Wstęp
PORA ODNOWIĆ WIĘŹ
Bywa tak, że złe samopoczucie pojawia się, gdy najmniej się tego spodziewamy. Nagle opuszczają nas siły, bez widocznego powodu stajemy się zagubione lub zaniepokojone właśnie wtedy, gdy po trudnych doświadczeniach wszystko zaczęło się dobrze układać i powrócił spokój. Jasne, niekiedy nie czujemy się najlepiej, jednak w naszej codzienności nie widać niczego, co by mogło wywołać ten stan.
Zdarzyło ci się zachorować tuż przed weekendem lub wyjazdem na wakacje, choć przez cały tydzień przepełniała cię energia? Jakby organizm odkładał niemoc na koniec tygodnia, kiedy możesz odpocząć i spada poziom stresu. Poddaje się chorobie, zawczasu się upewniwszy, że będziesz miała siły, by sobie z nią poradzić.
Z niedobrymi doświadczeniami z dzieciństwa dzieje się coś podobnego. Jakbyś czekała, aż poczujesz się na tyle pewnie, by mówić o wszystkim, co cię bolało, a ciało wiedziało, kiedy będziesz w stanie stawić czoło trudnościom. Chociaż od tych wydarzeń upłynął szmat czasu, ich następstwa uwidaczniają się znacznie później, prawdopodobnie dopiero wówczas, gdy jesteś gotowa, by się nimi zająć.
Zakładam, że skoro sięgnęłaś po tę książkę, po przeczytaniu tych słów będziesz wiedziała, o co mi chodzi. Ze mną właśnie tak było. Skończyłam 21 lat i czułam, że wszystko w moim życiu się układa. Mieszkałam z rodzicami, łączyły nas dobre relacje. Spotykałam się z przyjaciółmi, jeszcze nie miałam za dużo obowiązków, zostawało mi dużo czasu na przyjemności i korzystanie z życia. A mimo to czułam, że czegoś mi brakuje, zauważałam jakąś wewnętrzną pustkę.
Pracowałam wówczas jako psycholożka, zajmowałam się dziećmi i młodzieżą - od niemowlaków po osiemnastolatków - lecz sama czułam się jak dziecko, gdy musiałam radzić sobie z emocjami młodych ludzi, którzy zgłaszali się na terapię. Uważałam, że nie jestem przygotowana, by mierzyć się z intensywnością ich przygnębienia - głównie dlatego, że przez długi czas ignorowałam własne złe samopoczucie.
Chociaż wykonując tę pracę, byłam już dorosła, wewnątrz czułam się małym, bezbronnym i przerażonym dzieckiem, a kiedy mimo upływu czasu nie udawało mi się określić przyczyn własnego doła, pojawił się niepokój... Patrząc z zewnątrz, robiłam wszystko, "co należy" czy też czego - moim zdaniem - oczekiwano ode mnie w różnych obszarach życia. Nie rozumiałam więc, skąd ten podły nastrój. Nic nie wskazywało na to, by miał związek z bieżącymi wydarzeniami.
Pewnego dnia poczułam się bardzo źle, miałam wrażenie braku powietrza i powiedziałam o tym jednej z szefowych ośrodka, w którym pracowałam. Kiedy podzieliłam się z nią własnymi odczuciami i oświadczyłam, że moim zdaniem nie za dobrze mi idzie, niekiedy z trudem się zbieram, by wyjść do pracy, i pewnie przez to zawodzę, odparła, że jest wprost przeciwnie. Naprawdę odmiennie postrzegałyśmy rzeczywistość: pogratulowała mi świetnych wyników pracy. I wtedy niespodziewanie zadała to ważne pytanie, które zmieniło dla mnie wszystko: "Marto, myślałaś o tym, by pójść na terapię?".
Od tamtej chwili zaczęłam zadawać sobie pytania, ale nie miałam zamiaru naprawiać swojego dzieciństwa, a wręcz przeciwnie - chciałam jedynie jak najszybciej pozbyć się złego nastroju, zrzucić z siebie ciężar, i to jak najmniejszym wysiłkiem. Znalazłam podejście, które umożliwiło mi osiągnięcie tego, co sobie założyłam, gdyż bazowało na modelu biomedycznym, skupionym wyłącznie na czynnikach biologicznych i nieuwzględniającym czynników psychologicznych i społecznych. Rozwiązanie to okazało się dla mnie jednak tylko tymczasowe.
Po pewnym czasie musiałam wrócić do pomysłu terapii, ponieważ wyraźnie czułam, że nie znalazłam odpowiedzi, których szukałam. Bezustannie powtarzałam: "Na pewno chodzi o coś więcej". We wspomnieniach z dalekiej przeszłości musiało się kryć coś, co by wyjaśniło, czemu tak podle się czuję. W myślach wciąż stawiałam sobie takie same pytania, jakie dziś zadają osoby, które przychodzą do mnie na terapię: "Czy zapanuję nad okolicznościami, z jakimi się spotykam? Czy już zawsze będę odczuwać ten niepokój? Czy to, co mnie boli, kiedyś przestanie mi dokuczać? Czy wrażenie pustki minie, czy też zawsze będę czuć, że czegoś mi brakuje?".
I w taki sposób, między jedną próbą rozwiązania problemu a kolejną, natknęłam się na pojęcie "wewnętrznego dziecka". Najpierw opanowałam teorię, a później zastosowałam ją we własnym życiu. By przestać odczuwać ból - a tego chciałam - musiałam przyznać, że ten ból istnieje. Nie ma drogi na skróty ani żadnych sztuczek, trzeba z pełnym zaufaniem poddać się całemu procesowi. Poczucie, że z każdym dniem coraz wyraźniej widzę odpowiedzi na pytania, które zadawałam sobie tyle czasu, było objawieniem - bolesnym, a zarazem kojącym.
Zanim zaczęłam terapię i pracę z moją wewnętrzną dziewczynką, byłam smutna i zła na siebie. Nie uważałam się za "dobrą osobę dorosłą", gdyż dla mnie oznaczało to kogoś, kto ze wszystkiego wywiązuje się należycie, nie ma wątpliwości, nie przytłaczają go żadne okoliczności, doskonale potrafi panować nad emocjami... i nigdy nie czuje się nieswojo. To dalekie od rzeczywistości wyobrażenie tak naprawdę tworzymy na podstawie doświadczeń zbieranych w kontaktach z dorosłymi, których spotykaliśmy w dzieciństwie, z osobami, które rzadko poświęcały nam uwagę czy okazywały emocje, obawy, strach, a jednocześnie nie świętowały własnych osiągnięć ani nie wybuchały niepowstrzymanym śmiechem. I w taki właśnie sposób nauczyłyśmy się negować, tłumić lub zaniedbywać swoje uczucia, a w zetknięciu z nimi czuć się osamotnione.
Podczas procesu leczenia własnych ran nauczyłam się identyfikować swoje uczucia i lepiej nad tym panować, by zaspokajać własne potrzeby, być bardziej otwarta i nie tak sztywna, komunikować się, zamiast milknąć, rozumieć siebie bez osądzania, towarzyszyć sobie, coraz bardziej zbliżając się do tej dziewczynki, którą kiedyś byłam, pozostając dorosłą osobą, której potrzebowałam... To wszystko chcę ci szczegółowo opowiedzieć, abyś i ty mogła poczuć się lepiej, odnowić więź ze swoją wewnętrzną dziewczynką i zmienić teraźniejszość. Zacznijmy razem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki