p

Przed nami przyszłość - Annie West

Kup ebooka

11.99 zł
9.83 zł (9,83 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Obudziła się z poczuciem dezorientacji.

Mrugając, przypatrywała się słabo oświetlonemu pokojowi. Krzesło dla odwiedzających, szafka nocna i małe okno... Teraz wiedziała, gdzie jest. W Rzymie. W szpitalu, do którego została przywieziona po tym, jak przewrócono ją na ulicy.

A jednak nie czuła się spokojniej. Poczucie dezorientacji nie zmalało. Jak mogłoby być inaczej, skoro wszystko było dla niej białą plamą?

Jej imię.

Jej narodowość.

To, co robiła w Rzymie.

Nie przypominała sobie niczego.

Impulsywnie sięgnęła do szafki nocnej, przesunęła palcami po małej szczotce do włosów i waniliowej pomadce - jedynych rzeczach, które posiadała. Jej ubrania były tak podarte i zakrwawione, że nie dało się ich nosić, brakowało torebki i portfela.

Wiedziała o sobie jedynie parę rzeczy.

Nie była Włoszką. Mówiła po angielsku.

Miała około dwudziestu lat. Twarz o jasnej cerze i regularnych rysach. Szaroniebieskie oczy i płowe włosy.

I była w ciąży.

Na myśl o tym, że jest w ciąży, bezimienna i sama, znów ogarnął ją lęk.

Zamknęła oczy, próbując wyrównać oddech. Amnezja minie. Tak mówili lekarze, a ona kurczowo uchwyciła się tych zapewnień. Alternatywa była zbyt okropna, by się nad nią zastanawiać. Poczuje się lepiej w dzień, gdy po oddziale będzie się kręcić personel medyczny. Nawet nieustanny korowód badań będzie miłą odmianą od leżenia tutaj w zupełnej samotności i...

Uświadomiła sobie, że ktoś ją obserwuje.

Powoli zwróciła głowę w stronę drzwi.

Zamrugała raz, potem znów. Czy utrata pamięci to za mało? Czy zaczęła mieć też halucynacje?

W progu stał mężczyzna, który z pewnością tu nie pasował. Wysoki, z szerokimi ramionami i na tyle smukły, by nosić ciemny garnitur z elegancką doskonałością - wyglądał jak z reklamy markowej odzieży. Jego kwadratowa szczęka, cień zarostu i wysokie kości policzkowe były bardzo męskie i oszałamiająco atrakcyjne.

Stanowił uosobienie stereotypu przystojnego wysokiego bruneta, południowca o oliwkowej skórze.

A gdy wszedł do pokoju, odkryła, że nie był po prostu "śliczną buźką". Emanująca od niego pierwotna twardość przyprawiła ją o gęsią skórkę. Należał do tego gatunku mężczyzn, u których designerski zarost jest seksowny, a nie oklepany. Jego nos sugerował raczej siłę niż łagodność, a oczy świadczyły o przenikliwości i inteligencji.

Serce waliło jej mocno, gdy stanął przy jej łóżku. Bez uśmiechu, bez banałów na temat czasu będącego najlepszym lekarstwem. I bez stetoskopu.

- Kim pan jest? - Starała się brzmieć spokojnie.

Zagłębił w niej spojrzenie swoich niezwykłych oczu. Były brązowe, nakrapiane złotem i rozświetlane wewnętrznym ogniem. Spoglądał na nią w milczeniu, wprawiając ją w dyskomfort.

- Pytałam...

- Nie pamiętasz mnie? - Jego głos, aksamitny i stalowy zarazem, kojarzył się z miodem i whisky.

Spróbowała usiąść, a potem się skrzywiła, bo ten ruch wywołał potężny ból głowy.

- W porządku? Mam kogoś zawołać?

A więc nie był lekarzem.

- Czy my się znamy? - Pochyliła się w jego stronę, milcząco błagając, by to potwierdził.

Ktoś gdzieś miał klucz do jej tożsamości.

- Ja...

W drzwiach nastąpiło jakieś poruszenie i wszedł jeden z lekarzy. W podekscytowaniu zalał mężczyznę stojącego obok łóżka potokiem słów po włosku. Nieznajomy odpowiedział, a niepokój malujący się na jego twarzy zdawał się uwydatniać jego kości policzkowe. Rozmawiali i rozmawiali, doktor potoczyście, nieznajomy zwięźle.

Jakby jej tu nie było!

- Czy ktoś mógłby mi wytłumaczyć, kim jest ten mężczyzna i co tu robi?

Doktor odwrócił się do niej momentalnie. A wtedy zarejestrowała, że ten wysoki nieznajomy ani na moment nie spuścił jej z oczu. Nawet w czasie rozmowy z lekarzem.

- Przepraszam - zreflektował się doktor. - Powinniśmy byli rozmawiać po angielsku. - A potem uśmiechnął się z entuzjazmem. - Ale mamy dla pani cudowne wieści.

Przeniosła wzrok na mężczyznę stojącego w ciszy przy jej boku.

- Pan mnie zna?

- Tak. Nazywasz się Molly. Jesteś Australijką.

Molly. Australijka. To wyjaśnia, dlaczego mówiła po angielsku, a nie po włosku.

Molly? Zmarszczyła brwi. Nie czuła się jak Molly.

A może?

Zdrętwiała, uświadamiając sobie, że nawet własne imię jest jej obce. Zakładała, że uzyskanie jakichkolwiek informacji na swój temat wywoła lawinę wspomnień, ale poznanie własnego imienia nie sprawiło cudu. Wciąż pogrążona była w porażającej mglistej nicości.

- Może to brzmi dziwnie, gdy słyszysz je znów po raz pierwszy, ale przyzwyczaisz się.

Wpatrywała się w wysokiego nieznajomego, wdzięczna za jego uspokajający ton. Skąd wiedział, że ogarnia ją panika?

- Czy pan też jest doktorem?

Potrząsnął głową, a lekarz wymamrotał coś pod nosem.

- Ale się znamy?

Skinął poważnie głową. Dlaczego nie wydawał się szczęśliwy, że pomaga jej odkryć własną tożsamość?

- I? - Zgrzytnęła zębami. Czy musiała błagać o każde ździebełko informacji?

- Przyjechałaś do Włoch jako au pair, by pracować u włosko-australijskiej pary.

- Au pair? - Wypróbowała tę myśl, powtarzając ją na głos. Ale znów nie brzmiała ani trochę znajomo.

- Niania. Opiekunka do dzieci.

Skinęła niecierpliwie głową. Wiedziała, kim jest au pair. Ale właściwie: skąd to wiedziała, skoro jej własne imię brzmiało dla niej tak nieznajomo?

- Jest pan tego pewien? Nie myli mnie pan z kimś innym?

Czy w jego oczach dostrzegała współczucie?

- Zupełnie pewien. Jesteś nauczycielką, ale trafiła ci się okazja przyjazdu do Włoch.

- Nauczycielką...

- Kochasz dzieci. - Coś w jego głosie, coś ostrego i twardego przykuło jej uwagę.

A jednak po raz pierwszy przyjęła jego słowa bez zastrzeżeń. To prawda, kochała dzieci. Mogła wyobrazić sobie siebie jako nauczycielkę. Po raz pierwszy podczas tej dziwnej rozmowy jego słowa wywołały w niej jakiś oddźwięk.

Kiedy w tych niezwykłych okolicznościach dowiedziała się, że jest w ciąży, oniemiała. Przerażała ją myśl o wydaniu na świat dziecka bez wiedzy o tym, kim jest ona sama i kto jest ojcem. Jednak nawet ten strach nie mógł zupełnie przekreślić jej zadziwienia tajemnicą nowego życia, które nosiła w sobie. Może gdy wróci jej pamięć, będzie tym podekscytowana.

- Jak mam na nazwisko? - Gdy tylko je pozna, odnajdzie swoją przeszłość, zlokalizuje rodzinę i przyjaciół i na nowo poskłada swoje życie.

Wysoki mężczyzna spojrzał na doktora, który skinął głową.

- Agosti. Nazywasz się Molly Agosti.

Zmarszczyła brwi.

- Agosti? - Znów czekała, by jej podświadomość rozpoznała nieznajomo brzmiące nazwisko. Nic. Nawet najsłabszego poruszenia. - Naprawdę? To włoskie nazwisko. A ja jestem Australijką... - Jej karnacja też nie była typowa dla kogoś włoskiego pochodzenia.

- Naprawdę.

Póki co będzie musiała uwierzyć mu na słowo.

- A pan jest...?

Nieznajomy stężał, a przynajmniej coś się w nim zmieniło. Przepływ fluidów między nimi nie był tak wyczuwalny. Zamrugała. Przepływ fluidów? Czy należała do tych osób, które wierzą w aury i niewidoczne moce? A może tylko ten mężczyzna tak ją nastrajał?

- Nazywam się Pietro Agosti.

Spojrzała na niepokojąco silne dłonie spoczywające na ramie jej łóżka i na to wysokie, eleganckie ciało.

- Agosti. Ale to to samo nazwisko...

Kiwnął głową.

- Tak. - A potem kąciki jego ust uniosły się w uśmiechu, który odebrał jej dech, choć uśmiechał się wyłącznie ustami, a nie oczami. To brązowe spojrzenie pozostawało uważne, badawcze.

Głęboko w jej podświadomości zadźwięczał alarm.

- To dlatego, że jestem twoim mężem.