*
Kilkanaście miesięcy temu
Dość zastanawiania się i wahania! - Żeby dodać sobie pewności siebie i animuszu, powiedziała to na głos.
Dopiero jakiś czas później uświadomiła sobie, że właśnie od momentu, gdy tak stanowczo i donośnie wypowiedziała te słowa, wszystko zaczęło się układać. A przynajmniej tak jej się wtedy wydawało. Jakby los czy przeznaczenie, czy cokolwiek, co nad nią czuwało, chciało jej przekazać, że podjęła jedyną słuszną decyzję.
Jeszcze tego samego wieczoru odebrała telefon z propozycją uczestniczenia w elitarnych warsztatach, które przybliżały wiedzę z tych właśnie zagadnień, których zgłębianiu postanowiła się poświęcić. A przecież już traciła nadzieję, że w końcu się tam dostanie. I trudno było takiego zrządzenia losu nie potraktować jak dobrego znaku.
To nie były zwykłe warsztaty. Jej zgłoszenie na nie odrzucono już trzykrotnie. Za pierwszym razem odmowę uzasadniono tym, że energia Julki będzie się kłócić z aurą pozostałych uczestników, za drugim zaś zasugerowano jej odprawienie rytuałów oczyszczających, bo wszystko wskazywało na to, że coś wokół niej było nie tak, a kto wie, z czym to "nie tak" mogło się wiązać i czy nie promieniowałoby na innych uczestników. "Z takimi sprawami nie ma żartów! Okadzanie białą szałwią, pani Julio!" - tak jej doradzono.
Za trzecim razem Julka usłyszała, że niestety nie jest jeszcze gotowa.
- Sama pani rozumie, że do uczestniczenia w TAKICH warsztatach trzeba dojrzeć duchowo i emocjonalnie - przekazał jej przez telefon delikatny dziewczęcy głosik. Słowo "TAKICH" jej rozmówczyni wymówiła z zabójczą dokładnością, a Julka pomyślała, że stwierdzenie, że ktoś mówi wielkimi literami, wcale nie jest przenośnią.
- A ja niby nie jestem dojrzała, to pani sugeruje? - Poczuła przypływ irytacji.
- Nasza mistrzyni i guru uważa, że jeszcze nie...
- Ale jak może tak uważać, skoro nawet mnie na oczy nie widziała?! Ani na uszy nie słyszała! - Julka nie wytrzymała i głośno dała upust swojemu rozczarowaniu.
- A jest pani tego pewna? Że nie widziała i nie słyszała? - Głosik niby nie stracił nic ze swej delikatności i melodyjności, a pomimo to zabrzmiał jakoś tak złowróżbnie.
- To znaczy... Chce mi pani powiedzieć... - Julka zamilkła, bo zatchnęła się na samą myśl, że być może była w jakiś sposób inwigilowana.
- To, co miałam do powiedzenia, już powiedziałam. Słów naszej mistrzyni nie podaje się w wątpliwość! - uświadomiła jej rozmówczyni, wykorzystując tę chwilę ciszy. - Reszty proszę się domyślić i wyciągnąć właściwe wnioski - zakończył głosik już zupełnie innym tonem, który aż wibrował surowością i niezbyt starannie skrywaną niechęcią. Julka już otwierała usta z zamiarem powiedzenia czegoś, co załagodziłoby sytuację i pozwoliło jej dowiedzieć się więcej o tajemniczej mistrzyni i jej niepokojącej wszechwiedzy, ale w tym samym momencie rozległ się sygnał rozłączonego połączenia.
- Aha - mruknęła, odsuwając telefon od ucha i z irytacją patrząc na gasnący w tej sekundzie wyświetlacz.
Dokładnie tak samo zgasła i pogrążyła się w ciemności nadzieja, że kiedyś uda jej się dostąpić zaszczytu uczestniczenia w warsztatach. I bez irytujących porad słodkiego głosiku wyciągnęłaby takie właśnie wnioski. W końcu głupia nie była. Nietrudno było się domyślić, że wybuchem i głośno wyrażonymi wątpliwościami definitywnie przekreśliła swoje szanse. O ile oczywiście kiedykolwiek jakieś miała.
- A niech to szlag! - parsknęła pod nosem, sięgnęła po leżącego na stole laptopa i umościła się z nim na kanapie. - Dlaczego, do stu diabłów, nie potrafię utrzymać języka za zębami! - warknęła coraz bardziej rozeźlona, otulając sobie nogi kocem, po czym otworzyła okno przeglądarki internetowej.
To ta nasza nieszczęsna Sagankowa przypadłość! Należysz do rodu Saganków, to skłonność do rąbania prawdy między oczy wyssałaś z mlekiem matki! Kiedyś mnie to wykończy, pomyślała, przewracając oczami. Cud, że jeszcze wszyscy żyjemy i jeszcze nikt nikogo z nas nie zaciukał albo przynajmniej trwale nie okaleczył, ani nawet się na żadnego z nas jakoś specjalnie nie uwziął, choć czasem naprawdę się o to prosimy, przemknęło jej przez głowę.
Nie miała wtedy pojęcia, że być może właśnie tą zuchwałą myślą wywołała wilka z lasu i sprowokowała los, który postanowił udowodnić jej, że jeżeli tylko chce, potrafi być niezwykle przewrotny i nieustępliwy. Mówisz: nikt, nic? Nikt się nie zawziął? Nikt nigdy niczego takiego nie zrobił? No to pożyjemy, zobaczymy!
I zapewne to podjudzone przeznaczenie właśnie popchnęło Julkę do tego, by z czystej przekory wklepała ponownie adres strony, na której powinny pojawić się terminy kolejnych warsztatów. Były tam. Trzy nowe turnusy. Julka zacisnęła zęby i zapisała się na wszystkie po kolei. Za nic nie zamierzała dać satysfakcji głosikowi i tak po prostu zrezygnować.
Przynajmniej Jej Przesłodkość będzie zmuszona do mnie dzwonić i informować mnie, czemuż to tym razem nie dostąpiłam zaszczytu uczestniczenia w zajęciach, pomyślała złośliwie. Może to choć trochę wyrwie tę pannicę ze stanu uroczego, ulepkowatego samozadowolenia! A zadzwonić musiała, bo tak stało w regulaminie: odmowa zostanie rzeczowo uzasadniona.
I rzeczywiście zadzwoniła. Akurat tego dnia, gdy Julka postanowiła fundamentalnie zmienić swoje życie. Samo się przecież nie zrobi! Nie te warsztaty, na których uparcie odrzucano jej kandydaturę, to inne, najwyżej nie tak prestiżowe i ekskluzywne!
I to wtedy wypowiedziała słowa, które uruchomiły całą lawinę zdarzeń. Okazały się one czymś w rodzaju zaklęcia, co było dość zaskakujące. W końcu brzmiały dość banalnie i z założenia miały posłużyć li i jedynie wzmocnieniu Julkowej motywacji. Zwyczajne: "Dość czekania i wahania!". Dokładnie taką samą konfigurację słów wypowiadało tysiące osób i nigdy nic się nie wydarzyło.
Widać jednak Julka trafiła w idealny czas, bo jeszcze nie skończyła mówić, a już rozdzwonił się jej telefon. Na wyświetlaczu widniało: "Nawiedzenia, opętania. Miejsca i ludzie".
- Jeżeli to ma być odpowiedź na moje postanowienie, to chyba powinnam z miejsca odpuścić - jęknęła, obracając dzwoniącą komórkę w dłoni. - Przecież doskonale wiem, co zaraz usłyszę: "Niestety nie tym razem, ale... ble, ble, ble!". Może trzeba im uświadomić tę oczywistą oczywistość, że wszystko, co przed "ale", jest gówno warte - burknęła, patrząc na telefon, i z westchnieniem odebrała połączenie.
Ani przez sekundę się nie łudziła, że usłyszy jakąś dobrą nowinę. Przecież doskonale wiedziała, kto dzwoni; na wyświetlaczu pojawił się numer biura cholernych warsztatów, na które jak dotąd nie chciano jej przyjąć. A po tym, co Julka powiedziała podczas ostatniej rozmowy z Jej Przesłodkością, nie miała wątpliwości, że ta za moment poinformuje ją, że nic z tego, bo srał, pierdział, gryzł wodę... Tak właśnie dziadek jednej z jej przyjaciółek podsumowywał wymyślane naprędce banalne usprawiedliwienia.
Jakież więc było jej zdumienie, gdy uroczy głosik, na którego dźwięk o mało nie wywaliła z obrzydzeniem języka na brodę, powiadomił ją zwięźle, że została wpisana na listę przyjętych. Warsztaty trwają tydzień. Termin, do którego ją przypisano, może w każdym momencie sprawdzić na stronie, tej samej, na której wypełniła formularz zgłoszeniowy. Informacja o miejscu, w którym trzeba się stawić, zostanie podana rano, w dniu rozpoczęcia zajęć.
- Sprawdziliśmy pani dane adresowe, zdąży pani dojechać. To niezbędna ostrożność; dbamy o to, żeby lokalizacja pozostała tajemnicą - wyjaśnił głosik.
Julka wychwyciła w nim nutkę znużenia, ale temu akurat się nie dziwiła - Jej Przesłodkość musiała zapewne powtarzać to dziesiątki razy. I przypuszczalnie uspokajać tych bardziej podejrzliwych i mających skłonności do snucia teorii spiskowych. Nawiasem mówiąc, Julka też należała do tej ostatniej grupy, ale tu sprawa była jasna od początku i nic nie budziło jej podejrzeń. W regulaminie warsztatów stało jak byk, że uczestnicy dowiedzą się o miejscu spotkania w ostatnim momencie. I że mają tę wiedzę zachować dla siebie. Julka mogła się jednak założyć, że większość zainteresowanych warsztatami jedynie pobieżnie przekartkowała regulamin albo, co jeszcze bardziej prawdopodobne, nie przeczytała go w ogóle. W związku z tym Jej Przesłodkość miała przerąbane i najprawdopodobniej dlatego, gdy tylko powiadomiła Julkę, że adres warsztatów zostanie ujawniony dopiero w dniu ich rozpoczęcia, zawiesiła głos w oczekiwaniu na wybuch protestów.
Zapewne nie świadczyło to o Julce najlepiej, ale w tej samej chwili poczuła ogromną pokusę, żeby Słodką trochę podręczyć. Na przykład wybuchnąć lamentem: że jak to? Tak w ciemno? W nieznane? Przecież ona ma lęki, musi się przygotować psychicznie! A co, jak jej niepokój zakłóci energię innych?
W końcu jednak machnęła ręką i zdusiła chęć drobnej zemsty w zarodku. Była zbyt szczęśliwa i podekscytowana. Wreszcie wszystko wskazywało na to, że los w końcu się do niej uśmiechnął. To, że dostała się na warsztaty akurat teraz, gdy właśnie postanowiła wziąć byka za rogi, było swoistym potwierdzeniem, że jej decyzja o zmianach była dobra i że wreszcie wszystko zaczyna układać się po jej myśli. Że jak tak dalej pójdzie, to będzie mogła rozszerzyć swoją działalność... Kart nie zamierzała porzucać, co to, to nie! Ale co jej szkodziło robić przy okazji inne rzeczy? Oczyszczanie nawiedzonych miejsc ze złej energii, a może, kto wie - jeżeli okaże się, że ma ku temu predyspozycje - komunikowanie się z drugą stroną... O tym od długiego czasu skrycie marzyła. To by było coś! Czuła wyraźnie, że takiego wyzwania właśnie potrzebuje! I teraz nareszcie, dzięki temu, że dostała się na warsztaty, będzie mogła zacząć realizować swoje plany i spełniać marzenia. Będzie zdobywać wiedzę od najlepszych! W końcu nie bez powodu tak trudno było się dostać na ten kurs. Julka miała nadzieję, że uczestnictwo w nim otworzy jej kolejne drzwi, które stawały otworem tylko dla wybranych.
Czuła się szczęściarą, odpuściła więc Jej Przesłodkości i nawet na pytanie, czy potrzebuje jakichś dodatkowych informacji, miłosiernie odpowiedziała, że dziękuje i że wie wszystko.
- Spokojnie czekam na wyznaczony dzień i dalsze instrukcje - dorzuciła rzeczowo. - Życzę dobrego dnia i do usłyszenia - wzbiła się na wyżyny bycia miłą i natychmiast zakończyła rozmowę w obawie, że dłużej nie wytrzyma.
A potem, gdy już dostała namiary, zupełnie niezgodnie z regulaminem wysłała podaną lokalizację swojemu bratu Beniaminowi. Ekscytacja ekscytacją, regulamin regulaminem, a bezpieczeństwo bezpieczeństwem. Doskonale pamiętała, co wbijano jej przez całe życie do głowy: zawsze choć jedna zaufana osoba musi wiedzieć, gdzie jesteś. Szczególnie wtedy, gdy wychodzisz z nieznajomym.
Cóż, tym razem nie dość, że gnała na spotkanie z niewiadomą, to miała tam spotkać całe stado obcych osób, o których nie wiedziała kompletnie nic. I choć emocje Julki sięgały zenitu, to ta odrobina rozsądku, która się przez nie przebijała, podpowiadała jej, że nie zaszkodzi mieć się na baczności.
"Jadę na spotkanie z tarocistami" - napisała Beniaminowi w nieco przekłamanej wiadomości esemesowej. Jej wyjazd nie miał nic wspólnego ani z kartami, ani z zajmującymi się nimi ludźmi. Jednak poza tym jednym kłamstewkiem reszta była szczerą prawdą. "Nie ma tam zasięgu, nie będzie można się do mnie dodzwonić, przekaż więc Meli, Stelli i rodzicom, żeby się nie martwili. Będę w tej głuszy tydzień. Adres podaję, bo jak Was znam, to bez tego usychalibyście z niepokoju. A tacy uschnięci wybitnie stracilibyście na urodzie, co zupełnie nie jest w naszym, Sagankowym stylu. Jeżeli nie odezwę się za siedem dni, to ruszaj z odsieczą (żart!)". Dopisek w nawiasie dodała po chwili zastanowienia, tak na wszelki wypadek. W końcu czort wie, czy Beniamin nie będzie miał akurat napadu typowej dla braci oraz dla starszych sióstr nadopiekuńczości. Czasem mu się to zdarzało, choć nie tak często jak Stelli. Ich najstarsza siostra w przeszłości trochę im wszystkim matkowała i chyba właśnie dlatego teraz od czasu do czasu przejawiała syndrom kwoki martwiącej się na wyrost o swoje ukochane pisklęta. Ponieważ miała to wszystko na uwadze, Julka wolała dmuchać na zimne i o miejscu swojego pobytu oraz najbliższych planach poinformować właśnie Beniamina. Wiedziała, że gdyby cokolwiek się działo, brat poszedłby za nią do samego piekła i rozniósł je w pył, ale jednocześnie był pozbawiony cechującej Stellę podejrzliwości i tej zadziwiającej intuicji, która, szczerze mówiąc, nieco Julkę przerażała. Beniamin najprawdopodobniej po odczytaniu esemesa od niej zwyczajnie przyjmie do wiadomości to, co chciała mu przekazać. Nie tylko nie będzie się nad tym zbyt długo zastanawiał, ale i najprawdopodobniej w pierwszym momencie w ogóle zapomni powiadomić resztę rodziny, że Julka przez jakiś czas będzie poza zasięgiem Sagankowej kontroli. A to da jej przewagę i gdy Stella do niej zadzwoni, domagając się szczegółów (a zadzwoni na sto procent), ona już nie będzie mogła odebrać. Co zaś za tym idzie, nie będzie musiała kłamać siostrze w żywe uszy. I dobrze, bo kogoś, kto zna cię od pierwszego dnia twojego życia i dodatkowo troszczy się o ciebie i cię kocha, trudno wywieść w pole. Nie mówiąc już o niesmaku, który po tym pozostaje.
Wiadomość z adresem wysłała więc Beniaminowi, po czym gnana niecierpliwością, żądna mocnych wrażeń i doświadczeń duchowych - choć w tym przypadku znaczyło to zupełnie coś innego niż zazwyczaj - pojechała. Duchy tym razem miały być dużo bardziej realne. I miały wyjść jej na spotkanie. Oczekiwania Julki były spore. Tak samo zresztą jak jej rozczarowanie, gdy okazało się, że warsztaty to jedna wielka ściema. Ściema, za którą ona i wielu podobnych jej naiwniaków, skuszonych aurą tajemnicy i połechtanych złudzeniem bycia wybrańcami, zapłaciło majątek. Już na pierwszy rzut oka wyglądało to fatalnie i budziło najgorsze podejrzenia. Ledwo weszła w głąb domu, w którym mieli być zakwaterowani i gdzie miały odbywać się zajęcia, doznała niemałego szoku.
Jeżu malusieńki, co to, na litość wszystkiego, jest?, przemknęło jej przez głowę, gdy stanęła jak wryta w drzwiach wielkiej sali, na której środku wymalowano nieco krzywy okrąg, poznaczony dziwnymi symbolami, które nie mówiły jej kompletnie nic. I gdyby tylko o to chodziło, Julka zapewne w jakiś sposób by sobie ten widok wytłumaczyła. Uznałaby, że fakt, że symbole wydają jej się nic nieznaczącymi, postawionymi przypadkowo kreskami, a krąg w niczym nie przypomina tych, które widywała w licznych publikacjach, jeszcze o niczym nie świadczy, bo przecież to może być coś, z czym się jeszcze nie spotkała. To nawet wydawało się logiczne - w końcu zapłaciła za te warsztaty sumę tak bajońską między innymi dlatego, że miała tu zyskać dostęp do wiedzy prawdziwie tajemnej, przeznaczonej dla nielicznych wybrańców. Tej niepublikowanej w ogólnodostępnej literaturze fachowej. Ale niestety to nie okrąg i nie znaki najbardziej ją zaniepokoiły. I to nie ich widok sprawił, że zarówno Julka, jak i pozostali uczestnicy warsztatów zaniemówili i znieruchomieli, gdy tylko przekroczyli próg pierwszego z pomieszczeń, które, jak można się było domyślić, miało przez najbliższe dni służyć im za salę do ćwiczeń. Było ono zupełnie pozbawione mebli i puste, jeśli nie liczyć wyrysowanego na podłodze okręgu i stojącej w nim kobiety, odzianej w niegdyś zapewne śnieżnobiałe, a teraz miejscami pożółkłe i nieco poszarpane koronkowe giezło, tak długie, że tworzyło coś w rodzaju trenu, udrapowanego malowniczo wokół jej stóp. Ażurowe wdzianko musiało być przez nią często noszone, bo dół miało wyraźnie zszarzały i poprzecierany.
To zapewne od tego, że cały czas szoruje po podłodze, uznała Julka, która postanowiła skupić rozbiegane myśli na sfatygowanej garderobie. W końcu jednak musiała przerwać te obserwacje i skupić uwagę na tym, co działo się wokół. Bo choćby bardzo tego chciała, to nie wyświechtane giezło stanowiło tu clou programu. Julka wiedziała, że tego, co nastąpiło później, nie odzobaczy już nigdy.
"Natychmiast potrzebna oczokąpiel" - zaszumiały jej w głowie słowa, które w podobnych okolicznościach zwykła wygłaszać Stella. Tym razem jednak - Julka była o tym przekonana - nawet to mogłoby nie pomóc. To, czego została świadkiem, miało na zawsze zapisać się w jej pamięci jako kuriozum, przestroga, coś, czego absolutnie nie chciałaby nigdy więcej doświadczyć. A jednak stojąc tam, nie potrafiła oderwać wzroku od tego, co się na jej oczach wyprawiało. A wyprawiało się wiele. Na widok wchodzących do sali ludzi stojąca do tej pory w bezruchu kobieta w gieźle nagle się uaktywniła. Wyrzuciła ręce do góry, wyprężyła się i wywróciła oczami, tak że widać jej było niemal same białka. Trwała w tej pozycji przez kilkanaście sekund, prężąc się i kołysząc na boki. A potem jej ciało na moment zwiotczało, by po chwili zacząć się wić i rzucać w przedziwnych konwulsjach. Głowa kobiety chwiała się przy tym na cienkiej szyi i jedynie jej natapirowane, białe, choć naznaczone żółtym nalotem włosy ani drgnęły. Równie nieruchome pozostawało coś, co z nich sterczało, a czego w pierwszym momencie Julka nie rozpoznała. Wreszcie otrząsnęła się z bezruchu, który ją sparaliżował, i przepchnęła się kawałek do przodu. Wytężyła wzrok, usiłując ustalić, czym to sterczące coś, do jasnej anielki, może być.
