przewrotach odbywających się w jego głębi, zupełnie nam nieznanej.
Większość czynów dokonywanych przez tłumy dowodzi najczęściej, że
inteligencja ich jest bardzo niska. Ale są również czyny inne,
kierowane, jak się zdaje, ową siłą tajemniczą, którą starożytni nazywali
przeznaczeniem, naturą, opatrznością, a my nazywamy głosem umarłych,
siłą niewątpliwie potężną, aczkolwiek z istoty swej nieznaną. Niekiedy
wydaje się, jakby w łonie narodów spoczywały jakieś siły utajone, które
kierują ich życiem. Czyż jest, na przykład coś bardziej skomplikowanego,
bardziej logicznego oraz cudownego niż język? A skądże powstaje ów twór,
tak dobrze zorganizowany i subtelny, czyż nie z nieświadomej duszy
tłumu? Najpoważniejsze akademie, najwybitniejsi gramatycy z trudem tylko
rejestrują prawa rządzące językiem, ale są przecież zupełnie niezdolni
go stworzyć. A o genialnych ideach wielkich ludzi czyż możemy na pewno
twierdzić, że są one wyłącznie ich dziełem? Zapewne, idee te stworzyły
umysły pojedynczych ludzi, ale czyż to nie dusza tłumu nagromadziła
składowe części osadu, na którym owe idee wyrosły?
Nie ulega wątpliwości, iż tłumy działają zawsze nieświadomie, ale
właśnie ta nieświadomość jest może tajemnicą ich potęgi. Wszak w naturze
są istoty, które, kierując się tylko instynktem, wykonują czyny
zdumiewająco skomplikowane.
Rozum jest w rozwoju ludzkości nabytkiem zbyt świeżej daty i zbyt
jeszcze niedoskonałym, aby mógł nam odkryć prawa procesów nieświadomych,
a tym bardziej je zastąpić. We wszystkich naszych czynnościach rola tych
procesów jest olbrzymia, a rola rozumu niezmiernie mała. Nieświadomość
jednak jest potęgą dotąd jeszcze niezbadaną.
Jeżeli zatem pragniemy pozostać w wąskich, ale pewnych granicach rzeczy,
które nauka może poznać, nie zaś błądzić po bezdrożach nieokreślonych
domysłów lub bezcelowych hipotez, powinniśmy poprzestać na konstatowaniu
dostępnych dla nas zjawisk i na tym się ograniczyć.
Wszelkie wnioski, wyciągane z naszych spostrzeżeń, są zazwyczaj
przedwczesne, gdyż poza zjawiskami, które widzimy dobrze, istnieją inne,
które widzimy niedokładnie, a jeszcze dalej, poza tym, i ostatnimi, są
takie, których nie widzimy wcale.
Przedmowa do drugiego wydania polskiego
Psychologia tłumu Le Bona była po raz pierwszy wydana w tłumaczeniu
polskim w roku 1899. Pierwsze to tłumaczenie jest już zupełnie
wyczerpane. Obecne jej wydanie polskie jest tłumaczeniem z trzydziestego
szóstego wydania francuskiego z roku 1929.
Trzydzieści sześć wydań książki tej, drukowanej po raz pierwszy w 1895
roku, świadczy wyraźnie, że jest ona ciągle i stale czytana przez
kształcącą się w naukach społecznych młodzież francuską - choć w ciągu
tych trzydziestu kilku lat każdy niemal rok wzbogacał francuską
literaturę socjologiczną nowymi cennymi pracami.
I nie straciła Psychologia tłumu na wartości nie tylko dla ściśle
naukowych badań, lecz i dla praktycznej orientacji w bieżącym życiu
społeczno-politycznym - pomimo że cały jej układ i cały tok rozumowania
w ostatnim jej wydaniu pozostał ten sam co w pierwszym.
Nie uzupełniał też Le Bon w późniejszych wydaniach faktów, na których
oparł swe wnioski i twierdzenia, wydarzeniami ostatnich czasów.
Ale czytając dziś Psychologię tłumu nie sposób nie odczuwać, jak wiele
tłumaczy nam ona faktów współczesnych - i z wojny światowej, i z rewolucji bolszewickiej, i nawet z ostatniego u nas czterolecia.
