p

Projekt miłość - Lauren Asher

Kup ebooka

43.90 zł
35.56 zł (35,56 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Jesz­cze ja­kieś dzie­sięć cho­ler­nych se­kund i osza­leję, a winę za to bę­dzie po­no­sić nie­zno­śnie po­wolny kie­rowca blo­ku­jący je­dyną drogę wjaz­dową do mia­sta.

Słońce za­szło ja­kieś dwa­dzie­ścia mi­nut temu, przez co nie mogę na­wet sku­pić się na czymś in­nym niż oświe­tlona przez moje re­flek­tory ka­li­for­nij­ska ta­blica re­je­stra­cyjna. Cu­dem opie­ram się chęci bły­śnię­cia dłu­gimi świa­tłami i wa­le­nia w klak­son, ale kiedy czarny mer­ce­des skręca lekko w bok - choć za­raz się po­pra­wia - pra­wie się pod­daję.

Cál­mate, uspo­kój się. Do głów­nej zo­stało ci już tylko nie­ca­łych dzie­sięć ki­lo­me­trów.

Chcę zdą­żyć na wy­stęp chrze­śniaka i kusi mnie, żeby wbić się przed tam­tego, ale nie za­mie­rzam ry­zy­ko­wać uszko­dze­nia mo­jego no­wego mcla­rena pod­czas zjazdu z drogi. Nie po to ostat­nich kilka lat prze­ko­ny­wa­łem się, że mogę ku­pić so­bie sa­mo­chód ma­rzeń, by ze­rwać za­wie­sze­nie ty­dzień po tym, jak mi go do­star­czono.

Na­gle ku mo­jemu za­sko­cze­niu roz­lega się dzwo­nek te­le­fonu. Ekran wy­świe­tla imię ku­zyna. Za­nim przy­ci­skam gu­zik na kie­row­nicy, biorę głę­boki wdech.

- Gdzie ty się, do cho­lery, po­dzie­wasz? - Dźwięk ostrego szeptu Ra­fa­ela wy­peł­nia auto.

- Będę za dzie­sięć mi­nut.

Na­stę­puje pe­łen dez­apro­baty po­mruk.

- Wy­stępy za­czy­nają się za pięć.

- Nie martw się, nim Nico po­jawi się na sce­nie, będę na miej­scu.

- Nie wiem, jak to so­bie wy­obra­żasz, skoro wy­stę­puje jako pierw­szy.

Mierda, cho­lera.

- Nie wie­dzia­łem.

- Zmie­nili nieco pro­gram, bo kilka dzie­cia­ków zła­pało ja­kie­goś wi­rusa. Pi­sa­łem ci rano. - Na­wet nie pró­buje ukry­wać swo­jego po­iry­to­wa­nia.

Za­ci­skam dło­nie na gład­kiej skó­rze kie­row­nicy.

- Spo­tka­nie w Lake Au­rora się prze­cią­gnęło.

- Wia­domo.

- Wkrótce po­winno być nieco luź­niej.

- Bez wąt­pie­nia. - Jego szorstki ton tylko mnie pod­ju­dza.

Wcze­śniej, za­nim dwa lata temu jego żona zło­żyła po­zew o roz­wód, wszy­scy na­zy­wali Ra­fa­ela Lu­zac­kim Lo­pe­zem, bo za­wsze ro­bił, co mógł, by lu­dzie w jego oto­cze­niu do­brze się czuli.

Ci­szę prze­rywa jego głę­bo­kie wes­tchnie­nie.

- W po­rządku. Nico zro­zu­mie.

Mój ośmio­letni chrze­śniak może i jest nad­zwy­czaj doj­rzały, ale bez prze­sady. A po tym wszyst­kim, przez co prze­szedł w związku z roz­wo­dem ro­dzi­ców, nie za­mie­rzam być ko­lejną po­zy­cją na wy­dłu­ża­ją­cej się li­ście ro­dzin­nych roz­cza­ro­wań.

- Twoja mama za­jęła ci miej­sce z tyłu sali na wy­pa­dek, gdy­byś jed­nak zdą­żył.

- Rafa, będę...

Roz­łą­cza się, choć nie wy­słu­chał reszty zda­nia.

Pen­dejo, du­pek.

Ostat­nio czę­ściej sprze­czamy się z Rafą, głów­nie z po­wodu jego cha­rak­teru i mo­jego gra­fiku, wy­peł­nio­nego po brzegi, od­kąd za­czą­łem pro­wa­dzić firmę bu­dow­laną zmar­łego ojca. Sta­ram się jak mogę za­cho­wy­wać rów­no­wagę mię­dzy ży­ciem oso­bi­stym a do­glą­da­niem firmy roz­ra­sta­ją­cej się poza naj­śmiel­sze wy­obra­że­nia mo­jego ku­zyna, wciąż jed­nak mi nie wy­cho­dzi.

Przy­glą­dam się wą­skiemu pa­sowi obok drogi. Zbo­cze jest błot­ni­ste, ale wy­star­czy, by po­ko­nać ten krótki od­ci­nek po­trzebny do wy­prze­dze­nia sa­mo­chodu przede mną.

Skończ ana­li­zo­wać i zrób to.

Ró­ża­niec, który mama prze­wie­siła przez lu­sterko wsteczne, wi­ruje, gdy skrę­cam ostro w bok i wci­skam pe­dał gazu. Sil­nik ry­czy, kiedy zmie­niam biegi, a opony pisz­czą.

Serce pod­cho­dzi mi do gar­dła, bo w tej sa­mej chwili sa­mo­chód przede mną zjeż­dża na prawo i blo­kuje mi drogę.

Kurwa. Kurwa. Kurwa!

Sa­mo­chody się zde­rzają, czas zdaje się przy­spie­szać. Re­flek­tor pęka, a me­tal chrzę­ści, kiedy przód mo­jego auta tra­fia w tylny zde­rzak tego, które za­je­chało mi drogę. Siła zde­rze­nia spra­wia, że lecę do przodu, ale za­raz pas bez­pie­czeń­stwa szar­pie mną w stronę prze­ciwną do kie­runku jazdy.

Na szczę­ście nie uru­cha­miają się po­duszki po­wietrzne, choć po­czu­cie ulgi jest krót­ko­trwałe, gdyż ja­ka­kol­wiek iskierka na­dziei, że zdążę na wy­stęp Nico, do­gasa. Nie po­zo­staje mi nic in­nego jak tylko prze­można chęć wy­dar­cia się na tego bez­myśl­nego kie­rowcę przede mną.

Pięć od­de­chów. Wspo­mnie­nie głosu ojca cią­gnie za nie­wi­doczne sznurki ople­cione wo­kół mo­jego serca, aż na­pię­cie staje się nie do znie­sie­nia. Wi­dzę go, jak se­rią głę­bo­kich od­de­chów pró­buje ukoić moje nerwy po ko­lej­nym kosz­ma­rze.

Ni­gdy nie po­my­ślał­bym, że dwa­dzie­ścia pięć lat póź­niej sko­rzy­stam z tej sa­mej tech­niki, ale pro­szę bar­dzo, oto je­stem, sie­dzę z za­ci­śnię­tymi na amen po­wie­kami i sta­ram się li­czyć od­de­chy, aż po­czuję, że ból w piersi słab­nie i prze­stanę drżeć ze wście­kło­ści.

Gdy pod­cho­dzę do dru­giego sa­mo­chodu, owiewa mnie wcze­sno­paź­dzier­ni­kowa bryza. Kie­row­czyni po­chyla się w fo­telu, ciemne, się­ga­jące ra­mion włosy spra­wiają, że nie wi­dzę jej twa­rzy.

Wy­cią­gam dłoń, żeby po­stu­kać w okno, ale po­wstrzy­muje mnie wy­soki pisk do­cho­dzący z sa­mo­cho­do­wych gło­śni­ków.

- Nie martw się! Już jadę! - Dwa sy­gnały i po­łą­cze­nie zo­staje ze­rwane.

Co­raz wy­raź­niej wi­dzę na­zna­czony pa­niką od­dech ko­biety, jej plecy po­ru­szają się gwał­tow­nie w górę i w dół.

- Hej. - Nie za­uważa mnie, więc pu­kam w szybę. - Nic pani nie jest?

Unosi w moją stronę drżący pa­lec, ale głowę wciąż trzyma w dole.

- Se­kundkę - od­po­wiada ła­mią­cym się gło­sem.

Ści­ska mnie w żo­łądku, aż czuję to w mię­śniach.

- Po­trze­buje pani ka­retki?

- Nie! Wszystko w po­rządku! - Ob­raca gwał­tow­nie głowę w moim kie­runku.

Vete a la chin­gada. No niech mnie.

- Ju­lian? - Dah­lia Mu­?oz wy­po­wiada moje imię chra­pli­wym szep­tem.

Od ostat­niego razu, kiedy sły­sza­łem, jak Dah­lia ar­ty­ku­łuje moje imię tym swoim mięk­kim gło­sem, mi­nęły lata. Pew­nie dla­tego czuję się, jak­bym do­stał mło­tem w pierś.

Nie wi­dzie­li­śmy się od chrztu Nico, osiem lat temu, kiedy to zo­sta­li­śmy jego chrzest­nymi. Ode­gra­li­śmy wtedy szopkę przed na­szymi ro­dzi­nami, a w rze­czy­wi­sto­ści pa­nu­jące mię­dzy nami na­pię­cie i nie­zręczna ci­sza pra­wie mnie za­biły, szcze­gól­nie że nie roz­ma­wia­li­śmy od czasu po­grzebu mo­jego ojca pół­tora roku wcze­śniej.

Ona cały rok, włącz­nie z wa­ka­cjami, spę­dziła na Stan­for­dzie, a ja trzy­ma­łem się na dy­stans, bo by­łem tchó­rzem.

Tchó­rzem, któ­rego cał­ko­wi­cie za­sko­czyła, kiedy po­ja­wiła się z Oli­ve­rem, moim daw­nym współ­lo­ka­to­rem, w roli no­wego chło­paka. Nie są­dzi­łem, że się za­kum­plują, a tym bar­dziej zo­staną parą. Przy­znaję jed­nak, że ma to sens - bio­rąc pod uwagę przy­tyki Oli­vera na te­mat mo­jego za­uro­cze­nia Dah­lią oraz spo­sób, w jaki na nią pa­trzył, cho­ciaż wie­dział, co do niej czuję.

Od czasu chrztu oboje wspa­niale ra­dzi­li­śmy so­bie z uni­ka­niem się na­wza­jem - czas prze­szły, bo wła­śnie wszystko znisz­czyła swoim nie­spo­dzie­wa­nym przy­by­ciem.

- Dah­lia.

Gdy su­nie po mnie wzro­kiem, ogar­nia mnie prze­można chęć ucieczki.

Pró­buję ukryć za­sko­cze­nie, a ona wy­siada z sa­mo­chodu z wy­soko unie­sioną głową, choć tusz spływa jej po po­licz­kach, a broda lekko drży. W ciągu trzy­dzie­stu lat, jak znam Dah­lię, pła­kała tylko dwa razy - raz, kiedy zła­mała rękę, ści­ga­jąc się ze mną we wspi­na­niu na drzewo, i drugi - pod­czas po­grzebu swo­jego ojca.

Zu­peł­nie jak przy­pływ nie po­trafi oprzeć się przy­cią­ga­niu Księ­życa, tak ja nie mogę się oprzeć Dah­lii i mój wzrok już wę­druje wzdłuż jej ciała.

Biała ko­szulka świet­nie współ­gra z jej złotą skórą i fa­lo­wa­nymi, brą­zo­wymi wło­sami, z ko­lei przy wy­bo­rze po­tar­ga­nych dżin­sów kie­ro­wała się ra­czej modą niż funk­cjo­nal­no­ścią, co wno­szę po wy­zie­ra­ją­cych z ogrom­nych dziur ko­la­nach. Jej krą­gło­ści ide­al­nie rów­no­ważą ostre ko­ści po­licz­kowe i spi­cza­sty pod­bró­dek, two­rząc naj­lep­szą moż­liwą kom­bi­na­cję mięk­ko­ści i zmy­sło­wo­ści.

Czuję mro­wie­nie na karku, pod­no­szę wzrok i wi­dzę, że Dah­lia mruży na mnie za­czer­wie­nione, spuch­nięte oczy. Roz­ma­zany ma­ki­jaż nie odej­muje jej urody, choć ciemne smugi spra­wiają, że od­zy­wam się, za­nim zdążę po­my­śleć.

- Ma­ki­jaż ci się roz­ma­zał.

Pin­che es­túpido, cho­lerny idiota. W prze­ci­wień­stwie do mamy i ku­zyna nie ra­dzę so­bie z ludźmi, co wi­dać.

Złote pier­ścionki mi­go­czą w świe­tle księ­życa, kiedy Dah­lia prze­ciera po­liczki, marsz­cząc czoło.

- Coś wpa­dło mi do oka.

- Do obu? - Staję pew­niej na no­gach i krzy­żuję ręce.

Do­tyka ką­ci­ków oczu środ­ko­wymi pal­cami.

- Przy­zwo­itość na­ka­zy­wa­łaby nie za­da­wać ta­kich py­tań.

- Od kiedy to je­ste­śmy wo­bec sie­bie przy­zwo­ici?

- Wciąż nie jest za późno, by za­cząć.

Z po­wodu róż­nicy wzro­stu mię­dzy nami musi od­chy­lić głowę do tyłu, żeby po­rząd­nie mi się przyj­rzeć. Jej orze­chowe oczy przy­po­mi­nają mi dawne noce w warsz­ta­cie spę­dzone na bej­co­wa­niu.

Resztki mo­jego opa­no­wa­nia ula­tują, kiedy Dah­lia po­ciąga no­sem.

- Aler­gia. - Jej obronny ton w po­łą­cze­niu z marsz­cze­niem nosa spra­wiają, że moja pierś ści­ska się w ak­cie osta­tecz­nej zdrady.

Co tu się, kurwa, dzieje i jak mogę to za­trzy­mać?

Sta­ram się za­cho­wać neu­tralny wy­raz twa­rzy, choć moje serce ło­moce dziko o że­bra. Ona też szybko się pod­daje, zwie­sza ra­miona i opiera o drzwi sa­mo­chodu z wes­tchnie­niem.

Czuję prze­możną chęć po­wie­dze­nia cze­go­kol­wiek, ale brak mi słów.

Wszystko ruj­nuje dźwięk dzwonka mo­jego te­le­fonu.

- Cho­lera!

- Co jest? - Unosi wy­soko brwi.

Ty. Jak za­wsze ty.

Moją od­po­wiedź za­głu­sza wy­cie sy­ren. Całe ciało na­pina mi się i sztyw­nieje, kiedy sznur sa­mo­cho­dów po­ko­nuje za­kręt. Na czele jadą wóz stra­żacki i ka­retka, a za nimi sze­ryf, jego za­stępcy i miej­scowy tram­waj.

To chyba ja­kiś żart.

Dah­lia klnie ku niebu:

- Dios, dame pa­cien­cia con mi mamá, Boże, ze­ślij mi cier­pli­wość do mo­jej matki.

Wbi­jam w nią wzrok.

- To z nią roz­ma­wia­łaś?

- Nie­stety.

Gdzie, jak nie w Lake Wi­ste­ria, po­trak­tują drobną stłuczkę jako re­gu­larną ka­ta­strofę.

Nie cho­dzi o sa­mo­chody. Ale o nią. To dla niej tu przy­je­chali.

Dah­lia to ktoś wię­cej niż ry­walka z dzie­ciń­stwa. To Tru­skaw­kowa Pięk­ność Lake Wi­ste­ria, która na­sy­ciw­szy się swoim ka­li­for­nij­skim snem, po la­tach wraca do domu.

A ty je­steś tym ca­brón, dup­kiem, który pra­wie wpa­ko­wał ją w rów.

Po­cie­ram pul­su­jące skro­nie.

- My­ślisz, że mo­gli­by­śmy się stąd zmyć, za­nim tu do­trą? - Spoj­rze­nie Dah­lii wę­druje ode mnie do mo­jego sa­mo­chodu.

- To twoja wina - wy­myka mi się.

Kilka mi­nut w jej obec­no­ści i już wraca kiep­ski na­wyk ga­da­nia, co ślina na ję­zyk przy­nie­sie.

Ko­lejna po­zy­cja na li­ście po­wo­dów, dla któ­rych po­wi­nie­nem jej uni­kać.

- Moja wina?! Nic by się nie stało, gdy­byś nie pró­bo­wał się wbić przede mnie - mówi, opie­ra­jąc dłoń na bio­drze.

- Spie­szy­łem się.

- A ja... - Wy­rzuca ręce w górę, ale nie koń­czy.

Za­zwy­czaj z ulgą wi­tam ci­szę, ale fakt, że Dah­lia za­myka się już przy pierw­szej oznace sprze­ciwu z mo­jej strony, po­twor­nie mnie fru­struje.

Ja­sne, mi­go­czące świa­tła za­le­wają nas czer­wie­nią, bielą i nie­bie­skim, kilku stra­ża­ków wy­ska­kuje z wozu, żeby przyj­rzeć się miej­scu zda­rze­nia, w tym cza­sie dwóch ra­tow­ni­ków szybko ustala, że za­równo Dah­lia, jak i ja je­ste­śmy cali.

Star­szy ko­men­dant straży przy­ciąga Dah­lię do sie­bie i ją przy­tula.

- Twoja mama brzmiała, jak­byś umie­rała.

- Wiesz, że bywa na­do­pie­kuń­cza. - Dah­lia prze­wraca oczami.

- Chce do­brze. - Ko­men­dant mierzwi jej włosy.

- Lu­cy­fer też by tak o so­bie po­wie­dział. - Dah­lia ściąga usta w ciup, wy­raz jej twa­rzy tę­żeje.

- Dah­lia! - Rosa wy­ska­kuje z tram­waju i bie­gnie do córki z ró­żań­cem w jed­nej dłoni i bu­telką wody świę­co­nej w dru­giej. Do tego i moja matka wy­siada z tego sa­mego tram­waju, a za nią cała grupa lu­dzi, dzięki czemu na­sza stłuczka prze­ra­dza się w zlot miesz­kań­ców Lake Wi­ste­ria.

- Mami. - Dah­lia przy­gląda się tłu­mowi zbie­ra­ją­cemu się za za­stęp­cami. - Mu­sia­łaś ścią­gać tu od razu całe mia­sto?

- Nie za­czy­naj. ?Qué pasó? Co się stało? - Rosa lu­struje córkę od góry do dołu i zrywa za­krętkę z bu­te­leczki z wodą świę­coną.

Pierw­szy raz tego wie­czoru oczy Dah­lii błysz­czą ja­śniej niż gwiazdy nad nami.

- Ju­lian we mnie wje­chał.

Sku­bana.

Rosa pa­trzy na mnie, jak­bym po­peł­nił ja­kąś zbrod­nię.

Na dźwięk głosu mo­jej matki, która po­sta­no­wiła do nas do­łą­czyć, aż się jeżę.

- Ju­lian? Synu, po­wiedz mi, że to nie­prawda.

- Ma...

Wy­rywa Ro­sie bu­te­leczkę i robi nade mną znak krzyża, po czym kropi mnie wodą świę­coną.

- Coś ty so­bie my­ślał?! Pró­bo­wać ze­pchnąć Dah­lię z drogi!

- Że szkoda, że mi się nie udało.

Ko­men­dant ma­skuje śmiech kaszl­nię­ciem.

Spoj­rze­nie Dah­lii za­raz wy­pali mi dziurę w po­liczku.

- Nie ga­daj, że całe te lata ob­my­śla­łeś, jak mnie za­bić, i na ostat­nim eta­pie ci nie wy­szło?

- Uwierz mi. To się wię­cej nie po­wtó­rzy.

Po­ka­zuje mi środ­kowy pa­lec.

- Dah­lio Isa­bello Mu­?oz! - Rosa cią­gnie córkę za rękę, a moja matka szep­cze obu­rzona:

- Lu­isie Ju­lia­nie Lo­pe­zie Ju­nio­rze!

Mama używa mo­jego ofi­cjal­nego pierw­szego imie­nia wy­łącz­nie w bar­dzo rzad­kich - za­re­zer­wo­wa­nych dla skraj­nego wku­rze­nia - sy­tu­acjach. To sy­gnał, że le­piej, że­bym się po­ha­mo­wał, za­nim straci nad sobą pa­no­wa­nie.

Wzdy­chamy z Dah­lią, na­sze spoj­rze­nia się zde­rzają, co roz­pra­sza moje my­śli. Aż zo­staje tylko jedna.

Ona.

Do­łą­cza do nas sze­ryf i ra­tuje mnie przed dal­szym ośmie­sza­niem się. Na szczę­ście ten za­stępca, który coś do mnie ma, trzyma się z da­leka. Nie­by­wałe, bio­rąc pod uwagę mo­jego dzi­siej­szego pe­cha.

Zna­jąc Dah­lię, za­przy­jaź­ni­łaby się z nim tylko po to, żeby zro­bić mi na złość.

Star­szy sze­ryf przy­ciąga Dah­lię do sie­bie i przy­tula szybko.

- No to co się tu wy­da­rzyło?

- Po­wi­nie­neś aresz­to­wać Ju­liana za usi­ło­wa­nie mor­der­stwa. - Zło­śliwy uśmie­szek Dah­lii uru­cha­mia w mo­jej gło­wie sy­reny alar­mowe. Wspo­mnie­nia, które la­tami pró­bo­wa­łem wy­ma­zać, wy­pły­wają na po­wierzch­nię i prze­la­tują mi przed oczami jak klatki ja­kie­goś obłą­ka­nego filmu.

Ten uśmiech, który ro­bił się co­raz szer­szy, kiedy pe­szy­łem się albo od­zy­wa­łem w nie­od­po­wied­nim mo­men­cie.

Jej lśniące oczy, które wzno­siła na mnie, gdy nie­mrawo su­nę­li­śmy - nie ja pro­wa­dzi­łem nas po par­kie­cie pod­czas jej qu­in­ce­a?ery.

Po­dobny wy­raz twa­rzy miała, kiedy prze­ma­wiała na za­koń­cze­nie szkoły, gdy dzię­ko­wała mi - jako oso­bie, która za­słu­żyła so­bie za­le­d­wie na za­szczyt otwie­ra­nia uro­czy­sto­ści - za to, że cały rok dziel­nie wal­czy­łem z nią o ty­tuł naj­lep­szego ucznia.

To wręcz że­nu­jące, że wy­star­czy jej je­den uśmie­szek, by obu­dzić tyle wspo­mnień. Choć naj­le­piej by­łoby, gdyby zo­sta­wić je w prze­szło­ści, ra­zem z uczu­ciami, które kie­dyś do niej ży­wi­łem.

Nie mam po­ję­cia, dla­czego Dah­lia Mu­?oz wró­ciła, ale nie wy­nik­nie z tego nic do­brego.

Zde­cy­do­wa­nie nic do­brego.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki