Mela już od dłuższego czasu...
Mela już od dłuższego czasu stała przed otwartą szafą i wpatrywała się w jej wnętrze z taką intensywnością i z taką miną, jakby spodziewała się, że za moment coś z niej wypełznie. Albo że otworzy się tam coś w rodzaju czarnej dziury i pochłonie ją i pokój, i najlepiej resztę jej nieskazitelnie czystego i sterylnego mieszkania. Szczerze mówiąc, ta ostatnia wizja nawet do niej przemówiła i wydała się jej nadzwyczaj kusząca.
W końcu potrząsnęła głową, wyciągnęła rękę i przesunęła kilka wypełnionych ubraniami wieszaków. Nadal nie mogła uwierzyć, że można rozpętać tak wielką awanturę: z krzykami, waleniem pięścią w Bogu ducha winne łóżko i wyrzuceniem części wieszaków na podłogę, zwieńczoną finałem, w którym nastąpiło głośne trzaśnięcie drzwi wejściowych. I to wszystko - pozornie - z powodu zawartości szafy.
- A podobno to kobiety umieją zrobić z niczego dwie rzeczy: awanturę i sałatkę - mruknęła do siebie, żeby dodać sobie animuszu, ale nie pomogło.
Nie poczuła się nawet odrobinę lepiej. Pomimo ciepłego poranka zwiastującego upalny dzień ręce miała lodowate. Zresztą odkąd wróciła do domu z ostatniego wyjazdu w Bieszczady, miała wrażenie, że zamarza od środka. Lodowaciała coraz bardziej z każdym słowem, które słyszała od Jacka, z każdą niewybredną uwagą rzuconą w jej stronę. A przecież do tego powinna już przywyknąć. W końcu to trwało od tak dawna, że Mela nawet nie mogła sobie przypomnieć, kiedy się zaczęło.
I może dlatego, że wydawało jej się, że przeżyła już wszystko, była tak pewna, że Jacek nie jest w stanie niczym jej zaskoczyć.
A jednak rzeczą ludzką jest się mylić! Drama z szafą była czymś nowym. Wyrzucenie z niej wieszaków z jej ubraniami, które teraz walały się po podłodze u jej stóp, również. Do tej pory Jacek niczym nie ciskał. No, poza tym jednym jedynym razem, gdy w ataku wściekłości rzucił ją z rozmachem na łóżko.
Jak na zawołanie przypłynęły jego słowa, które wtedy, zanim ją popchnął, wycedził jej prosto w twarz: "Jesteś do niczego, do niczego! Słyszysz?".
I zanim napłynęło zrozumienie, co tak naprawdę te słowa znaczą, oszołomiona znalazła się na materacu. Na całe szczęście stała tuż przy łóżku, na całe szczęście upadła tak, że nie uderzyła głową w drewnianą ramę. Na całe szczęście bolało ją tylko biodro.
Wtedy poczuła, że miarka się przebrała, że to jest ten moment, w którym powinna natychmiast spakować plecak i wyjść.
I rzeczywiście była blisko, by to zrobić. A jednak tkwiła tu nadal. Bo Jacek tak ją wtedy przepraszał, taki był skruszony.
- To wszystko wina tego, że tak na to liczyłem! Tak czekałem, przyznasz, że tym razem wyglądało to tak obiecująco - tłumaczył, gdy wyciągnęła plecak z szafy. - No i wypiłem dziś o jednego drinka za dużo! Mela, przecież mnie znasz! Nie jestem taki! Nie możesz mnie zostawić! Już nie pamiętam, jak to jest żyć bez ciebie! I nie chcę sobie przypominać, za nic!
Starała się go nie słuchać i w milczeniu wrzucała do plecaka to, co jej się nawinęło pod rękę. Dłonie jej się trzęsły, ale jeszcze bardziej trzepotało skulone w piersiach serce. Jak ptak, który znalazł się w ciasnej klatce.
I wtedy Jacek złapał ją za te trzęsące się dłonie i spojrzał na nią wzrokiem zbitego psa, a w jego oczach pojawiły się łzy.
- Mela, nie możesz odejść. Przyrzekam, nigdy więcej nic takiego się nie powtórzy!
I wtedy uległa. Wybaczyła. Wysypała rzeczy z niedopakowanego plecaka. A z serca wytrząsnęła cały żal i poczucie krzywdy. Bo nagle w tym jego spojrzeniu dostrzegła dawnego Jacka, tego z początku ich znajomości, tego, w którego towarzystwie czuła się najpiękniejsza, najlepsza. Tego, który mówił jej, że wszystko przed nią, że nie ma niczego, po co nie mogłaby sięgnąć.
I to był błąd, powinnam była odejść wtedy, kiedy znalazłam na to dostatecznie dużo siły, pomyślała teraz, podnosząc z podłogi ciśnięte tam przez Jacka bluzy. Potem sięgnęła po spodnie turystyczne, którym najbardziej się oberwało. Jacek je skopał i podeptał. Choć przecież niczym nie zasłużyły sobie na takie traktowanie.
