Przepowiadanie przeszłości
Być może skarżysz się na to głośno, a być może nie masz nawet odwagi tego wyszeptać. Jednak każdym porem skóry czujesz, że zasługujesz na lepsze życie, w głębi serca pragniesz o wiele więcej. I twój Bóg właśnie przychodzi po to, żeby dać ci to "więcej", żebyś mógł już teraz bardziej żyć.
Ludzie nie imają się złych uczynków, bo "ukochali ciemność". Dokonują ich, ponieważ wydaje im się, że nie mają wyboru, że nie stać ich na nic lepszego. Albo ulegli kłamstwu, że to już wystarcza, aby uważać się za dobrych i odzyskać utraconą aprobatę. Zadaniem chrześcijaństwa jest ukazywać lepszą alternatywę i stawiać wyższą poprzeczkę wobec tego, co już znane i tyle razy zawiodło.
Pytanie: Czy da się zaufać Bogu wtedy, kiedy jest źle, gdy wszystko idzie źle?
Odpowiedź: Tylko wtedy da się zaufać, bo kiedy już jest dobrze, zaufanie nie ma żadnego zastosowania.
Wniosek: Najpierw zaufanie, potem odmiana sytuacji - nie odwrotnie. Dla Boga zaufanie gwarantuje wysłuchanie, podczas gdy człowiek wolałby wpierw zostać wysłuchany, a dopiero wówczas jest gotów zaufać - na ten jeden raz, tymczasowo.
Nie musisz mieć intuicji, że możesz zaufać Panu; potrzebujesz samego zaufania, a nie intuicji. Bóg opiekuje się tobą, bo tego potrzebujesz, a nie w ramach nagrody lub przynęty. Jeżeli faktycznie jest tak, jak zauważył Derek Landy, że rozwiązanie problemu polega na zmniejszeniu odległości pomiędzy nimi (problemem a rozwiązaniem), to musimy zbliżyć się do Pana na krótszy dystans niż ten pomiędzy nami a problemem; Bóg musi być bliżej w naszym sercu i w naszym wzroku. Nie możemy żyć problemem; musimy żyć nadzieją rozwiązania problemu. Spodziewać się rozwiązania.
Jeśli w swoim sercu odkrywasz Boga, któremu nie zależy serdecznie na twoim uzdrowieniu, to jak możesz zostać uzdrowiony? Z takim Bogiem to przecież niemożliwe. Znasz co prawda katechizmową prawdę, że Bóg jest dobrem i daje samo dobro, jednocześnie jednak obawiasz się, że gdy już otworzysz to pudełko od Boga z napisem "dobro", to jego zawartość nie będzie miała wiele wspólnego z tym codziennym, zwyczajnym, normalnym dobrem, które jest ci tak bardzo potrzebne: odzyskaniem równowagi psychicznej i pogody ducha, przywróceniem szacunku i godności, odbudowaniem szans, nadziei i radości życia. Dokładnie tych rzeczy, które codziennie starają się ukraść i zniszczyć nam diabeł oraz jego nieświadomi współpracownicy, w tym nasz wewnętrzny oskarżyciel na całodobowym dyżurze.
Jeżeli latami starasz się i modlisz o konieczną zmianę, ale ona nie następuje, to może oznaczać tylko jedno: nie spodziewasz się tak naprawdę ocalenia, bo wierzysz w takiego specyficznego Boga, który nie słucha próśb. Inaczej wiedziałbyś z góry, że w nadziei już jesteś ocalony, a twoja sytuacja niechybnie się zmieni, i nie musisz znać czasu ani sposobu, jakim posłuży się Pan, żeby w to wierzyć. Po prostu wbrew obecnym doświadczeniom, "na złość" swoim obawom, ty właśnie spodziewasz się dobra (por. Syr 2,9). I tak właśnie jest, bo "On twoje dni nasyca dobrami, odnawia się twoja młodość jak orła" (Ps 103,5). Z Nim odzyskujesz to, co ci rzekomo na zawsze już odebrano, i On daje ci nowy czas na to, na co już pozornie za późno, żeby być szczęśliwym. Skoro On sam nakazał nam wzajemnie się miłować, tak jak On nas umiłował, Jego wzorem, to znaczy, że nikomu innemu (łącznie z tobą samym) nie zależy bardziej na twoim uzdrowieniu i podniesieniu z nieszczęść i bezsilności niż Jemu. On nie pracuje nad naszymi głowami, bez naszego udziału, tylko pośród nas, razem z nami - realnymi; wciągają Go i pochłaniają nasze sprawy. To On nam je powierzył. I On układa z nich opowieść, która wynosi nas stopniowo na poziom Jego spraw, czyli na zawrotny poziom Nieba.
Wielu wierzących uważa, że psychologia jest niepotrzebna, a nawet podejrzana - nic dziwnego, skoro wierzą oni w Boga, któremu nie zależy na ich zdrowiu i powodzeniu, na ich pomyślności (w ich uszach "nie za wszelką cenę" brzmi zupełnie jak "wcale nie"), a jedynie na pokucie, wyrzeczeniach i cierpiętnictwie.
Nigdy nie opowiadano ci dla odmiany o Bogu, który pragnie dla ciebie satysfakcjonującego życia i który chce cię uczynić zaradnym oraz spełnionym - prawda? Brzmi jak herezja albo zbyt piękna bajka? No to posłuchaj, zanim znów uciekniesz w zniechęcenie i niewiarę. Musisz wiedzieć, że On sobie ceni ciebie, a nie to poczuć. Prawdy doświadcza się wyłącznie wtedy, gdy się ją uzna za taką i podda się jej bez żadnych wstępnych warunków. Jeśli wierzysz głęboko w Boga, który ignoruje twoje potrzeby i nie wysłuchuje modlitw, to stanie ci się dokładnie wedle twojej wiary, a mianowicie twoja modlitwa nie zostanie wysłuchana. Wierzysz w nie tego Boga, co trzeba - w Boga przykrojonego do twoich umniejszających przeżyć, do twojego doświadczenia braku. Wtedy, gdy zrozumiesz, że każda trudność i doświadczenie oraz każdy nowy dzień stanowią element z góry zaplanowanego treningu Boga, mającego przygotować cię na rozpoczęcie szczęśliwego życia, na spełnienie twoich marzeń - zarówno tutaj, pośród niedostatków, jak i w wieczności (por. Mt 19,29) - wówczas nie będzie ci żal przechodzić przez te doświadczenia, a każdy nowy dzień będziesz witał z entuzjazmem i ekscytacją. Wszak zbliża się spełnienie twoich marzeń! On sam po to umieścił je w twoim sercu. Wtedy powiesz: "Skoro prowadzisz mnie do rozwiązania moich konfliktów i uwolnienia od udręk, to nie żal mi ani jednego kilometra drogi, którą mi każesz w tym jedynie celu pokonać, Boże"!
Znaczącą część tej podróży należy paradoksalnie odbyć wstecz, udając się do własnej przeszłości i spotykając w niej młodszą wersję samego siebie.
To wszystko przypominaj, dając świadectwo w obliczu Boga, byś nie walczył o same słowa, bo to się na nic nie przyda, [wyjdzie tylko] na zgubę słuchaczy. Dołóż starania, byś sam stanął przed Bogiem jako godny uznania pracownik, który nie przynosi wstydu, trzymając się prostej linii prawdy.
(2 Tm 2,14-15)
Jakkolwiek wielu nauczycieli, liderów, coachów i psychologów wzywa do stanięcia w prawdzie i poznania prawdy o sobie, okazuje się, że mają oni na myśli zupełnie różne rzeczy, nierzadko zniekształcone ich chęcią zmieniania rzeczywistości lub wręcz całkowicie wyssane z ideologicznego palca. Parafrazując Tezę 11 o Feuerbachu K. Marksa, autora większości błędów współczesnego myślenia, można powiedzieć, że psychologowie w pewnym momencie zaprzestali opisywania tego, jak rozumuje i odczuwa człowiek, a zapragnęli to kształtować, zmieniać wedle swojej wizji; z naukowców stali się ideologami (Historia antykultury, K. Karoń). Prawda prawdzie nierówna1. "Czy może niewidomy prowadzić niewidomego?". Paradoksalnie tak, bo tylko ktoś doświadczony w ślepocie może nauczyć orientacji innego ślepego (por. Hbr 5,2), ale jedynie wtedy, gdy sam pojmie ogrom swojej ślepoty i zrozumie, jaki szeroki świat - świat barw i odcieni, kształtów, drzew i osób, ulic i budowli - znajduje się poza ciemnością jego wzroku, na zewnątrz niej, i sam zapragnie szukać uzdrowienia, odnaleźć się w tej szerszej rzeczywistości, stać się częścią większego Królestwa, które przerasta jego zmysły i jego mądrość. Nasze "prawdy", z którymi żyjemy, nosimy się i zmagamy przez całe życie, osaczają nas i ograniczają, budzą poczucie zmęczenia, wyczerpania, goryczy i cichej rozpaczy. Albo są płaskim triumfalizmem, zagarnianiem pociech i wrażeń na chybotliwą stertę, kurczowym trzymaniem się osiągnięć i zakrzykiwaniem własnego serca, że przecież jestem szczęśliwy i że jest mi dobrze, więc o co ci chodzi? Już na pierwszy rzut oka widać, że taka "prawda" nie może pochodzić od Boga Miłości, który niesie ocalenie i któremu na nas zależy. Cóż jednak z tego, skoro rzekomo nie mamy wyjścia, bo jest to jedyna wersja opowieści o nas, jaką znamy i jakiej nauczyli nas opiekunowie, świat, rodziny, osoby znaczące? Nasze wewnętrzne dziecko zostało skrzywdzone, a jego postrzeganie siebie - trwale wykrzywione. Czujemy się lojalni wobec tych "prawd" i bronimy się przed zmianą, a w najlepszym wypadku - czujemy bezsilność wobec nich. Zahamowują nas one i podsumowują.
Otóż musimy powrócić do źródeł - do czystych źródeł Prawdy, bez żadnych domieszek. Potrzebujemy usłyszeć ją i - co więcej - doświadczyć jej autentycznie, przeżyć ją - z ust, serca i z dłoni prawdziwego Autorytetu, zawsze prawdomównego i przemawiającego do nas z mocą, bo tylko taki może zanegować naszą słabość i niewiarę, krzywdy i katastrofy - skuteczny i większy od nich wszystkich. Musimy ponownie usłyszeć prawdę z przeszłości o nas - dobrych, kochanych, potrzebnych - bez zniekształceń. Potrzebujemy Boga i tego, co On sam nam obiecuje - Jego ocalenia i aprobaty, Jego wezwania i dziedziczenia przez nas królewskiej godności, której nikt i nic nie może nam odebrać, a wobec której wszystkie inne sukcesy i stanowiska są po prostu śmieszne. Bóg chce nam zwrócić i odtworzyć w nas te szanse i pomyślność, które On życzył sobie nam dać i nigdy nie cofnął swojego postanowienia, a które zostały opóźnione i zakryte przed nami przez wpływ grzesznego świata i tych, którzy mieli wykonać Jego wolę wobec nas, ale zawiedli zaufanie2. Te skarby nadal czekają na nas, nienaruszone i gwarantowane przez Pana; nie jest zbyt późno, żeby je w całości odzyskać. Musimy zanieść tę Dobrą Nowinę sobie samemu w przeszłości, temu skrzywdzonemu dzieciakowi (ponieważ problemy, które powstały w przeszłości, rozwiązuje się wyłącznie, wracając do przeszłości i przeżywając ją prawidłowo!) i oddać mu wszelkie ciepło, dowartościowanie, szacunek i czułość, których został pozbawiony, a które gwarantuje mu Bóg. Ludzie przekonywali go, że sobie nie poradzi - teraz my musimy do niego powrócić, żeby go przekonać o Bożym słowie do niego skierowanym: "Dasz radę, Ja jestem z tobą, przejdziemy przez to razem, Ja ciebie nigdy nie opuszczę". I właśnie przewodnikiem do przeszłości, do odzyskania własnej przeszłości na dobrą przyszłość, jest książka, którą trzymasz w ręku. Zanim twoje dziecięce autorytety rozpoczęły w twoim dzieciństwie swoją pomniejszającą, upokarzającą narrację o tobie - aż sam nauczyłeś się traktować nią siebie samego - na początku, przed nimi, był Bóg.
Czy odważy się ktoś z was, gdy zdarzy się nieporozumienie z drugim, szukać sprawiedliwości u niesprawiedliwych, zamiast u świętych?
(1 Kor 6,1)
On był pierwszy i opowiedział piękną, wzniosłą i prawdziwą historię o nas; chciał nas w niej przekonać, że nasze życie może być udane i pomyślne - zanim ludzie zaczęli nas osądzać i umniejszać, opowiadając swoją opowieść o nas nic niewartych i nieudolnych, którzy nie są w stanie sobie poradzić (albo: którzy muszą za wszelką cenę sobie poradzić, choćby trzeba było w tym celu uśmiercić swoje marzenia i wrażliwość). Najszczerszym życzeniem diabła było ukradzenie ci skarbu i zastraszenie cię, zniechęcenie cię do życia do tego stopnia, abyś nigdy się o ten skarb nie upomniał; ale oto przychodzi Bóg, żeby pomóc ci odzyskać zrabowane kosztowności. Najpierw musi opowiedzieć ci o nich piękną baśń, przemawiającą do wyobraźni legendę, aby zyskać twoją uwagę i wiarę w tę Jego opowieść o tobie - jako o bogaczu, o dziedzicu fortuny. Bóg był pierwszy i trzeba wrócić do Jego prawdy, porzucając "prawdę" tego świata, przekazywaną nam choćby i w najlepszej intencji, tyle że osądzającą nas, czyniącą nas wiecznie spragnionymi aprobaty egocentrykami i przyznającą nam bardzo niewielką wartość, wolność i nadzieję. Jeśli wpatrzymy się we wzrok Boga, w to, jakimi zwycięzcami On nas autentycznie widzi, to nie będziemy już więcej chcieli być postrzegani w inny sposób, nawet przez siebie samych. Natomiast kiedy, na skutek prowadzonej wobec nas pedagogiki wstydu, sami sobie odmówimy prawa do bycia kochanymi, to Bóg nie będzie nas kochać na siłę i przed tym bronić - uszanuje nasz wolny wybór bycia niekochanymi i będzie jedynie czekał, aż przestaniemy siebie w ten sposób karać oraz pozwolimy sobie wreszcie na spotkanie z miłością. Dramatyzm tej sytuacji polega na tym, że to my sami musimy zechcieć przestać podtrzymywać swoją wyuczoną bezradność; Bóg nie może uwolnić nas od czegoś, czego się z całej siły kurczowo trzymamy, a już zwłaszcza, kiedy to coś faktycznie nie istnieje - żyje jedynie w naszym umyśle i przekonaniach. Niektórych, tych najwrażliwszych, paraliżuje myśl, że korzystając ze swojej wolności, są winni tego, że z ich działania może wyniknąć zło - tymczasem to Bóg udzielił im wolności z pełną premedytacją i zaufaniem, i ze spokojem. On sam ryzykuje (co najmniej niezrozumienie Jego intencji) i chce, żebyś i ty zaryzykował wraz z Nim. Nie da się tego zagrać bezpiecznie: jeśli mamy czynić dobro, musimy ryzykować, że wyjdzie źle, i nie wolno, żeby nas to ryzyko powstrzymało od działania w ogóle. Trzeba tylko działać roztropnie, dokonując bilansu zysków i strat oraz zachowując pokorę.
W nasze rozmyślania wplećmy poezję Justyny Kantorowicz (www.justynakantorowicz.com), współczesnej poetki i śpiewaczki, a zarazem logopedy poświęcającej swoje talenty dzieciom z zaburzeniami rozwojowymi. Wszystkie wiersze zamieszczone w niniejszej książce, poza tym na ostatniej stronie, są jej autorstwa.
Ocyroe
Nie chciałam widzieć, lecz spać też już nie
mogłam.
Nie chciałam wiedzieć, lecz rozum mój nie
rozumiał bezczynności.
Sok z zakazanego owocu kapał mi na głowę.
Uciekłam i z deszczu wpadłam pod rynnę.
Zaszantażowano mnie nieraz i wypowiedziałam
co myślę.
A każda moja myśl była prawdą.
Za tę nadludzką niepełnosprawność zostałam
ukarana.
Przy kolejnym szantażu zaryczałam już,
zarzuciłam grzywą i uderzyłam kopytem.
Niewiele się w sumie zmieniło.
Dalej jeżdżą mi po grzbiecie i wciąż utylitaryzm
jest najważniejszy.
Nadal nie jestem szczęśliwa.
Moje ryki odstraszają tak samo, jak wymawiane
wcześniej słowa.
Już nie czytam przyszłości i nie boli mnie już
głowa.
Ale przynajmniej jestem świadoma tej
nieuzasadnionej reinkarnacji.
A teraz kłusem w nieznane.
Jeśli my traktujemy serio wydarzenia z życia Chrystusa i Jego dzieła, On traktuje poważnie również wydarzenia z naszego życia i wchodzi w nie, aby nadać im zupełnie inny wymiar i o wiele szczęśliwsze przebieg oraz zakończenie. Miłość nie spocznie, dopóki nie znajdzie rozwiązania dla bolączki ukochanego i nie weźmie go w obronę. Miłość nie stwarza potrzeb w sercu człowieka tylko po to, aby ten cierpiał ich frustrację - to próbuje osiągnąć szatan - ale pomaga mu je zrealizować, a nawet przekroczyć. Nie podlegamy już dłużej ludzkim przekleństwom z naszej młodości: "A nie mówiłem", "Zobaczysz, to się źle skończy", "Przecież ty sobie nie poradzisz". Nasze wewnętrzne fałszywe przekonania, odziedziczone po takich nauczycielach, sprawiają, że nawet normalne sytuacje i zwyczajne nieporozumienia traktujemy jak wyrządzaną nam krzywdę, odbieramy jako atak i naruszenie granic coś, co wcale nim nie było. A nawet jeśli było, to w końcu od kogo czerpię moją wartość i samoocenę? Od opinii ludzi, którzy popełniają błędy, jak i ja sam? Ale teraz rada i dawanie jej sobie pochodzi od Tego, który nas specjalnie w tym celu obrał na to miejsce i błogosławi na ten czas. Zrobił to z wyprzedzeniem, w przeszłości, która wypełnia się dziś. Bóg nie przychodzi w naszych czasach, żeby składać obietnice, już nie - On przybywa je wypełniać.
A głosimy to nie uczonymi słowami ludzkiej mądrości, lecz pouczeni przez Ducha, przedkładając duchowe sprawy tym, którzy są z Ducha. Człowiek zmysłowy bowiem nie pojmuje tego, co jest z Bożego Ducha. Głupstwem mu się to wydaje i nie może tego poznać, bo tylko duchem można to rozsądzić. Człowiek zaś duchowy rozsądza wszystko, lecz sam przez nikogo nie jest sądzony.
(1 Kor 2,13-15)
Rzeczywistość, która należy do Chrystusa (Kol 2,17), nie polega na godzeniu się na braki i bezsilność oraz składaniu z nich abstrakcyjnej, cierpiętniczej ofiary. Bóg jest nieprzejednanym wrogiem i ucieleśnionym przeciwieństwem braku i bezsilności, nie zaś ich taktycznym sojusznikiem. Nawet one służą Jemu i Jego celowi, jakim jest doprowadzenie każdego do szczęścia, do prawdy o dobrym zdaniu Ojca o mnie i o dziedziczeniu Jego fortuny. Tylko wróg pragnie dla nas, żebyśmy zapuścili się, zaniedbali, zrezygnowali - albo przeciwnie, dramatycznie martwili się o swoje zdrowie i los. Zbawienie rozpoczyna się już tutaj, a jego pierwszymi owocami jest uwolnienie nas z niewoli narzuconych nam krzywdzących przekonań, sztywnych schematów zachowań i wyuczonej bezradności. Duch Boży jest wiatrem w nasze żagle. "Wieje, kędy chce", ale zawsze przy nim żegluje się w stronę Raju - Domu, w którym wszyscy są z ciebie dumni.
Kiedy nie śpię i gdy nie pracuję, okazuje się, że nie potrafię żyć, bo zaczynam wyłącznie zajadać zmartwienia lub zagłuszać je zgiełkiem, bawić się (do upadłego), uciekać od pustki, lękać się o przyszłość, przejmować się czyjąś opinią lub złościć. Umiem zatem dosyć nieźle zdefiniować i dobrze robić każdą z tych wymienionych rzeczy, ale nie wiem, co by ze mnie stałego pozostało, gdybym odjął je wszystkie jedna po drugiej: jak się odnaleźć w przerwach pomiędzy nimi (dlatego zostawiam ich tak niewiele), jak żyć - nie wiem nawet, co to znaczy żyć? Kim być, co o sobie myśleć? Jak przeżywać życie, żeby nie było tylko przeżyciem (w obu rozumieniach słowa: albo pogonią za emocjami, albo ledwie przetrwaniem)? Żyć tak, żeby życia nie tracić, by nie przeciekało bezsensownie pomiędzy palcami, żeby teraz nie stawało się bezustannym ciągiem niedokończonych kiedyś? Jak mam przebywać swoim umysłem tu i teraz, a nie przebiegać ciągle różnych scenariuszy porażek w przyszłości lub stale nie odsiadywać wyroków z przeszłości? Po czym w ogóle poznaję, że żyję (na wyższym poziomie niż biologiczna wegetacja, przemiana materii)? A po czym poznam, że mam prawo żyć, że mam szanse żyć? Kto mi to powie? Chrystus naucza i wyjaśnia: "Żyjesz wtedy, kiedy jesteś kochany i chciany, i wiesz o tym. Wtedy wiesz, że żyjesz. Wtedy chcesz żyć i dzielić to doświadczenie z innymi. Do takiego życia zostałeś imiennie zaproszony. Wezwany, wybrany".
Zaistniałeś i nadal istniejesz tylko w tym celu: żebyś był kochany (miał kogoś, kto bezinteresownie obdarza cię dobrem, kto cię uczci), chciany (aby ten sam ktoś przyjmował od ciebie - żebyś ty miał komu dawać, powierzać, wyrzucać z siebie) i żebyś dobrze o tym wiedział. Nie: "przekonał się", ale "wiedział" i doświadczał, kontemplował ten stan. Znajdował się w nim, zażywał go (o. J. M. Bocheński). Przyjął go jako bezdyskusyjny fakt, jako fundament.
Pytanie: Dlaczego nie doświadczam pocieszenia od Boga?
Odpowiedź: Ponieważ nie ma powodu, żeby pocieszać zwycięzcę. Nie jest stosowne ani celowe okazywać współczucie wygrywającemu i litować się nad tym, który będzie królować na wieki.
Wniosek: Masz w sobie wszystko, co jest wystarczające do doświadczania szczęścia, jeszcze tylko tego nie użyłeś, licząc na to, że ktoś zrobi to za ciebie. Odwagi.
Osoba, która ma ugruntowane poczucie czci wobec swojej istoty, nie będzie sięgać po grzech, bo może on jej dać doświadczenia jedynie poniżej jej godności, a zatem byłaby na tym stratna. Kiedy grzeszymy, rezygnujemy z odczuwania szacunku do siebie samych, ale nie Bóg z okazywania go nam! Czyli: ta sama przyczyna i źródło naszej czci niezmiennie obowiązują i możemy do nich bezstratnie powrócić. Bronimy swojej wzniosłości, dopóki (albo: odkąd) wierzymy w jej prawdziwość. Masz obowiązek, w imieniu twojego Pocieszyciela, powitać ciepło i uczcić każdego kolejnego dnia osobę, którą widzisz w lustrze, tak, aby zrozumiała, że jest tu mile widziana. Wedle metody filmowego doktora Janusza Korczaka - który polecił zlęknionemu dziecku, gdy jest samo, głaskać jedną dłonią swoją drugą dłoń - masz stanąć w roli pocieszyciela i obrońcy tego wystraszonego dzieciaka, który mieszka w tobie; słowem: wystąpić jako gorący stronnik swojego "ja" (metodologia jest opisana w mojej książce Psychoterapia Ewangelią 3, szczególnie w rozdziale 3). Masz jednak docelowo głaskać swoją wystraszoną duszę, koić swoje zbiegłe na pustkowia dzikie serce3. Mówimy tu o higienie myśli, bo z krzywdzących przekonań rodzą się negatywne emocje. Aby komputer (albo człowiek) pracował optymalnie, zarówno oprogramowanie należy pozbawić błędów oraz wirusów (terapia psychologiczna), jak i sam sprzęt musi być serwisowany i pozostawać w dobrym stanie (dieta naturalna). Cenne wskazówki co do tego drugiego odnajdziesz w książce Żywność, która leczy umysł napisanej przez psychiatrę żywieniowego Georgię Ede, oraz w jeszcze innej, pod tytułem Niacyna w leczeniu. Ja, z racji mojej profesji, zajmę się tu natomiast psychologią i terapią.
Bywa, że ludzie są kuszeni i aż się wewnętrznie trzęsą, bo wiedzą, że wcześniej czy później upadną; upadają więc dla spokoju, żeby to nieuchronne już nadeszło4. Często, kiedy człowiek nie czuje pocieszenia i pochwały za dobry uczynek, kiedy zaniedba mentalne "pogłaskanie się po dłoni", wówczas popełnia dla odmiany grzech, ale bynajmniej nie na przekór, złośliwie. Po prostu podświadomie broni w ten sposób czystości swojego obrazu Boga, którego za pomocą własnego upadku zwalnia z obowiązku nagrodzenia go i wyróżnienia (w ramach obecnej kary za grzech), czyli po prostu zapewnia swojej wizji Boga alibi i tym samym redukuje dysonans poznawczy, że tej nagrody nie otrzymał, ponieważ obecną sytuacją udowodnił, że na nią nie zasługuje; może nadal wierzyć w nagrodę oraz w swój idealny obraz siebie, który zasługiwałby na nagrodę - znowu ma się o co starać, na co zasługiwać - zamiast zmienić obraz Boga i siebie na adaptacyjny, czyli właściwy. Jest to myślenie dwumodalne, typowe dla wczesnego dzieciństwa, gdzie Rodzic może być tylko dobry, a zatem, jeśli mam z Nim jakąkolwiek niezgodność, to ja, przez implikację, muszę okazać się całkowicie zły, na całej linii, i muszę tak o sobie myśleć. Zachowuję się tak, jakby jeden zły uczynek (mój lub wręcz innych wobec mnie) przekreślał i unieważniał wszystkie dobre, które stały się moim udziałem - w tym również na przyszłość - i jak gdyby okazanie słabości odbierało mi moralne prawo do cieszenia się już odtąd czymkolwiek oraz doświadczania dobra, miłości i życzliwości. Przykleja się do mnie negatywny afekt i zalega. Wchodzę w przypisaną mi rolę czarnego charakteru - zawstydzonego, słusznie ukaranego, po którym nie należy się spodziewać nic dobrego ani tego, że sobie poradzi5. Oczywiście, opiera się to na zupełnie błędnym założeniu, ale tak już działa ludzki umysł, dopóki nie zdoła wypracować głębszego, bardziej abstrakcyjnego (a więc i bardziej kosztownego energetycznie), zrównoważonego myślenia. Jakże naturalne wydaje się uczucie nienawiści i pogardy do siebie samego! W ogóle nie musimy się starać ani zachodzić w głowę, żeby powiedzieć sobie od ręki coś przykrego w duchu. Tymczasem błogosławieni, którzy nie doznają pociechy, ale pozostają głęboko wierzący w to, że ona nastąpi, że nieuchronnie nadejdzie, bo gwarantuje ją Bóg (por. Syr 2,1 i nn.). Paradoksalnie, im bardziej są rozczarowani, tym bardziej spodziewają się, że nastąpi odmiana ich losu, bo usłyszeli Osiem Błogosławieństw i postanowili potraktować je serio. Nigdy nie zgodzą się na obraz Boga, który przeznaczył im spełnienie ich rodowych (rodzicielskich) klątw oraz utratę wszystkiego - choćby nawet tak to teraz wyglądało - i każe się pogodzić z tym, że nie będą już nigdy nikim więcej, nie odzyskają nic z tego, co Ojciec dla nich przewidział, a ludzie odebrali, zawiedli w przekazaniu im tego, nauczyli ich wstydzić się siebie i rezygnować z siebie - bo to nie jest Pan Jezus z Ewangelii. Tylko tylko ktoś podszywający się pod Chrystusa, kto stara się im wmówić, żeby przestali wierzyć w możliwość i realność uzdrowienia, żeby przestali żywić nadzieję, żeby się pogodzili z życiem poniżej swojego poziomu i ze swoją niepełnością - zamiast uczynić ją tematem oraz motywem ich wytrwałej i ufnej współpracy z Bogiem, mającej na celu odtworzenie tej wzniosłości, godności i piękna, które On im od początku przeznaczył.
Którzy boicie się Pana, zawierzcie Mu,
a nie przepadnie wasza zapłata.
Którzy boicie się Pana, spodziewajcie się dobra.
(Syr 2,8-9)
Psychologicznie rzecz ujmując, nawet psychozy i epizody psychotyczne zaczynają się od zranionego dziecka, któremu wmówiono, że jest nic niewarte, nie zasługuje na uwagę i nie może oczekiwać na nic wielkiego. To tam następuje "odpalenie", uruchomienie choroby: te krzywdzące przekonania oraz odebrana pozytywna samoocena, której nie zdołano przed nimi obronić, leżą z reguły u źródeł psychozy. To jej wyzwalacze, drenujące już dalej nasz biologiczny układ odpornościowy, antyutleniania i przeciwzapalny. Umysł, słusznie co do zasady, ale w niefortunny, chorobliwy sposób, zaprzecza tej tezie i buduje ksobne, wielkościowe urojenia, które mają dać osobie zastępczy świat wielkich (przerażająco wielkich) wydarzeń, których jest głównym (choć w rzeczywistości iluzorycznym i bezsilnym) bohaterem. I tak samo uzdrowienie - nie ignorując koniecznych leków, terapii, suplementacji diety - musi rozpocząć się od uleczenia tych krzywdzących przekonań, które dały asumpt do zachorowania, niezależnie od późniejszych objawów i rozwoju choroby. Leczenie inne niż objawowe rozpoczyna się w chwili, gdy uświadomi się człowiekowi, że istnieje inny, niż urojeniowy, autentycznie lepszy świat Bożej opowieści, w którym on naprawdę jest kimś wielkim, ma prawo takim być i jest podmiotem - ma kontrolę nad zachowaniami; czyli znowu: jest kochanym, chcianym i wie o tym. W ten sposób urojenia stopniowo przestają być umysłowi potrzebne (jako swoiste manifestacje potrzeb i lęków o ich niespełnieniu), opada poziom stresu i słabną czynniki ryzyka epizodu (ataku), tworzy się bufor bezpieczeństwa utkany z prawdziwej wzniosłości człowieka (por. Ps 103,3-6), której on tak dramatycznie poszukiwał.
Dzieci uczą się poprzez modelowanie zachowań obserwowanych u osób znaczących (A. Bandura); można zatem w dziecku wymodelować lękowy styl przywiązania, uciekanie do własnego, hermetycznego świata fantazji, a nawet własną (rodzica, opiekuna) skłonność do depresji, jeżeli dzieci oglądają nas takimi. Dziecko nie potrzebuje wykładu i suchej informacji na życiowe tematy (a tym mniej - zestawu niezrozumiałych rozkazów), ale żywego, działającego w praktyce u dorosłego przykładu bezpieczeństwa, spokoju, dzielności i pewności siebie. Czasem, w obliczu nierozstrzygalnego, obsesyjnego i urojonego dylematu u dziecka, wystarczy zapewnienie dorosłego: "Ja biorę to na siebie. Zwalniam cię z niepewności, z wyrzutu sumienia, z poczucia bycia niegodnym i z poczucia winy. Nie musisz się już tym dręczyć". Pan Jezus także uczył własnym przykładem i również ciebie uwalnia z win, rozwiewa wątpliwości i bierze na siebie ludzkie nerwice oraz wszystkie te nierozwiązywalne sploty akcji i reakcji, bycia jednocześnie sprawcą i ofiarą, żeby nie trzeba się było nimi zadręczać i dzielić włosa na czworo. Przywraca pokój serca swoją nieporównywalną z niczym władzą likwidowania i wydobywania ze zła, dawania czegoś zupełnie nowego i lepszego na miejsce tego niedającego się naprawić. Powiemy, że ryzyko zachorowania najsilniej rośnie tam, gdzie wmówiono lub udowodniono choremu, że jest zdany tylko na siebie - na samotne rozstrzyganie w nadwrażliwym sumieniu, co było złem, a co nie, i noszenie się z tym - i że jest wiecznie opuszczony i zagrożony. Odkręcenie tej fałszywej tezy jest podstawową rolą psychoterapii, a zatem musi się ona oprzeć na wszechmocy Boga i Jego opowieści, pełnej miłości i pokoju, o tej osobie - zawsze aktualnej. Robić i poszerzać powoli szczelinę, przez którą wpadnie do duszy światło. Bóg patrzy jasnym wzrokiem i widzi ludzi dobrymi, udanymi; my zaś mamy wzrok pogrążony w mroku i rzucają nam się w oczy głównie ich wady, niedociągnięcia. Naprawianie usterek (zwłaszcza w innych) zaczyna się zawsze od naprawienia wpierw własnego wzroku, rozjaśnienia go (por. Mt 6,22-23; 7,3-5).
A jak nosiliśmy obraz ziemskiego [człowieka], tak też nosić będziemy obraz [człowieka] niebieskiego.
(1 Kor 15,49)
Osoba wkraczająca w głąb swojej przeszłości siłą rzeczy przestaje się opierać na tym, co dzisiejsze, chwilowe, przelotne. Od czerpania przyjemności zmysłów i ciała, najbardziej sprzecznej z aspiracją i godnością ducha, przechodzi się ku satysfakcji intelektualnej - dumy z osiągnięć i ze szlachetnych uczynków - takiej, jaką mogą nam sprawić inni ludzie poprzez swój podziw i szacunek. Ale to dopiero przystanek przesiadkowy, pośredni, bo celem jest czerpanie satysfakcji z dobrego zdania Boga o mnie, tego zdania, w które trzeba jedynie (aż?) uwierzyć, że właśnie takie jest, bo On tak mówi. Zdania niewidzialnego, a zapisanego, którego nie da się w żaden sposób sprawdzić i udowodnić, zaś jego siła i niezmienność ujawnia się w wyniku zawierzenia człowieka, zaufania w to, że jestem kochany i chciany przez Boga, i upragniony. Wierzę w boską aprobatę, której tak bardzo potrzebuję; wierzę nawet nie w to, że ją w Nim odnajdę - ale że już ją mam od początku (por. moja poprzednia książka Kurs na wieczne zbawienie). Spodziewam się wszelkiego ocalenia i nagrody od Boga, i to On jest sprawcą skutków wszystkich moich działań, do których zresztą sam mnie wzywa i powołuje. Benedyktyńska praca - czyli praca ochrzczona, rozpoczynająca się modlitwą, bo to Bóg jej przewodzi, a my nie musimy się dręczyć o skuteczność - polega na tym, by po prostu robić swoje, czyli Boże.
Wszystko w umyśle i duszy, co nie jest zgodne z Ewangelią, jest nierzeczywiste. Nie masz za zadanie poczuć, że jesteś kochany i chciany, tylko uznać to za prawdę i według niej budować swoją wizję siebie i świata. Nie czujesz tego, bo w to nie wierzysz, a nie na odwrót. A ileż odwagi wymaga taka wiara! Jesteś kochany w swoim upadku i słabości tak bardzo, jak czułbyś się kochany, gdybyś dokonał tych wszystkich wspaniałych czynów, za jakie wyobrażasz sobie, że byłbyś kochany i nagradzany. To, co uważasz, że wiesz o sobie (wszelkie pretensje, wstydy, zasługi i rozczarowania sobą), nie ma żadnego znaczenia: liczy się tylko Jego zdanie o tobie. On ci wyznacza cel, nie musisz w ogóle go/Go szukać. Kiedy Pan zadaje ci opiekę lub służbę wobec danych ludzi, twoją jedyną troską pozostaje wykonanie życzenia Pana, który jest dobry dla ciebie i dla nich, a nie potrzeba, żeby oni cię dobrze zrozumieli, docenili, okazali ci wdzięczność; źródło twojej samooceny i satysfakcji jest już gdzie indziej, znacznie wyżej i jest bezpieczne w Bogu. Musisz również zrewidować to, co "na pewno" wiesz o Bogu: On nie jest typem dobroczyńcy, który tak polubił fundowanie nowych domów pogorzelcom, że - aby mieć okazję do tej radości - zaczął sam ich podpalać. Bóg naprawdę jest po tej samej stronie, co ty, chce, żebyśmy się wspólnie wspierali i wspomagali, i ma dla twojego życia wspaniały plan - taki, by przekroczyło ono wszelkie ludzkie granice wyobraźni i możliwości. Szatan chce ciebie widzieć obolałym i połamanym, zniechęconym do życia, wyobcowanym i szukającym ucieczek albo mnożącym nałogowo zastępcze aktywności i znajomości, podczas gdy Bóg pragnie przekonać cię do widzenia samego siebie scalonym (zintegrowanym wewnętrznie) i kompetentnym, wciąż na swoim miejscu i skazanym na powodzenie. Nawet niepowodzenia będzie wykorzystywać dla twojego powodzenia. On zawsze powiększa twoje szanse i umożliwia zwycięstwo, choć zapewne innymi ścieżkami niż te, które tobie wydają się optymalne lub bezpieczne. Wygodne życie nigdy nie było celem i rzadko kiedy jest środkiem. Jednak On życzy sobie, żebyś miał w życiu niezłomną nadzieję i wielką satysfakcję. Pytanie: do czego i do kogo się po nią zwracasz, tak że jej nie doznajesz? Co uznałeś za tak konieczne, że w obliczu nieposiadania tego nie zrezygnujesz z poczucia niezadowolenia i beznadziei? Jezus chce przekonać twoje niepocieszone wewnętrzne dziecko z przeszłości, że dosłownie "niczego mu nie brakuje" (Ps 23,1). Jeśli doświadczasz poczucia rezygnacji i rozpaczy, niepewności, czy i "skąd ma nadejść pomoc" (Ps 121,1), to znaczy, że jeszcze nie ukończyłeś (albo nie podjąłeś) myślowej wyprawy w przeszłość do swojego wewnętrznego dziecka i nie zaniosłeś mu Ewangelii - wieści o ocaleniu i wybraniu na dziedzica Królestwa, to jest na kogoś, kto pojawił się na świecie specyficznie w tym celu, żeby sobie poradzić, cieszyć się względami Króla i uzyskać wieczną chwałę. Nic nie jest stracone, nadal jest jeszcze nadzieja. Wspieraj swoje wewnętrzne dziecko i dodawaj mu otuchy. Nie pozwól mu zrezygnować.
Może on współczuć z tymi, którzy nie wiedzą i błądzą, ponieważ sam podlega słabości.
(Hbr 5,2)
Skoro się obudziłeś, czyli Bóg zapragnął dać ci kolejny dzień życia, to oznacza, że ma właśnie miejsce twoje ocalenie i wywyższenie - nie tylko nastąpi, ale już jest w toku. Pan zaczął działać, zanim jeszcze Go o to poprosiłeś, bo cię kocha i jest świadom twoich potrzeb (por. Mt 6,8; Jr 29,11-13); modlitwa jest po to, żeby twoja wolność dogoniła Jego wolność i wspólnie, niepodzielne i nieograniczone, zadziałały na tym samym obszarze i w jednym kierunku. Nawet na ludzi robiących ci (od lat tę samą) krzywdę możesz popatrzeć jak gdyby na zesłanych ci przez Boga nauczycieli - prezentują ci gotowe rozwiązanie, często poprzez odwrotność ich słów lub intencji. Oto przykład:
Ktoś powiedział ci: "Jesteś bezużyteczny, nieudolny", i to zabolało bardziej, niż chcesz przyznać.
?
Odkrywasz własne przekonanie podstawowe, którym siebie o to podświadomie oskarżasz.
- To znaczy, że Bóg złożył w twoim sercu silną potrzebę i tęsknotę za byciem potrzebnym, sprawczym.
- Czemu? Bo On ciebie takim widzi, docenia te cechy w tobie i dostrzega twój potencjał;
inaczej by nie pobudzał twojego pragnienia i nie doprowadził do odkrycia tych cech. Bóg chce cię w nich wytrenować i ukierunkować na ich wypełnienie, realizację.
- Nadzieja, wdzięczność, duma z siebie (pozytywne przewartościowanie).
- Ktoś ponownie nazywa cię bezużytecznym i nieudolnym.
- Tym razem budzi to twoje ciche zdziwienie, jak on może się tak dalece mylić wobec ciebie;
w efekcie współczujesz jemu - zamiast sobie.
Nie zostałeś zaprojektowany do samotnego szarpania się z trudnościami, i zaiste, jak dotąd, nigdy nie stawałeś wobec nich sam. Twoje negatywne emocje, których nagle doświadczasz w rozmowie z kimś lub na skutek czyjegoś działania6, pochodzą nie bezpośrednio stamtąd, nie od Niego, ale z wnętrza twojego serca, demaskują twoje wewnętrzne zranione dziecko, którego niepewności i niezaspokojone potrzeby przebiły się na powierzchnię jaźni - i właśnie to dziecko trzeba wydobyć na światło, opatrzyć i przygarnąć. Nie obrażać się na rozmówcę, ale zbadać, co moja reakcja mówi o mnie i o mojej przeszłości. Chrystus chce być Panem tej i każdej pojedynczej sprawy w twoim życiu oraz wszystkich ich łącznie - prawdziwie obecnym. Nie ma żadnej takiej rzeczy na tym świecie, która nie podlegałaby Jego pełnej władzy i której nie należałoby uznać
Panie, na tym świecie każdy Twój rozkaz po prostu staje się faktem.
(Gaius Germanicus do Chrystusa, serial The Chosen)
"Biada nam, gdybyśmy nie przepowiadali Ewangelii", a celowym kierunkiem tego przepowiadania jest nasza własna przeszłość. Musimy sięgnąć wstecz i uleczyć przeszłość, żeby zapewnić sobie przyszłość. Ten ktoś z przeszłości - zastraszone i upokorzone dziecko, które w nas jest - nadal nie zna Dobrej Nowiny o sobie i trzeba go nią oświecić. Zapytać go: "Mój kochany, czego ci potrzeba? Co mam dla ciebie zrobić, żebyś odzyskał to, czego ci odmówiono, żebyś zrozumiał, że jesteś ważny i kochany?".
Przepowiadanie to także synonim przewidywania; w istocie musimy cofnąć się wstecz, żeby zrozumieć, dlaczego dzisiaj rzeczy wyglądają tak, jak wyglądają. Wnioskowanie wstecz jest nieobce astrofizykom, którzy im silniejszym teleskopem dysponują, widzą coraz słabsze i odleglejsze obiekty na niebie, a to oznacza: takie, których światło leciało ku nam od najdawniejszych chwil wszechświata, od miliardów lat. Patrząc w dal, patrzymy jednocześnie wstecz w czasie - widzimy wszystko w zamierzchłej przeszłości. Nasze własne Słońce widzimy zawsze sprzed ośmiu minut. Nigdy nie ujrzymy go takim, jakim jest dokładnie teraz. W tej chwili wpływ, jaki na nas wywiera, jest skutkiem tego, co miało miejsce osiem minut temu, kiedy wysłało do nas swoje światło i cząstki, które właśnie teraz do nas dotarły. Im głębiej sięgniemy w gwiezdne pole kosmosu i zaczniemy obserwować dalsze obiekty, tym wcześniejsze ich światło ujrzymy.
A im dłużej do nas biegnie światło, przechodząc przez obłoki pyłu i gazu materii międzygwiazdowej, tym bardziej zostaje osłabione i ulega narastającym zniekształceniom - podobnie jak w ziemskiej atmosferze - i takie zmodyfikowane dociera ostatecznie do obserwatora. Naukowcy zajmują się odtwarzaniem oryginalnego widma promieniowania gwiazd na podstawie tego, które zaobserwowali - odszyfrowaniem prawdziwego światła, jakim gwiazdy świecą w oddali, i dzięki temu poznawaniem ich budowy, składu oraz panujących w nich warunków.
Tak samo Jezus, szef naszego obserwatorium życia, udziela nam zdolności do zrozumienia naszej prawdziwej natury i prawdziwego powołania na podstawie przekonań, jakie na co dzień kształtują nasze postrzeganie siebie - zafałszowanych i wyblakłych. Bóg pozwala nam stykać się raz po raz z przykrą sytuacją (zamiast nas od niej uchronić) po to właśnie, aby ujawniały się nasze podstawowe przekonania - i żebyś mógł się im przyjrzeć, odczytać ich zniekształconą treść oraz nauczyć się im zaprzeczać, czyli powracać do oryginalnej wizji Boga o tobie, sprzed zniekształcenia krzywdzącym przekonaniem.
Jeśli widzę, że jakaś sytuacja (poprzez moją percepcję) chce nauczyć mnie czegoś szkodliwego i poniżającego o mnie, budzącego pogardę i nienawiść do siebie, to mam obowiązek zrozumieć, że tak naprawdę, wedle woli Boga, ma mnie nauczyć czegoś dokładnie odwrotnego, bo właśnie taka jest prawda - to, jak postrzega mnie Bóg. Kłamstwu można również zawdzięczać poznanie prawdy, jeśli zastosujemy Boski filtr odwracający znaki, zamiast mu ulegać i rezygnować. Nasze myśli o sobie są obarczone błędem lęku, rozczarowania, pogardy wobec siebie - są sumą błędnych interpretacji, które dopasowywaliśmy do wadliwego wzorca na zasadzie błędnego koła: im bardziej utrudniało nam to życie, tym więcej pojawiało się negatywnych myśli i tym głębiej one w nas zapadały. Pan Jezus uczy nas reinterpretować to, co rzekomo wiemy o sobie, aby nareszcie ukazał nam się obraz prawdziwy - piękny, budzący nadzieję i uwielbienie. Daje nam "władzę wypędzania złych duchów" (por. Mk 6,7.13) z naszej przeszłości i z naszych relacji, abyśmy zaczęli wreszcie żyć we własnej duszy jak u siebie w domu.
Eden
Jak cudnie byłoby współtworzyć myśli
I czytać słowo z trawy, z kwiatu wiśni
Widzieć w swych oczach naszych dusz odbicie
Tańczyć o zmroku i tańczyć o świcie.
Zmieniać materię naszą wrażliwością
Swe pożądanie mieszać z pobożnością
Razem rozumieć największych zbrodniarzy
I ich ratować światłem naszych twarzy.
Tak wnikać w siebie, by mieć jedno serce
Co bije razem w szczęściu i rozterce
Czuć się w swym miejscu i w takiej harmonii
Żeby to serce ciągle mieć na dłoni
Czarować siebie, lecz bez zaklinania
Chcieć palić ogień z potrzebą czuwania
Mieszać się w sobie w dwóch odrębnych bytach
Tak dobrze znać się, by o nic nie pytać.
Byśmy tak żyli, gdybyś nam pozwolił,
Skoro odrębni, możemy więc marzyć
Samą tą wizją jużś mnie uspokoił
Że się w ogóle mogłoby to zdarzyć,
Że moglibyśmy Eden odbudować
Żyć w raju i raj na tej ziemi tworzyć
I naszym rajem cierpiących częstować,
Czego nie chciałeś - w snach swych pragnę
złożyć.
Tak właśnie jest w psychologii, a zwłaszcza w psychologii duchowości: patrząc w głąb duszy człowieka, dostrzegamy w niej zranienia i nieadekwatne przekonania pochodzące z dalekiej przeszłości. Ta przeszłość ujawnia się i dociera do nas w obecnym czasie, zaburzając życie osobie, która inaczej mogłaby cieszyć się darem Bożym - życiem takim, jakie wymarzył i zaplanował dla nas Ojciec, będący czystą Miłością. Ale to, co wydarzyło się u zarania człowieczego wszechświata, suma wszelkich osamotnień i przemocy, spowodowało, że chmury mrocznej materii pokryły przestrzeń i od tamtej pory do dziś Boskie światło i aprobata, docierając do jaźni, przybywają zniekształcone i niewiarygodne w naszych myślach oraz uczuciach. Widzimy teraz, poprzez filtr percepcji, swoje pełne zranień i rozczarowań myśli z przeszłości, którymi jak dotąd nikt się jeszcze nie zaopiekował. To one decydują za nas, jak się dziś zachowamy, jakiej będziemy szukać ucieczki lub kompensacji, gdzie skierujemy nasze rozgoryczenie i dokąd zwrócimy się po pocieszenie. Najczęściej rachunek za zło wystawiamy samym sobie, wytrenowani w niewierze w siebie, w myśleniu o sobie, że jesteśmy źli i nic niewarci, że nie mamy na co liczyć.
Podświadomie oskarżamy i winimy za niedostatki i ułomności naszego życia samych siebie, jako skazanych na porażkę. W ten sposób nie da się dostrzec piękna miłości i nią żyć. Coś trzeba porzucić: albo Miłość... albo swoje zadawnione i utrwalone przekonania. Aby móc doświadczyć tego, jak Bóg obdarza cię pokojem, musisz Mu na to pozwolić - odmówić sobie gorączkowych poszukiwań pokoju gdzie indziej. Choć próbujemy opierać się na innych ludziach i na tym, co posiadamy i czego doznajemy, to w rzeczywistości tylko Pan Jezus daje siłę, żeby móc wybrać tę drugą opcję (odrzucenie samooskarżenia i samopotępienia) i aby zacząć kształtować swoje postrzeganie siebie wedle Bożego obrazu. Rozpoznać swoje wzniosłe i szczęśliwe, królewskie powołanie. Przypomnieć sobie, że pochodzisz ze znacznie wspanialszej rodziny - takiej, która zawsze wspiera i broni swoich, która szanuje twoje zdanie i przeżycia (nie wstydź się, że twoja sprawa jest nie dość ważna, dziel się z Nim wszystkim i opieraj się śmiało na Jego niezawodnej aprobacie ). I której Przywódca mówi do ciebie: "Jesteś taki, jak trzeba. Jesteś moim najlepszym człowiekiem do tej roboty, co tłumaczy, dlaczego żyjesz tu, gdzie żyjesz, i spotykasz te trudności, które spotykasz. Mogłem je powierzyć z zupełnym spokojem tylko tobie".