Bo uczucia, myśli, dążenia zbiorowisk ludzkich kształtują się dziś tak
samo jak i w najdawniejszych znanych nam okresach cywilizacji, wedle
pewnych stałych praw psychologii społecznej.
Trafne i ścisłe więc określenie tych praw daje nam wyjaśnienie zarówno
zamierzchłej przeszłości, jak i dnia bieżącego, a zarazem pozwala lepiej
przewidywać przyszłość.
Zawsze dotychczas po okresie wielkich wojennych wysiłków większej części
Europy następowały głębokie przemiany całego jej społeczno-gospodarczego
i prawno-państwowego życia. Tak było i po wojnach krzyżowych w połowie
średnich wieków, i po wojnach religijnych na początku nowych wieków, i po wojnach napoleońskich.
I wielkim złudzeniem byłoby przypuszczenie, że życie społeczne i państwowe narodów europejskich po wojnie światowej, rewolucji
bolszewickiej w Rosji, przeróżnych dyktaturach, zamachach stanu w szeregu krajów będzie się za parę dziesięcioleci opierać nadal na tych
samych co dziś podstawach.
Europa weszła w okres szybkich i głębokich przemian swego życia
cywilizacyjnego. Narody, których warstwy kierujące w czas należycie
kierunek tych przemian zrozumieją - wyjdą z nich wzmocnione. Narody,
których rządy zaskakiwać będzie ewolucja poglądów, dążeń, uczuć
szerokich mas ludności nieoczekiwanymi przez nie niespodziankami, staną
się przedmiotem obcego wyzysku gospodarczego i politycznego.
Warstwą kierującą naszym życiem społeczno-państwowym jest ogół zawodowej
inteligencji.
Podniesienie na możliwie najwyższy poziom jej wiedzy socjologicznej, jej
rozumienia praw ewolucji społecznej, umiejętności należytego odróżniania
przemijających nastrojów tłumów od trwałych dążeń ducha rasy i narodu -
to warunek konieczny, by Polska wywalczyła sobie należne jej stanowisko
w świecie cywilizowanym.
A jedną z książek najbardziej pogłębiających zrozumienie ewolucji
społecznej - jest Le Bona Psychologia tłumu.
Polecając dokładne jej przeczytanie i przemyślenie nie tylko specjalnie
naukami społecznymi zajmującej się młodzieży prawniczej, lecz w ogóle
tym wszystkim, którzy chcą być świadomym czynnikiem postępu naszej siły
narodowo-cywilizacyjnej i potęgi mocarstwowej Polski - jednocześnie
jednak uważam za obowiązek swój przestrzec czytelników przed pesymizmem,
jakim owiane są ostateczne wnioski francuskiego socjologa.
"Cywilizacja, zupełnie już zachwiana, zdana jest całkowicie na pastwę
losu. Rozpoczynają się rządy pospólstwa, a u wrót państwa stają hordy
barbarzyńców. Cywilizacja może jeszcze błyszczeć pozorami świetności,
posiada bowiem zewnętrzną okazałość z doby dawniejszej. Ale w rzeczywistości robactwo stoczyło już ten gmach wspaniały i runie on przy
pierwszej burzy".
Jest to zupełnie słuszne, że siła cywilizacji opiera się na sile
ideałów, że osłabienie ideałów w społeczeństwach jest zapowiedzią ich
cywilizacyjnego upadku. Ale czy musi zawsze i wszędzie przyjść to
osłabienie ideałów?!
Le Bon zdaje się skłaniać do tego bardzo ponurego wniosku.
Ostatnie słowa jego książki brzmią: "Naród więc każdy w pogoni za
ideałem przechodzi ze stadium barbarzyństwa do cywilizacji, a następnie,
z chwilą, gdy ideał ten utracił swą moc, chyli się ku upadkowi i wreszcie umiera - taki jest cykl jego żywota".
Ideał, który stanowił przez wieki siłę "rasy francuskiej", jest więc
wedle Le Bona "marzeniem", które wcześniej czy później rozwiać się musi,
a wtedy przyjdzie "śmierć" cywilizacji francuskiej. Wojna światowa
świadczy jednak, że naród francuski naprawdę daleki jest nie tylko od
chwili śmierci, lecz i starości.
Ale bo mimo oficjalnej ateizacji Trzeciej Republiki religia nie stała
się dla narodu francuskiego "marzeniem" tylko, tracącym swą siłę.
Właśnie wojna wykazała, że w głębi duszy narodu francuskiego jest żywa
wiara religijna.
I nie ślepy to jedynie przypadek zrządził, że naczelnym wodzem
zwycięskich wojsk francuskich i wszystkich sprzymierzonych państw i narodów był marszałek Foch, głęboko wierzący katolik.
Ale Le Bon pozostał wolnomyślicielem, bardzo ceniącym cywilizacyjną rolę
ideałów religijnych, ale osobiście uważającym je za "marzenia"
nieziszczalne. I wskutek tego życie narodów to wedle niego koło, które
fatalnie kończy się ich śmiercią.
Przed tym z osobistej autora niewiary, a nie z faktów historycznych
płynącym pesymizmem ostatnich stronic książki niniejszej przestrzegam.
Stanisław Grabski
Wprowadzenie. Era tłumów
Wprowadzenie
Era tłumów
Na pierwszy rzut oka zdaje się zawsze, iż wielkie przewroty,
poprzedzające zmiany cywilizacyjne, jak np. upadek cesarstwa rzymskiego
i utworzenie państwa Arabów, są zależne przede wszystkim od znacznych
przeobrażeń politycznych, od inwazji całych narodów lub upadków
dynastii. Ale uważniejsze badanie tych wypadków wykazuje, iż poza owymi
przyczynami pozornymi znajdujemy najczęściej głębokie zmiany w sposobie
myślenia ludów, jako przyczynę rzeczywistą. Istotne przewroty
historyczne nie zdumiewają nas ani swą wielkością ani gwałtownością.
Najważniejsze bowiem zmiany, te mianowicie, mocą których odnawiają się
cywilizacje, zachodzą w ideach, pojęciach i wierzeniach. Najbardziej
pamiętne wypadki historyczne to widoczne skutki niewidocznych zmian w sposobie myślenia ludów. A jeżeli spotykamy się z takimi wielkimi
wypadkami nader rzadko, to dzieje się to dlatego, iż najbardziej stałą
cechą każdej rasy jest właśnie dziedzicznie przekazany jej sposób
myślenia.
W epoce obecnej mamy właśnie do czynienia z takim momentem krytycznym,
kiedy sposób myślenia ogółu ulega przeobrażeniu, które zależy od dwóch
zasadniczych czynników.
Pierwszym z nich jest zupełny upadek tych wszystkich dogmatów
religijnych, politycznych i społecznych, które dały początek całej
naszej cywilizacji. Drugim jest powstanie zupełnie nowych warunków bytu
i myślenia, wywołane przez współczesne odkrycia w dziedzinie nauki i przemysłu.
Ponieważ idee wieków ubiegłych, aczkolwiek podkopane, zachowały jeszcze
wpływ silny, a idee, które miały tamte zastąpić, dopiero się kształtują,
dlatego też czasy obecne są okresem przejściowym i epoką rozprzężenia.
Trudno dziś przewidzieć, co się kiedyś wyłoni z tego okresu naszej
historii, z natury rzeczy nieco chaotycznego. Nie wiemy jeszcze, na
jakich poglądach zasadniczych oprą się społeczeństwa, które zajmą nasze
miejsce, ale już dziś możemy przewidzieć, że one w organizacji swej
zmuszone będą liczyć się z nową potęgą i ostatnim władcą bieżącego
wieku: z potęgą tłumu. Na zwaliskach tylu poglądów, niegdyś prawdziwych,
a dziś już przebrzmiałych, tylu autorytetów, jeden po drugim
zdruzgotanych przez rewolucje, wyrosła ta jedna tylko potęga i, jak się
zdaje, pochłonie ona wkrótce wszystkie inne.
W chwili, gdy wszystkie nasze odwieczne poglądy chwieją się i znikają,
gdy kolejno padają wszystkie starodawne podpory społeczeństwa, tylko
potędze tłumu nic nie grozi, a prestiż jego wciąż rośnie. Stulecie, w które wstępujemy, będzie zatem erą tłumu.
Przed niespełna jeszcze wiekiem, głównymi czynnikami wypadków
historycznych były: tradycyjna polityka państw i rywalizacja panujących.
Z opinią tłumu liczono się bardzo mało, a po większej części nie
zwracano na nią nawet uwagi. Dziś za to nie liczą się bynajmniej z tradycyjną polityką, ani z indywidualnymi skłonnościami panujących i z ich rywalizacją, a przeciwnie, na pierwszym planie stoi głos tłumu. On
to dyktuje królom, jak mają postępować, jemu to przysłuchują się
monarchowie. Losy narodów rozstrzygają się teraz nie na tajnych radach
monarchów, ale w duszy tłumu.
Jednym z najbardziej uderzających rysów charakterystycznych naszej epoki
przejściowej jest wystąpienie klas ludowych na widownię polityczną, a raczej stopniowe przeobrażenie tych klas w klasy panujące. Przejście
władzy do rąk klas ludowych zaznaczyło się w rzeczywistości nie prawem
powszechnego głosowania, które przez czas dłuższy miało wpływ bardzo
nieznaczny i początkowo tak łatwo dawało sobą kierować. Potęga tłumu
wyrastała stopniowo, najpierw drogą propagandy pewnych idei, które z wolna zakorzeniały się w umysłach, a następnie przez stowarzyszanie się
jednostek w celu zrealizowania tych idei i poglądów teoretycznych. Drogą
to właśnie asocjacji tłum wytworzył sobie pojęcie jeżeli nie całkowicie
uzasadnione, to w każdym razie zupełnie określone o swych interesach i stał się świadom swej potęgi. Teraz tłum ten tworzy syndykaty, przed
którymi wszystkie władze jedna za drugą kapitulują, tworzy giełdy pracy,
które, wbrew wszelkim prawom ekonomicznym, chcą rządzić warunkami pracy
i płacy roboczej. Do zgromadzeń ustawodawczych tłum ten posyła
przedstawicieli, pozbawionych wszelkiej inicjatywy, wszelkiej
niezależności i będących tylko mówcami komitetów, które ich wysłały.
Żądania tłumu stają się dziś coraz wyraźniejsze i dążą w ostateczności
do zupełnego zburzenia obecnego porządku społecznego. Na jego miejsce
tłum chce zaprowadzić ów komunizm pierwotny, który był stanem normalnym
wszystkich grup ludzkich u zarania cywilizacji. Ograniczenie godzin
pracy, wywłaszczenie kopalń, kolei żelaznych, fabryk i gruntów, równy
podział dochodów, pozbawienie klas wyższych władzy na rzecz warstw
ludowych itp. - oto żądania tłumu.
Posiadając niewielką zdolność argumentacji, tłum ma natomiast ogromną
zdolność czynu, przez obecną jego organizację niezmiernie jeszcze
spotęgowaną. Dogmaty tłumu powstające w dobie obecnej, będą miały
wkrótce siłę dogmatów odwiecznych, siłę wszechmocną i despotyczną,
niedopuszczającą żadnej dyskusji. Boskie prawo tłumu zastąpi boskie
prawo monarchów.
Ulubieni pisarze naszej burżuazji, będący najlepszymi wyrazicielami jej
nieco ciasnych poglądów i płytkich idei, jej powierzchownego sceptycyzmu
i egoizmu, nieraz nadmiernego, pisarze ci padają plackiem przed tą nową
potęgą, która wyrasta w ich oczach, a pragnąc zwalczyć anarchię
umysłową, z rozpaczą wołają o pomoc moralną kościoła, tak przez nich
niegdyś lekceważoną.
Prawiąc o bankructwie wiedzy, odbywszy pokutę przed kościołem, wskazują
nam oni na doniosłość prawd objawionych. Ale ci nowo nawróceni
zapominają, że na tego rodzaju zwroty obecnie jest już za późno. Jeżeli
oni są nawet w stanie łaski, to wątpić należy, czy mieć ona będzie taką
samą moc nad duszami tych, których mało lub nic nie obchodzą owe troski
nowo nawróconych zelotów. Tłumy nie dbają już teraz o tych bogów, którzy
ich nie chcieli znać i których te tłumy właśnie obaliły. Nie ma takiej
mocy ani ludzkiej ani boskiej, która by była w stanie kazać rzekom
płynąć w górę, ku źródłom.
Nauka bynajmniej nie zbankrutowała i nie jej to winą jest owa
współczesna anarchia umysłów, ani też powstanie tej potęgi, która wśród
tej anarchii wyrasta. Nauka bowiem przyrzekła nam tylko prawdę lub co
najwyżej poznanie stosunków dostępnych naszemu rozumowi, ale nie
obiecała nam nigdy ani pokoju ani szczęścia. Obojętnie spoglądając na
uczucia nasze, nie zważa ona wcale na nasze skargi. Powinniśmy też
pogodzić się z jej wynikami, nic bowiem już nie wskrzesi tych złudzeń,
które ona rozwiała.
Symptomy te powszechne, dające się zauważyć u wszystkich narodów,
wskazują na gwałtowny wzrost potęgi tłumów i nie pozwalają przypuszczać,
aby wzrost ten miał wkrótce się zatrzymać. Cokolwiek bądź ona nam
zwiastuje, w przyszłości musimy się pogodzić z tym, że wszelka z nią
polemika to czcze tylko słowa. Zapewne, możliwą jest rzeczą, że
wystąpienie na widownię tłumów oznacza, iż dla cywilizacji Zachodu
nadchodzi jedna z ostatnich faz, powrót kompletny do tej anarchii
pierwotnej, która zdaje się zawsze poprzedzać kiełkowanie wszelkich
nowych form społecznych. Ale w jaki sposób możemy temu zapobiec?
Dotychczas zawsze tłum najwyraźniej występował w tej roli burzyciela
cywilizacji przestarzałych i nie od dziś dopiero stało się to jego
zadaniem.
Historia naucza nas przecież, że zawsze w chwili, gdy siły moralne, na
których wspiera się pewna cywilizacja, utraciły już swą moc żywotną,
ostatecznego rozkładu dokonują owe tłumy nieuświadomione a brutalne,
które dość słusznie nazwano barbarzyńskimi. Cywilizację tworzyły i rozwijały dotychczas zawsze pewne drobne grupy arystokracji
intelektualnej, nigdy zaś tłumy.
Potęga tłumów jest destrukcyjna, a ich panowanie przedstawia zawsze fazę
barbarzyństwa. Cywilizacja wymaga pewnych stałych reguł, dyscypliny,
oznacza, iż miejsce instynktów zajął rozum, wymaga przewidywania
przyszłości, pewnego stopnia kultury, słowem takich warunków, jakich
tłumy, pozostawione same sobie, nigdy absolutnie nie mogły
urzeczywistnić. Swą bowiem potęgą wyłącznie destrukcyjną działają one
jak mikroby, przyspieszające rozkład organizmów bezsilnych lub trupów.
Gdy gmach cywilizacji jest już zupełnie stoczony, ostateczną jego ruinę
sprowadzają zawsze tłumy, występując wówczas w swej właściwej roli, a w potędze liczby szukać wtedy należy rozwiązania zagadki filozofii
historii.
Czy taki sam los spotka naszą cywilizację? Można się tego obawiać, ale
nie można jeszcze tego na pewno twierdzić.
W każdym więc razie powinniśmy być przygotowani na rządy tłumu, skoro
niebaczne ręce stopniowo usuwały wszelkie przeszkody, które mogły mu
stanąć na drodze.
Tłumy te, o których tyle zaczyna się już mówić, znamy jednak w bardzo
małym stopniu. Zawodowi psychologowie, trzymając się od nich z daleka,
zawsze je ignorowali, a jeżeli nawet w ostatnich czasach zajęli się
nimi, to wyłącznie tylko ze stanowiska kryminalistycznego. Istnieją bez
wątpienia tłumy zbrodnicze, ale istnieją też i tłumy cnotliwe,
bohaterskie i wszelakie inne. Zbrodnie tłumów to tylko jeden z objawów
ich psychicznego życia i nie można poznać ustroju umysłowego tłumów,
studiując tylko ich zbrodnie tak, jak nie można poznać duszy
pojedynczego osobnika, opisując wyłącznie tylko jego występki.
A jednak wszyscy władcy świata, wszyscy założyciele religii i państw,
apostołowie wszelkich wyznań, wybitni mężowie stanu, a w rozmiarach
skromniejszych także i prości naczelnicy drobnych grup społecznych,
zawsze byli intuicyjnymi psychologami, zawsze posiadali instynktową,
często bardzo wierną znajomość duszy tłumów i właśnie, dzięki tej to
znajomości, stawali się tak łatwo ich panami. Napoleon wspaniale
przeniknął psychologię tłumów tej krainy, nad którą panował, ale
niekiedy zupełnie nie pojmował psychiki tłumów, należących do innych ras
i tylko dzięki tej nieznajomości przedsięwziął wyprawy do Hiszpanii i Rosji, które były początkiem jego upadku.
Znajomość psychologii tłumów jest obecnie ostatnią deską ratunku mężów
stanu, którzy pragną już nie rządzić tłumem - bo to rzecz nadzwyczaj
trudna - ale przynajmniej nie pozwolić mu zbytnio sobą powodować.
Zagłębiając się choćby cokolwiek w psychologię tłumów, spostrzegamy
zaraz, jak mały wywierają na nie wpływ ustawy i instytucje, widzimy
dalej, że tłumy nie są wcale w stanie tworzyć sobie własnych poglądów, a poddają się tym, które im narzucono; przekonujemy się wreszcie, że nie
można ich prowadzić za pomocą przepisów czystej sprawiedliwości
teoretycznej, ale należy oddziaływać na ich wrażliwą wyobraźnię.
Gdy prawodawca zamierza, dajmy na to, zaprowadzić nowy podatek, czyż
szukać on będzie podatku teoretycznie najsprawiedliwszego? Bynajmniej.
Bo podatek najniesprawiedliwszy może ze względów praktycznych być dla
mas najodpowiedniejszym. Jeżeli np. nie rzuca się on w oczy, jeżeli
pozornie jest najlżejszym, będzie najłatwiej przyjęty. Dlatego to masy
łatwiej znoszą podatki pośrednie, choćby bardzo uciążliwe, bo, opłacane
niezmiernie drobnymi kwotami w cenie artykułów codziennej potrzeby, nie
naruszają one jego zwyczajów i nie czynią na nich zbytniego wrażenia. A spróbujcie zastąpić je przez proporcjonalny podatek od płac albo innych
dochodów, opłacany jednorazowo, to chociażby ze stanowiska teoretycznego
był on dziesięć razy mniej uciążliwy od poprzednich, spotka się ze
zgodnym protestem. Niewidzialne bowiem ułamki groszy, płacone co dnia,
zastąpi w tym wypadku kwota stosunkowo dość wysoka, która w chwili, gdy
ją trzeba będzie uiścić, czynić będzie wrażenie niezmiernie wielkiej.
Gdyby ją zbierano stopniowo, odkładając codziennie po groszu, wydawałaby
się istotnie nieznaczna, ale tego rodzaju proceder ekonomiczny wymaga
pewnej dozy rozsądku, do której masy są niezdolne.
Przykład, który wybraliśmy, należy do najprostszych i bez trudu przekona
każdego. Taki psycholog, jak Napoleon, nie zapomniał o tej prawdzie, ale
ustawodawcy, negujący istnienie duszy tłumów, gotowi nie dać się
przekonać, gdyż doświadczenie niedostatecznie jeszcze pouczyło ich o tym, iż ludzie nie kierują się nigdy regułami czystego rozumu.
Psychologia tłumów da się zastosować i w wielu innych wypadkach. Rzuca
ona jaskrawe światło na wiele zjawisk historycznych i ekonomicznych bez
niej zupełnie niezrozumiałych. Będę miał sposobność wykazać niżej, że
jeden z najwybitniejszych historyków współczesnych, Taine, dlatego
właśnie niekiedy tak niewłaściwie tłumaczył wypadki z doby rewolucji
francuskiej, iż nigdy nie usiłował zbadać duszy tłumu. Studiując ten
skomplikowany okres historyczny, Taine trzymał się opisowej metody
naturalistów, nie zważając na to, że w zjawiskach, badanych przez
naturalistów, nie ma się do czynienia z czynnikami natury moralnej. A te
właśnie czynniki stanowią przecież główną sprężynę wydarzeń
historycznych.
A więc studia psychologiczne nad tłumem mają wartość choćby ze względów
czysto praktycznych. Ale już przez samą ciekawość, jaką budzą, zasługują
one również na uwagę. Wszak zrozumienie pobudek czynów ludzkich powinno
budzić tyleż zainteresowania, co zbadanie jakiegoś minerału lub rośliny.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki