ROZDZIAŁ PIERWSZY
Obudziła się z poczuciem dezorientacji.
Mrugając, przypatrywała się słabo oświetlonemu pokojowi. Krzesło dla odwiedzających, szafka nocna i małe okno... Teraz wiedziała, gdzie jest. W Rzymie. W szpitalu, do którego została przywieziona po tym, jak przewrócono ją na ulicy.
A jednak nie czuła się spokojniej. Poczucie dezorientacji nie zmalało. Jak mogłoby być inaczej, skoro wszystko było dla niej białą plamą?
Jej imię.
Jej narodowość.
To, co robiła w Rzymie.
Nie przypominała sobie niczego.
Impulsywnie sięgnęła do szafki nocnej, przesunęła palcami po małej szczotce do włosów i waniliowej pomadce - jedynych rzeczach, które posiadała. Jej ubrania były tak podarte i zakrwawione, że nie dało się ich nosić, brakowało torebki i portfela.
Wiedziała o sobie jedynie parę rzeczy.
Nie była Włoszką. Mówiła po angielsku.
Miała około dwudziestu lat. Twarz o jasnej cerze i regularnych rysach. Szaroniebieskie oczy i płowe włosy.
I była w ciąży.
Na myśl o tym, że jest w ciąży, bezimienna i sama, znów ogarnął ją lęk.
Zamknęła oczy, próbując wyrównać oddech. Amnezja minie. Tak mówili lekarze, a ona kurczowo uchwyciła się tych zapewnień. Alternatywa była zbyt okropna, by się nad nią zastanawiać. Poczuje się lepiej w dzień, gdy po oddziale będzie się kręcić personel medyczny. Nawet nieustanny korowód badań będzie miłą odmianą od leżenia tutaj w zupełnej samotności i...
Uświadomiła sobie, że ktoś ją obserwuje.
Powoli zwróciła głowę w stronę drzwi.
Zamrugała raz, potem znów. Czy utrata pamięci to za mało? Czy zaczęła mieć też halucynacje?
W progu stał mężczyzna, który z pewnością tu nie pasował. Wysoki, z szerokimi ramionami i na tyle smukły, by nosić ciemny garnitur z elegancką doskonałością - wyglądał jak z reklamy markowej odzieży. Jego kwadratowa szczęka, cień zarostu i wysokie kości policzkowe były bardzo męskie i oszałamiająco atrakcyjne.
Stanowił uosobienie stereotypu przystojnego wysokiego bruneta, południowca o oliwkowej skórze.
A gdy wszedł do pokoju, odkryła, że nie był po prostu "śliczną buźką". Emanująca od niego pierwotna twardość przyprawiła ją o gęsią skórkę. Należał do tego gatunku mężczyzn, u których designerski zarost jest seksowny, a nie oklepany. Jego nos sugerował raczej siłę niż łagodność, a oczy świadczyły o przenikliwości i inteligencji.
Serce waliło jej mocno, gdy stanął przy jej łóżku. Bez uśmiechu, bez banałów na temat czasu będącego najlepszym lekarstwem. I bez stetoskopu.
- Kim pan jest? - Starała się brzmieć spokojnie.
Zagłębił w niej spojrzenie swoich niezwykłych oczu. Były brązowe, nakrapiane złotem i rozświetlane wewnętrznym ogniem. Spoglądał na nią w milczeniu, wprawiając ją w dyskomfort.
- Pytałam...
- Nie pamiętasz mnie? - Jego głos, aksamitny i stalowy zarazem, kojarzył się z miodem i whisky.
Spróbowała usiąść, a potem się skrzywiła, bo ten ruch wywołał potężny ból głowy.
- W porządku? Mam kogoś zawołać?
A więc nie był lekarzem.
- Czy my się znamy? - Pochyliła się w jego stronę, milcząco błagając, by to potwierdził.
Ktoś gdzieś miał klucz do jej tożsamości.
- Ja...
W drzwiach nastąpiło jakieś poruszenie i wszedł jeden z lekarzy. W podekscytowaniu zalał mężczyznę stojącego obok łóżka potokiem słów po włosku. Nieznajomy odpowiedział, a niepokój malujący się na jego twarzy zdawał się uwydatniać jego kości policzkowe. Rozmawiali i rozmawiali, doktor potoczyście, nieznajomy zwięźle.
Jakby jej tu nie było!
- Czy ktoś mógłby mi wytłumaczyć, kim jest ten mężczyzna i co tu robi?
Doktor odwrócił się do niej momentalnie. A wtedy zarejestrowała, że ten wysoki nieznajomy ani na moment nie spuścił jej z oczu. Nawet w czasie rozmowy z lekarzem.
- Przepraszam - zreflektował się doktor. - Powinniśmy byli rozmawiać po angielsku. - A potem uśmiechnął się z entuzjazmem. - Ale mamy dla pani cudowne wieści.
Przeniosła wzrok na mężczyznę stojącego w ciszy przy jej boku.
- Pan mnie zna?
- Tak. Nazywasz się Molly. Jesteś Australijką.
Molly. Australijka. To wyjaśnia, dlaczego mówiła po angielsku, a nie po włosku.
Molly? Zmarszczyła brwi. Nie czuła się jak Molly.
A może?
Zdrętwiała, uświadamiając sobie, że nawet własne imię jest jej obce. Zakładała, że uzyskanie jakichkolwiek informacji na swój temat wywoła lawinę wspomnień, ale poznanie własnego imienia nie sprawiło cudu. Wciąż pogrążona była w porażającej mglistej nicości.
- Może to brzmi dziwnie, gdy słyszysz je znów po raz pierwszy, ale przyzwyczaisz się.
Wpatrywała się w wysokiego nieznajomego, wdzięczna za jego uspokajający ton. Skąd wiedział, że ogarnia ją panika?
- Czy pan też jest doktorem?
Potrząsnął głową, a lekarz wymamrotał coś pod nosem.
- Ale się znamy?
Skinął poważnie głową. Dlaczego nie wydawał się szczęśliwy, że pomaga jej odkryć własną tożsamość?
- I? - Zgrzytnęła zębami. Czy musiała błagać o każde ździebełko informacji?
- Przyjechałaś do Włoch jako au pair, by pracować u włosko-australijskiej pary.
- Au pair? - Wypróbowała tę myśl, powtarzając ją na głos. Ale znów nie brzmiała ani trochę znajomo.
- Niania. Opiekunka do dzieci.
Skinęła niecierpliwie głową. Wiedziała, kim jest au pair. Ale właściwie: skąd to wiedziała, skoro jej własne imię brzmiało dla niej tak nieznajomo?
- Jest pan tego pewien? Nie myli mnie pan z kimś innym?
Czy w jego oczach dostrzegała współczucie?
- Zupełnie pewien. Jesteś nauczycielką, ale trafiła ci się okazja przyjazdu do Włoch.
- Nauczycielką...
- Kochasz dzieci. - Coś w jego głosie, coś ostrego i twardego przykuło jej uwagę.
A jednak po raz pierwszy przyjęła jego słowa bez zastrzeżeń. To prawda, kochała dzieci. Mogła wyobrazić sobie siebie jako nauczycielkę. Po raz pierwszy podczas tej dziwnej rozmowy jego słowa wywołały w niej jakiś oddźwięk.
Kiedy w tych niezwykłych okolicznościach dowiedziała się, że jest w ciąży, oniemiała. Przerażała ją myśl o wydaniu na świat dziecka bez wiedzy o tym, kim jest ona sama i kto jest ojcem. Jednak nawet ten strach nie mógł zupełnie przekreślić jej zadziwienia tajemnicą nowego życia, które nosiła w sobie. Może gdy wróci jej pamięć, będzie tym podekscytowana.
- Jak mam na nazwisko? - Gdy tylko je pozna, odnajdzie swoją przeszłość, zlokalizuje rodzinę i przyjaciół i na nowo poskłada swoje życie.
Wysoki mężczyzna spojrzał na doktora, który skinął głową.
- Agosti. Nazywasz się Molly Agosti.
Zmarszczyła brwi.
- Agosti? - Znów czekała, by jej podświadomość rozpoznała nieznajomo brzmiące nazwisko. Nic. Nawet najsłabszego poruszenia. - Naprawdę? To włoskie nazwisko. A ja jestem Australijką... - Jej karnacja też nie była typowa dla kogoś włoskiego pochodzenia.
- Naprawdę.
Póki co będzie musiała uwierzyć mu na słowo.
- A pan jest...?
Nieznajomy stężał, a przynajmniej coś się w nim zmieniło. Przepływ fluidów między nimi nie był tak wyczuwalny. Zamrugała. Przepływ fluidów? Czy należała do tych osób, które wierzą w aury i niewidoczne moce? A może tylko ten mężczyzna tak ją nastrajał?
- Nazywam się Pietro Agosti.
Spojrzała na niepokojąco silne dłonie spoczywające na ramie jej łóżka i na to wysokie, eleganckie ciało.
- Agosti. Ale to to samo nazwisko...
Kiwnął głową.
- Tak. - A potem kąciki jego ust uniosły się w uśmiechu, który odebrał jej dech, choć uśmiechał się wyłącznie ustami, a nie oczami. To brązowe spojrzenie pozostawało uważne, badawcze.
Głęboko w jej podświadomości zadźwięczał alarm.
- To dlatego, że jestem twoim mężem.