Jeżeli Ja sam siebie otaczam chwałą, chwała moja jest niczym.
Ale jest Ojciec mój, co otacza Mnie chwałą
(J 8,54)
Jeszcze jedno pojęcie, znane doskonale fizykom, odtwarza się w życiu psychicznym i moralnym: zjawisko spontanicznego łamana symetrii.
Wyobraźmy sobie, że rodzice zapewnili byt swojej córce, ale nie traktowali jej poważnie, nie pomagali jej rozwiązywać dylematów moralnych; miała być jedynie cicho i nie przynosić im wstydu, realizować ich wizję posłusznego i wdzięcznego dziecka. Rodzice uważali, że to, co robią, już wystarcza, żeby wystawić sobie piątkę z plusem z zachowania, nie przyszło im nigdy do głowy wyjść poza, co prawda, konieczne, ale jedynie materialne zabiegi (sami nie radzili sobie ze sobą i swoimi potrzebami psychicznymi, więc jak mogli nauczyć czegoś na tym obszarze córkę?). Zwłaszcza jej matka była wiecznie niezadowolona z córki - nic, co tamta zrobiła, nie było takie, jak trzeba, nawet jedzenie zawsze było: za twarde, za ostre, za wcześnie lub za dużo (por. Listy starego diabła do młodego C.S. Lewisa, hasło "niesamolubstwo"). A kiedy rodzice się zestarzeli i sytuacja się odwróciła, ich córka stanęła przed ryzykiem skopiowania i symetrycznego odtworzenia ich zachowań: będzie się co prawda o nich troszczyła, ale bez zaangażowania i bez serca. Zrobi wszystko wokół nich perfekcyjnie, ale nie da im żadnej serdeczności na najstarsze lata, gdy obnaża się ich bezradność. Owszem, będzie się bardzo irytować ich zachowaniami i będzie próbowała się odgrywać, nie w porę odzyskiwać pozycję, której tamci nigdy jej dobrowolnie nie zapewnili. Jeśli córka uważa, że rodzice zasłużenie doświadczają alienacji i słusznie zbierają plon tego, co sami zasiali, to jak może przynieść im otuchę i ulgę? I tu musi nastąpić cofnięcie się, obniżenie energii konfliktu, złamanie symetrii - bo tylko tak można również złamać rodową klątwę: córka, w imię Boga miłości, który ją do tego powołuje, musi dać z siebie to, czego nie dostała od rodziców. Dać im zarówno materialne dobra, które dostawała sama, jak i te, których jej odmówili: moralne, duchowe, psychiczne - kochając ich wbrew temu, jak brzydko się zestarzeli. Jak gdyby uzupełnić braki w dobroczynności jej rodziców swoją własną hojnością, skierowaną bezinteresownie ku nim. Chrystus powierza jej w mniejszej skali to, czego sam dokonał: ofiarowuje Ojcu zadośćuczynienie za tych, którzy wyrządzili komuś krzywdę, a szczególnie Jemu samemu. Nie tylko nie domaga się od nich sprawiedliwości, ale jeszcze stara się usprawiedliwić swoich krzywdzicieli przed Ojcem.
Do tej asymetrii wzywa nas Bóg. Właśnie dlatego, że w oczach Bożych krzywda, którą ci wyrządzono, jest niedopuszczalna i karygodna. Pan potrzebował kogoś do pomocy w jej odkupieniu, w jej zneutralizowaniu - i wybrał ciebie, tego samego, który podlegał tej krzywdzie. Tylko taki ktoś zna jej prawdziwą ciężkość i może ją wspaniałomyślnie odpuścić, nie trzymać się kurczowo rachunku krzywd. Nie wolno tego zrobić za niego. Zbyt chętnie odpuszcza się i dokonuje amnezji w imieniu pokrzywdzonych bez ich zgody, bez procesu uleczenia rany pomiędzy ludźmi. Bóg robi i jedno, i drugie, dzięki naszej współpracy. To może być złamanie symetrii w sporach wobec niesprawiedliwości współmałżonka. To może być potraktowanie z delikatnością sąsiadów, którzy nie potrafią zauważyć żadnych ludzi poza własnymi czterema ścianami. Akt miłości, który idzie w przeciwną stronę niż popędy (odgrywanie się, zapewnianie sobie pozycji, dogadzanie sobie), nigdy nie stanowi słabości. Oczywiście, nie oznacza on bierności, uległości ani poddania się czemukolwiek innemu niż miłość - wyposażeni w pokój, w miłość do tych osób, w postanowienie miłowania ich, możemy wówczas przystąpić do zmiany nieprawidłowych zachowań, niezdrowych stosunków, pozostawiając powodzenie Opatrzności i nieodmiennie - niezależnie od sukcesów - kochając. Przede wszystkim kochać, dopiero w dalszej kolejności zmieniać, ustawiać, załatwiać coś komuś. Bóg zadba o rekompensatę i bezpieczeństwo dla nas, skoro działamy w Jego sposób.
Jeśli ufasz tylko w tych momentach, w których coś idzie zgodnie z twoją wolą, to jakie to zaufanie? Wierzysz Bogu pod warunkiem, że działa On w taki sposób, w jaki sam poprowadziłbyś sprawy. Stworzenie idealnego świata wymaga usunięcia z niego ludzi, masowej depopulacji (to jest właśnie sztandarowy i zupełnie oficjalny cel masonerii), dlatego też dziękujmy Bogu, że zechciał pozwolić istnieć nam, niedoskonałym, i nie miejmy żalu do innych ludzi za ich niedoskonałość.
Kiedy będziesz już dostatecznie zaawansowany na drodze swojego powołania, twoja wiara w dar, który Bóg złożył w twoim sercu, zostanie bezpardonowo przetestowana w taki oto sposób, że przestanie on przynosić ci korzyści, zacznie cię zawodzić, a szczęście - opuszczać. To normalne7. Wtedy będziesz mógł prawdziwie opowiedzieć się za tym, że właśnie drogą twojego talentu masz podążać, że wierzysz w swój dar, bo wierzysz w Tego, który ci go dał - bardziej niż w zawirowania i wątpliwości. W Architekta twojej przyszłości bardziej niż w katastrofę, która wydaje się ją zatapiać i pogrążać. Jeśli chcesz sprawdzić, czy jakieś marzenie o twojej przyszłości jest prawdziwie twoim powołaniem, czymś, ku czemu powinieneś dążyć, to zadaj sobie diagnostyczne pytanie: "Czy wytrwam przy nim, jeśli zawiedzie ono moje oczekiwania i nie będzie przynosiło mi upragnionego zadowolenia, poważania i bezpieczeństwa?". Jeśli odpowiedź jest mimo wszystko twierdząca, to być może to pragnienie jest istotnie i faktycznie twoim życiowym powołaniem. A jeśli już teraz tak się dzieje, nie trzeba z tym siedzieć w samotności, cierpiąc w milczeniu: idź poradzić się zaufanych ludzi, co można usprawnić, i pozostań otwarty na zmiany. Spodziewaj się, wbrew intuicjom, dobra. Bóg przysyła swoje rozwiązania w nieoczekiwanych opakowaniach.
W czasach twojego dzieciństwa, podobnie jak każdego innego człowieka, nauczono cię, że świat wypełniony jest ludźmi i ich interesami oraz wydarzeniami z całą ich nieprzewidywalnością. Porażki zachodzą jedna po drugiej w nieubłaganym cyklu życia, a każda kolejna niesie ze sobą wspomnienie i siłę wszystkich poprzednich. A potem usiłowałeś jakoś dosztukować do tego Boga, żeby wszystko ze sobą współbrzmiało i żeby On także wykroił i zagarnął dla siebie z twojego życia jakąś dodatkową przestrzeń oraz stał się nadzorcą tego zoo. Tak jakby chciał nam dodatkowo utrudnić i skomplikować życie, dodać obowiązków8. Jednak ten opis, który nieodmiennie i zawsze tak samo jest podawany za młodu każdemu z nas (i to jest trochę przerażające, bo nosi rys planowego prania mózgów), jest z gruntu błędny, ponieważ jest podany dokładnie od tyłu - na lewą stronę, po diabelsku9. Kolejność, w jakiej potrafimy swoimi umysłami, poddanymi stadiom rozwoju mentalnego, odkryć i ogarnąć poszczególne sprawy, nie jest bowiem wcale tożsama z kolejnością, w jakiej zostały one stworzone, i porządkiem, jaki został im nadany. W rzeczywistości bowiem najpierw, przed wszystkim, był Bóg, a potem ty zaistniałeś z Jego marzeń, ponieważ byłeś chciany, upragniony - jesteś Jego i dla Niego na wyłączność. Po prostu. Cały świat i jego różnorodność powstały jedynie dla ciebie - jako przestrzeń przeżywania przez ciebie tej relacji, współtworzenia i bycia w konsekwencji szczęśliwym. Każdego ranka wpierw spotyka nas nieskończona i nieomylna Miłość ku nam, i to ona, a nie ludzie czy problemy, nadaje ton i kierunek naszemu dniowi. Zostaliśmy stworzeni do szczęścia w ogrodzie Eden i tacy będziemy, bo Bóg od tamtego czasu w ogóle nie zmienił swoich planów wobec nas, nie zmienił celu i przeznaczenia człowieka. Jego miłość i mocne ramię sięgają aż dotąd. Bóg udziela ci gościny w swojej własnej rzeczywistości, w której istnieje tylko to, na co On sam pozwala (Bóg nie jest częścią rzeczywistości, to rzeczywistość należy do Niego10). Jak widzisz, nie mogłeś się tu zapodziać przypadkiem; nie możesz być więc zapomniany ani zgubiony. Jesteście po tej samej stronie, wspólnie pracujecie i walczycie ze złem, które jest konsekwencją zapewnianej nam do tego stopnia wolności; On zapewnia tobie wraz z nią także wszystkie środki i bezpieczne flanki. Jeśli nie interpretujesz faktów, które cię spotykają, poprzez tę pierwotną zasadę istnienia, w jej kluczu, nie jesteś w stanie ich w ogóle zrozumieć - a już w szczególności zdarzeń trudnych i bolesnych. Zostałeś nauczony swojej wiedzy od końca (od "czterech liter strony", jak to się popularnie mówi), a teraz musisz odwrócić i zreinterpretować rzeczywistość - kawałek po kawałku, zdarzenie po zdarzeniu, relacja po relacji - przywracając pierwotne i centralne miejsce Bogu Królowi, dobremu i wszechmocnemu, a następne tobie - Jego dziedzicowi, który nie jest rzucony w odmęty ludzkich interesów i splotów wydarzeń, lecz jest wezwany po imieniu i ukochany, żeby wykonywać Jego wolę. Przez to świat staje się lepszy, a ludzie mogą oddychać szeroką piersią, w atmosferze Nieskończonego Królestwa. Boska wola determinuje twoje powodzenie; ludzie i ich wybory nie mają już na nie wpływu, gdy zaczniesz wierzyć. Ciekawe, dlaczego nawet w Kościele już się tego nie naucza?11 Prawdziwej kolejności faktów, precedencji bytów na świecie. Sensu istnienia człowieka, horyzontu jego nadziei.
Nawet prorok i kapłan błądzą po kraju, nic nie rozumiejąc.
Spodziewaliśmy się pokoju, ale nie ma nic dobrego; czasu uleczenia - a tu przerażenie!
Czy są wśród bożków pogańskich tacy, którzy by zesłali deszcz? Czy może niebo zsyła krople deszczu?
Czy raczej nie Ty, Panie, nasz Boże? W Tobie pokładamy nadzieję, bo Ty uczyniłeś to wszystko.
(Jr 14,18.19.22)
Twój wewnętrzny oskarżyciel, nadzorca systemu, w którym przyszedłeś na świat i w posłuszeństwo któremu wdrożono oraz wtłoczono cię od dziecka - widząc twoją tęsknotę za wydostaniem się na wolność, do tego większego i szerszego świata Bożej chwały - usiłuje ci wmówić, że jesteś skazany na powracanie do swoich słabości, do grzechów, do niepowodzeń i rozczarowań sobą; słowem: do świata, w którym nic nie jest możliwe i w którym jesteś sprowadzony jedynie do roli, jaką nieodwołalnie przeznaczył ci ten szatański system. Dokładnie tak, jak w Matriksie (1999) agent Smith usiłuje zawrócić Neo z drogi uświadomienia sobie prawdy i uwolnienia swojego umysłu od świata iluzji. Powie ci, że - zamiast ponieść trudy rzeczywistości w imię wyboru o wiele większego dobra - jesteś skazany na ciągłe ucieczki od cierpień i pocieszanie siebie, odwracanie swojej uwagi od beznadziejności swojego losu, ale nigdy nie na bycie kimś więcej, bycie bardziej człowiekiem. Cynicznie skłamie, że nie masz wyboru. Człowieczeństwo według propagandy agentów systemu to jedynie zaspokajanie własnych żądz i walka o pozycję, o popularność, o wygodne i bezpieczne życie12. "Styl jest wszystkim!" (Cyberpunk 2077). O ileż więcej może ci zaproponować Chrystus! "Obiecałem ci wyłącznie prawdę, nie obiecałem, że będzie ona łatwa" (Morfeusz do Neo). Jakże nieskończenie bardziej celową możesz postrzegać rzeczywistość i wspanialszą własną godność, swoją przyszłość w świetle Jego obietnicy, złożonej imiennie tobie! On ciebie wzywa. Jesteś wybrańcem, przeznaczonym do wzniosłości i chwały. Nie do szalonych przygód, ale do odkrycia nieprawdopodobnej głębi i doskonałości we wszystkim, w czym masz codziennie udział, bo to realizuje twoje człowieczeństwo i może być prawdziwie twoim. Do duchowej uważności, do dostrzeżenia piękna i harmonii w każdej gałązce krzewu i w nużących obowiązkach wobec własnego dziecka. Wzywa cię do naprawiania wspólnie z Nim świata oraz przywracania na Nim Jego miłosierdzia i sprawiedliwości - takich, jakie miały od zawsze panować na ziemi (bo człowiek od początku był przeznaczony wyłącznie do szczęścia i Bóg nic nie zmienił w tym zamiarze aż dotąd) i jakie będą panować wiecznie w twoim i Jego Królestwie. I do uwalniania z systemu kolejnych uśpionych umysłów. Rób to, co trzeba (przecież wiesz, co jest sprawiedliwe, a czego nie podpowiada ci jedynie lęk ani poczucie obowiązku, tylko pasja spełniania swojej nadprzyrodzonej natury), a to, czy na tym zarobisz i jak wykorzystają to inni, jest zupełnie osobną kwestią i pozostaw to Bogu. On nie domaga się od ciebie nawet tego, żebyś robił coś konkretnego i z góry zadanego, ale proponuje ci, żebyś z Jego pomocą żył w zgodzie ze swoją szlachetną naturą, na poziomie twojej prawdziwej tożsamości spoza świata.
Mnie zaś najmniej zależy na tym, czy będę osądzony przez was, czy przez jakikolwiek trybunał ludzki.
Co więcej, nawet sam siebie nie sądzę. Sumienie
nie wyrzuca mi wprawdzie niczego, ale to mnie jeszcze nie usprawiedliwia. Pan jest moim sędzią.
(1 Kor 4,3-4)
Jesteśmy zniewoleni i przytłoczeni tak długo, jak długo pozwalamy siebie oszukiwać, że jesteśmy byle kim, niespecjalnie kochanym i nieszczególnie wybranym - po prostu nadmiarowym, przypadkowo stworzonym człowiekiem - dodatkiem do świata, z którym się nikt nie liczy. Brak sensu życia wynika wprost z braku nadziei na przyszłość. To wszystko są starannie opracowane kłamstwa oskarżyciela, które próbuje nam podsunąć jako nasze własne odkrycia oraz obiektywną wiedzę na temat rzeczywistości. Tymczasem świat jest zaledwie kulisami dla twojej historii, którą z dynamiką i dramatyzmem opowiada Bóg. Jesteś udany i potrzebny, chciany. Jesteś wart nieustannej uwagi Boga, a nawet oddania za ciebie życia, więc nie masz się czego bać - twoja opowieść ma głęboki sens. Bóg jest miłością, więc zwyczajnie nie może cię zostawić bezradnym ani bezsilnym. W żadnej sprawie. On przyszedł zgładzić grzech świata, właśnie nie po to, żeby chronić złoczyńców przed sprawiedliwością i dawać im alibi ("To już wybaczone, niech teraz ofiara zła radzi sobie sama z zadaną jej krzywdą" - podpowie szatan), ale żeby "zniszczyć dzieła diabła" - czyli: przy współpracy człowieka usunąć z jego życia skutki grzechu, zarówno w sprawcy, jak i w poszkodowanym. Także grzechy z twojej przeszłości - czyli twoje ucieczki od lęku - oraz grzechy twoich opiekunów, rany, które ci zadano, które odebrały ci bezpieczną przyszłość, upokorzyły cię, nauczyły lekceważyć siebie i marnować ze strachu swoje szanse, są właśnie niszczone przez Boga - tracą swoją zabójczą treść, swoją skuteczność wobec ciebie, a ich ofiara, czyli ty, odzyskuje zdrowie! Jeśli odebrano ci nadzieję, Bóg ją z czułością przywraca, daje ci nowe okazje. Jeśli godność - On przychodzi ze znacznie wyższą godnością i obietnicą. Jeśli wskutek grzechu utraciłeś miłość - On uzdalnia cię do przeżywania jej na nowo, i to znacznie głębiej13. Zgładzenie grzechów oznacza bowiem odtworzenie (w tobie) tego dobra i możliwości, które zostały utracone przez grzech (krzywdę, zadaną tobie). A ty myślałeś, że Słowo Boże jest rzucane na wiatr, że ono nic w praktyce nie zmienia? Ofiara Chrystusa zmienia cały twój świat, daje ci nowe życie.
Gdyby Pan nie był po naszej stronie - niech to już przyzna Izrael gdyby Pan nie był po naszej stronie, gdy ludzie przeciw nam powstawali, wtedy połknęliby nas żywcem, gdy ich gniew przeciw nam zapłonął: wówczas zatopiłaby nas woda, przepłynąłby nad nami potok; wówczas przelałyby się nad nami wezbrane wody. Błogosławiony Pan, który nas nie wydał na pastwę ich zębom. Dusza nasza jak ptak się wyrwała z sidła ptaszników, sidło się porwało, a my jesteśmy wolni. Nasza pomoc jest w imieniu Pana, który stworzył niebo i ziemię.
(Ps 124)
Jeśli masz jakąś sprawę, dla której warto się starać (a masz taką, bowiem właśnie dla niej Bóg przysłał cię na ten świat, i być może dla iluś kolejnych; inaczej byś nie zaistniał w Jego planach i na Jego świecie), to w jej świetle, dla oceny celowości twojego życia, nie ma już znaczenia, czy akurat idzie ci dobrze, czy źle, czy w kosmetycznych szczegółach ci się powodzi, czy nie - liczy się ta sprawa. Dla niej i tak warto się starać; niezależnie od tego, jakby ci się wiodło, ona wystarczy jako uzasadnienie twojej nadziei, twojego poczucia celowości. Niezależnie także od tego, czy od osób, na rzecz których się starasz z polecenia Pana - a nie dla zdobycia ich aprobaty - otrzymujesz wdzięczność, obojętność czy raczej pomówienia i fałszywe zarzuty (jakże często łapiemy się na tym, że robimy coś interesownie, tak naprawdę dla siebie; a nawet jeśli nasz czyn jest bezinteresowny, to i on zostaje błędnie oceniony, zlekceważony lub niezrozumiany, uznany za niewłaściwy i odrzucony14), to nie wolno ci z tego powodu przestać udzielać dobra, zniechęcić się - bo robisz to z zupełnie innych powodów, niezależnych od tamtych; jesteś ponad osądem ludzkim. Doświadczasz pewności i pokoju pośród niepewności: dramatyzm ma szansę ustąpić miejsca świadomości powołania. Jedno się liczy: podążanie za Panem. Ta jedna sprawa wystarcza za wszystkie dowody i gwarancje; nie jesteś bowiem człowiekiem straty i bezradności, lecz Przymierza i Obietnicy. Pytania, jakie stawia ci Bóg - problemy, które ci zadaje - są tak naprawdę odpowiedziami.
Nawet bycie kuszonym i upadki mówią paradoksalnie coś pozytywnego o tobie: skoro szatan musi cię zwodzić i doprowadzać do upadku, to znak, że należysz do Nieskończonego Królestwa - bo gdybyś należał do diabła, nie musiałby zadawać sobie trudu, by cię kusić i bez końca z tobą walczyć. Skoro zaś ciągle musi to robić, to znak, że nadal wymykasz mu się z łap i nie zdobył cię na własność. On stale przegrywa bitwę o twoje ziemie z Bogiem, który reprezentuje tę samą stronę co ty. Jeśli tylko wciąż będziesz powstawać z upadków i czynić pokutę, to demon nigdy nie posiądzie cię na wieczność, a ty nigdy nie opuścisz granic Królestwa (por. rozdział 1 książki Walka nieustanna o. prof. Z. Kijasa). Demon troskliwie dba o dobre samopoczucie tych, których ma już na własność, a zarazem stara się (w granicach, które dopuścił Pan i na ile oni sami dadzą się mu w to wkręcić) pogarszać samopoczucie tych, których się lęka i nie może zdobyć - sam oceń, po której jesteś stronie, biorąc pod uwagę ilość beztroskiej radości w twoim życiu - i przestań się w końcu martwić liczbą twoich trosk, bo to doskonały znak! Demon nie traktowałby tak swoich, lecz usiłuje straszyć tych, których sam się panicznie boi. Diabeł zasugeruje, że twoje grzechy są nieustanne, niepoprawne i tym samym nie do wybaczenia, że Bóg ma do ciebie stały żal, a tymczasem jest odwrotnie - żaden z nich nie przykleja się do ciebie na stałe, nawet te nałogowe, bo twoja tożsamość i godność są nienaruszalne, a Bóg stale ci je przypomina i przywraca możliwość zachowywania się zgodnie z nimi, na ich poziomie. Zresztą Ten, do którego się odwołujemy, jest nieproporcjonalnie większy od szatana (por. Łk 11,19-20); przy Nim diabeł jest zaledwie niepozornym, upadłym stworzonkiem15. Poza Bogiem nie znajdziemy żadnej wartości i atrakcji, tylko nicość (gwarantowaną stratę), bo On jest źródłem i spełnieniem wszystkiego. To Bóg jest władcą wszystkiego, a pretensje diabelskie do posiadania świata i jego bogactw (por. Łk 4,5-8) są komiczną i żałosną pozą. Ponadto tylko Bóg dokonał wcielenia, a nie diabeł, a więc tylko Pan może być z nami tak blisko - w naszych ciałach i w naszych potrzebach. To nieprawda, że diabeł jest gdziekolwiek bliżej nas niż Bóg, że ma lepszy dostęp (on nas jedynie kusi łatwiejszymi wyborami). Bóg jest zawsze bliżej, jeśli chcemy otworzyć Mu drzwi i nie podtrzymywać szatańskich oskarżeń o nas i o świecie.
Gdy korzystasz z Jego miłosierdzia jako grzesznik, wówczas jesteś dla Niego wsparciem w przeszłości, w Ogrodzie Oliwnym, kiedy to Pan zmagał się z myślami, czy warto podjąć ofiarę w obliczu całej tej masy ludzi, których to nic nie będzie obchodzić i którzy uczynią ją wobec siebie daremną - wtedy ty byłeś (będąc dziś) Mu pociechą, ponieważ On pragnął podjąć mękę za tych, którzy będą kiedyś korzystać z jej owoców. Dla takich jak ty, czyniących pokutę, robiących z Jego ofiary właściwy użytek, warto Mu ją było podjąć i odważyć się na nią. Zapamiętaj tę szokującą prawdę: akurat jako (skruszony) grzesznik możesz być pociechą dla Pana Jezusa, bo On pragnie być ratunkiem dla ciebie.
Konflikty wybuchają, ponieważ z początku w ogóle nie stawiamy granic i pozwalamy się najeżdżać i rabować, a potem jest jeszcze gorzej: nauczeni tym doświadczeniem, przewrażliwieni na punkcie potencjalnych lub przerysowanych zagrożeń, zaczynamy grodzić nasz teren i stawiać granice w nieodpowiednich miejscach, gdzie popadnie (z lęku, żeby to się nie powtórzyło), co sprawia, że stają one w poprzek naszym codziennym, zwyczajnym próbom komunikacji, gdzie powinien obowiązywać pewien margines błędu, i zupełnie zwyczajnym ludzkim słabościom, które wyolbrzymiamy do rangi zamachu na naszą wolność. W efekcie wciąż czujemy się atakowani i popadamy w konflikty z dobrze nam życzącymi lub nieświadomymi problemu ludźmi. Jezus stanowi rozwiązanie - od Niego czerp swoją samoocenę, niezależną od braku wyrozumiałości i zrozumienia ciebie ze strony innych ludzi. Skoro ty popełniasz błędne osądy, stawiasz na temat ludzi mnóstwo niepotwierdzonych i niepochlebnych tez ze swojej ludzkiej słabości (a jeszcze gorzej, kiedy jesteś pewien swojej oceny, bo masz ją za obiektywną16), to słuszne jest również, że należy te fałszywe i krzywdzące opinie innych o tobie przyjmować symetrycznie, z całą życzliwością i pokojem, a nie walczyć do upadłego o swoją rzekomo naruszoną reputację. Nie na tym polega zdrowa samoocena, że wciąż prewencyjnie zaznaczam swoją rację, kąsam każdego , z kim się nie zgadzam, albo palę za sobą mosty i zamurowuję drzwi do mojego serca. To właśnie dlatego krzyż Jezusa musiał być taki twardy - abyś ty zawsze mógł się o niego wesprzeć i abyś mógł zawiesić na nim każdą swoją słabość, nieporozumienie i utrapienie. Wyobraź sobie, jak przytykasz czoło do jego drewnianej powierzchni, klęcząc u stóp Pana, a wtedy krzyż wchłania twoje lęki, które przyszedłeś zdać na Niego.
Krzyż nie jest zgodzeniem się na jakieś dziwne pomieszanie i utożsamienie miłości (dzieła Boga) z cierpieniem (dziełem diabła) - owszem, krzyż zaistniał z powodu całkowitej niezgody Chrystusa na (nasze) cierpienie; to znaczy na to, aby to cierpienie nie dosięgło nas skutecznie nas i nie miało w naszym życiu ostatniego słowa. "Nikt nie podejmuje się cierpieć za prawdę, której nie jest całkowicie pewny" (św. Augustyn). Kiedy rozwiązujesz swój problem z Chrystusem, to nie zużywasz jedynie swoich sił, aby uratować sytuację, lecz zawsze wychodzisz na plus - stajesz się kimś większym i spokojniejszym, niż byłeś przed kryzysem - w relacji z Bogiem odnosisz zysk wobec widomej i rzekomo ewidentnej straty. Krzyż jest znakiem absolutnego zanegowania zła i jego porażki, a nie kapitulacji lub kompromisu wobec zła, ani ponurym pogodzeniem się z tym, że zło musi wygrywać. Królestwo Boże nie podlega prawom narzucanym przez ludzkich despotów. Ofiara Chrystusa została złożona Bogu Ojcu, a nie diabłu ani światu; była całkowicie dobrowolna i jest permanentnie skuteczna. Królestwo Boże jest już teraz, od zawsze było; cały czas jesteś jego dziedzicem i mieszkańcem, członkiem rodziny i rodu Boga, a jedynie ujawni się w całej swej jednoznaczności, której nie da się zanegować, i w swojej nieuchronności, której nie da się ominąć. Wtedy świat będzie się musiał poddać, a do tej pory wciąż ma wybór - i często usiłuje żyć jak, jakby Pana nie było i jakby nie miał niespodziewanie powrócić. Tak, jakby Królestwo zaczynało się dopiero kiedyś, w mglistej przyszłości, a nie było obecne wśród nas już teraz; wszak właśnie tutaj toczą się jego sprawy, a ludzie wkraczają do niego i pomnażają jego skarby lub usuwają się z niego już na zawsze. Kiedy ostatecznie zapanuje, będą żałować każdego aktu miłosierdzia, którego nie podjęto.
Stworzona do miłości
Skoro odszedłeś, zamknąłeś mi usta,
Dając myśl dziwną i uczucia nowe,
Ten płomień w sercu mym wcale nie ustał,
Więc w papier wleję odrzuconą mowę,
Odrzucone myśli, plany i marzenia,
I brak szacunku, i wszelkie zranienia,
Uczucie trwogi i niedowierzenia
I dziwny, cierpki smak sumienia,
Które wie zawsze, że po środku wina,
I stale pyta, czy mogłam inaczej.
I czy prawdziwa twej zmiany przyczyna,
To brak miłości jest, czy duma raczej,
Co wiecznie chora, mimo doceniania,
Za cenę szczęścia chce wygrywać spory
I stale szuka dla siebie uznania
Wciąż poniżając i raniąc z przekory.
Wleję to w papier jak w smutną modlitwę,
Co delikatnie znieczula serc rany.
Wstrzymuje trochę myśli złych gonitwę,
Dezynfekuje rozum potrzaskany.
Skoro odszedłeś, zamykając usta,
Otworzę bardziej serce swe na ludzi,
Płomień co wcale w mym sercu nie ustał,
Niech miłość w biednych ludziach bez serc budzi.
Jestem stworzona do wielkiej miłości
Miłości Boga, świata i człowieka,
Chcę być posłanką dobra, wrażliwości,
I siać chcę miłość, skoro na nią czekam.
W Jerozolimie, w latach 30. pierwszego stulecia, miały miejsce wydarzenia, które mogą odmienić i uzdrowić twoje życie toczone obecnie, w XXI wieku. Ocalenie twojej przyszłości przybywa z przeszłości. Twoje życie to ciąg dalszy tej samej historii.