Ale prawdą a Bogiem to nie o ubrania tu chodziło. I Mela to wiedziała. Ciuchy były tylko pretekstem. Coś nim musiało zostać, bo już od kilku tygodni... Ba, właściwie od miesięcy zanosiło się na burzę. Atmosfera w domu gęstniała, robiło się parno, nie było czym oddychać. I w końcu musiało dojść do kulminacji, do emocjonalnej wichury, grzmotów i błyskawic.
Zaczęło się od tego, że Jacek wstał nie w sosie. To akurat nie było niczym nowym. Jego niezadowolenie stało się chlebem powszednim. Ale tym razem Mela zapomniała o swojej złotej zasadzie, by milczeć i przeczekać. Bo to było jedyne dobre rozwiązanie. Przecież bez względu na to, jak bardzo Jacek się wściekał i jak wiele miał do niej pretensji, to w końcu zawiązywał krawat, chwytał skórzaną aktówkę i znikał. W mieszkaniu nastawała upragniona błoga cisza. A ona miała święty spokój do wieczora. A czasami, gdy Jacek musiał pracować po godzinach - nawet dłużej. Ostatnio złapała się na tym, że to właśnie te dni lubi najbardziej.
A dziś było inaczej. Dziś nie wytrzymała.
Właściwie spodziewała się, że ten poranek będzie wyjątkowo trudny. Już wczoraj Jacek dał jej do zrozumienia, że jest obrażony, i to ciężko. Pech chciał, że właśnie tego dnia wrócił do domu wcześniej, a ona nie miała czasu, żeby się nim zająć, tak jak to sobie zaplanował.
Bo skoro już spotkało ją takie szczęście i zjawił się w domu, to przecież powinna wszystko inne odłożyć na bok i poświęcić całą uwagę jemu.
Tymczasem ledwo przekroczył próg mieszkania, komórka Meli rozdzwoniła się alarmująco. Na wyświetlaczu migał numer redaktor naczelnej pisma, z którym dziewczyna współpracowała, i przyjaciółki w jednym.
- Muszę odebrać, to Waleria - rzuciła wyjaśniająco w stronę Jacka i czym prędzej wyszła na balkon.
- Noż kurwa, błagam cię, odbierz! - usłyszała zamiast powitania, gdy nacisnęła zieloną słuchawkę.
- Twoje błagania zostały wysłu...
- Chwała Bogu! - przerwała jej Wal bezpardonowo. - Mela! Armagedon! Sypnął nam się numer. Główny artykuł i jego autor, psia jego mać, poszły się jebać! I co się tak gapisz? Jak tu popracujesz dłużej, to przywykniesz. - Głos Walerii odpłynął, z czego Mela wywnioskowała, że musiała odsunąć telefon od ucha. - Co za ludzie! Wybrali sobie taką robotę, a potem gapią się na człowieka jak cielę na malowane wrota - dorzuciła, a jej głos zabrzmiał znów wyraźnie.
- No cóż, prawdę mówiąc, Waleria, klniesz tak, że uszy więdną. Dla kogoś nieprzyzwyczajonego to może być niemały szok. Tym bardziej że na co dzień potrafisz opieprzać ludzi za zwykluteńką "cholerę" - wtrąciła Mela, nie mogąc powstrzymać się od uśmiechu.
- Ale to nie jest dzień jak co dzień! Tylko armagedon, tragedia i pieprzona katastrofa! I w związku z tym, jeżeli się nie wyładuję, klnąc jak szewc, to w zamian będę musiała kogoś zabić, i to ze szczególnym okrucieństwem! A panna delikutaśna lepiej niech przywyknie do tego, że różnie bywa! Nie znoszę, jak ktoś robi z siebie świętoszkę świętszą od papieża! Z jakiej choinki ona się urwała, że robi oczy w słup, a buzię w ciup na zwykłe, zwykluteńkie...
- Dobrze, dobrze, ty mnie, Wal, nie musisz uświadamiać, ja znam cię jak łysą kobyłę i asortyment słów zarezerwowanych przez ciebie specjalnie na takie okazje mogę recytować obudzona w środku nocy! Lepiej zamiast się bezproduktywnie wściekać, powiedz mi, co takiego się tam wydarzyło. Przecież nie dzwonisz do mnie tylko po to, żeby się wyżalić, a dlatego, że dupa ci się pali, a ja prawdopodobnie mogę ugasić ten pożar. A skoro mam być superbohaterką zbawiającą gazetowy świat, to musisz mi podać trochę szczegółów.
- No tak... Szczegóły...
- Tylko takie bardziej szczegółowe niż "jebana katastrofa" i "pieprzony koniec świata" - dorzuciła Mela na wszelki wypadek.
- To tak w skrócie: mowa o wydaniu specjalnym. Magazyn podróżniczy. Rozkładówka. Słowa klucze: podróż z dreszczykiem, Rumunia nieznana, wampiry, ale niekomercyjne. Miałam to wszystko, zanim tego pieprzonego dupka ktoś nie podkupił...
- Dobra już, rozumiem. Rzeczony dupek poszedł do konkurencji, a znając życie, ktoś nie dopilnował podpisania umowy z nim i dlatego nomen omen przez dupka jesteś w czarnej dupie...
- W czarnej dupie to ja dopiero będę, jeżeli tego nie wyprostuję! Ktoś... Mela, żeby to był ktoś, to już by siedział... Co ja mówię, jakie siedział! Wiłby się u mnie na dywaniku w mękach piekielnych! Ale tym kimś do ciężkiej Anielki byłam ja! Nie wiem, jakim cudem nie podpisałam z nim papierów!
- Aha. To mi rozjaśniłaś w głowie.
- Teraz rozumiesz, o czym mówię? Jak nie znajdę rozwiązania, to polecę. - Waleria zniżyła głos nieomal do szeptu.
- Nie polecisz. Ile mamy czasu? - Mela w mig pojęła powagę sytuacji.
- Najpóźniej o piątej nad ranem trzeba wysłać gazetę do druku. Najlepiej, żebym tekst miała do trzeciej, żeby grafik mógł go złamać i przygotować plik do wysyłki. I teraz zasadnicze pytanie, z którym dzwonię: nie masz w swoim archiwum jakichś tekstów o rumuńskich górach, żądnych krwi potworach i takich tam innych atrakcjach?
- No muszę cię rozczarować, o Rumunii nic ci niestety nie napiszę. A przynajmniej nic takiego, co by mogło być choć trochę oryginalne. Skoro twój sprzedajny autor poszedł z tym do konkurencji, to z mojego punktu widzenia temat stracił na atrakcyjności. Ale można to ugryźć inaczej. Postawić na to, co mamy tuż za miedzą. Równie interesującego. Chcesz polowanie na wampiry? Proszę bardzo, mówisz i masz. Wampiryczne pochówki? Nie ma sprawy! Fenomen Tereski Zajęczycy, a do tego Julek spod Dębu też zrobią swoje... To mogę ci zaoferować na już, a właściwie na trzecią nad ranem.
- Matko, poczekaj, bo nie łapię, o czym ty tak dokładnie do mnie mówisz?
- O ratowaniu twojej dupy, Wal... "Ech, ty losie niełaskawy / Jechał cię pies bury / Skoroś obu zadołował / Tośmy przyszli w góry"1 - zanuciła. - To fragment adekwatny do twojej sytuacji, o tym losie niełaskawym i o górach, tak mi się skojarzyło. Bo ja ci wysmażę taki tekst o Bieszczadach, że Rumunia przy nim zblednie i zniknie. A ta piosenka o losie niełaskawym zaczyna się od wspomnianej przeze mnie Tereski Zajęczycy. "U Tereski Zajęczycy / Połonińskiej carycy / Nikoguśko przed sezonem"2 - tak to idzie. I o niej właśnie będzie fragment tekstu, który dostaniesz ode mnie na cito, a dodatkowo okraszę ci go zdjęciami. Tymi współczesnymi i archiwalnymi też, bo takowe posiadam. I dołożę wampiry w ilościach takich, że będzie się można w nich tarzać. I wszystko to, co nadprzyrodzone, bo czego jak czego, ale akurat metafizyki w tych górach jest pełno. Mam to wszystko dogłębnie przemyślane, bo to miał być fragment mojego subiektywnego przewodnika, ale nic mu nie ubędzie, jak kawałeczek najpierw ujrzy światło dzienne w gazecie.
- Matko, Mela, ja cię chyba ozłocę! Napiszesz mi to, naprawdę? Na serio? Na mur beton?
- Na serio, serio i mur, i beton, i - przywołując Szymborską - na dobre, na niedobre i na litość boską. - Uśmiechnęła się szeroko do słuchawki i choć Waleria nie mogła tego zobaczyć, to Mela wiedziała, że przyjaciółka ten uśmiech wyczuje.
- Mówiłam ci już, że cię kocham nad życie? Jeżeli nie, to właśnie mówię! I serio w Bieszczadach wierzono w wampiry? I jakim cudem ja o tym nic nie wiem? - Głos Walerii ociekał podekscytowaniem.
- No wiesz, już tak się utarło, że jak ktoś wspomni o wampirach, to z miejsca przed oczami stają hrabia Drakula i rumuńska Transylwania. A tymczasem żaden rumuński wampir nie powinien pluć nam w twarz, bo mamy swoje własne. Na niejednym starym bieszczadzkim cmentarzu znajdzie się mogiła, w której zmarły ma uciętą głowę położoną w nogach albo ewentualnie przebitą ćwiekiem. Takim podejrzanym albo wyklętym, uznanym za upiory vel wampiry, jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym po śmierci wpychano cegłę w usta, wybijano zęby, łamano nogi albo tak jak już wspomniałam, obcinano głowę. Jak chcesz, to cię kiedyś zabiorę na taki cmentarz. O zachodzie słońca. Wtedy wyobraźnia najlepiej działa. Wyobraź sobie: nieistniejąca już wioska, żeby się do niej dostać, trzeba wejść do ostoi niedźwiedzia, przekroczyć rwący strumień, minąć stojącą w środku lasu pasiekę... A koło niej tylko drzewa - strzeliste i wysokie. I trzepot pszczelich skrzydełek, bzyczenie, a poza tym nic tylko cisza, która swój początek bierze z tamtych lat, gdy w tym miejscu stały domy i tętniło życie. Ta cisza właśnie nasiąknięta jest minionym gwarem, tętni nieistniejącym już życiem, bije rytmem tamtych serc. A potem... Potem należy odnaleźć cmentarz i stare groby, pochylić się nad nimi i pomyśleć, że to w nich zostały pochowane domniemane wampiry...
- Przestań, wariatko! Już mam dreszcze! Brzmi potwornie! Ale jeżeli napiszesz to tak, jak opowiadasz, to prognozuję nam ogromny sukces. Potworności sprzedają się prawie tak samo dobrze jak nagość! Coś mi mówi, że te nasze wampiry będą miały nie mniejsze branie niż te rumuńskie. A jeszcze jak mi powiesz, że ta Tereska Zajęczyca ma coś z nimi wspólnego... - Waleria sugestywnie zawiesiła głos.
- Za dużo byś chciała! To nie Zmierzch. - Mela parsknęła śmiechem. - Tereska Zając z wampirami nie ma nic a nic wspólnego. No może tylko tyle, że tak jak one stała się bieszczadzką legendą i podobnie jak przed wampirami ludzie czuli przed nią respekt. Bo to była twarda kobieta. Prowadziła bar i noclegownię Pulpit w Ustrzykach Górnych. To były zupełnie inne Bieszczady niż te, które my znamy. - W głosie Meli dało się słyszeć rozmarzenie. - Lata siedemdziesiąte. Dzikość, nieliczni turyści... I ci, którzy na nowo zasiedlali opustoszałe tereny. Uciekinierzy - ci, których świat wygnał, i ci, którzy odegnali świat od siebie, ci, którym niestraszne były własne myśli i duchy, bo w Bieszczadach człowiek najczęściej miał do czynienia i z jednymi, i z drugimi. Chyba nawet częściej niż z innymi ludźmi. I żeby w takich warunkach przetrwać i prowadzić bar, to trzeba było mieć twardą rękę i tak samo wielką charyzmę. I Tereska miała i jedno, i drugie. Z tamtejszymi zabijakami dawała sobie radę jak nikt inny. I kompletnie się ich nie bała, choć potrafili budzić lęk nie mniejszy niż buszujące po lasach wilki i niedźwiedzie. A przy Teresce, wyobraź sobie, potulnieli. Jak zarządziła, że koniec żłopania wódy, to było wiadomo, że jest koniec i basta, jak kazała ruszać dupy i się rozejść, to się rozchodzono. Taka swoista wilczyca bieszczadzka z niej była. Lubię o niej myśleć i ją wspominać. I w sumie cieszę się, że wieść o niej trafi do szerszego grona. Bo teraz mało kto spoza Bieszczad o niej pamięta. Właściwie to przetrwała w dużej mierze dzięki tej piosence Andrzeja Garczarka... Tej, której fragment ci zanuciłam. Lubię ją bardzo. Szczególnie końcówkę... - Mela przymknęła oczy i bez zastanowienia wyrecytowała: - "Tapirował górski grzebień / Myśli złe i kosmate / Pod zdziczałą czeresienką / Wioski Wołosate"3. Ten fragment zawsze uświadamia mi, jak bardzo tęsknię za tamtymi miejscami, w których moje myśli też potrafią zhardzieć, i jak bardzo mi niewygodnie tu, gdzie jestem. I z kim jestem... - wyrwało jej się z głębi serca i dopiero gdy przebrzmiało ostatnie wypowiedziane przez nią słowo, zdała sobie sprawę, że nie powiedziała tego do samej siebie, ale do słuchawki, po drugiej stronie której była Waleria.
Przycisnęła telefon mocniej do ucha i przez moment z napięciem wsłuchiwała się w ciszę.
- Mela... - W końcu Wal odezwała się pierwsza. Wypowiedziała jej imię bardzo miękko. - Czy ty chcesz mi coś powiedzieć? Właściwie to miałam zapytać o to już dawno, ale jakoś nie mogłam zebrać się na odwagę. Ale skoro temat niejako sam wypłynął... Od jakiegoś czasu jesteś nieobecna, migasz się od spotkań w naszym babskim gronie, a przecież to już właściwie tradycja, że widujemy się przynajmniej raz na dwa tygodnie. Mnie dopuszczasz do siebie niejako z obowiązku, bo pracujemy razem, ale gdyby było inaczej, też pewnie byś mnie odsunęła. Ale że nie możesz i dzięki temu od czasu do czasu się spotykamy, to widzę, że bledniesz i nikniesz. Co się dzieje? - I ile wspólnego z tym ma ten dupek, dodała już w myślach.
- Nic, kompletnie nic. - Mela przełknęła głośno ślinę i przeklęła w duchu swoją gadatliwość i roztargnienie. - Ogólnie to mam mnóstwo pracy i wyjazdów, dlatego trudno mi jest znaleźć czas na nasiadówki z tobą i dziewczynami. A dziś konkretnie... nie mam po prostu najlepszego dnia i jakoś tak mi się wyrwało. Zresztą znasz mnie, wiesz, że miewam skłonności do przerysowywania. I dostałam okres, a ja zawsze wtedy jestem bardziej marudna... - Mówiąc to, Mela przełknęła głośno ślinę i pomyślała, że Waleria nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo ułatwi jej życie tym nagłym zleceniem.
Przecież Jacek wrócił wcześniej, więc trzeba by mu było się jakoś wytłumaczyć z "niedyspozycji", jak to zwykł z przekąsem nazywać, a tak ekspresowe zlecenie załatwi wszystko. A jeżeli dopisze jej dostatecznie dużo szczęścia, to przez kilka następnych dni będzie tak zajęty, że ten temat zwyczajnie nie zaistnieje.
- A wracając do artykułu, to do wampirów i Tereski Zajęczycy, tak jak ci już wspominałam, na deser dorzucę jeszcze Julka spod Dębu - jak gdyby nigdy nic wróciła do poprzedniego tematu Mela. - Bieszczadzkiego pustelnika. On czasami występuje nago, to przy okazji będziesz miała trochę tej golizny, której pożąda tłuszcza. A teraz, jeżeli mam zdążyć to wszystko wyklikać i przesłać ci dziś w nocy, to muszę kończyć.
- Aha, bujać to my, a nie nas, Mela! Po prostu boisz się, że jeżeli natychmiast nie przerwiesz tej rozmowy, ja wrócę do niewygodnych dla ciebie pytań. - Waleria nie owijała w bawełnę. - I tak, po pierwsze, nie chcesz mówić, to nie mów, ale nigdy więcej nie usiłuj mydlić mi oczu czymś tak banalnym jak okres. Chyba za długo przebywasz w towarzystwie tego swojego Jacusia, skoro używasz gównianych pseudoargumentów, które cuchną na kilometr tym dupkiem. - Pomimo usilnych starań Waleria nie zdołała ugryźć się w język. - Przepraszam, nie chciałam... A właściwie walić to! Czemu mam cię okłamywać! Chciałam, i to jak! I nic nie mogę na to poradzić, że faceta nie lubię. Nadęty, skoncentrowany na sobie bufon! - powiedziała z mocą i chyba po raz setny zadała sobie w duchu pytanie, co, do diabła, Mela w nim widzi. - I nie, nie, nie przerywaj mi - dorzuciła, słysząc, że przyjaciółka bierze głęboki oddech i przygotowuje się do odpowiedzi. - Nie przerywaj, bo ja jeszcze nie skończyłam!
- Domyślam się, bo skoro to było "po pierwsze", to zapewne teraz nastąpi "po drugie" - westchnęła Mela.
- No właśnie, a więc po drugie po prostu pamiętaj, że jestem. Zawsze i o każdej porze. A po trzecie, znam cię i wiem, że teraz się zżymasz, bo wyrwało ci się coś, o czym nie chcesz rozmawiać, a ja z kolei za nic nie chcę dokładać ci zmartwień, więc zrobię to, czego gorąco sobie życzysz: wrócę do tematu, z którym do ciebie zadzwoniłam, i chwilowo nie będę cię dręczyć Jacusiem. Podkreślam: chwilowo - dodała z naciskiem. - A więc przechodząc do sedna: dziękuję ci. Ratujesz mi tyłek. Gdyby mnie zwolnili, niechybnie nie miałabym za co spłacać kredytu hipotecznego i musiałabym zamieszkać pod mostem. A znając moją niechęć do ujemnych temperatur, to wytrzymałabym tam najwyżej do wczesnej jesieni i później musiałabym przenieść się do ciebie, tylko nie wiem, czy Jacuś by to jakoś przełknął...
- Wiesz, jest jeszcze trzecia możliwość, zawsze mogłabyś podnająć jeden z pokoików w Przystani Śpiących Wiatrów, wiesz, w tym dworze, który kupujemy ze Stellą i resztą rodzeństwa, opowiadałam ci, pamiętasz? - Mela się uśmiechnęła.
- Pamiętam. Pokoik we dworze brzmi kusząco, ale jednak wolałabym zostać w swoim miłym i sympatycznym apartamencie w centrum naszego miasta. A skoro już jesteśmy przy temacie tego dworku, to co z nim? Udało się wszystko sfinalizować? Starszy pan w końcu się do was przekonał? Bo o ile dobrze kojarzę, to miał niestandardowe oczekiwania.
- Dobrze kojarzysz, ale na twoje pytania nie ma jednoznacznej odpowiedzi. - Mela oparła się o rozgrzaną słońcem balkonową barierkę. - Bo i tak, i nie. On się niby przekonał...
- To chyba o to chodziło i to było najważniejsze - wtrąciła Waleria. - A poza tym byłoby dziwne, gdyby kręcił nosem. Z punktu widzenia sprzedającego to jest sytuacja idealna, rzadko kiedy teraz zdarzają się tacy nabywcy. Nie dość, że zgodziłyście się, żeby on tam został, bo o ile mnie pamięć nie myli, to na tym mu zależało, to dodatkowo już macie pieniądze. Nie musicie czekać na decyzję banku, a to sporo przyspiesza i ułatwia.
- A wiesz, że odniosłam wrażenie, że nie o to chodzi. - Mela w zamyśleniu pokręciła głową. - Właściwie pieniądze dla Wiktora sta...
- Wiktora? To jest ten obecny właściciel Przystani? - przerwała jej Waleria i Mela wyobraziła sobie, jak przyjaciółka, zadając to pytanie, w zastanowieniu marszczy jasne brwi.
- Dokładnie tak, starszy pan ma na imię Wiktor. Część mieszkańców Kotkowa ma go za dziwaka i szaleńca, ale ja tam uważam, że wprawdzie jest trochę ekscentryczny, ale bez przesady, do szaleństwa sporo mu brakuje. Ale wracając do tematu i pieniędzy, to za każdym razem, gdy Stella zdawała relację z rozmów z nim albo gdy sama się z nim widywałam, bo kilka razy byłam ze Stellą we dworze, to nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że kasa to dla niego sprawa wtórna... Znaczy nie tak, że kompletnie nie zależało mu na kwocie, choć w rezultacie i tak przystał na naszą propozycję, a była sporo niższa niż ta, o której myślał na początku. Ale wiesz, to z całą pewnością nie był priorytet. Jemu zależy przede wszystkim... Hmm... nie wiem, jak to powiedzieć, żeby nie zabrzmieć jak wariatka.
- I tak cię za nią uważam. - Waleria się roześmiała. - Dlatego nie musisz się przejmować. Łatkę stukniętej już masz przypiętą, wal więc prosto z mostu, konkretnie i na temat - dodała.
- Konkretnie, mówisz... To tak najzwięźlej: najbardziej na sercu leży mu zadowolenie dworu - powiedziała Mela i odruchowo zdrapała z balkonowej poręczy złuszczający się kawałek farby.
Balustrada już od jakiegoś czasu prosiła się o odmalowanie, ale Mela jakoś nie miała serca, żeby się tym zająć. Ogólnie ostatnio jakoś tak zobojętniała na wszystko. Nawet skrzynki balkonowe, które co roku z radością obsadzała pelargoniami, teraz straszyły wyschniętą ziemią.
- Masz na myśli to, żeby dwór przeszedł w dobre ręce, żeby ktoś o niego zadbał... - W jej myśli wdarł się głos Walerii.
- Nie, no właśnie nie. Mam na myśli dokładnie to, co powiedziałam. - Mela potrząsnęła głową, odpędzając od siebie niewesołe myśli. - Wiktor chce, żeby dwór w pełni zaakceptował jego decyzję i zaaprobował nowych właścicieli. Ostrzegałam, że może to zabrzmieć dziwnie. Ale jednocześnie to tłumaczy, dlaczego starszy pan tak doskonale dogaduje się ze Stellą. Trafił swój na swego. Bo przecież wiesz, że ona ma też swoiste podejście do takich spraw... I do budynków.
- Pewnie, że wiem, każdy, kto przyjaźni się z twoją siostrą, musi to wiedzieć. Jej słynny podział na domy tęskniące, obojętne i niechętne... Wiesz, że powtarzała mi to tyle razy, że kiedy moja siostra kupowała stare gospodarstwo na wsi, to poprosiłam Stellę, by z nią pojechała? Na całe szczęście dom ponoć okazał się spoko... Ale na wszelki wypadek zapytałam, co należałoby zrobić, gdyby w praniu wyszło, że coś jest nie tak. I wiesz, co mi powiedziała?
- Pewnie, że wiem - roześmiała się Mela. - Że wtedy można wybębnić.
- Dokładnie tak, a potem dorzuciła, że zna takiego jednego gościa, który uczył się wybębniania u mnichów tybetańskich, ale że jej zdaniem to ostateczna ostateczność, bo w ten sposób pozbawia się budynki duszy.
- Zabierasz im wszystko, każde wspomnienie, każdą emocję. To, czym cię straszą, ale też to, co mają piękne i dobre, tylko zapomniane - zakończyła za nią Mela.
- Zgadza się! Powtórzyłaś to słowo w słowo! I wiesz, ja potem tylko się modliłam, żeby siostrze się tam dobrze mieszkało, bo gdyby trzeba było jednak wybębniać, to czułabym się jak zbrodniarka, i to taka najgorsza z najgorszych, kradziejka uczuć! Ale na szczęście nie było takiej potrzeby. A wracając do dworu, to w końcu ten pan Wiktor sprzedaje czy nie sprzedaje? Bo się pogubiłam. A ty kręcisz i nic nie można z tego zrozumieć. Skończyłaś na tym, że jemu chodzi przede wszystkim o dobro domu, cokolwiek to znaczy.
- Znaczy dokładnie to, że jeżeli dwór nas zaakceptuje, to Wiktor nam go sprzeda.
- Czyli co? Macie tam pójść, stanąć w równym rządku, przedstawić się i powiedzieć kilka słów o sobie? A wtedy dwór jęknie w posadach, pochyli swoje bielone ściany, nagnie dachówki i przyjrzy wam się uważnie swoimi małymi, zmrużonymi dworskimi oczkami, wyrabiając sobie o was opinię? - ubawiła się Waleria.
- Zdziwiłabyś się, jak bardzo trafiłaś. Bo musimy zdać coś na kształt ostatecznego testu. Coś jakby rzeczywiście pozwolić mu nas sobie dokładnie obejrzeć. A i tak mamy z górki, dzięki temu, że są nas trzy siostry: ja, Julka i Stella, i jeden brat Beniamin.
- Wyliczasz mi was, tak jakbym w życiu żadnego nie widziała! - parsknęła Waleria.
- A jakoś tak samo mi się powiedziało. Chyba kiedy opowiadam, sama sobie to wszystko porządkuję w głowie. - Mela się roześmiała. - A liczba sióstr i braci ma tu kluczowe znaczenie. To, ile nas jest, pozytywnie usposabia do nas właściciela, a kto wie, może i cały dwór, bo ponoć tak najczęściej bywało w przeszłości w rodzinie pana Wiktora. Rodziły się trzy dziewczynki i jeden chłopiec. Starszy pan opowiadał Stelli, że ten dwór słynął z tego, że był pełen kobiet i zazwyczaj zarządzała nim najbardziej oddana rodzinie i jednocześnie najbardziej charyzmatyczna z tych, które w nim dorastały albo przybywały później i zostawały już na zawsze. Taka, która sprawiała, że wszyscy pozostali, którzy rozpierzchli się po świecie, zawsze mogli wrócić i znaleźć w nim schronienie.
- A, i dlatego teraz rządzi tam Wiktor? Jako najbardziej charyzmatyczna ze wszystkich dworskich kobiet? - zapytała ze śmiechem Waleria.
- Przy Wiktorze coś widać poszło nie tak, bo odkąd pamiętam, mieszkał tam sam. Zero kobiecego pierwiastka. I wyobraź sobie, wyznał Stelli, że ma wrażenie, iż dom ma już dość jego męskich, samotniczych rządów i coraz mocniej się upomina o powrót do starych tradycji. No a u nas kobiet jest odpowiednia liczba wyjściowa i to przemawia na naszą korzyść. Ale jest coś jeszcze i teraz uważaj! Bo właśnie dotarłyśmy do tego testu, który wszystko rozstrzygnie... - Mela zawiesiła głos, stopniując napięcie. - Tadam, tadam, tadam! Zdamy, o ile zdołamy spędzić noc w konkretnym pokoju. Bo jak głosi legenda, tam zamieszkuje rodzinny duch rezydencji. Jakowaś Urszulka, przodkini Wiktora. I jak jej się nie spodobamy, to możemy pożegnać się z dworem.
- No cóż, każda szanująca się posiadłość powinna mieć swojego ducha, choć o takim, z którego zdaniem należy się liczyć w kwestii sprzedaży, jeszcze nie słyszałam. I co, macie zamiar tam spać wszyscy razem czy po kolei? To w sumie fascynujące. - W głosie Wal słychać było zaintrygowanie. - Można by było zrobić z tego tekst o nawiedzonych miejscach...
- A to jest jakiś pomysł, szczególnie na otwarcie naszego gościńca. A wracając do twojego pytania, to jeszcze nie wiem, jak to będzie wyglądało, bo niby ten wymóg nocowania dotyczy tylko Stelli. Zdaniem Wiktora to właśnie do niej dwór ma feblika i ona liczy się najbardziej. Ale naradziliśmy się z Julką i Beniaminem i jednogłośnie postanowiliśmy, że tym bardziej za nic nie pozwolimy jej zostać tam samej. Wiadomo, co takiemu duchowi może chodzić po widmowej głowie?
- A jak na tę waszą nadopiekuńczość zareagowała sama zainteresowana? - zapytała Waleria celnie.
- No tak, na moment zapomniałam, że nie tylko ze mną się przyjaźnisz i że znasz moją siostrę równie dobrze jak mnie... - mruknęła Mela, zagryzając dolną wargę. - Otóż Stella jeszcze nijak nie zareagowała, bo nic nie wie. Poinformujemy ją w ostatnim momencie, tak żeby nie miała zbyt dużo czasu na to, by się bezsensownie opierać. A teraz słuchaj, naprawdę muszę kończyć, bo czas ucieka...
- Fakt. Ale jakby co, to jestem pod telefonem i...
- Melania, długo jeszcze? - W tym samym momencie na balkon wyszedł zniecierpliwiony Jacek.
Meli wystarczyło jedno spojrzenie na jego zmarszczone brwi i na nabrzmiałą, pulsującą żyłę na szyi, żeby wiedzieć, że jest wściekły. I nie krzyczy tylko dlatego, że z balkonu mogliby go usłyszeć sąsiedzi, no i po drugiej stronie słuchawki była jeszcze Waleria. A przy ludziach Jacek nie wybuchał.
- Nie, już kończę. - Mela przymknęła oczy i głęboko odetchnęła. - Waleria, to dam znać, jak ci wyślę... - dorzuciła i pomyślała, że bardzo, ale to bardzo nie chce się rozłączać, bo zakończenie rozmowy znaczyło, że przez najbliższe koszmarne minuty Jacek będzie wrzeszczał i wyrzekał, a potem wprawdzie zamilknie, ale za to będzie krążył wokół jej biurka ostentacyjnie nadąsany. A ona z kolei będzie zmuszona zachować kamienny spokój. Bo jeżeli dałaby się sprowokować, to wtedy dopiero by się zaczęło. I z całą pewnością nie zdążyłaby niczego sensownego napisać, już on by się o to postarał. Jacek już tak miał, że jeżeli coś nie szło po jego myśli, zachowywał się jak mały chłopiec, rozpuszczony do niemożliwości. A dziś nie miała czasu na znoszenie jego humorów. Jeżeli ma się wyrobić z artykułem, to potrzebuje spokoju.
Otworzyła oczy i jeszcze raz spojrzała na stojącego w uchylonych balkonowych drzwiach mężczyznę. Na jego zmrużone oczy i zaciśnięte w wąską linijkę usta. A potem poczuła, jak jej palce zaciskają się na trzymanej przy uchu komórce, i ku swojemu zaskoczeniu usłyszała swój własny głos:
- A tak, dobrze słyszałaś, Wal, to Jacek. Wrócił wcześniej i wiesz co, masz rację, to jest bardzo dobry pomysł, żebym w takim razie pracowała w redakcji. I świetnie się składa, że jesteś praktycznie pod naszym blokiem i możesz mnie zabrać. - Zamilkła, bo wszystko to powiedziała na wydechu i musiała zaczerpnąć powietrza.
- Już po ciebie jadę. - Wal wykorzystała chwilę ciszy, żeby odpowiedzieć na tę zaszyfrowaną wiadomość i dać Meli do zrozumienia, że zorientowała się, o co chodzi.
- Super! To ja w takim razie za dwie minuty będę na parkingu przed cukiernią - powiedziała Mela i poczuła ulgę.
Rozłączyła się i jak gdyby nigdy nic wsunęła telefon do kieszeni swetra.
- W gazecie mamy pożar, ale dzięki temu wpadło mi rewelacyjne zlecenie, które jednocześnie może być reklamą mojego przewodnika - zwróciła się do stojącego na wprost niej Jacka. Ze wszystkich sił starała się mówić lekko. - A skoro tobie trafił się dzień wolny, to bez sensu, żebyś musiał chodzić po domu na paluszkach, bo ja przecież będę potrzebowała ciszy. Wal zabierze mnie do redakcji - dorzuciła, przechodząc obok niego i pakując do plecaka laptop i papierowe teczki leżące na biurku.
- Wal zabierze cię do redakcji! Cudownie. - Jacek wszedł za nią do mieszkania, zmrużył jeszcze bardziej oczy i zacisnął szczękę. - W takim razie jedź! Z tego, co słyszałem, ona już tu jest, więc moje zdanie się nie liczy i rzeczywiście porozmawiamy, gdy wrócisz - dodał ze źle skrywaną wściekłością, a jego ostatnie słowa zabrzmiały złowieszczo.
- Ale ty na mnie nie czekaj, bo gdy wspomniałam o pożarze, to ani trochę nie przesadzałam, posypało się na całego i dlatego mój artykuł ma być obszerny, zejdzie mi się z nim do późna w nocy - powiedziała, wsuwając stopy w tenisówki.
A potem najszybciej, jak się dało, wyszła na klatkę. Gdy zbiegła piętro niżej i usłyszała dźwięk zamykanych drzwi od mieszkania, poczuła, jak z serca spada jej kamień. I była pewna, że gdyby teraz stanęła na wadze, ważyłaby o kilka dobrych kilogramów mniej.