O święta zgrozo! Patyki! I to porozmieszczane z zadziwiającą symetrią! - odkryła wreszcie i z trudem powstrzymała chichot, który uparcie łaskotał ją w gardło.
- Ciekawe, co zrobili, żeby jej przy tym telepaniu nie powypadały - usłyszała tuż przy uchu rozbawiony głos. Zerknęła w bok i stwierdziła, że stoi przy niej eteryczna blondynka.
Usłyszawszy to, co tamta właśnie powiedziała, Julka poczuła ulgę. Fakt, że nie była tutaj jedyną osobą, którą frapowały sterczące z fryzury tamtej kobiety patyki, z jakiegoś powodu wydał się jej niesamowicie krzepiący.
- Stawiam, że to zasługa kropelki, tej, co to jej żadna siła nie rozklei. Jak nic była w użyciu, i to ze dwie tubki - odszepnęła, wywołując u eterycznej atak bezgłośnego śmiechu, który aż zgiął ją wpół. - Co to w ogóle jest? - wyszeptała Julka, w końcu werbalizując dręczące ją od wejścia pytanie.
- Stawiam, że niezbyt udana charakteryzacja na wiedźmę... A może medium? - odparła cicho blondynka, ocierając z kącików oczu wywołane śmiechem łzy.
- Błagam, tylko nie mów, że to jest ta nasza mistrzyni i guru w jednym. - Julka spojrzeniem pełnym grozy omiotła padającą właśnie na kolana postać w koronkach, której ruchy w tej pozycji przywodziły na myśl skrzyżowanie amatorskiego tańca erotycznego z atakiem padaczki. - Przecież to ni pies, ni wydra! Nawet aktorką jest marną! I zapewne ma tyle wspólnego z nawiedzeniami i opętaniami, co ja z rosyjskim baletem! - dorzuciła i w tym samym momencie przestrzeń wokół nich wypełniły upiorne jęki, stęknięcia i wycie, które dobiegały z zamocowanych pod sufitem głośników.
Z założenia miały one chyba imitować odgłosy wydawane przez duchy i upiory, ale w rzeczywistości brzmiały jak parodia niezwykle kiepskiego horroru. Tyle dobrego, że zagłuszyły wybuch śmiechu, którego towarzyszka Julki tym razem już nie zdołała powstrzymać. Na twarzach zgromadzonych w sali osób, przynajmniej tych w zasięgu wzroku Julki, odbijała się cała gama emocji, począwszy od niepomiernego zdumienia po zażenowanie i niesmak. Nie było wśród nich tylko strachu ani też bezbrzeżnego podziwu, które - o to Julka gotowa była się założyć - usiłowali u kursantów wywołać organizatorzy tej farsy.
Wszystko to na kilometr trąciło oszustwem i tanim kuglarstwem.
Jak się okazało, podobnego zdania były nie tylko ona i Natalia (tak miała na imię filigranowa blondynka, z którą od wejścia Julka złapała flow).
Większość uczestników nie dotrwała nawet do połowy warsztatów, zostali tylko ci, którzy o zjawiskach nadprzyrodzonych nie mieli bladego pojęcia i których musiała cechować wyjątkowa naiwność.
Julka należała do tej pierwszej kategorii i razem ze sporą grupą innych rozczarowanych kursantów opuściła warsztaty zaledwie po dwóch dniach. Wszyscy byli mocno zniesmaczeni, a także - zdenerwowani, bo okazało się, że o ile w tym położonym w środku lasu domu nikt nie miał bladego pojęcia o ezoteryce, nawiedzeniach i opętaniach, o tyle na zastraszaniu znano się tu wyśmienicie. Gdy tylko ktoś napomknął coś o oszustwie, żądając zwrotu poniesionych kosztów, niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki jakby spod ziemi wyrosła zgraja zbirów, którą niezadowolonym klientom przedstawiono jako pracowników ochrony. Już po chwili pod ich czujnymi spojrzeniami grupa kursantów opuszczała dom. Pospieszana wyrzucaniem bagaży za furtkę i niewybrednymi komentarzami. Gdy z podwórka wyjechało ostatnie auto, wielka metalowa brama zamknęła się ze zgrzytem, odgradzając ich od domu, który nieszczęsna mistrzyni i guru w jednej osobie będzie musiała teraz okadzić i oczyścić ze złej energii.
- Powinniśmy was za to obciążyć dodatkowymi kosztami - wyrzuciła im piskliwym głosem. - Zdezorganizowaliście cały dzień zajęć, a kto wie czy nie dwa! Cieszcie się, że mam wyrozumiałość dla maluczkich! - dorzuciła, biegając z kąta w kąt z pękiem dymiącej białej szałwii w dłoni.
Patrząc na nią, Julka pomyślała, że chyba ktoś powinien jej uświadomić, że okadzanie to też rytuał, który powinno się wykonywać zgodnie ze sztuką. To, co robiła w tej chwili mistrzyni oszustów (ten tytuł niewątpliwie jej się należał), przynosiło skutek dokładnie odwrotny i wprowadzało jeszcze większy zamęt.
Oczywiście Julka mogłaby jej to wszystko wyłożyć w pięć minut, ale ani jej to było w głowie. Im większy chaos wywoła, tym lepiej, pomyślała złośliwie. Może w jakiś sposób utrudni jej to życie. Choć w to ostatnie mimo wszystko wątpiła. Tacy jak "mistrzyni" mają końskie zdrowie i wrażliwość betonowego słupa.
Przez moment jeszcze stali dużą grupą przed zamkniętą na głucho bramą, oburzeni i zdegustowani. A potem większość wsiadła do samochodów i rozjechała się do domów. Zostało ich tylko sześcioro. Jakoś tak wyszło, że przez te dwa dni trzymali się razem i zdążyli się zakolegować. I teraz niespieszno im było się żegnać.
- Słuchajcie, a nie czujecie dyskomfortu, że zostawiamy tam w środku tych biednych, naiwnych ludzi? - Pierwszy odezwał się Maciek, postawny brunet o przepastnych oczach.
- A ty czujesz? Ten dyskomfort? Daj spokój - prychnęła Natalia, która na tle swojego terenowego mercedesa prezentowała się jeszcze eteryczniej. - Dorośli są, wiedzą, co robią. Nikt ich tam siłą nie trzyma. Mogli wyjść, tak jak my.
- Zgadzam się, nie mój cyrk, nie moje małpy - zawtórowała jej Julka. - Gdyby ktoś im utrudniał opuszczenie tego przybytku, to co innego, ale tak? Mają konstytucyjnie zapewnione prawo do bycia idiotami i my nie możemy ich tego prawa pozbawiać. Poza tym większość z nich patrzyła na nas jak na pieniaczy i zarozumialców. Dogadają się z mistrzynią na sto procent, możesz być o to spokojny, Maciek. Wyjadą stąd zadowoleni i wspomnicie moje słowa: gros z nich od razu zacznie praktykować, legitymując się dyplomem, który przecież na koniec tych warsztatów otrzymają. Będą mieli zerową skuteczność, ale i tak zrobią na tym pieniądze. Bo tacy jak oni nie mają skrupułów. Nie ma sensu ich żałować.
- No i Julka podsumowała to idealnie - poparł ją Ignacy, kolejny chłopak należący do ich grupki.
- No to co, tak po prostu wrócimy do domu? - Maciek nie krył rozczarowania. - I żeby było jasne, teraz to o nas mi chodzi, a nie o tych, co tam zostali, bo niestety macie rację, to ich decyzja. Ale z tygodnia, który miał być czasem dla mnie, zrobiły się dwa dni. Mnie tam trochę żal...
- No to zamiast żałować, wykorzystajmy ten czas. W końcu mamy wolne. Wynajmijmy coś wspólnie - wtrącił się Bartek, który dotąd przysłuchiwał się rozmowie w milczeniu, obejmując ramieniem stojącą obok niego dziewczynę.
On i Marta jako jedyni byli parą i cudem udało im się trafić na warsztaty w tym samym czasie, bo - jak ich poinformowano w recepcji podczas przyjęcia i wypełniania dodatkowych formularzy - niechętnie, a właściwie w ogóle nie zgadzano się na to, by uczestnicy jednego kursu pochodzili choćby z tej samej miejscowości. O byciu w bliższej relacji nie wspominając. To ponoć utrudnia skupienie i wprowadza chaos, ale skoro już tak się stało i zostali wpisani na listę, to trudno. W ich przypadku najwidoczniej ktoś popełnił błąd, więc wyszło, jak wyszło, i trzeba będzie sobie z tym jakoś poradzić, bo przecież ich nie odeślą ani nie każą grać w papier, kamień, nożyce, by wyłonić zwycięzcę, który miałby zostać - tyle usłyszeli od razu na wejściu, gdy okazało się, że przyjechali jednym autem i dodatkowo łączy ich coś więcej niż tylko przyjaźń, z czym w ogóle nie zamierzali się kryć.
- Właściwie czemu nie, to rewelacyjny pomysł, zostańmy! - poparła go Marta. - Po pierwsze, poznamy się lepiej i może na przekór wszystkiemu wrócimy do domów z jakąkolwiek nową wiedzą; w końcu nie wypadliśmy sroce spod ogona i każde z nas ma jakieś doświadczenia. A po drugie, skoro już zainwestowaliśmy w to przedsięwzięcie zarówno czas, jak i pieniądze...
- I urlop - wszedł jej w słowo Ignacy.
- O to, to. - Natalia pokiwała głową. - Jeśli się nie mylę, to nie tylko my wykorzystaliśmy na ten wyjazd część dni przeznaczonych na wakacje. Bartek, Marta... - zawiesiła pytająco głos.
- Dobrze ci się wydaje, stara - przytaknął Bartek.
- W takim razie nie ma co, naprawdę szkoda byłoby zmarnować ten czas - zawyrokowała Julka. - Tym bardziej że jesteśmy w tak urokliwym miejscu; nawet jeżeli skupimy się tylko na odpoczynku, to będzie warto. W końcu to Podlasie, będzie co robić - dorzuciła i pomyślała, że coraz bardziej podoba jej się ten pomysł. Dobrze się rozumieli, mieli wspólne zainteresowania i kilka wolnych dni. A to wszystko dawało widoki na niezłą zabawę.
- No to zostajemy... - raczej stwierdził, niż zapytał ostatni członek ich ekipy, Bodzio, najbardziej z nich wszystkich oszczędny w słowach, ale nadrabiający małomówność przenikliwym spojrzeniem, które zdawało się wnikać człowiekowi w głąb duszy.
Szczerze mówiąc, ten jego wzrok budził w Julce dziwny niepokój, jednak szybko się z niego otrząsnęła. Przecież, na litość wszystkiego, nie powinno się oceniać człowieka po tym, jak na ciebie patrzy.
I to jedno Bodziowe zdanie wraz ze spojrzeniem, którym ich obrzucił, przesądziło sprawę. Nikt nie musiał mówić nic więcej, decyzja została podjęta. Stało się też chyba jasne, kto będzie ich grupie przewodził - najwyraźniej predyspozycje ku temu miał właśnie Bodzio: nie musiał dużo mówić, a mimo to ludzie się ku niemu zwracali. Może właśnie to, że był milczkiem, sprawiało, że wypowiadane przez niego nieliczne słowa miały w sobie jakąś moc?
- To w takim razie działamy! W pierwszej kolejności musimy stąd wyjechać i dostać się do bardziej cywilizowanego miejsca. - Julka sugestywnie zatoczyła ręką koło.
Nadal tkwili przed zamkniętą bramą i pewnie kwestią czasu było, żeby któryś ze zbirowatych ochroniarzy w końcu ich pogonił. Zapewne nawet stąd psuli krew mistrzyni-guru. Zresztą i tak powinni się zbierać, nie mieli tu już nic do roboty. Jak okiem sięgnąć wokół nich rozciągał się gęsty, budzący respekt podlaski bór, a poza posesją, którą właśnie opuścili, nie było tu żadnych oznak cywilizacji.
- Musimy złapać zasięg, bo bez internetu trudno nam będzie znaleźć i zarezerwować jakikolwiek nocleg - dodała Julka dla poparcia swoich wcześniejszych słów.
- Dobrze gada, polać jej wódki - roześmiała się Natalia. - I mnie też, bo po tych wszystkich przeżyciach drink po prostu należy mi się jak psu zupa.
- Wszyscy zasłużyliśmy na coś mocniejszego, ale przede wszystkim rzeczywiście zorganizujmy sobie jakieś lokum. - Mówiąc to, Ignacy otworzył drzwi swojego auta.
- To ja ruszę przodem - zadeklarował się Maciek. - Jedźcie za mną, znam drogę do Sławatycz, bo stamtąd przyjechałem. Podwoziłem tam jedną taką... Ingę. - Mówiąc to, zaczerwienił się nieznacznie. - Zresztą mniejsza z tym, tam na pewno będzie zasięg - dorzucił speszony i czym prędzej schował się w samochodzie, by nie dać pozostałym szansy na zarzucenie go żartobliwymi docinkami.
Po chwili cała kolumna samochodów ruszyła za jego czerwonym autkiem.
W Sławatyczach w porównaniu z ich dotychczasowym miejscem pobytu zasięg był jak złoto, czyli ledwo dwie kreski, ale jednak łapał, i w końcu na jednym z portali internetowych znaleźli przestronny drewniany dom, który zdawał się idealny dla ich grupy.
- Koszty pobytu trochę wzrosną, bo przecież warsztaty mieliśmy w całości opłacone, a tu trzeba będzie zrobić ściepę na domek, ale przy tym, co już zapłaciliśmy, to ma niewielkie znaczenie - zauważył z westchnieniem Ignacy, gdy już zaparkowali na podwórku otoczonym płotem z pomalowanych na niebiesko desek i czekali, aż przyjedzie gospodarz, który miał wymienić klucze do domku na kasę za noclegi.
- Racja, te niewydarzone warsztaty kosztowały worki diamentów - skrzywiła się Julka. - Swoją drogą, jak to możliwe, że nikt jeszcze ich nie zdemaskował? Przecież ciągną to już od bardzo dawna.
- A skąd wiesz? Że od dawna? - zainteresowała się Natalia, grzebiąc w kieszeni dżinsowej kurtki. Po chwili wyciągnęła z niej paczkę marlboro i zapalniczkę i sprawnie odpaliła papierosa od drżącego płomyka. - Chce ktoś? - wyciągnęła do zebranych otwarte pudełko, ale nikt się nie skusił.
- Dawno nie widziałem, żeby ktoś takie palił. - Bartek wciągnął w nozdrza wydmuchnięty przez dziewczynę dym. - Teraz wszyscy przerzucili się na elektroniki.
- Mnie nie interesują wszyscy, ja pozostaję wierna klasyce. - Uśmiechnęła się Natalia i wydmuchnęła ustami zgrabne kółeczka. - Skoro już mam się czymś truć, to przynajmniej niech to będzie coś, co naprawdę lubię. No ale wracając do tematu, to skąd, Julka, wiesz, jak długo oni już działają z tymi warsztatami?
- Właśnie, też się chętnie dowiem. Bo takiej informacji chyba nie ma na tej ich tajnej łamanej przez poufną stronie. - Ignacy przysiadł na masce samochodu Bartka i Marty.
- To proste. - Julka wzruszyła ramionami. - Wystarczy spojrzeć na terminy turnusów, które już się odbyły. Jest ich mnóstwo. Ja sama zapisywałam się trzy razy i dostałam się dopiero za czwartym, a to daje pi razy drzwi trochę dłużej niż rok. Czarno na białym wychodzi z tego, że ta szopka trwa już dobrych parę lat! I nadal nie pojmuję, jakim cudem im się to udaje? W dobie internetu, gdy same media społecznościowe złamały już niejedną karierę i dają możliwość pogrążenia niemal każdego biznesu... - Pokręciła głową. - To wprost niewiarygodne, że do nich się jeszcze nikt nie dobrał. Ja w każdym razie nie zamierzam tego tak zostawić! - zakończyła lekko podniesionym głosem.
- Julka, Julka, nie nakręcaj się tak - przystopował ją Maciek, odgarniając z czoła czarne, wpadające prawie w granat kosmyki. - Zostawisz, nawet kijem tego nie tkniesz, bo własnoręcznie podpisałaś klauzulę poufności. Nie mamy prawa ubiegać się o zwrot kosztów, organizatorzy nie biorą odpowiedzialności za to, ile z zajęć wyniesiesz, bo przecież to bardzo delikatna sprawa, takie wyczuwanie czegoś, co jest nie do określenia, i co w tym momencie najistotniejsze, nie wolno nam o warsztatach w ogóle mówić, pisać o nich czy rozmawiać na forach publicznych ani też wspominać w mediach społecznościowych. - Przewrócił oczami.
- Co ty gadasz? Niczego takiego nie podpisywałam! W sensie tych ostatnich punktów o poufności - zaprotestowała Julka i marszcząc brwi, sięgnęła do przewieszonej przez ramię obszernej włóczkowej torby. Przez moment przekopywała się przez jej zawartość, aż w końcu znalazła to, czego szukała: nieco wymięte kartki A3. - Gdyby coś takiego tu było, to zapewne drobnym druczkiem - mruknęła, skanując wzrokiem zadrukowane strony. - No ale nic takiego tutaj nie widzę...
- Bo cię nabrali, tak jak większość z nas zresztą - parsknęła Natalia, przydeptując butem niedopałek. - Przeczytałaś niby wszystko, ale podpisując te papiery, pozwoliłaś, żeby paniusia z recepcji przekręciła za ciebie stronę, prawda? No właśnie. - Pokiwała głową, nie czekając na odpowiedź. - A pomiędzy twoim podpisem a kartką, którą teraz czytałaś, są jeszcze dwie puste, między nimi zaś jeszcze jedna, malutka i cieniuteńka, wszyta tak, że nie rzuca się w oczy. Ja to zobaczyłam, jak już weszłam do swojego pokoju i zaczęłam się rozpakowywać. Spójrz. - Wyjęła jej z rąk kartki i rozłożyła środkowe strony.
Rzeczywiście było tak, jak mówiła. Pomiędzy dwoma pustymi stronicami wszyta była dużo mniejsza, tak cienka, że niewyczuwalna pod palcami.
- Kurwa - wyrwało się Julce, gdy przebiegała wzrokiem punkty umowy, których wcześniej nie widziała.
- No to nie jesteś jedyna, ja też pierwszy raz widzę tę wszywkę na oczy - mruknęła Marta, zaglądając jej przez ramię. - Ale że też nas o tym nie poinformowali, jak wychodziliśmy... Przecież mogliśmy, niczego nieświadomi, obsmarować ich w mediach! Co byłoby całkiem prawdopodobne, biorąc pod uwagę nasze nastroje.
- Po pierwsze, to większość poinformowali. Wychodziła nas wyjątkowo duża grupa, stawiam, że was przeoczyli... Albo uznali, że słyszycie, jak mówią o tej wszywce innym, bo mówili, ba, nawet podtykali pod nos - wtrącił Bartek. - Szczególnie ten największy koleś w typie niedźwiedzia na sterydach, który nie wiadomo skąd pojawił się na podwórku. On wyjątkowo się przykładał... Zmiął mi bydlak koszulkę - dorzucił, odruchowo głaszcząc się po niebieskim T-shircie. - I teraz już rozumiecie, dlaczego nikt nic nie mówi...
- Tym bardziej że kary za złamanie umowy są takie, że nikt nie będzie ryzykował - dorzucił Bodzio.
- Nikt nie będzie też ryzykował spotkania z ich ochroną, która tak nagle się ujawniła - mruknął Maciek. - Nie należę do ułomków, a mimo to bardzo dziękuję za taką "przyjemność". Na pierwszy rzut oka widać było, że to jakieś bandziory. To oni są najmocniejszą stroną tych całych warsztatów. Bo o ile o opętaniach i duchach oni pojęcia nie mają, to przywoływanie początkowo niewidzialnych ochroniarzy opanowali do perfekcji. Swoją drogą, ciekawe, gdzie oni ich ukryli, w końcu była ich cała banda rosłych chłopów.
- Pewnie mają zagospodarowane i wygłuszone piwnice. Tam nas nie chcieli wpuścić. Pamiętacie? Na drzwiach było nawet coś w rodzaju kraty... Ale mniejsza o ochronę. Mnie nie daje spokoju co innego, bo to wszystko się kupy nie trzyma. - Julka w zamyśleniu zwinęła w ciasny rulon trzymane wciąż w rękach kartki.
- A co dokładniej ci się nie trzyma, Juleczko, cielątko ty nasze? - Ignacy puścił do niej oko.
- No bo pomyślcie! - ciągnęła Julka z powagą, ignorując żartobliwy ton kolegi. - Przecież nie można o nich pisać, nie można mówić. Strona jest tylko dla wtajemniczonych. Zero reklamy, żadnych wydarzeń na Facebooku, żadnych kont na Instagramie czy innych TikTokach... To jak, do cholery, udaje im się w ogóle funkcjonować? Jakim cudem tak wiele osób się na to nabiera? - Trzepnęła zwiniętymi kartkami w maskę swojego samochodu. - Biorąc pod uwagę, jak dużo nas było, to czarno na białym widać, że nabijają w butelkę ogromną liczbę ludzi! W jaki sposób?
- Zasadne pytanie, choć wydaje mi się, że znalezienie odpowiedzi będzie banalnie proste - mruknęła w końcu Marta, przerywając pełną konsternacji ciszę, która zapadła po tyradzie Julki. - Wystarczy, że każdy z nas powie, jak dowiedział się o tych rzekomo tajnych warsztatach dla wybrańców. Julka...? - zawiesiła wyczekująco głos.
- Ja usłyszałam o nich na kameralnym spotkaniu tarocistów - odparła powoli zapytana. - Był tam jeden gość, który o tym opowiadał mojemu przyjacielowi, w zaufaniu, no i mnie przy okazji, ale ten przyjaciel za mnie zaręczył...
- Ze mną było podobnie, tyle że w moim przypadku rozmowa toczyła się na kursach ziołolecznictwa, które i ja między innymi prowadziłem - wtrącił Maciek.
- A ja się dowiedziałam na seansie spirytystycznym - dorzuciła Marta. - Co śmieszniejsze, poszłam tam tylko i wyłącznie dla towarzystwa, przyjaciółka chciała zobaczyć, jak to jest. Mnie takie klimaty zbytnio nie fascynowały, więc tym bardziej byłam zaskoczona, kiedy tamta babka zwróciła uwagę właśnie na mnie i zaczęła coś przebąkiwać, że powinnam zgłębić to, do czego według niej zostałam stworzona. Oczywiście przebąknęła mi o tym w największym zaufaniu i musiałam obiecać, że zachowam istnienie Opętanych i Nawiedzonych w tajemnicy. - Sugestywnie przeciągnęła palcami po ustach, jakby zamykała je na suwak. - Tak samo jak adres strony, który mi podała, a dostąpiłam tego zaszczytu, bo ponoć otaczała mnie wyjątkowa aura. - Dla zobrazowania fragmentu o swojej niezwykłej aurze Marta pomachała sobie rękami nad głową.
- No jasne, bo te warsztaty są przecież tylko dla wybrańców - dorzucił Ignacy, krzywiąc się z ironią. - Moi kochani, wychodzi na to, że z nas są straszne, snobistyczne osły. I właśnie ten fakt umiejętnie wykorzystano! Polecieliśmy na tę wyjątkowość jak ćmy do płomienia! I znając życie, nie my ostatni, bo że nie pierwsi, to chyba oczywiste!
- Ale numer! To jednak ma sens. - Julka z niedowierzaniem pokręciła głową. - Werbują ludzi pocztą pantoflową! Dacie wiarę? I to się sprawdza!
- Zdziwiłabym się, gdyby było inaczej. Wszyscy w głębi duszy pragniemy być jedyni, niepowtarzalni, wyjątkowo uzdolnieni! Kto nie chciałby być wyróżniony, włączony do małej grupy wybrańców? - Natalia wzruszyła ramionami. - Choć taka mała to ona wcale nie była, ta elita elit - dorzuciła, parskając krótkim, pozbawionym wesołości śmiechem. - I zobaczcie, jakie to sprytne! Wystarczyły dwa dni, żebyśmy stamtąd zrejterowali. A dla nich to czysty zysk! Nie zużywamy im wody, prądu, nie jemy, choć za to wszystko zapłaciliśmy. I nikomu nie możemy się poskarżyć, złego słowa na nich powiedzieć. Nie ma co, ci oszuści mają głowy na karkach. I powiem wam jedno, nie ma sensu tego roztrząsać. Jak znam życie, a poznałam je całkiem dobrze, i to nie zawsze od najlepszej strony, to na podorędziu mają najlepszych prawników i są nie do ruszenia. Za tym biznesem musi stać ktoś naprawdę ustosunkowany i umocowany gdzieś tam na górze, na najwyższych szczeblach. To po pierwsze. A po drugie, im dłużej o tym rozmawiamy, tym bardziej psuje mi się humor i coraz mocniej jestem sobą zażenowana. Parafrazując Kmicica: kończmy, waszmości, wstydu oszczędźmy! Poza tym właśnie chyba podjechał nasz gospodarz. - Obejrzała się sugestywnie przez ramię.
Rzeczywiście, na piaszczystej drodze zahamował rower, z którego zeskoczył mężczyzna w dość podeszłym już wieku, z twarzą ogorzałą od słońca i naznaczoną siateczką zmarszczek. Podszedł do nich, unosząc brwi na widok tylu samochodów.
- Jarosław Pobieda - rzucił w przestrzeń zapewne w ramach powitania i nie czekając na odpowiedź, skierował się w głąb podwórka, na co oni, niczym stado piskląt za kwoką, podążyli za nim. Usiłowali nawiązać rozmowę, zagadywać, ale facet w odpowiedzi tylko burczał coś pod nosem. Ewidentnie do wylewnych nie należał.
Otworzył dom, zainkasował należność i na odchodnym mruknął, że gdy będą się zbierać, niech mu głowy nie zawracają, tylko po prostu zostawią klucz w drzwiach.
- Tutaj nikt nie zagląda, zresztą ukraść i tak nie ma co - powiedział, wzruszając ramionami.
I wyglądało na to, że to tyle; Jarosław Pobieda wsiadł na rower i ruszył w kierunku, z którego nadjechał. Po chwili jednak zawrócił i otaksował stojącą wciąż w tym samym miejscu grupę uważnym spojrzeniem.
Oceniającym, przemknęło Julce przez głowę.
Oględziny widać musiały wypaść na ich korzyść, bo podjechał do płotu, oparł się o niego ręką i otworzył usta. Potem je zamknął, a potem znów otworzył.
Julka, patrząc na niego, nie mogła oprzeć się wrażeniu, że mężczyzna przeżuwa niewypowiedziane słowa.
- Hmm - mruknął w końcu i spojrzał na nich spode łba. - Klucze zawsze przywozi moja stara, ale dziś nie mogła. Ona by wam na pewno wszystko opowiedziała ze szczegółami, bo ma to do siebie, że miele ozorem jak cielę ogonem... - Zamilkł i westchnął głęboko.
- A pan nie - przerwała w końcu ciszę Natalia. - W sensie, pan nie lubi strzępić języka - dorzuciła wyjaśniająco.
- A ja nie lubię - zgodził się z nią. - Chyba że najpierw się napiję, to wtedy prędzej. - Gdy to mówił, oczy mu rozbłysły.
- No to niestety tym razem chyba nie pogadamy, bo nie mamy ze sobą nic mocniejszego - rozczarował go Maciek, z trudem zachowując powagę. - Nie zdążyliśmy jeszcze zadbać o zaopatrzenie - dorzucił wyjaśniająco.
- A to trudno... - Gospodarz szybko zamrugał, jakby chciał przepędzić wyraz zawodu, który wyraźnie odmalował się w jego spojrzeniu. - W każdym razie stara mi przykazała, żebym wam powiedział, że właściwie to wy tu sami będziecie, bo to odludzie jest, tak jak w ogłoszeniu napisane zostało. Tylko za tamtym zakrętem - Pobieda wskazał kierunek ruchem głowy - jeszcze jedna chałupa stoi. Niech tam nie łażą i nie zaglądają.
- To to pana stara kazała nam powiedzieć? - wyrwało się Maćkowi.
- Dla kogo stara, dla tego stara, dla was pani - przywołał go do porządku gospodarz. - I kazać to ona se może! Gdyby wam dobrze z oczu nie patrzyło, to pary z gęby bym nie puścił! No to zrobiłem, co trzeba, sumienie mam czyste. A jakbyście jajek chcieli kupić albo mleka koziego, albo czego innego byłoby wam potrzeba, to do mnie zadzwońcie. I zapamiętajcie! Tamtą chałupę omijajcie z daleka. Ona dziwna jest, humory swoje ma, tradycją nie zawsze się kieruje i nie bardzo lubi, jak obcy nosy wściubiają w jej sprawy, a po co licho kusić... - dodał i zabrzmiało to tak, jakby to chałupa nie przepadała za przyjezdnymi. - A, i żeby było jasne, ja tam wyrazów wdzięczności za dobre rady nie oczekuję, ale wiadomo, że jakbyście chcieli na odjezdnym zostawić butelkę albo i dwie, to protestował nie będę - dorzucił i nie czekając na ich reakcję, odjechał, pedałując zawzięcie, po czym znikł w chmurze pyłu.
- Co za gość! Chyba mu będzie trzeba jakąś wódeczkę zostawić, skoro tak się przymawiał... Tylko nie wiadomo, co na to jego stara. - Marta parsknęła śmiechem. - Swoją drogą, to nieźle nam się ten pobyt zaczyna - dorzuciła, kręcąc głową.
- Intrygująco. - Głos Natalii wręcz ociekał entuzjazmem i podekscytowaniem. - Nie wiem, jak wy, ale na mnie takie ostrzeżenia to działają zupełnie odwrotnie. To taki zakazany owoc i nie zaznam spokoju, dopóki nie sprawdzę, co skrywa tamta tajemnicza chałupa.
- Nie co, tylko kogo. Pewnie jakąś Bogu ducha winną starowinkę. - Ignacy sprowadził ją na ziemię.
- A to, co zaprezentował nam przed momentem nasz gospodarz, to zapewne taka gadka dla turystów, żeby było bardziej, bo ja wiem, magicznie i strasznie - poparł go Bodzio, wzruszając ramionami.
- I żeby było za co się odwdzięczać - zaśmiał się Bartek.
- O to, to! Tak właśnie wygląda upieczenie dwóch pieczeni na jednym ogniu. - Marta pochyliła się i poprawiła poluzowane sznurowadło. - Po pierwsze, jest szansa na wysokoprocentowy dowód wdzięczności, a po drugie, ludzie zazwyczaj lubią się trochę pobać i wszelkie niesamowite klimaty ich pociągają, czego my, którzy daliśmy się nabić w butelkę z warsztatami, jesteśmy najlepszym przykładem. - Wstała, odrzucając długie włosy na plecy. - Chociaż my to trochę inna para kaloszy, bo czasami jednak udaje nam się za tę kurtynę realnego świata zajrzeć i nie dziwi nas to, co tam znajdujemy... A wracając do samotnej chałupy zza zakrętu, to zgadzam się z Ignacym. Pewnie mieszka tam jakaś babuleńka, którą nasz gospodarz sprytnie wykorzystuje do kampanii promocyjnej swojego domku na wynajem. - Mówiąc to, otworzyła bagażnik i zajęła się wypakowywaniem toreb.
W ślad za nią poszli niemal wszyscy, gadając przy tym jedno przez drugie, przekomarzając się i planując, co w najbliższym czasie będą robić.
Zakupy, piwko, kiełbasa na ognisko. Zwiedzanie...
Julka już nie słyszała, co konkretnie planują zobaczyć, bo wyłamała się z tego rozgardiaszu. Podeszła do pomalowanego na niebiesko płotu, oparła się o drewnianą sztachetę i spojrzała w zakazanym przez gospodarza kierunku. I nic nie mogła poradzić na to, że gdy tylko skierowała tam wzrok, opanowało ją jakieś dziwne przeczucie graniczące nieomal z pewnością, że za tym zakrętem czeka na nią przeznaczenie. Że nie znalazła się tu przypadkiem. I że z całą pewnością spotka tę, której według słów ich gospodarza powinna unikać. I że może te warsztaty do czegoś jednak były jej potrzebne. Bo przecież bez nich nie znalazłaby się tu, gdzie była teraz.