p

Prawda i odnowa. Wizje nowej sprawiedliwości według ocalałych - Judith L. Herman

Kup ebooka

44.99 zł
34.64 zł (34,64 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Kiedy w książce Trauma. Od prze­mocy domo­wej do ter­roru poli­tycz­nego przed­sta­wia­łam zapo­mnianą histo­rię traumy, argu­men­to­wa­łam, że cier­pie­nie strau­ma­ty­zo­wa­nych osób nie pozo­staje jedy­nie kwe­stią doty­czącą indy­wi­du­al­nej psy­chiki, lecz w każ­dym przy­padku także spra­wie­dli­wo­ści spo­łecz­nej. Ponie­waż prze­moc leżąca u źró­deł traumy ma na celu domi­na­cję i ucisk, samo dostrze­że­nie jej i nazwa­nie wymaga uwzględ­nie­nia kon­tek­stu histo­rycz­nego wiel­kich ruchów spo­łecz­nych na rzecz praw czło­wieka: na rzecz świec­kiej demo­kra­cji, znie­sie­nia nie­wol­nic­twa, wyzwo­le­nia kobiet i poło­że­nia kresu woj­nom. Zespół stresu poura­zo­wego został uznany w Sta­nach Zjed­no­czo­nych za jed­nostkę cho­ro­bową dopiero po tym, jak wete­rani wojny w Wiet­na­mie cisnęli swoje odzna­cze­nia woj­skowe przez ogro­dze­nie Bia­łego Domu i oznaj­mili, że choć wró­cili do domu cali, ich umy­sły na zawsze zostały w Wiet­na­mie. Prze­moc sek­su­alną uznano za ogól­no­świa­tową plagę dopiero wtedy, gdy dzięki ruchowi wyzwo­le­nia kobiety zyskały głos i opo­wie­działy o codzien­nych ukry­tych zbrod­niach - gwał­tach, pobi­ciach i kazi­rodz­twie.

Jeśli zabu­rze­nia trau­ma­tyczne są przy­pa­dło­ścią bez­sil­nych, naczelną zasadą zdro­wie­nia powinno być wzmoc­nie­nie. Jeśli trauma izo­luje i rodzi wstyd, zdro­wie­nie powinno odby­wać się we wspól­no­cie. Są to naj­waż­niej­sze spo­strze­że­nia tera­peu­tyczne pły­nące z wyko­ny­wa­nej przeze mnie pracy, które w moim odczu­ciu spraw­dziły się na prze­strzeni lat w róż­nych kul­tu­rach.

We wspo­mnia­nej książce Trauma... opi­sa­łam pro­ces wycho­dze­nia z traumy, prze­bie­ga­jący w pew­nym przy­bli­że­niu w trzech eta­pach. Na pierw­szym eta­pie oca­lały musi sku­pić się na zło­żo­nym i trud­nym zada­niu, jakim jest osią­gnię­cie poczu­cia bez­pie­czeń­stwa w teraź­niej­szo­ści, z myślą o unik­nię­ciu dal­szej prze­mocy. Bez­pie­czeń­stwo pozwala oca­la­łemu otrzą­snąć się z kosz­maru, który dopro­wa­dził go do skraj­nej ule­gło­ści, i odzy­skać poczu­cie spraw­czo­ści. Wra­że­nie utrzy­my­wa­nia pew­nej kon­troli i moż­li­wo­ści doko­ny­wa­nia wybo­rów w codzien­nym życiu jest z kolei warun­kiem koniecz­nym dal­szego zdro­wie­nia. Dla­tego nawet moty­wo­wane dobrymi chę­ciami inter­wen­cje poli­cji czy przed­sta­wi­cieli wymiaru spra­wie­dli­wo­ści mogą wyrzą­dzić dal­sze szkody, jeśli odbie­rają one oca­la­łemu poczu­cie siły i kon­troli; z tego samego powodu inter­wen­cje prawne, doko­ny­wane z posza­no­wa­niem oca­lałych i ku ich umoc­nie­niu, są spra­wie­dli­wym i uzdra­wia­ją­cym spo­so­bem zadość­uczy­nie­nia za doznane krzywdy.

Na dru­gim eta­pie zdro­wie­nia oca­lały może powró­cić do prze­szło­ści, aby prze­żyć żal z powodu traumy i nadać jej zna­cze­nie. Taka osoba ni­gdy nie będzie tą samą, jaką była przed trau­ma­tycz­nymi wyda­rze­niami w swoim życiu, lecz może prze­kuć ów żal w nową toż­sa­mość, która nie neguje prze­szło­ści, ale też nie pozwala, by ta w pełni ją defi­nio­wała. Poczy­nione w ramach wielu badań obser­wa­cje powrotu do zdro­wia oca­lałych potwier­dziły zja­wi­ska, które są intu­icyj­nie logiczne: wspar­cie spo­łeczne sta­nowi silny czyn­nik pro­gno­styczny sku­tecz­nego powrotu do zdro­wia, a izo­la­cja spo­łeczna jest tok­syczna. W samot­no­ści ludzie nie mogą czuć się bez­piecz­nie, opła­ki­wać swo­ich krzywd ani nadać im sensu.

Wyda­wa­łoby się, że opła­ki­wa­nie prze­szło­ści może trwać w nie­skoń­czo­ność, lecz w isto­cie dobiega ono końca. Na trze­cim eta­pie oca­lały może ponow­nie sku­pić się na teraź­niej­szo­ści i przy­szło­ści, roz­wi­ja­jąc i pogłę­bia­jąc rela­cje z szer­szą spo­łecz­no­ścią oraz zysku­jąc głęb­sze poczu­cie życio­wych moż­li­wo­ści1. Nie­które wyjąt­kowe osoby, dostrze­gł­szy w swoim cier­pie­niu część dużo więk­szego pro­blemu spo­łecz­nego, potra­fią prze­mie­nić zna­cze­nie swo­jej traumy poprzez potrak­to­wa­nie swo­ich doświad­czeń jako daru i wspólną walkę z innymi o lep­szy świat. Wykształca się w nich coś, co mój kolega po fachu i przy­ja­ciel, Robert Jay Lifton, nazwał "misją oca­la­łego" (ang. survi­vor mis­sion)2. Przez lata mia­łam zaszczyt być świad­kiem i osobą wspie­ra­jącą dla wielu pacjen­tów, któ­rzy prze­szli przez wymie­nione etapy zdro­wie­nia i odzy­skali umie­jęt­ność cie­sze­nia się peł­nią życia.

Ostat­nio zaczę­łam zasta­na­wiać się nad kon­cep­cją czwar­tego i ostat­niego etapu zdro­wie­nia, jakim jest spra­wie­dli­wość. Jeśli trauma sta­nowi pro­blem spo­łeczny -?a tak jest w isto­cie -?to powrót do zdro­wia nie może być jedy­nie indy­wi­du­alną sprawą. Rany po trau­mie to nie tylko krzywdy wyrzą­dzone przez spraw­ców prze­mocy i wyzy­sku, albo­wiem dzia­ła­nia lub zanie­cha­nia osób postron­nych -?wszyst­kich, któ­rzy są współ­winni prze­mocy, wolą odwra­cać od niej wzrok lub obwi­niają o nią ofiary - czę­sto powo­dują jesz­cze dotkliw­sze szkody. Rany te wpi­sują się w sze­roko pojęty kul­tu­rowy kon­tekst prze­mocy, w któ­rej zbrod­nie wobec osób zdo­mi­no­wa­nych i zmar­gi­na­li­zo­wa­nych są racjo­na­li­zo­wane, tole­ro­wane bądź zamia­tane pod dywan. Jeśli trauma ma swoje źró­dła w fun­da­men­tal­nej nie­spra­wie­dli­wo­ści, to pełne uzdro­wie­nie musi uwzględ­niać jakąś formę wymie­rze­nia spra­wie­dli­wo­ści przez sze­rzej poj­mo­waną spo­łecz­ność.

W pro­ce­sie powrotu do zdro­wia oca­lali nie­uchron­nie mie­rzą się z wie­loma trud­nymi pyta­niami doty­czą­cymi spra­wie­dli­wo­ści: Czy powinni się odwa­żyć na publiczne zre­la­cjo­no­wa­nie swo­ich prze­żyć, a jeśli tak, to czy ich prawda zosta­nie uznana przez spo­łecz­ność? Czy można napra­wić wyrzą­dzone szkody, a jeśli tak, to w jaki spo­sób? Jak oca­lali i wino­wajcy mogą dalej żyć obok sie­bie? Co ozna­cza­łoby pocią­gnię­cie win­nych do odpo­wie­dzial­no­ści? Czy pojed­na­nie jest czymś pożą­da­nym, a jeśli tak, jak do niego dopro­wa­dzić? W jaki spo­sób spo­łecz­ność może zapew­nić bez­pie­czeń­stwo publiczne i zapo­biec przy­szłym krzyw­dom?

Aby pod­jąć próbę odpo­wie­dzi na te pyta­nia, po raz kolejny wysłu­cha­łam oca­la­łych. Ta książka opo­wiada o wizjach lep­szej spra­wie­dli­wo­ści dla wszyst­kich. Pro­po­nuję w niej, by osoby, które na wła­snej skó­rze doświad­czyły prze­mocy i zja­wisk, o jakich wielu wola­łoby nie sły­szeć, uto­ro­wały drogę do nowego rozu­mie­nia spra­wie­dli­wo­ści. Pierw­szy krok polega po pro­stu na zapy­ta­niu oca­la­łych, co mogłoby sta­no­wić zadość­uczy­nie­nie -?w takim wymia­rze, w jakim jest ono moż­liwe. Wydaje się to roz­sąd­nym roz­wią­za­niem, lecz wła­ści­wie ni­gdy nie­sto­so­wa­nym w prak­tyce. Z tej per­spek­tywy wysłu­cha­nie kogoś oka­zuje się aktem rady­kal­nym.

W tej książce sta­ram się poka­zać, co dla wielu oca­la­łych ozna­cza spra­wie­dli­wość, a także -?na pod­sta­wie ich pomy­słów -?wyobra­zić sobie, jak odmienna mogłaby być insty­tu­cja wymiaru spra­wie­dli­wo­ści, gdyby wziąć pod uwagę ich potrzeby oraz życze­nia. Sku­pi­łam się na kobie­tach i dzie­ciach, które doświad­czyły prze­mocy. Zro­bi­łam tak z dwóch powo­dów: (1) Ponie­waż przy­pusz­czamy, że może to być obec­nie naj­częst­sze i naj­głę­biej zako­rze­nione spo­śród naru­szeń praw czło­wieka na świe­cie3, oraz dla­tego, że (2) z takimi oso­bami naj­czę­ściej pra­co­wa­łam w trak­cie swo­jej kariery zawo­do­wej.

Dora­sta­łam w cza­sach, gdy pręż­nie roz­wi­jał się ruch wyzwo­le­nia kobiet, który nauczył mnie aktu rady­kal­nego słu­cha­nia. Uwa­żam to za swoje wiel­kie szczę­ście. Jak napi­sała Grace Paley -?kobiety, które w tam­tych latach uczest­ni­czyły w dzia­ła­niach ruchu, znaj­do­wały wspar­cie w "wypor­no­ści, szu­mie i sło­no­ści" tej dru­giej wiel­kiej fali femi­ni­zmu4, i rze­czy­wi­ście, sama od tam­tego czasu pole­ga­łam na owym wspar­ciu. W 1970 roku, kilka mie­sięcy przed roz­po­czę­ciem stażu psy­chia­trycz­nego, dołą­czy­łam do grupy pra­cu­ją­cej na rzecz krze­wie­nia świa­do­mo­ści. Moja przy­ja­ciółka i kole­żanka ze stu­diów, Kathie Sara­child, pro­wa­dząc dzia­ła­nia na rzecz praw oby­wa­tel­skich na Głę­bo­kim Połu­dniu, dostrze­gła tam siłę ludzi, któ­rzy gro­ma­dzili się, by opo­wia­dać wła­sne histo­rie. Okre­śliła krze­wie­nie świa­do­mo­ści jako metodę zarówno poli­tycz­nego orga­ni­zo­wa­nia się, jak i badań nauko­wych. W zbio­rze ese­jów zaty­tu­ło­wa­nym Femi­nist Revo­lu­tion (Rewo­lu­cja femi­ni­styczna), opu­bli­ko­wa­nym przez grupę New York Red­stoc­kings, Kathie napi­sała: "Były­śmy pierw­szymi, które ośmie­liły się zro­bić i powie­dzieć to, na co nikt się nie zdo­był; to, co kobiety naprawdę czuły i czego pra­gnęły"5.

Intymna prze­strzeń gabi­netu psy­cho­te­ra­peu­tycz­nego miała wiele wspól­nego z wolną prze­strze­nią ruchu femi­ni­stycz­nego, a gdy moje pacjentki wyja­wiały mi swoje sekrety, słu­cha­łam ich z nową świa­do­mo­ścią sytu­acji kobiet. Pierw­sze dwie pacjentki, jakie przy­ję­łam w szpi­talu po obję­ciu rezy­den­tury, miały za sobą próby samo­bój­cze. Obie opo­wie­działy mi o kazi­rodz­twie, jakiego dopu­ścili się wobec nich ojco­wie. Nie­trudno było dostrzec zależ­ność mię­dzy ich roz­pa­czą a wcze­sną ini­cja­cją jako obiek­tów sek­su­al­nych. Napi­sa­łam wtedy w dzien­niku: "W patriar­cha­cie ojciec zacho­wuje prawo do seksu z córką na takiej samej zasa­dzie, na jakiej feu­dalny pan zacho­wuje ius pri­mae noc­tis wobec swo­ich pod­da­nych". Kazi­rodz­two wydało mi się jed­nym z para­dyg­ma­tów uci­sku sek­su­al­nego kobiet.

Po ukoń­cze­niu rezy­den­tury roz­po­czę­łam pracę w bez­płat­nej poradni dla kobiet w Some­rville w sta­nie Mas­sa­chu­setts. To miesz­czące się na obrze­żach Bostonu mia­sto było wów­czas bastio­nem bia­łej klasy robot­ni­czej -?w więk­szo­ści Ame­ry­ka­nów irlandz­kiego pocho­dze­nia. Przy­chod­nia ta była jedną z wielu "kontr­in­sty­tu­cji", takich jak ośrodki kry­zy­sowe dla ofiar gwałtu i przy­tułki dla kobiet mal­tre­to­wa­nych, zakła­da­nych na początku lat sie­dem­dzie­sią­tych przez akty­wistki ruchu femi­ni­stycz­nego. Tam pozna­łam kolejne kobiety, które doświad­czyły kazi­rodz­twa. Wspól­nie z przy­ja­ciółką Lisą Hir­sch­man, świeżo upie­czoną dok­torką psy­cho­lo­gii, zaczę­ły­śmy głę­biej badać tę kwe­stię. W krót­kim cza­sie zebra­ły­śmy dwa­dzie­ścia przy­pad­ków, po pro­stu zasię­ga­jąc języka u kilku zna­jo­mych tera­peu­tów. W owym cza­sie w jed­nym z waż­niej­szych pod­ręcz­ni­ków psy­chia­trycz­nych czę­stość wystę­po­wa­nia kazi­rodz­twa sza­co­wano na jeden przy­pa­dek na milion6. Auto­rzy pod­ręcz­nika, ucho­dzący za auto­ry­tety w tej dzie­dzi­nie, mylili się o cztery rzędy wiel­ko­ści, jakby celowo zaśle­pieni na powszech­ność wyko­rzy­sty­wa­nia sek­su­al­nego dzieci. Same ni­gdy nie odwa­ży­ły­by­śmy się sprze­ci­wić tym auto­ry­te­tom, lecz mając po swo­jej stro­nie ener­gię i pasję ruchu femi­ni­stycz­nego oraz zaszczyt zaufa­nia, jakim obda­rzyły nas pacjentki, mogły­śmy stać się publicz­nymi świad­kami sytu­acji kobiet. Posta­no­wi­ły­śmy opu­bli­ko­wać swoje spo­strze­że­nia.

W 1975 roku Lisa i ja wysła­ły­śmy naszą pracę naukową do nowego cza­so­pi­sma poświę­co­nego stu­diom kobie­cym7. Do momentu akcep­ta­cji i publi­ka­cji arty­kułu minął rok. W ciągu tego czasu nasza praca była powie­lana i prze­ka­zy­wana z rąk do rąk niczym wydaw­nic­two pod­ziemne, do nas zaś szybko zaczęły napły­wać z całego kraju listy od kobiet piszą­cych: "Myśla­łam, że jestem jedyna"; "Sądzi­łam, że nikt mi nie uwie­rzy" albo: "Wyda­wało mi się, że to moja wina". Słu­cha­jąc kobiet i ośmie­la­jąc się publi­ko­wać swoje odkry­cia, sta­ły­śmy się kata­li­za­to­rami prze­ło­mo­wego momentu, w któ­rym długo ukry­wane zbrod­nie wresz­cie wyszły na jaw. Jako kli­ni­cystki mia­ły­śmy także zaszczyt obser­wo­wać pro­cesy wyzwo­le­nia, które mogą się roz­po­cząć, gdy ktoś zrzuci z sie­bie jarzmo wstydu i stra­chu. Kiedy nasze pacjentki rela­cjo­no­wały nam swoje histo­rie i spo­ty­kały się ze współ­czu­ciem, a nie z pogardą, ich roz­pacz ustę­po­wała miej­sca nowej nadziei, a izo­la­cja -?odno­wio­nemu poczu­ciu wspól­noty.

W 1981 roku opu­bli­ko­wa­łam swoją pierw­szą książkę, Father-Dau­gh­ter Incest (Kazi­rodz­two mię­dzy ojcem a córką), w któ­rej szcze­gó­łowo opi­sa­łam zna­cze­nie tych odkryć. Uka­zała się ona po wielu innych wyda­nych w latach sie­dem­dzie­sią­tych przez femi­nistki dru­giej fali, które obna­żały skalę prze­mocy wobec kobiet8. Moja praca w trak­cie całej kariery zawo­do­wej opie­rała się na tych pierw­szych odkry­ciach i pokło­siu tego rewo­lu­cyj­nego momentu9.

W tym samym roku zosta­łam zapro­szona na oddział psy­chia­trii szpi­tala Cam­bridge, pla­cówki publicz­nej nale­żą­cej do tak zwa­nej sieci bez­pie­czeń­stwa (ang. safety-net), świad­czą­cej usługi medyczne oso­bom ubo­gim i zmar­gi­na­li­zo­wa­nym. Nie­wiele wcze­śniej insty­tu­cja ta stała się szpi­ta­lem kli­nicz­nym dla Harvard Medi­cal School i w owym cza­sie ten nowy oddział psy­chia­trii cecho­wał się wital­no­ścią i kre­atyw­no­ścią wła­ściwą start-upom. Per­so­nel był zain­te­re­so­wany roz­wo­jem spo­łecz­nych modeli opieki psy­chia­trycz­nej i wno­sił ory­gi­nalny wkład w tę dzie­dzinę. Choć w skład kadry zarzą­dza­ją­cej wcho­dzili jedy­nie męż­czyźni, byli oni skłonni włą­czyć do niej kilka zde­ter­mi­no­wa­nych kobiet, które miały odpo­wied­nią wie­dzę. W eko­sys­te­mie Harvardu było to z pew­no­ścią jedyne miej­sce, gdzie mogłam zyskać swo­bodę wno­sze­nia wie­dzy i spo­strze­żeń zdo­by­tych w ruchu femi­ni­stycz­nym do w dużej mie­rze nie­świa­do­mego skali pro­blemu świata psy­chia­trii aka­de­mic­kiej.

Razem z kole­żanką Mary Harvey, psy­cho­lożką spo­łeczną, która w Natio­nal Insti­tute of Men­tal Health badała sku­tecz­ność pro­gra­mów kry­zy­so­wych doty­czą­cych pro­ble­ma­tyki gwałtu, zaczy­na­ły­śmy od nie­wiel­kiego grantu, jaki wła­dze mia­sta Cam­bridge prze­zna­czyły na roz­wój skie­ro­wa­nych do ofiar prze­stępstw usług w zakre­sie zdro­wia psy­chicz­nego. Z bie­giem czasu włą­czy­ły­śmy te dzia­ła­nia do pro­gramu dla ofiar prze­mocy (ang. Vic­tims of Vio­lence; VoV) -?przed­się­wzię­cia, które zapew­niało opiekę kli­niczną i wspar­cie dla pacjen­tów, szko­le­nia w zakre­sie lecze­nia traumy dla spe­cja­li­stów z obszaru zdro­wia psy­chicz­nego oraz mecha­ni­zmy reago­wa­nia kry­zy­so­wego po incy­den­tach prze­mocy, doty­ka­ją­cych całe spo­łecz­no­ści.

W ramach pro­gramu VoV znów sty­ka­ły­śmy się głów­nie z kobie­tami (choć była też garstka męż­czyzn) trwale obcią­żo­nymi kon­se­kwen­cjami mole­sto­wa­nia w dzie­ciń­stwie oraz prze­mocy sek­su­al­nej i domo­wej. Spo­ty­ka­ły­śmy się także z szu­ka­ją­cymi azylu uchodź­cami poli­tycz­nymi. Na początku lat osiem­dzie­sią­tych dołą­czy­łam też do stwo­rzo­nej przez mojego przy­ja­ciela Bes­sela van der Kolka grupy zaj­mu­ją­cej się bada­niem traumy. Sku­piała ona kli­ni­cy­stów i bada­czy pra­cu­ją­cych z wete­ra­nami wojen­nymi, prze­śla­do­wa­nymi dziećmi oraz ofia­rami gwałtu i prze­mocy domo­wej. Stało się dla mnie jasne, że tak jak ucisk jest uci­skiem, trauma pozo­staje traumą bez względu na to, czy mówimy o dome­nie publicz­nej, takiej jak wojna albo poli­tyka, czy też o rze­komo pry­wat­nej sfe­rze seksu, repro­duk­cji i życia rodzin­nego. Na pod­sta­wie tych spo­strze­żeń napi­sa­łam książkę Trauma. Od prze­mocy domo­wej do ter­roru poli­tycz­nego, któ­rej ory­gi­nalne wyda­nie uka­zało się w 1992 roku.

Do chwili obec­nej dzięki pro­gra­mowi VoV wyszko­liło się około dwu­stu psy­chia­trów, psy­cho­lo­gów i pra­cow­ni­ków socjal­nych, a wielu z nich wnio­sło wła­sny wkład w roz­wój badań nad traumą. Przez lata byli­śmy świad­kami roz­woju dia­lek­tyki doty­czą­cej traumy oraz nastę­pu­ją­cych po sobie okre­sów, gdy postęp w jej poj­mo­wa­niu był napę­dzany soju­szami tera­peu­tycz­nymi mię­dzy oca­la­łymi rela­cjo­nu­ją­cymi swoje histo­rie a wysłu­chu­ją­cymi ich spe­cja­li­stami, po któ­rym to postę­pie przy­cho­dził czas sprze­ciwu spo­łecz­nego i narzu­ca­nia ogra­ni­czeń w sfe­rze zawo­do­wej. Teraz, zain­spi­ro­wana nową falą ogól­no­świa­to­wych ruchów na rzecz krze­wie­nia świa­do­mo­ści, gło­szą­cych prawdę o życiu kobiet, osób czar­nych oraz wszyst­kich znie­sła­wia­nych i pogar­dza­nych, wró­ci­łam, by ponow­nie poroz­ma­wiać z oca­la­łymi, któ­rych świa­dec­twa ukształ­to­wały moje życie inte­lek­tu­alne i zawo­dowe.

W dal­szej czę­ści tej książki bazuję na pra­cach z zakresu filo­zo­fii, nauk spo­łecz­nych, histo­rii, prawa i psy­cho­lo­gii, a także na wywia­dach z praw­ni­kami, sędziami, adwo­ka­tami, dydak­ty­kami oraz oczy­wi­ście z psy­cho­te­ra­peu­tami, a więc wszyst­kimi spe­cja­li­stami, któ­rzy pra­cują bez­po­śred­nio z oca­la­łymi. W isto­cie serce mojej książki sta­no­wią świa­dec­twa samych oca­la­łych, gdyż moim zda­niem to wła­śnie oni są praw­dzi­wymi eks­per­tami w dzie­dzi­nie, którą zaczęto nazy­wać "spra­wie­dli­wo­ścią oca­la­łych" lub "spra­wie­dli­wo­ścią zdro­wie­nia". Ośmie­leni oddol­nymi ruchami wol­no­ścio­wymi, coraz czę­ściej publi­kują oni rela­cje ze swo­ich prze­żyć w pierw­szej oso­bie. Prze­pro­wa­dzi­łam rów­nież nie­ustruk­tu­ry­zo­wane pogłę­bione wywiady z wie­loma pocho­dzą­cymi z róż­nych śro­do­wisk oca­la­łymi, któ­rzy dowie­dzieli się o moim przed­się­wzię­ciu za pośred­nic­twem zawo­do­wych sieci spo­łecz­no­ścio­wych i wyka­zali chęć roz­mowy ze mną. Te nie­zwy­kłe osoby -?zarówno kobiety, jak i męż­czyźni - reali­zują wła­sną misję: dzięki rela­cjo­no­wa­niu swo­ich prze­żyć udało się im wyty­czyć nowe życiowe cele na grun­cie prze­ży­tej traumy. Niektó­rzy poświę­cili życie sta­ra­niom na rzecz zapo­bie­ga­nia prze­mocy, zosta­jąc nauczy­cie­lami, pisa­rzami, arty­stami, praw­ni­kami, duchow­nymi, ani­ma­to­rami spo­łecz­nymi czy rzecz­ni­kami ofiar. Część z nich wyra­ziła zgodę na ujaw­nie­nie ich imion; inni posta­no­wili wystą­pić pod pseu­do­ni­mami. Cytaty z roz­mów z nimi prze­wi­jają się w całej tej publi­ka­cji.

Wśród oca­la­łych, z któ­rymi roz­ma­wia­łam, jest Sarah Super, młoda kobieta udzie­la­jąca się jako ani­ma­torka spo­łeczna w Min­ne­apo­lis. Jej histo­ria uka­zuje zarówno naj­lep­sze aspekty wymiaru spra­wie­dli­wo­ści, jak i odmienną wizję tejże spra­wie­dli­wo­ści, wykra­cza­jącą daleko poza ramy jej kon­wen­cjo­nal­nego sys­temu. Sarah skon­tak­to­wała się ze mną kilka lat temu, aby zapro­sić mnie na cere­mo­nię wmu­ro­wa­nia kamie­nia węgiel­nego pod pomnik ofiar napa­ści na tle sek­su­al­nym. Czy­tała Traumę i zain­spi­ro­wał ją roz­dział, w któ­rym porów­na­łam gwałt i wojnę do bru­tal­nych rytu­ałów ini­cja­cyj­nych dla mło­dych męż­czyzn i kobiet. Pisa­łam w nim o zna­cze­niu Viet­nam Vete­rans Memo­rial, czyli pomnika wete­ra­nów wojny wiet­nam­skiej w Waszyng­to­nie, jako miej­sca publicz­nego skła­da­nia hołdu, celu piel­grzy­mek i źró­dła uzdro­wie­nia dla wal­czą­cych w Wiet­na­mie, i zesta­wi­łam jego ist­nie­nie z fak­tem braku tego rodzaju pomnika upa­mięt­nia­ją­cego ofiary gwał­tów. Sarah posta­no­wiła nakło­nić wła­dze swo­jego mia­sta do posta­wie­nia takiego monu­mentu i udało jej się to.

Sarah prze­żyła potworną napaść ze strony swo­jego byłego part­nera, który wła­mał się do jej domu i zgwał­cił ją, gro­żąc nożem. Po tym zaj­ściu udało się jej uciec; krzy­czącą kobietą zajęli się sąsie­dzi. W tym rzad­kim przy­padku wymiar spra­wie­dli­wo­ści zadzia­łał dokład­nie tak, jak powi­nien. "Poli­cja poja­wiła się na miej­scu w ciągu kilku minut -?przy­znała Sarah. -?Zosta­łam naprawdę dobrze potrak­to­wana. Mój dom znaj­do­wał się przy pięk­nej ulicy, w lwiej czę­ści zamiesz­ki­wa­nej przez bar­dzo zamoż­nych bia­łych ludzi. Byłam ide­alną ofiarą". Alec, gwał­ci­ciel, zbiegł; aresz­to­wano go po pościgu na auto­stra­dzie. "On także został dobrze potrak­to­wany -?powie­działa Sarah z namy­słem. -?Czę­sto myśla­łam o tym, że zabrali go do aresztu, nie czy­niąc mu naj­mniej­szej krzywdy". Zasta­na­wiała się, co mogłoby mu się stać, gdyby był czarny.

Osta­tecz­nie Alec przy­znał się do winy i ska­zano go na dwa­na­ście lat pozba­wie­nia wol­no­ści. Sarah oce­niała, że suro­wość wyroku jest ade­kwatna do skali prze­stęp­stwa, ponie­waż sprawca zagro­ził jej życiu, ponadto zaś na­dal się go bała i twier­dziła, że jest nie­bez­pieczny. "Może zechcieć mnie uka­rać za pocią­gnię­cie do odpo­wie­dzial­no­ści, tak jak uka­rał mnie za zerwa­nie z nim" -?zauwa­żyła. Czuła się wspie­rana przez swo­jego mece­nasa i pro­ku­ra­tora okrę­go­wego, który pro­wa­dził jej sprawę, a przed wyda­niem wyroku miała szansę opo­wie­dzieć swoją histo­rię i została wysłu­chana: "Kiedy czy­ta­łam oświad­cze­nie na temat wpływu tego zda­rze­nia na mnie jako ofiarę -?rela­cjo­no­wała Sarah -?[sędzia] zdjęła oku­lary i rze­czy­wi­ście zda­wała się słu­chać".

Czego w takim razie zabra­kło? Co jesz­cze było potrzebne, by spra­wie­dli­wo­ści stało się zadość? Dla Sarah jed­nym z naj­do­tkliw­szych aspek­tów tego doświad­cze­nia był spo­sób, w jaki podzie­liło rze­komo libe­ralną spo­łecz­ność, do któ­rej ona i Alec oboje nale­żeli. Jego rodzice, któ­rzy wcze­śniej czę­sto zapra­szali ją do swo­jego domu, od momentu usły­sze­nia zarzu­tów kar­nych naj­wy­raź­niej uwa­żali sie­bie i Aleca za praw­dziwe ofiary sytu­acji. Powo­łali sto­wa­rzy­sze­nie Care Hub, mające na celu zor­ga­ni­zo­wa­nie dla syna wspar­cia ze strony spo­łecz­no­ści, w tym zbiórki pie­nię­dzy na obronę, a także kam­pa­nii pisa­nia listów świad­czą­cych o "dobrym cha­rak­te­rze" oskar­żo­nego. W tym cza­sie nie ode­zwali się ani sło­wem do Sarah. Odnio­sła wra­że­nie, że została przez nich skre­ślona. Kilka tygo­dni po gwał­cie zde­cy­do­wała się na publiczne ujaw­nie­nie w lokal­nej pra­sie Min­ne­apo­lis jako ofiara prze­stęp­stwa. Po raz kolejny poczuła się zra­niona, ponie­waż nie­wiele zna­nych jej osób zare­ago­wało na to wyzna­nie. "Doświad­czy­łam mil­cze­nia ota­cza­ją­cego prze­moc sek­su­alną -?powie­działa. -?Zauwa­ży­łam, jak ta cisza izo­luje oca­la­łych, chroni spraw­ców i pozwala spo­łecz­no­ści wspie­rać kul­turę gwałtu poprzez igno­ran­cję i bier­ność".

Tak wła­śnie dzieje się w wypadku prze­stępstw zwią­za­nych z prze­mocą sek­su­alną. Dzielą spo­łecz­no­ści, obna­ża­jąc leżącą u ich pod­staw dyna­mikę wła­dzy -?domi­na­cję i pod­po­rząd­ko­wa­nie. Sarah dostrze­gła, że po tym, jak została zgwał­cona, codzienne prze­jawy sek­si­zmu oka­zały się dla niej nie do znie­sie­nia. Ale gdy ponow­nie zaczęła się uma­wiać na randki, prze­ko­nała się, jak głę­boko jest on zako­rze­niony we wspo­mnia­nej kul­tu­rze. Spo­ty­ka­jąc się z męż­czy­znami, roz­ma­wiała z nimi o ich posta­wach i doświad­cze­niach sek­su­al­nych. Wszy­scy bywali na wie­czo­rach kawa­ler­skich w klu­bach ze strip­ti­zem i regu­lar­nie oglą­dali por­no­gra­fię. Powie­działa, że była pierw­szą osobą, jaka zapy­tała ich o nie­które spo­soby uczest­nic­twa w kul­tu­rze gwałtu. Ni­gdy wcze­śniej o tym nie myśleli. Nie widzieli potrzeby zasta­na­wia­nia się nad tym. "Spra­wie­dli­wość wymaga zmiany kul­tu­ro­wej -?oce­niła. -?Zdro­wie­nie jest uza­leż­nione od ist­nie­nia świata, w któ­rym rytu­ały ini­cja­cyjne dla mło­dych męż­czyzn nie obej­mują poni­ża­nia kobiet".

Choć Sarah nie docze­kała się wspar­cia ze strony wielu przy­ja­ciół i kole­gów, od któ­rych go ocze­ki­wała, mnó­stwo obcych ludzi podzie­liło się z nią swo­imi histo­riami. "Dowie­dzia­łam się, że ota­czały mnie osoby, które doświad­czyły prze­mocy sek­su­al­nej, a ja nie mia­łam o tym poję­cia" - stwier­dziła. To osta­tecz­nie skło­niło ją do pod­ję­cia ini­cja­tywy zbu­do­wa­nia pomnika jaw­nie przed­sta­wia­ją­cego rze­czy­wi­stość prze­mocy sek­su­al­nej. Sarah wspo­mina: "Napi­sa­łam do członka rady miej­skiej (po raz pierw­szy w życiu), który skie­ro­wał mnie do komi­sa­rza zarządu parku (któ­rego nie zna­łam), ten zaś zapro­po­no­wał mi wygło­sze­nie trzy­mi­nu­to­wego prze­mó­wie­nia pod­czas naj­bliż­szego zebra­nia zarządu".

Jako zdolna orga­ni­za­torka Sarah zapro­siła wielu oca­la­łych, któ­rzy wcze­śniej się z nią kon­tak­to­wali, na swoją krótką pre­lek­cję dla zarządu parku. Dzięki jej przy­wódz­twu oraz wielu rela­cjom, jakie wyszły na jaw w chwili spo­łecz­nego roz­ra­chunku wobec kwe­stii nad­uży­wa­nia prze­mocy na tle sek­su­al­nym, w jed­nym z par­ków w Min­ne­apo­lis wznie­siono pomnik poświę­cony ofia­rom tego rodzaju napa­ści. Memo­rial to Survi­vors of Sexual Vio­lence został odsło­nięty 10 paź­dzier­nika 2020 roku. Pod­czas cere­mo­nii prze­ma­wiały Tarana Burke, orga­ni­za­torka spo­łecz­no­ści czar­nych i ini­cja­torka ruchu #MeToo, oraz V (wcze­śniej znana jako Eve Ensler), biała dra­ma­to­pi­sarka i autorka Mono­lo­gów waginy. Dla Sarah miej­sce, w któ­rym znaj­duje się pomnik, sta­nowi prze­strzeń dla edu­ka­cji spo­łecz­nej i wyda­rzeń zwią­za­nych z "publicz­nym mówie­niem prawdy". Jedna z umiesz­czo­nych na monu­men­cie mozaik, stwo­rzona przez artystkę Lori Gre­ene, wid­nieje na okładce tej książki.

Uho­no­ro­wa­nie oca­la­łych przez publiczne uzna­nie jest jed­nym z tych rodza­jów spra­wie­dli­wo­ści, który bar­dzo różni się od kon­wen­cjo­nal­nych wyobra­żeń o tym, czym mia­łaby ona być. Taka forma uzna­nia ma jed­nak dla oca­la­łych wiel­kie zna­cze­nie, ponie­waż pomaga napra­wić zerwane rela­cje ze spo­łecz­no­ściami, co moim zda­niem sta­nowi nie­zbędny aspekt odda­wa­nia spra­wie­dli­wo­ści ofia­rom. Jak wiemy z nie­daw­nych gorz­kich kon­tro­wer­sji doty­czą­cych dal­szego ist­nie­nia licz­nych pomni­ków Kon­fe­de­ra­cji w prze­strzeni publicz­nej w USA, pomniki mają zna­cze­nie. Są trwa­łymi publicz­nymi pro­kla­ma­cjami, które mówią o tym, kogo nasze spo­łe­czeń­stwo czci i sza­nuje. Cza­sami wprost, a czę­ściej przez pomi­nię­cie, mówią nam one także o tym, kogo się znie­sła­wia i lek­ce­waży -?kogo się nie dostrzega.

Wiele pomni­ków Kon­fe­de­ra­cji powstało po woj­nie sece­syj­nej, w okre­sie reak­cji, z któ­rego wywo­dzą się obo­wią­zu­jące przez kolejne stu­le­cie prawo lin­czu i prawa Jima Crowa1. Dla­tego tak waż­nym momen­tem było odsło­nię­cie w 2018 roku w Mont­go­mery w sta­nie Ala­bama Naro­do­wego Pomnika Pokoju i Spra­wie­dli­wo­ści (Natio­nal Memo­rial for Peace and Justice), ufun­do­wa­nego przez czar­nego praw­nika Bry­ana Ste­ven­sona i orga­ni­za­cję Equal Justice Ini­tia­tive. Nie­for­mal­nie okre­ślany jako Natio­nal Lyn­ching Memo­rial (dosł. Naro­dowy Pomnik Lin­czu), upa­mięt­nia on ponad cztery tysiące ofiar okru­cieństw bia­łej supre­ma­cji i wzywa wszyst­kie spo­łecz­no­ści, w któ­rych popeł­niono te zbrod­nie, do uzna­nia wła­snej nie­wy­po­wie­dzia­nej histo­rii. Na tej samej zasa­dzie pomnik ofiar napa­ści na tle sek­su­al­nym jest dla nich publicz­nym uzna­niem mil­czą­cych praw męskiej supre­ma­cji. Otwarte uzna­nie zła pod wie­loma wzglę­dami sta­nowi pierw­szy krok ku rów­no­ści i spra­wie­dli­wo­ści.

Histo­ria Sarah Super ilu­struje ten rodzaj publicz­nej afir­ma­cji dla oca­la­łych, jakiego bra­kuje nawet w naj­lep­szym wyda­niu kon­wen­cjo­nal­nego sys­temu wymiaru spra­wie­dli­wo­ści. W rze­czy­wi­sto­ści bowiem więk­szość oca­la­łych ni­gdy nie znaj­duje spra­wie­dli­wo­ści, nawet w powszech­nym zna­cze­niu tego słowa. Sarah została potrak­to­wana z sza­cun­kiem i pro­fe­sjo­na­li­zmem przez funk­cjo­na­riu­szy poli­cji, pro­ku­ra­tora i sędziego. Więk­szość osób, które doświad­czyły prze­mocy na tle sek­su­al­nym, ni­gdy nie widuje się z żad­nym z tych urzęd­ni­ków publicz­nych, a jeśli do takich spo­tkań docho­dzi, oka­zują się roz­cza­ro­wa­niem. Poli­cja czę­sto prze­słu­chuje ofiary tak, jakby to one były podej­rza­nymi. Pro­ku­ra­to­rzy nie chcą się zaj­mo­wać spra­wami, które zdają się trudne do wygra­nia ze względu na powszechne uprze­dze­nia, jakie mogą domi­no­wać wśród przy­się­głych. Co wię­cej, tego rodzaju uprze­dze­nia nie­rzadko podzie­lają także sędzio­wie. Oca­lali, któ­rzy mieli do czy­nie­nia z wymia­rem spra­wie­dli­wo­ści, czę­sto nazy­wają te doświad­cze­nia "dru­gim gwał­tem". Człon­ko­wie grup zdo­mi­no­wa­nych i zmar­gi­na­li­zo­wa­nych sty­kają się z podob­nymi prze­ja­wami niespra­wie­dli­wo­ści. Jak poka­zuje histo­ria ruchu na rzecz czar­nych, prze­moc poli­cyjna wzglę­dem osób nie­bia­łych, z mor­der­stwami włącz­nie, jest w zasa­dzie prze­stęp­stwem bez­kar­nym. Nad­szedł czas, aby­śmy zaczęli dążyć ku lep­szemu.

* * *

Niniej­sza książka została podzie­lona na trzy czę­ści. Część pierw­sza opi­suje pod­sta­wową teo­rię, zgod­nie z którą spra­wie­dli­wość jest uza­leż­niona od spo­łecz­nej orga­ni­za­cji wła­dzy. W roz­dzia­łach 1 i 2 prze­ciw­sta­wiam dwa dia­me­tral­nie różne typy rela­cji wła­dzy -?jeden oparty na domi­na­cji i pod­po­rząd­ko­wa­niu, drugi zaś na wza­jem­no­ści. Pierw­szy sta­nowi arche­typ tyra­nii, drugi zaś rów­no­ści. Oba rodzaje były i są obecne na prze­strzeni dzie­jów na całym świe­cie; oba można zna­leźć na każ­dej płasz­czyź­nie inte­rak­cji mię­dzy­ludz­kich i we wszyst­kich struk­tu­rach spo­łecz­nych -?od intym­nych sfer miło­ści i rodziny, przez sferę poli­tyczną pań­stwa, aż po mię­dzy­na­ro­dowe sfery reli­gii insty­tu­cjo­nal­nej, biz­nesu i prze­stęp­czo­ści. Pierw­szy typ prze­ja­wia się w histo­riach wojen, pod­bo­jów, znie­wo­le­nia i ludo­bój­stwa; drugi możemy obser­wo­wać w ewo­lu­cji ludz­kich więzi i wza­jem­nej tro­ski oraz w histo­rii dążeń do wol­no­ści, pokoju i spra­wie­dli­wo­ści. Roz­wi­jam zało­że­nie spra­wie­dli­wo­ści jako kon­cep­cji moral­nej, która do swego urze­czy­wist­nie­nia wymaga moral­nej wspól­noty. Twier­dzę ponadto, że rela­cje domi­na­cji i pod­po­rząd­ko­wa­nia są nie­moż­liwe do pogo­dze­nia ze spra­wie­dli­wo­ścią, która musi opie­rać się na zasa­dach zaufa­nia i uczci­wo­ści, te zaś można odna­leźć jedy­nie w rela­cjach bazu­ją­cych na wza­jem­no­ści.

W roz­dziale 3 badam ogól­no­świa­tową hege­mo­nię patriar­chatu w celu zilu­stro­wa­nia, jak głę­boko zasady i metody tyra­nii mogą być osa­dzone w struk­tu­rach rela­cji spo­łecz­nych. Szcze­gó­łowo opi­suję nie­które zja­wi­ska pozwa­la­jące ukry­tej prze­mocy patriar­chatu utrwa­lać się nie tylko w kul­tu­rze i zwy­cza­jach, lecz także w sys­te­mie prawa, jego egze­kwo­wa­niu oraz samej spra­wie­dli­wo­ści. Posłu­ży­łam się przy­kła­dem patriar­chatu, ponie­waż jest on mi znany naj­le­piej, zarówno na płasz­czyź­nie oso­bi­stej, jak i zawo­do­wej. Żywię zara­zem nadzieję, że ana­lizę tę można zasto­so­wać w odnie­sie­niu do innych sytu­acji, w któ­rych domi­na­cja jed­nej grupy nad drugą jest głę­boko zako­rze­niona od wie­ków, przy czym mam tu na myśli mię­dzy innymi dzie­dzi­cze­nie kast, nie­wol­nic­two, kolo­nia­lizm oraz prze­śla­do­wa­nia reli­gijne. Z tych samych powo­dów więk­szość przy­to­czo­nych przeze mnie badań i rela­cji pocho­dzi ze Sta­nów Zjed­no­czo­nych; także i w tym przy­padku wie­rzę, że podobne metody ana­lizy można z powo­dze­niem odnieść do innych kra­jów.

W czę­ści dru­giej oma­wiam wizje spra­wie­dli­wo­ści, jakie wyła­niają się z rela­cji moich infor­ma­to­rów. Przed­sta­wiam w niej zasad­ni­czy kon­trast pomię­dzy ocze­ki­wa­niami dekla­ro­wa­nymi przez oca­la­łych a tym, co fak­tycz­nie zapew­nia nasz wymiar spra­wie­dli­wo­ści -?czyli karą i rekom­pen­satą pie­niężną. Roz­dział 4 doty­czy publicz­nego uzna­nia prawdy jako wstęp­nego warunku spra­wie­dli­wo­ści. Wszyst­kie pokrzyw­dzone osoby, z któ­rymi prze­pro­wa­dzi­łam wywiady na potrzeby tej książki -?a śmiem twier­dzić, że każda, z jaką dotąd pra­co­wa­łam -?pra­gnęły przede wszyst­kim uzna­nia i reha­bi­li­ta­cji. Oca­lali chcą, aby prawda została dostrze­żona, a zbrod­nia potę­piona przez waż­nych dla nich człon­ków spo­łecz­no­ści. Ozna­cza to jed­nak, że oca­lali muszą fak­tycz­nie mieć zna­cze­nie dla szer­szej wspól­noty, a ich wia­ry­god­ność należy oce­niać bez uprze­dzeń.

Kiedy człon­ko­wie grup nie­uprzy­wi­le­jo­wa­nych zaczy­nają szu­kać spra­wie­dli­wo­ści, szybko wycho­dzi na jaw, jak nisko się ich ceni i w jak nie­wiel­kim stop­niu ufa się ich rela­cjom. Na przy­kład, po nie­daw­nym uzna­niu popu­lar­nego pio­sen­ka­rza R. Kelly'ego za win­nego han­dlu ludźmi w celach sek­su­al­nych i wyłu­dza­nia hara­czy, wybitna pro­fe­sor prawa Kimberlé Cren­shaw zauwa­żyła, że wyko­rzy­sty­wa­nie licz­nych ofiar przez dekady ucho­dziło mu na sucho "z tego pro­stego powodu, że ludziom z zazę­bia­ją­cych się świa­tów roz­rywki, prawa i mediów zostało wpo­jone, by postrze­gać czarne dziew­częta i kobiety jako obiekty do wyko­rzy­sty­wa­nia". Dodała: "Jeśli wza­jemne oddzia­ły­wa­nie mizo­gi­nii i rasi­zmu, które uła­twia wyko­rzy­sty­wa­nie czar­nych dziew­cząt i kobiet, będzie w dal­szym ciągu uzna­wane za oczy­wi­stość i pozo­sta­nie szu­mem tła, szansa na napra­wie­nie sze­rzej poję­tych histo­rycz­nych krzywd, mają­cych zwią­zek z tą haniebną sagą, przej­dzie nam koło nosa"10. Spra­wie­dli­wość domaga się nie tylko ska­za­nia jed­nego, choćby wyjąt­kowo popu­lar­nego dra­pież­nika, lecz także -?a może nawet w szcze­gól­no­ści -?napra­wie­nia tych sze­rzej poję­tych histo­rycz­nych krzywd.

W roz­dzia­łach 5 i 6 roz­wi­jam wizję spra­wie­dli­wo­ści sku­pia­jącą się na napra­wia­niu krzywd wyrzą­dzo­nych oca­la­łym oraz więk­szych błę­dów histo­rycz­nych, a nie na kara­niu spraw­ców. Po przy­zna­niu, że krzywda została wyrzą­dzona, pierw­szym kro­kiem zmie­rza­ją­cym do naprawy znisz­czo­nej rela­cji są prze­pro­siny. Zagad­nie­nie to sta­nowi temat roz­działu 5. Zesta­wiam w nim prze­pro­siny auten­tyczne i nie­szczere. Te pierw­sze, choć rzad­kie, mogą mieć nie­zwy­kle uzdra­wia­jącą moc, pod­czas gdy fał­szywe prze­pro­siny pogłę­biają krzywdę. Szczere prze­pro­siny czę­sto pro­wa­dzą do prze­ba­cze­nia i pojed­na­nia, twier­dzę jed­nak, że zwią­zana z tym pre­sja spo­łeczna może się stać łatwą wymówką dla osób postron­nych oraz pułapką, która nasila poczu­cie niespra­wie­dli­wo­ści u oca­la­łych. W roz­dziale 6 ana­li­zuję, jak mogłaby wyglą­dać odpo­wie­dzial­ność ze strony prze­stęp­ców, gdyby kara nie była jedy­nym mier­ni­kiem spra­wie­dli­wo­ści. Doko­nuję w nim prze­glądu alter­na­tyw­nych teo­rii i prak­tyk ruchu na rzecz tak zwa­nej spra­wie­dli­wo­ści napraw­czej, bio­rąc pod uwagę zarówno jego twór­cze obiet­nice, jak i ogra­ni­cze­nia. Przy­glą­dam się w nim także nie­któ­rym nie­daw­nym wysił­kom podej­mo­wa­nym w ramach ist­nie­ją­cego prawa cywil­nego, mają­cym na celu pocią­gnię­cie do odpo­wie­dzial­no­ści insty­tu­cji nie­jako umoż­li­wia­ją­cych powszechne prze­stęp­cze wyko­rzy­sty­wa­nie kobiet i dzieci.

Część trze­cia sta­nowi roz­wi­nię­cie idei spra­wie­dli­wo­ści z per­spek­tywy zdro­wie­nia ofiar, spraw­ców i całego spo­łe­czeń­stwa. W roz­dziale 7 badam kwe­stię zadość­uczy­nie­nia dla oca­la­łych -?począw­szy od ist­nie­ją­cych już kon­cep­cji rekom­pen­sat pie­nięż­nych -?lecz posze­rzam jego ramy, aby uwzględ­nić różne rodzaje orga­ni­za­cji spo­łecz­nych, które będą nie­zbędne do stwo­rze­nia praw­dzi­wie napraw­czych pro­ce­dur egze­kwo­wa­nia prawa.

W dwóch ostat­nich roz­dzia­łach przed­sta­wiam wyobra­że­nia doty­czące pre­wen­cji szkód. Jeśli kara i odosob­nie­nie spraw­ców nie mają być wyznacz­ni­kiem spra­wie­dli­wo­ści, należy zna­leźć inne spo­soby zapew­nia­nia bez­pie­czeń­stwa spo­łecz­nego i ponow­nej inte­gra­cji prze­stęp­ców w spo­łe­czeń­stwie. W roz­dziale 8 doko­na­łam prze­glądu nie­licz­nych dostęp­nych infor­ma­cji na temat spraw­ców oraz ich reso­cja­li­za­cji. Roz­wa­ży­łam dowody na sku­tecz­ność tera­pii, ogra­ni­czo­nej obec­nie do zde­cy­do­wa­nej mniej­szo­ści, która naru­szyła prawo i została ska­zana na lecze­nie przez sądy. Pod­kre­ślam także róż­nicę mię­dzy tera­piami opar­tymi na postrze­ga­niu tych prze­stępstw przez pry­zmat nad­użyć wła­dzy a tymi, które nie bazują na żad­nych teo­riach spo­łecz­nych. Wresz­cie w roz­dziale 9 ana­li­zuję poten­cjał kam­pu­sów uni­wer­sy­tec­kich jako labo­ra­to­rium, które pozwa­la­łoby na opra­co­wy­wa­nie nowych modeli zapo­bie­ga­nia prze­mocy ze względu na płeć, z per­spek­tywy sys­temu zdro­wia publicz­nego i spra­wie­dli­wo­ści spo­łecz­nej. Książkę koń­czy wizjo­ner­ski pro­gram oca­la­łych.

Wysłu­chi­wa­nie ludzi doświad­cza­ją­cych traumy i dawa­nie świa­dec­twa ich rela­cjom było pod­stawą mojego życia zawo­do­wego przez ostat­nie pół­wie­cze. Tą książką wkro­czy­łam jed­nak także w odle­glej­sze od swo­jej spe­cja­li­za­cji obszary wie­dzy i myśli, prawa, histo­rii i filo­zo­fii poli­tycz­nej. Potrak­tuj zatem tę publi­ka­cję jako próbę osoby począt­ku­ją­cej, która stara się na nowo wyobra­zić sobie spra­wie­dli­wość, opie­ra­jąc się na rela­cjach oca­la­łych. Roz­wi­nię­cie tych kon­cep­cji spada na barki kolej­nych poko­leń -?jeśli nasz nie­do­sko­nały gatu­nek ludzki ma przed sobą jaką­kol­wiek przy­szłość na Ziemi.

Uwagi na temat metodyki

Zebrane przeze mnie rela­cje pocho­dzą od dwu­dzie­stu sze­ściu kobiet oraz czte­rech męż­czyzn. Wszyst­kie te osoby doświad­czyły wyko­rzy­sty­wa­nia sek­su­al­nego w dzie­ciń­stwie lub napa­ści na tle sek­su­al­nym, były obiek­tem han­dlu ludźmi w celach sek­su­al­nych, mole­sto­wa­nia sek­su­al­nego i (lub) prze­mocy domo­wej. Aby odna­leźć tych ludzi, po pro­stu zamie­ści­łam w róż­nych sie­ciach zawo­do­wych infor­ma­cję, że chcę poroz­ma­wiać z oca­la­łymi o ich poglą­dach w kwe­stii spra­wie­dli­wo­ści. Nie twier­dzę, że grupa ta jest repre­zen­ta­tywna dla ogółu oca­la­łych. Osoby, które zre­kru­to­wa­łam, znacz­nie róż­niły się pod wzglę­dem pocho­dze­nia etnicz­nego, kla­so­wego i geo­gra­ficz­nego oraz orien­ta­cji sek­su­al­nej, lecz pre­zen­to­wały wyż­szy poziom wykształ­ce­nia niż reszta popu­la­cji, a wiele z nich -?podob­nie jak ja -?wywo­dziło się z krę­gów aka­de­mic­kich lub pokrew­nego mojemu śro­do­wi­ska zawo­do­wego. Ich wiek wyno­sił od 22 do 60 lat; więk­szość była po trzy­dzie­stce lub czter­dzie­stce. Nie uwzględ­ni­łam tu rela­cji żad­nej z osób uczest­ni­czą­cych w pro­gra­mie Vic­tims of Vio­lence (sta­no­wi­łoby to naru­sze­nie gra­nic zawo­do­wych). Nie prze­pro­wa­dzi­łam też wywiadu z nikim poni­żej 21. roku życia ani znaj­du­ją­cym się w kry­zy­sie po nie­daw­nej napa­ści; każdy z moich inter­lo­ku­to­rów miał tro­chę czasu na doj­ście do sie­bie i zasta­no­wie­nie się, co może dla niego ozna­czać spra­wie­dli­wość.

Grupa moich infor­ma­to­rów była nie­ty­powa także pod tym wzglę­dem, że ponad połowa z nich zgło­siła fakt prze­stęp­stwa i pod­jęła próby pocią­gnię­cia spraw­ców do odpo­wie­dzial­no­ści praw­nej w dro­dze postę­po­wań kar­nych i (lub) cywil­nych, co prze­kłada się na znacz­nie wyż­szy wskaź­nik zgło­szeń i uczest­nic­twa w pro­ce­sie docho­dze­nia spra­wie­dli­wo­ści, niż wynosi śred­nia w przy­padku ofiar tego rodzaju prze­stępstw. Sześć osób (pra­wie 20 pro­cent grupy) brało udział w postę­po­wa­niach, które skoń­czyły się ska­za­niem sprawcy. Jeśli uznać to za miarę suk­cesu, wskaź­nik ten jest w tym przy­padku znacz­nie więk­szy niż w przy­padku prze­cięt­nego dzia­ła­nia wymiaru spra­wie­dli­wo­ści.

Wywiady pro­wa­dzi­łam w spo­sób nie­ustruk­tu­ry­zo­wany, co ozna­cza, że pozwa­la­łam, by roz­mowa toczyła się natu­ral­nie, a inter­lo­ku­to­rzy swo­bod­nie rela­cjo­no­wali swoje przej­ścia. Pyta­łam, co mogłoby z ich per­spek­tywy napra­wić sytu­ację -?na ile to moż­liwe -?i jakie kon­se­kwen­cje powinni ponieść sprawcy oraz osoby postronne. Ponie­waż ofiary czę­sto są ste­reo­ty­powo postrze­gane jako mściwe, zada­wa­łam rów­nież kon­kretne pyta­nia o odczu­cia gniewu i chęć zemsty. Dowia­dy­wa­łam się też, jakie mają zda­nie na temat prze­ba­cze­nia. Z tymi, któ­rzy mieli kon­takt z for­mal­nymi struk­tu­rami wymiaru spra­wie­dli­wo­ści, roz­ma­wia­łam o moty­wach zgło­sze­nia prze­stęp­stwa oraz ich doświad­cze­niach. Więk­szość wywia­dów została nagrana i pod­dana trans­kryp­cji; w nie­licz­nych przy­pad­kach ogra­ni­czy­łam się do nota­tek. Wszy­scy moi roz­mówcy wyra­zili świa­domą pisemną zgodę.

Do reali­za­cji tego przed­się­wzię­cia przy­stą­pi­łam dwa­dzie­ścia lat temu, w ramach rocz­nego sty­pen­dium nauko­wego w Radc­liffe Insti­tute for Advan­ced Stu­dies. Wstępne spo­strze­że­nia zebra­łam w arty­kule opu­bli­ko­wa­nym w nume­rze spe­cjal­nym cza­so­pi­sma "Vio­lence Aga­inst Women", doty­czą­cym spra­wie­dli­wo­ści napraw­czej, który uka­zał się w 2005 roku1. W dal­szej pracy prze­szko­dziło życie -?cho­roby, zamiesz­ka­nie w ośrodku poma­ga­ją­cym oso­bom star­szym, zosta­nie wdową i bab­cią. Wszystko to spo­wo­do­wało, że odło­ży­łam ów pro­jekt na półkę. Trzy lata temu w końcu udało mi się do niego wró­cić. Prze­pro­wa­dzi­łam kilka dodat­ko­wych wywia­dów, w tym trzy z oca­la­łymi, z któ­rymi po raz pierw­szy roz­ma­wia­łam dwa­dzie­ścia lat wcze­śniej, co pozwo­liło mi się prze­ko­nać, jak zmie­niły się ich zapa­try­wa­nia. W trak­cie pan­de­mii, gdy na dobrą sprawę prze­by­wa­łam w izo­latce, wresz­cie nad­szedł wła­ściwy moment do roz­po­czę­cia pisa­nia tej książki.

Roz­dział 1

Reguły tyranii

Budu­jąc swą demo­kra­tyczną repu­blikę na fun­da­men­tach praw­nych i usta­na­wia­jąc trój­po­dział wła­dzy, ojco­wie zało­ży­ciele sta­rali się zapo­biec złu, które -?podob­nie jak dawni filo­zo­fo­wie -?zwali tyra­nią. Rozu­mieli przez nią uzur­pa­cję wła­dzy przez jed­nostkę lub grupę bądź obcho­dze­nie prawa przez rzą­dzą­cych dla wła­snej korzy­ści. Póź­niej­sza debata poli­tyczna w Sta­nach Zjed­no­czo­nych doty­czyła w znacz­nej mie­rze pro­blemu tyra­nii wewnątrz ame­ry­kań­skiego spo­łe­czeń­stwa -?na przy­kład wobec nie­wol­ni­ków i kobiet.

Timo­thy Sny­der, O tyra­nii1

Słow­nik języka angiel­skiego Mer­riama-Webstera defi­niuje tyra­nię jako "okrutne i nie­spra­wie­dliwe trak­to­wa­nie przez osoby posia­da­jące wła­dzę nad innymi". Z kolei ser­wis Dic­tio­nary.com okre­śla ją jako "arbi­tralne lub nie­ogra­ni­czone spra­wo­wa­nie wła­dzy; despo­tyczne nad­uży­wa­nie auto­ry­tetu". W Cam­bridge English Dic­tio­nary możemy prze­czy­tać o "rzą­dach spra­wo­wa­nych przez suwe­rena lub małą grupę ludzi, któ­rzy mają nie­ogra­ni­czoną wła­dzę nad pod­wład­nymi w swoim kraju lub naro­dzie i wyko­rzy­stują ją w spo­sób nie­spra­wie­dliwy i okrutny". Wspólną cechą tych trzech defi­ni­cji jest kon­cep­cja wła­dzy spra­wo­wa­nej bez ogra­ni­czeń. Tyra­nia sta­nowi anty­tezę oświe­ce­nio­wych idei wol­no­ści, rów­no­ści, praw czło­wieka oraz litery prawa. W tej książce poka­zuję, że jest ona rów­nież anty­tezą spra­wie­dli­wo­ści.

Spo­łe­czeń­stwa pod wła­dzą tyra­nów pod­le­gają zasa­dom domi­na­cji i pod­po­rząd­ko­wa­nia. Reguły te są bar­dzo pro­ste: silni mogą robić, co chcą, ponie­waż... mogą. Słabi i bez­bronni muszą się pod­dać. Osoby postronne mil­czą ze stra­chu, odwra­cają wzrok lub dobro­wol­nie sprzy­jają rzą­dzą­cym. Tym, któ­rzy sta­wiają opór, grożą surowe kary: pobi­cie, uwię­zie­nie, tor­tury lub egze­ku­cja. Te pod­sta­wowe zasady obo­wią­zują w ugrun­to­wa­nych dyk­ta­tu­rach, monar­chiach abso­lut­nych oraz na tery­to­riach pod­le­gających gan­gom prze­stęp­czym i ugru­po­wa­niom para­mi­li­tar­nym. Funk­cjo­nują one także w obsza­rach, gdzie kwitną nie­wol­nic­two, han­del ludźmi i pro­sty­tu­cja, a także w nie­któ­rych sek­tach reli­gij­nych oraz -?zde­cy­do­wane za czę­sto -?w rodzi­nach. Reguły te mogą prze­ja­wiać się także w demo­kra­cjach, gdzie całe grupy ludzi (na przy­kład kobiety czy osoby nie­białe) są pozba­wione -?de iure lub de facto -?pełni praw oby­wa­tel­skich. W tej książce przy­ta­czam głów­nie przy­kłady prze­mocy ze względu na płeć, ponie­waż jest to naj­le­piej znana mi dzie­dzina. Mogę jed­nak posta­wić hipo­tezę, zgod­nie z którą pod­sta­wowe idee doty­czące orga­ni­za­cji wła­dzy mają zasto­so­wa­nie - z pew­nymi zmia­nami -?także w wielu innych obsza­rach uci­sku, w któ­rych nie­które grupy są histo­rycz­nie zdo­mi­no­wane na pod­sta­wie cech takich jak iden­ty­fi­ka­cja etniczna, kasta, kraj pocho­dze­nia, sta­tus spo­łeczny czy wyzna­wana reli­gia.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki