Wstęp
Kiedy w książce Trauma. Od przemocy domowej do terroru politycznego
przedstawiałam zapomnianą historię traumy, argumentowałam, że cierpienie
straumatyzowanych osób nie pozostaje jedynie kwestią dotyczącą
indywidualnej psychiki, lecz w każdym przypadku także sprawiedliwości
społecznej. Ponieważ przemoc leżąca u źródeł traumy ma na celu dominację
i ucisk, samo dostrzeżenie jej i nazwanie wymaga uwzględnienia kontekstu
historycznego wielkich ruchów społecznych na rzecz praw człowieka: na
rzecz świeckiej demokracji, zniesienia niewolnictwa, wyzwolenia kobiet i położenia kresu wojnom. Zespół stresu pourazowego został uznany w Stanach Zjednoczonych za jednostkę chorobową dopiero po tym, jak
weterani wojny w Wietnamie cisnęli swoje odznaczenia wojskowe przez
ogrodzenie Białego Domu i oznajmili, że choć wrócili do domu cali, ich
umysły na zawsze zostały w Wietnamie. Przemoc seksualną uznano za
ogólnoświatową plagę dopiero wtedy, gdy dzięki ruchowi wyzwolenia
kobiety zyskały głos i opowiedziały o codziennych ukrytych zbrodniach -
gwałtach, pobiciach i kazirodztwie.
Jeśli zaburzenia traumatyczne są przypadłością bezsilnych, naczelną
zasadą zdrowienia powinno być wzmocnienie. Jeśli trauma izoluje i rodzi
wstyd, zdrowienie powinno odbywać się we wspólnocie. Są to najważniejsze
spostrzeżenia terapeutyczne płynące z wykonywanej przeze mnie pracy,
które w moim odczuciu sprawdziły się na przestrzeni lat w różnych
kulturach.
We wspomnianej książce Trauma... opisałam proces wychodzenia z traumy,
przebiegający w pewnym przybliżeniu w trzech etapach. Na pierwszym
etapie ocalały musi skupić się na złożonym i trudnym zadaniu, jakim jest
osiągnięcie poczucia bezpieczeństwa w teraźniejszości, z myślą o uniknięciu dalszej przemocy. Bezpieczeństwo pozwala ocalałemu otrząsnąć
się z koszmaru, który doprowadził go do skrajnej uległości, i odzyskać
poczucie sprawczości. Wrażenie utrzymywania pewnej kontroli i możliwości
dokonywania wyborów w codziennym życiu jest z kolei warunkiem koniecznym
dalszego zdrowienia. Dlatego nawet motywowane dobrymi chęciami
interwencje policji czy przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości mogą
wyrządzić dalsze szkody, jeśli odbierają one ocalałemu poczucie siły i kontroli; z tego samego powodu interwencje prawne, dokonywane z poszanowaniem ocalałych i ku ich umocnieniu, są sprawiedliwym i uzdrawiającym sposobem zadośćuczynienia za doznane krzywdy.
Na drugim etapie zdrowienia ocalały może powrócić do przeszłości, aby
przeżyć żal z powodu traumy i nadać jej znaczenie. Taka osoba nigdy nie
będzie tą samą, jaką była przed traumatycznymi wydarzeniami w swoim
życiu, lecz może przekuć ów żal w nową tożsamość, która nie neguje
przeszłości, ale też nie pozwala, by ta w pełni ją definiowała.
Poczynione w ramach wielu badań obserwacje powrotu do zdrowia ocalałych
potwierdziły zjawiska, które są intuicyjnie logiczne: wsparcie społeczne
stanowi silny czynnik prognostyczny skutecznego powrotu do zdrowia, a izolacja społeczna jest toksyczna. W samotności ludzie nie mogą czuć się
bezpiecznie, opłakiwać swoich krzywd ani nadać im sensu.
Wydawałoby się, że opłakiwanie przeszłości może trwać w nieskończoność,
lecz w istocie dobiega ono końca. Na trzecim etapie ocalały może
ponownie skupić się na teraźniejszości i przyszłości, rozwijając i pogłębiając relacje z szerszą społecznością oraz zyskując głębsze
poczucie życiowych możliwości1. Niektóre
wyjątkowe osoby, dostrzegłszy w swoim cierpieniu część dużo większego
problemu społecznego, potrafią przemienić znaczenie swojej traumy
poprzez potraktowanie swoich doświadczeń jako daru i wspólną walkę z innymi o lepszy świat. Wykształca się w nich coś, co mój kolega po fachu
i przyjaciel, Robert Jay Lifton, nazwał "misją ocalałego" (ang.
survivor mission)2. Przez lata miałam zaszczyt
być świadkiem i osobą wspierającą dla wielu pacjentów, którzy przeszli
przez wymienione etapy zdrowienia i odzyskali umiejętność cieszenia się
pełnią życia.
Ostatnio zaczęłam zastanawiać się nad koncepcją czwartego i ostatniego
etapu zdrowienia, jakim jest sprawiedliwość. Jeśli trauma stanowi
problem społeczny -?a tak jest w istocie -?to powrót do zdrowia nie może
być jedynie indywidualną sprawą. Rany po traumie to nie tylko krzywdy
wyrządzone przez sprawców przemocy i wyzysku, albowiem działania lub
zaniechania osób postronnych -?wszystkich, którzy są współwinni
przemocy, wolą odwracać od niej wzrok lub obwiniają o nią ofiary -
często powodują jeszcze dotkliwsze szkody. Rany te wpisują się w szeroko
pojęty kulturowy kontekst przemocy, w której zbrodnie wobec osób
zdominowanych i zmarginalizowanych są racjonalizowane, tolerowane bądź
zamiatane pod dywan. Jeśli trauma ma swoje źródła w fundamentalnej
niesprawiedliwości, to pełne uzdrowienie musi uwzględniać jakąś formę
wymierzenia sprawiedliwości przez szerzej pojmowaną społeczność.
W procesie powrotu do zdrowia ocalali nieuchronnie mierzą się z wieloma
trudnymi pytaniami dotyczącymi sprawiedliwości: Czy powinni się odważyć
na publiczne zrelacjonowanie swoich przeżyć, a jeśli tak, to czy ich
prawda zostanie uznana przez społeczność? Czy można naprawić wyrządzone
szkody, a jeśli tak, to w jaki sposób? Jak ocalali i winowajcy mogą
dalej żyć obok siebie? Co oznaczałoby pociągnięcie winnych do
odpowiedzialności? Czy pojednanie jest czymś pożądanym, a jeśli tak, jak
do niego doprowadzić? W jaki sposób społeczność może zapewnić
bezpieczeństwo publiczne i zapobiec przyszłym krzywdom?
Aby podjąć próbę odpowiedzi na te pytania, po raz kolejny wysłuchałam
ocalałych. Ta książka opowiada o wizjach lepszej sprawiedliwości dla
wszystkich. Proponuję w niej, by osoby, które na własnej skórze
doświadczyły przemocy i zjawisk, o jakich wielu wolałoby nie słyszeć,
utorowały drogę do nowego rozumienia sprawiedliwości. Pierwszy krok
polega po prostu na zapytaniu ocalałych, co mogłoby stanowić
zadośćuczynienie -?w takim wymiarze, w jakim jest ono możliwe. Wydaje
się to rozsądnym rozwiązaniem, lecz właściwie nigdy niestosowanym w praktyce. Z tej perspektywy wysłuchanie kogoś okazuje się aktem
radykalnym.
W tej książce staram się pokazać, co dla wielu ocalałych oznacza
sprawiedliwość, a także -?na podstawie ich pomysłów -?wyobrazić sobie,
jak odmienna mogłaby być instytucja wymiaru sprawiedliwości, gdyby wziąć
pod uwagę ich potrzeby oraz życzenia. Skupiłam się na kobietach i dzieciach, które doświadczyły przemocy. Zrobiłam tak z dwóch powodów:
(1) Ponieważ przypuszczamy, że może to być obecnie najczęstsze i najgłębiej zakorzenione spośród naruszeń praw człowieka na świecie3, oraz dlatego, że (2) z takimi osobami najczęściej
pracowałam w trakcie swojej kariery zawodowej.
Dorastałam w czasach, gdy prężnie rozwijał się ruch wyzwolenia kobiet,
który nauczył mnie aktu radykalnego słuchania. Uważam to za swoje
wielkie szczęście. Jak napisała Grace Paley -?kobiety, które w tamtych
latach uczestniczyły w działaniach ruchu, znajdowały wsparcie w "wyporności, szumie i słoności" tej drugiej wielkiej fali feminizmu4, i rzeczywiście, sama od tamtego czasu polegałam na
owym wsparciu. W 1970 roku, kilka miesięcy przed rozpoczęciem stażu
psychiatrycznego, dołączyłam do grupy pracującej na rzecz krzewienia
świadomości. Moja przyjaciółka i koleżanka ze studiów, Kathie Sarachild,
prowadząc działania na rzecz praw obywatelskich na Głębokim Południu,
dostrzegła tam siłę ludzi, którzy gromadzili się, by opowiadać własne
historie. Określiła krzewienie świadomości jako metodę zarówno
politycznego organizowania się, jak i badań naukowych. W zbiorze esejów
zatytułowanym Feminist Revolution (Rewolucja feministyczna),
opublikowanym przez grupę New York Redstockings, Kathie napisała:
"Byłyśmy pierwszymi, które ośmieliły się zrobić i powiedzieć to, na co
nikt się nie zdobył; to, co kobiety naprawdę czuły i czego
pragnęły"5.
Intymna przestrzeń gabinetu psychoterapeutycznego miała wiele wspólnego
z wolną przestrzenią ruchu feministycznego, a gdy moje pacjentki
wyjawiały mi swoje sekrety, słuchałam ich z nową świadomością sytuacji
kobiet. Pierwsze dwie pacjentki, jakie przyjęłam w szpitalu po objęciu
rezydentury, miały za sobą próby samobójcze. Obie opowiedziały mi o kazirodztwie, jakiego dopuścili się wobec nich ojcowie. Nietrudno było
dostrzec zależność między ich rozpaczą a wczesną inicjacją jako obiektów
seksualnych. Napisałam wtedy w dzienniku: "W patriarchacie ojciec
zachowuje prawo do seksu z córką na takiej samej zasadzie, na jakiej
feudalny pan zachowuje ius primae noctis wobec swoich poddanych".
Kazirodztwo wydało mi się jednym z paradygmatów ucisku seksualnego
kobiet.
Po ukończeniu rezydentury rozpoczęłam pracę w bezpłatnej poradni dla
kobiet w Somerville w stanie Massachusetts. To mieszczące się na
obrzeżach Bostonu miasto było wówczas bastionem białej klasy robotniczej
-?w większości Amerykanów irlandzkiego pochodzenia. Przychodnia ta była
jedną z wielu "kontrinstytucji", takich jak ośrodki kryzysowe dla ofiar
gwałtu i przytułki dla kobiet maltretowanych, zakładanych na początku
lat siedemdziesiątych przez aktywistki ruchu feministycznego. Tam
poznałam kolejne kobiety, które doświadczyły kazirodztwa. Wspólnie z przyjaciółką Lisą Hirschman, świeżo upieczoną doktorką psychologii,
zaczęłyśmy głębiej badać tę kwestię. W krótkim czasie zebrałyśmy
dwadzieścia przypadków, po prostu zasięgając języka u kilku znajomych
terapeutów. W owym czasie w jednym z ważniejszych podręczników
psychiatrycznych częstość występowania kazirodztwa szacowano na jeden
przypadek na milion6. Autorzy podręcznika,
uchodzący za autorytety w tej dziedzinie, mylili się o cztery rzędy
wielkości, jakby celowo zaślepieni na powszechność wykorzystywania
seksualnego dzieci. Same nigdy nie odważyłybyśmy się sprzeciwić tym
autorytetom, lecz mając po swojej stronie energię i pasję ruchu
feministycznego oraz zaszczyt zaufania, jakim obdarzyły nas pacjentki,
mogłyśmy stać się publicznymi świadkami sytuacji kobiet. Postanowiłyśmy
opublikować swoje spostrzeżenia.
W 1975 roku Lisa i ja wysłałyśmy naszą pracę naukową do nowego
czasopisma poświęconego studiom kobiecym7. Do
momentu akceptacji i publikacji artykułu minął rok. W ciągu tego czasu
nasza praca była powielana i przekazywana z rąk do rąk niczym
wydawnictwo podziemne, do nas zaś szybko zaczęły napływać z całego kraju
listy od kobiet piszących: "Myślałam, że jestem jedyna"; "Sądziłam, że
nikt mi nie uwierzy" albo: "Wydawało mi się, że to moja wina". Słuchając
kobiet i ośmielając się publikować swoje odkrycia, stałyśmy się
katalizatorami przełomowego momentu, w którym długo ukrywane zbrodnie
wreszcie wyszły na jaw. Jako klinicystki miałyśmy także zaszczyt
obserwować procesy wyzwolenia, które mogą się rozpocząć, gdy ktoś zrzuci
z siebie jarzmo wstydu i strachu. Kiedy nasze pacjentki relacjonowały
nam swoje historie i spotykały się ze współczuciem, a nie z pogardą, ich
rozpacz ustępowała miejsca nowej nadziei, a izolacja -?odnowionemu
poczuciu wspólnoty.
W 1981 roku opublikowałam swoją pierwszą książkę, Father-Daughter
Incest (Kazirodztwo między ojcem a córką), w której szczegółowo
opisałam znaczenie tych odkryć. Ukazała się ona po wielu innych wydanych
w latach siedemdziesiątych przez feministki drugiej fali, które obnażały
skalę przemocy wobec kobiet8. Moja praca w trakcie całej kariery zawodowej opierała się na tych pierwszych
odkryciach i pokłosiu tego rewolucyjnego momentu9.
W tym samym roku zostałam zaproszona na oddział psychiatrii szpitala
Cambridge, placówki publicznej należącej do tak zwanej sieci
bezpieczeństwa (ang. safety-net), świadczącej usługi medyczne osobom
ubogim i zmarginalizowanym. Niewiele wcześniej instytucja ta stała się
szpitalem klinicznym dla Harvard Medical School i w owym czasie ten nowy
oddział psychiatrii cechował się witalnością i kreatywnością właściwą
start-upom. Personel był zainteresowany rozwojem społecznych modeli
opieki psychiatrycznej i wnosił oryginalny wkład w tę dziedzinę. Choć w skład kadry zarządzającej wchodzili jedynie mężczyźni, byli oni skłonni
włączyć do niej kilka zdeterminowanych kobiet, które miały odpowiednią
wiedzę. W ekosystemie Harvardu było to z pewnością jedyne miejsce, gdzie
mogłam zyskać swobodę wnoszenia wiedzy i spostrzeżeń zdobytych w ruchu
feministycznym do w dużej mierze nieświadomego skali problemu świata
psychiatrii akademickiej.
Razem z koleżanką Mary Harvey, psycholożką społeczną, która w National
Institute of Mental Health badała skuteczność programów kryzysowych
dotyczących problematyki gwałtu, zaczynałyśmy od niewielkiego grantu,
jaki władze miasta Cambridge przeznaczyły na rozwój skierowanych do
ofiar przestępstw usług w zakresie zdrowia psychicznego. Z biegiem czasu
włączyłyśmy te działania do programu dla ofiar przemocy (ang. Victims
of Violence; VoV) -?przedsięwzięcia, które zapewniało opiekę kliniczną
i wsparcie dla pacjentów, szkolenia w zakresie leczenia traumy dla
specjalistów z obszaru zdrowia psychicznego oraz mechanizmy reagowania
kryzysowego po incydentach przemocy, dotykających całe społeczności.
W ramach programu VoV znów stykałyśmy się głównie z kobietami (choć była
też garstka mężczyzn) trwale obciążonymi konsekwencjami molestowania w dzieciństwie oraz przemocy seksualnej i domowej. Spotykałyśmy się także
z szukającymi azylu uchodźcami politycznymi. Na początku lat
osiemdziesiątych dołączyłam też do stworzonej przez mojego przyjaciela
Bessela van der Kolka grupy zajmującej się badaniem traumy. Skupiała ona
klinicystów i badaczy pracujących z weteranami wojennymi,
prześladowanymi dziećmi oraz ofiarami gwałtu i przemocy domowej. Stało
się dla mnie jasne, że tak jak ucisk jest uciskiem, trauma pozostaje
traumą bez względu na to, czy mówimy o domenie publicznej, takiej jak
wojna albo polityka, czy też o rzekomo prywatnej sferze seksu,
reprodukcji i życia rodzinnego. Na podstawie tych spostrzeżeń napisałam
książkę Trauma. Od przemocy domowej do terroru politycznego, której
oryginalne wydanie ukazało się w 1992 roku.
Do chwili obecnej dzięki programowi VoV wyszkoliło się około dwustu
psychiatrów, psychologów i pracowników socjalnych, a wielu z nich
wniosło własny wkład w rozwój badań nad traumą. Przez lata byliśmy
świadkami rozwoju dialektyki dotyczącej traumy oraz następujących po
sobie okresów, gdy postęp w jej pojmowaniu był napędzany sojuszami
terapeutycznymi między ocalałymi relacjonującymi swoje historie a wysłuchującymi ich specjalistami, po którym to postępie przychodził czas
sprzeciwu społecznego i narzucania ograniczeń w sferze zawodowej. Teraz,
zainspirowana nową falą ogólnoświatowych ruchów na rzecz krzewienia
świadomości, głoszących prawdę o życiu kobiet, osób czarnych oraz
wszystkich zniesławianych i pogardzanych, wróciłam, by ponownie
porozmawiać z ocalałymi, których świadectwa ukształtowały moje życie
intelektualne i zawodowe.
W dalszej części tej książki bazuję na pracach z zakresu filozofii, nauk
społecznych, historii, prawa i psychologii, a także na wywiadach z prawnikami, sędziami, adwokatami, dydaktykami oraz oczywiście z psychoterapeutami, a więc wszystkimi specjalistami, którzy pracują
bezpośrednio z ocalałymi. W istocie serce mojej książki stanowią
świadectwa samych ocalałych, gdyż moim zdaniem to właśnie oni są
prawdziwymi ekspertami w dziedzinie, którą zaczęto nazywać
"sprawiedliwością ocalałych" lub "sprawiedliwością zdrowienia".
Ośmieleni oddolnymi ruchami wolnościowymi, coraz częściej publikują oni
relacje ze swoich przeżyć w pierwszej osobie. Przeprowadziłam również
nieustrukturyzowane pogłębione wywiady z wieloma pochodzącymi z różnych
środowisk ocalałymi, którzy dowiedzieli się o moim przedsięwzięciu za
pośrednictwem zawodowych sieci społecznościowych i wykazali chęć rozmowy
ze mną. Te niezwykłe osoby -?zarówno kobiety, jak i mężczyźni -
realizują własną misję: dzięki relacjonowaniu swoich przeżyć udało się
im wytyczyć nowe życiowe cele na gruncie przeżytej traumy. Niektórzy
poświęcili życie staraniom na rzecz zapobiegania przemocy, zostając
nauczycielami, pisarzami, artystami, prawnikami, duchownymi, animatorami
społecznymi czy rzecznikami ofiar. Część z nich wyraziła zgodę na
ujawnienie ich imion; inni postanowili wystąpić pod pseudonimami. Cytaty
z rozmów z nimi przewijają się w całej tej publikacji.
Wśród ocalałych, z którymi rozmawiałam, jest Sarah Super, młoda kobieta
udzielająca się jako animatorka społeczna w Minneapolis. Jej historia
ukazuje zarówno najlepsze aspekty wymiaru sprawiedliwości, jak i odmienną wizję tejże sprawiedliwości, wykraczającą daleko poza ramy jej
konwencjonalnego systemu. Sarah skontaktowała się ze mną kilka lat temu,
aby zaprosić mnie na ceremonię wmurowania kamienia węgielnego pod pomnik
ofiar napaści na tle seksualnym. Czytała Traumę i zainspirował ją
rozdział, w którym porównałam gwałt i wojnę do brutalnych rytuałów
inicjacyjnych dla młodych mężczyzn i kobiet. Pisałam w nim o znaczeniu
Vietnam Veterans Memorial, czyli pomnika weteranów wojny wietnamskiej w Waszyngtonie, jako miejsca publicznego składania hołdu, celu pielgrzymek
i źródła uzdrowienia dla walczących w Wietnamie, i zestawiłam jego
istnienie z faktem braku tego rodzaju pomnika upamiętniającego ofiary
gwałtów. Sarah postanowiła nakłonić władze swojego miasta do postawienia
takiego monumentu i udało jej się to.
Sarah przeżyła potworną napaść ze strony swojego byłego partnera, który
włamał się do jej domu i zgwałcił ją, grożąc nożem. Po tym zajściu udało
się jej uciec; krzyczącą kobietą zajęli się sąsiedzi. W tym rzadkim
przypadku wymiar sprawiedliwości zadziałał dokładnie tak, jak powinien.
"Policja pojawiła się na miejscu w ciągu kilku minut -?przyznała Sarah.
-?Zostałam naprawdę dobrze potraktowana. Mój dom znajdował się przy
pięknej ulicy, w lwiej części zamieszkiwanej przez bardzo zamożnych
białych ludzi. Byłam idealną ofiarą". Alec, gwałciciel, zbiegł;
aresztowano go po pościgu na autostradzie. "On także został dobrze
potraktowany -?powiedziała Sarah z namysłem. -?Często myślałam o tym, że
zabrali go do aresztu, nie czyniąc mu najmniejszej krzywdy".
Zastanawiała się, co mogłoby mu się stać, gdyby był czarny.
Ostatecznie Alec przyznał się do winy i skazano go na dwanaście lat
pozbawienia wolności. Sarah oceniała, że surowość wyroku jest adekwatna
do skali przestępstwa, ponieważ sprawca zagroził jej życiu, ponadto zaś
nadal się go bała i twierdziła, że jest niebezpieczny. "Może zechcieć
mnie ukarać za pociągnięcie do odpowiedzialności, tak jak ukarał mnie za
zerwanie z nim" -?zauważyła. Czuła się wspierana przez swojego mecenasa
i prokuratora okręgowego, który prowadził jej sprawę, a przed wydaniem
wyroku miała szansę opowiedzieć swoją historię i została wysłuchana:
"Kiedy czytałam oświadczenie na temat wpływu tego zdarzenia na mnie jako
ofiarę -?relacjonowała Sarah -?[sędzia] zdjęła okulary i rzeczywiście
zdawała się słuchać".
Czego w takim razie zabrakło? Co jeszcze było potrzebne, by
sprawiedliwości stało się zadość? Dla Sarah jednym z najdotkliwszych
aspektów tego doświadczenia był sposób, w jaki podzieliło rzekomo
liberalną społeczność, do której ona i Alec oboje należeli. Jego
rodzice, którzy wcześniej często zapraszali ją do swojego domu, od
momentu usłyszenia zarzutów karnych najwyraźniej uważali siebie i Aleca
za prawdziwe ofiary sytuacji. Powołali stowarzyszenie Care Hub, mające
na celu zorganizowanie dla syna wsparcia ze strony społeczności, w tym
zbiórki pieniędzy na obronę, a także kampanii pisania listów
świadczących o "dobrym charakterze" oskarżonego. W tym czasie nie
odezwali się ani słowem do Sarah. Odniosła wrażenie, że została przez
nich skreślona. Kilka tygodni po gwałcie zdecydowała się na publiczne
ujawnienie w lokalnej prasie Minneapolis jako ofiara przestępstwa. Po
raz kolejny poczuła się zraniona, ponieważ niewiele znanych jej osób
zareagowało na to wyznanie. "Doświadczyłam milczenia otaczającego
przemoc seksualną -?powiedziała. -?Zauważyłam, jak ta cisza izoluje
ocalałych, chroni sprawców i pozwala społeczności wspierać kulturę
gwałtu poprzez ignorancję i bierność".
Tak właśnie dzieje się w wypadku przestępstw związanych z przemocą
seksualną. Dzielą społeczności, obnażając leżącą u ich podstaw dynamikę
władzy -?dominację i podporządkowanie. Sarah dostrzegła, że po tym, jak
została zgwałcona, codzienne przejawy seksizmu okazały się dla niej nie
do zniesienia. Ale gdy ponownie zaczęła się umawiać na randki,
przekonała się, jak głęboko jest on zakorzeniony we wspomnianej
kulturze. Spotykając się z mężczyznami, rozmawiała z nimi o ich
postawach i doświadczeniach seksualnych. Wszyscy bywali na wieczorach
kawalerskich w klubach ze striptizem i regularnie oglądali pornografię.
Powiedziała, że była pierwszą osobą, jaka zapytała ich o niektóre
sposoby uczestnictwa w kulturze gwałtu. Nigdy wcześniej o tym nie
myśleli. Nie widzieli potrzeby zastanawiania się nad tym.
"Sprawiedliwość wymaga zmiany kulturowej -?oceniła. -?Zdrowienie jest
uzależnione od istnienia świata, w którym rytuały inicjacyjne dla
młodych mężczyzn nie obejmują poniżania kobiet".
Choć Sarah nie doczekała się wsparcia ze strony wielu przyjaciół i kolegów, od których go oczekiwała, mnóstwo obcych ludzi podzieliło się z nią swoimi historiami. "Dowiedziałam się, że otaczały mnie osoby, które
doświadczyły przemocy seksualnej, a ja nie miałam o tym pojęcia" -
stwierdziła. To ostatecznie skłoniło ją do podjęcia inicjatywy
zbudowania pomnika jawnie przedstawiającego rzeczywistość przemocy
seksualnej. Sarah wspomina: "Napisałam do członka rady miejskiej (po raz
pierwszy w życiu), który skierował mnie do komisarza zarządu parku
(którego nie znałam), ten zaś zaproponował mi wygłoszenie trzyminutowego
przemówienia podczas najbliższego zebrania zarządu".
Jako zdolna organizatorka Sarah zaprosiła wielu ocalałych, którzy
wcześniej się z nią kontaktowali, na swoją krótką prelekcję dla zarządu
parku. Dzięki jej przywództwu oraz wielu relacjom, jakie wyszły na jaw w chwili społecznego rozrachunku wobec kwestii nadużywania przemocy na tle
seksualnym, w jednym z parków w Minneapolis wzniesiono pomnik poświęcony
ofiarom tego rodzaju napaści. Memorial to Survivors of Sexual Violence
został odsłonięty 10 października 2020 roku. Podczas ceremonii
przemawiały Tarana Burke, organizatorka społeczności czarnych i inicjatorka ruchu #MeToo, oraz V (wcześniej znana jako Eve Ensler),
biała dramatopisarka i autorka Monologów waginy. Dla Sarah miejsce, w którym znajduje się pomnik, stanowi przestrzeń dla edukacji społecznej i wydarzeń związanych z "publicznym mówieniem prawdy". Jedna z umieszczonych na monumencie mozaik, stworzona przez artystkę Lori
Greene, widnieje na okładce tej książki.
Uhonorowanie ocalałych przez publiczne uznanie jest jednym z tych
rodzajów sprawiedliwości, który bardzo różni się od konwencjonalnych
wyobrażeń o tym, czym miałaby ona być. Taka forma uznania ma jednak dla
ocalałych wielkie znaczenie, ponieważ pomaga naprawić zerwane relacje ze
społecznościami, co moim zdaniem stanowi niezbędny aspekt oddawania
sprawiedliwości ofiarom. Jak wiemy z niedawnych gorzkich kontrowersji
dotyczących dalszego istnienia licznych pomników Konfederacji w przestrzeni publicznej w USA, pomniki mają znaczenie. Są trwałymi
publicznymi proklamacjami, które mówią o tym, kogo nasze społeczeństwo
czci i szanuje. Czasami wprost, a częściej przez pominięcie, mówią nam
one także o tym, kogo się zniesławia i lekceważy -?kogo się nie
dostrzega.
Wiele pomników Konfederacji powstało po wojnie secesyjnej, w okresie
reakcji, z którego wywodzą się obowiązujące przez kolejne stulecie prawo
linczu i prawa Jima Crowa1. Dlatego tak ważnym momentem było
odsłonięcie w 2018 roku w Montgomery w stanie Alabama Narodowego Pomnika
Pokoju i Sprawiedliwości (National Memorial for Peace and Justice),
ufundowanego przez czarnego prawnika Bryana Stevensona i organizację
Equal Justice Initiative. Nieformalnie określany jako National Lynching
Memorial (dosł. Narodowy Pomnik Linczu), upamiętnia on ponad cztery
tysiące ofiar okrucieństw białej supremacji i wzywa wszystkie
społeczności, w których popełniono te zbrodnie, do uznania własnej
niewypowiedzianej historii. Na tej samej zasadzie pomnik ofiar napaści
na tle seksualnym jest dla nich publicznym uznaniem milczących praw
męskiej supremacji. Otwarte uznanie zła pod wieloma względami stanowi
pierwszy krok ku równości i sprawiedliwości.
Historia Sarah Super ilustruje ten rodzaj publicznej afirmacji dla
ocalałych, jakiego brakuje nawet w najlepszym wydaniu konwencjonalnego
systemu wymiaru sprawiedliwości. W rzeczywistości bowiem większość
ocalałych nigdy nie znajduje sprawiedliwości, nawet w powszechnym
znaczeniu tego słowa. Sarah została potraktowana z szacunkiem i profesjonalizmem przez funkcjonariuszy policji, prokuratora i sędziego.
Większość osób, które doświadczyły przemocy na tle seksualnym, nigdy nie
widuje się z żadnym z tych urzędników publicznych, a jeśli do takich
spotkań dochodzi, okazują się rozczarowaniem. Policja często
przesłuchuje ofiary tak, jakby to one były podejrzanymi. Prokuratorzy
nie chcą się zajmować sprawami, które zdają się trudne do wygrania ze
względu na powszechne uprzedzenia, jakie mogą dominować wśród
przysięgłych. Co więcej, tego rodzaju uprzedzenia nierzadko podzielają
także sędziowie. Ocalali, którzy mieli do czynienia z wymiarem
sprawiedliwości, często nazywają te doświadczenia "drugim gwałtem".
Członkowie grup zdominowanych i zmarginalizowanych stykają się z podobnymi przejawami niesprawiedliwości. Jak pokazuje historia ruchu na
rzecz czarnych, przemoc policyjna względem osób niebiałych, z morderstwami włącznie, jest w zasadzie przestępstwem bezkarnym. Nadszedł
czas, abyśmy zaczęli dążyć ku lepszemu.
* * *
Niniejsza książka została podzielona na trzy części. Część pierwsza
opisuje podstawową teorię, zgodnie z którą sprawiedliwość jest
uzależniona od społecznej organizacji władzy. W rozdziałach 1 i 2
przeciwstawiam dwa diametralnie różne typy relacji władzy -?jeden oparty
na dominacji i podporządkowaniu, drugi zaś na wzajemności. Pierwszy
stanowi archetyp tyranii, drugi zaś równości. Oba rodzaje były i są
obecne na przestrzeni dziejów na całym świecie; oba można znaleźć na
każdej płaszczyźnie interakcji międzyludzkich i we wszystkich
strukturach społecznych -?od intymnych sfer miłości i rodziny, przez
sferę polityczną państwa, aż po międzynarodowe sfery religii
instytucjonalnej, biznesu i przestępczości. Pierwszy typ przejawia się w historiach wojen, podbojów, zniewolenia i ludobójstwa; drugi możemy
obserwować w ewolucji ludzkich więzi i wzajemnej troski oraz w historii
dążeń do wolności, pokoju i sprawiedliwości. Rozwijam założenie
sprawiedliwości jako koncepcji moralnej, która do swego
urzeczywistnienia wymaga moralnej wspólnoty. Twierdzę ponadto, że
relacje dominacji i podporządkowania są niemożliwe do pogodzenia ze
sprawiedliwością, która musi opierać się na zasadach zaufania i uczciwości, te zaś można odnaleźć jedynie w relacjach bazujących na
wzajemności.
W rozdziale 3 badam ogólnoświatową hegemonię patriarchatu w celu
zilustrowania, jak głęboko zasady i metody tyranii mogą być osadzone w strukturach relacji społecznych. Szczegółowo opisuję niektóre zjawiska
pozwalające ukrytej przemocy patriarchatu utrwalać się nie tylko w kulturze i zwyczajach, lecz także w systemie prawa, jego egzekwowaniu
oraz samej sprawiedliwości. Posłużyłam się przykładem patriarchatu,
ponieważ jest on mi znany najlepiej, zarówno na płaszczyźnie osobistej,
jak i zawodowej. Żywię zarazem nadzieję, że analizę tę można zastosować
w odniesieniu do innych sytuacji, w których dominacja jednej grupy nad
drugą jest głęboko zakorzeniona od wieków, przy czym mam tu na myśli
między innymi dziedziczenie kast, niewolnictwo, kolonializm oraz
prześladowania religijne. Z tych samych powodów większość przytoczonych
przeze mnie badań i relacji pochodzi ze Stanów Zjednoczonych; także i w tym przypadku wierzę, że podobne metody analizy można z powodzeniem
odnieść do innych krajów.
W części drugiej omawiam wizje sprawiedliwości, jakie wyłaniają się z relacji moich informatorów. Przedstawiam w niej zasadniczy kontrast
pomiędzy oczekiwaniami deklarowanymi przez ocalałych a tym, co
faktycznie zapewnia nasz wymiar sprawiedliwości -?czyli karą i rekompensatą pieniężną. Rozdział 4 dotyczy publicznego uznania prawdy
jako wstępnego warunku sprawiedliwości. Wszystkie pokrzywdzone osoby, z którymi przeprowadziłam wywiady na potrzeby tej książki -?a śmiem
twierdzić, że każda, z jaką dotąd pracowałam -?pragnęły przede wszystkim
uznania i rehabilitacji. Ocalali chcą, aby prawda została dostrzeżona, a zbrodnia potępiona przez ważnych dla nich członków społeczności. Oznacza
to jednak, że ocalali muszą faktycznie mieć znaczenie dla szerszej
wspólnoty, a ich wiarygodność należy oceniać bez uprzedzeń.
Kiedy członkowie grup nieuprzywilejowanych zaczynają szukać
sprawiedliwości, szybko wychodzi na jaw, jak nisko się ich ceni i w jak
niewielkim stopniu ufa się ich relacjom. Na przykład, po niedawnym
uznaniu popularnego piosenkarza R. Kelly'ego za winnego handlu ludźmi w celach seksualnych i wyłudzania haraczy, wybitna profesor prawa Kimberlé
Crenshaw zauważyła, że wykorzystywanie licznych ofiar przez dekady
uchodziło mu na sucho "z tego prostego powodu, że ludziom z zazębiających się światów rozrywki, prawa i mediów zostało wpojone, by
postrzegać czarne dziewczęta i kobiety jako obiekty do wykorzystywania".
Dodała: "Jeśli wzajemne oddziaływanie mizoginii i rasizmu, które ułatwia
wykorzystywanie czarnych dziewcząt i kobiet, będzie w dalszym ciągu
uznawane za oczywistość i pozostanie szumem tła, szansa na naprawienie
szerzej pojętych historycznych krzywd, mających związek z tą haniebną
sagą, przejdzie nam koło nosa"10. Sprawiedliwość
domaga się nie tylko skazania jednego, choćby wyjątkowo popularnego
drapieżnika, lecz także -?a może nawet w szczególności -?naprawienia
tych szerzej pojętych historycznych krzywd.
W rozdziałach 5 i 6 rozwijam wizję sprawiedliwości skupiającą się na
naprawianiu krzywd wyrządzonych ocalałym oraz większych błędów
historycznych, a nie na karaniu sprawców. Po przyznaniu, że krzywda
została wyrządzona, pierwszym krokiem zmierzającym do naprawy
zniszczonej relacji są przeprosiny. Zagadnienie to stanowi temat
rozdziału 5. Zestawiam w nim przeprosiny autentyczne i nieszczere. Te
pierwsze, choć rzadkie, mogą mieć niezwykle uzdrawiającą moc, podczas
gdy fałszywe przeprosiny pogłębiają krzywdę. Szczere przeprosiny często
prowadzą do przebaczenia i pojednania, twierdzę jednak, że związana z tym presja społeczna może się stać łatwą wymówką dla osób postronnych
oraz pułapką, która nasila poczucie niesprawiedliwości u ocalałych. W rozdziale 6 analizuję, jak mogłaby wyglądać odpowiedzialność ze strony
przestępców, gdyby kara nie była jedynym miernikiem sprawiedliwości.
Dokonuję w nim przeglądu alternatywnych teorii i praktyk ruchu na rzecz
tak zwanej sprawiedliwości naprawczej, biorąc pod uwagę zarówno jego
twórcze obietnice, jak i ograniczenia. Przyglądam się w nim także
niektórym niedawnym wysiłkom podejmowanym w ramach istniejącego prawa
cywilnego, mającym na celu pociągnięcie do odpowiedzialności instytucji
niejako umożliwiających powszechne przestępcze wykorzystywanie kobiet i dzieci.
Część trzecia stanowi rozwinięcie idei sprawiedliwości z perspektywy
zdrowienia ofiar, sprawców i całego społeczeństwa. W rozdziale 7 badam
kwestię zadośćuczynienia dla ocalałych -?począwszy od istniejących już
koncepcji rekompensat pieniężnych -?lecz poszerzam jego ramy, aby
uwzględnić różne rodzaje organizacji społecznych, które będą niezbędne
do stworzenia prawdziwie naprawczych procedur egzekwowania prawa.
W dwóch ostatnich rozdziałach przedstawiam wyobrażenia dotyczące
prewencji szkód. Jeśli kara i odosobnienie sprawców nie mają być
wyznacznikiem sprawiedliwości, należy znaleźć inne sposoby zapewniania
bezpieczeństwa społecznego i ponownej integracji przestępców w społeczeństwie. W rozdziale 8 dokonałam przeglądu nielicznych dostępnych
informacji na temat sprawców oraz ich resocjalizacji. Rozważyłam dowody
na skuteczność terapii, ograniczonej obecnie do zdecydowanej
mniejszości, która naruszyła prawo i została skazana na leczenie przez
sądy. Podkreślam także różnicę między terapiami opartymi na postrzeganiu
tych przestępstw przez pryzmat nadużyć władzy a tymi, które nie bazują
na żadnych teoriach społecznych. Wreszcie w rozdziale 9 analizuję
potencjał kampusów uniwersyteckich jako laboratorium, które pozwalałoby
na opracowywanie nowych modeli zapobiegania przemocy ze względu na płeć,
z perspektywy systemu zdrowia publicznego i sprawiedliwości społecznej.
Książkę kończy wizjonerski program ocalałych.
Wysłuchiwanie ludzi doświadczających traumy i dawanie świadectwa ich
relacjom było podstawą mojego życia zawodowego przez ostatnie półwiecze.
Tą książką wkroczyłam jednak także w odleglejsze od swojej specjalizacji
obszary wiedzy i myśli, prawa, historii i filozofii politycznej.
Potraktuj zatem tę publikację jako próbę osoby początkującej, która
stara się na nowo wyobrazić sobie sprawiedliwość, opierając się na
relacjach ocalałych. Rozwinięcie tych koncepcji spada na barki kolejnych
pokoleń -?jeśli nasz niedoskonały gatunek ludzki ma przed sobą
jakąkolwiek przyszłość na Ziemi.