Rozdział 2
2
3 września 2010, 04:16
Gdzie ja jestem?
Co się stało?
Ostrożnie nabieram tchu i próbuję się poruszyć, ale nie jestem w stanie
wprawić ciała w ruch. Ani rąk, ani palców.
Wreszcie otwieram oczy. Mam piasek pod powiekami. Moje gardło jest tak
wysuszone, że nie mogę przełknąć śliny.
Jest ciemno.
Ktoś jest tutaj ze mną. Albo coś. Wydaje łomoczący dźwięk, jak młoty
walące w stal. Wibracje pełzną mi wzdłuż kręgosłupa, wbijają się w zęby,
powodują ból głowy.
Ten dźwięk - zgniatany, miażdżony metal - jest wszędzie: poza mną, w powietrzu, obok mnie, we mnie.
Bach-zgrzyt, bach-zgrzyt.
Ból.
Nagle cała go czuję.
Rozdzierający, wyjątkowy. Gdy już jestem go świadoma, świadoma tego, że
go czuję, nie istnieje nic poza nim.
Budzi mnie ból: palący, gryzący ból głowy i łupanie w ramieniu. Coś mam
na pewno połamane. Próbuję się poruszyć, ale boli tak bardzo, że tracę
przytomność. Gdy ją odzyskuję, znów próbuję, dysząc ciężko, a powietrze
aż grzechocze mi w płucach. Czuję zapach własnej krwi, czuję, jak
spływa mi po szyi.
"Pomocy" - próbuję powiedzieć, lecz ciemność pochłania te marne wysiłki.
OTWÓRZOCZY.
Słyszę polecenie, czyjś głos, i ogarnia mnie ogromna ulga. Nie jestem
sama.
OTWÓRZOCZY.
Nie mogę. Nic nie mogę.
ŻYJE.
Kolejne słowa, tym razem wykrzykiwane:
NIERUSZAJSIĘ.
Ciemność przesuwa się wokół mnie, zmienia, a ból znów eksploduje. Hałas
- dźwięk piły łańcuchowej połączony z czymś przypominającym wrzask
dziecka - otacza mnie ze wszystkich stron. W ciemności światła migają
jak świetliki i coś w tym widoku sprawia, że czuję smutek. I zmęczenie.
RAZDWATRZYWGÓRĘ.
Czuję, że ciągną mnie i podnoszą chłodne dłonie, których nie widzę.
Krzyczę z bólu, ale ten dźwięk zostaje natychmiast pochłonięty, a może
istnieje tylko w mojej głowie.
Gdzie ja jestem?
Uderzam o coś mocno i krzyczę.
WPORZĄDKU.
Umieram.
Dociera to do mnie nagle, zatrzymuje mi oddech w płucach.
Ja umieram.
3 września 2010, 04:39
Johnny Ryan obudził się z myślą: Coś się stało. Usiadł i się
rozejrzał.
Nic nie zobaczył, nic niepokojącego.
Był w swoim gabinecie w domu na wyspie Bainbridge. Znów zasnął przy
pracy. Przekleństwo pracującego w domu samotnego rodzica. Dzień miał za
mało godzin, żeby dało się zrobić wszystko, więc kradł godziny nocy.
Potarł zmęczone oczy. Na ekranie komputera widniał zatrzymany, rozmazany
obraz. Obszarpany chłopak, dziecko ulicy pod migającym neonem, z papierosem wypalonym niemal do końca. Johnny włączył film.
Kevin na ekranie - uliczna ksywka: Frizz - zaczął opowiadać o swoich
rodzicach.
- Ich to nie obchodzi - powiedział, wzruszając ramionami.
- Skąd ta pewność? - rozległ się głos Johnny'ego z offu.
Kamera złapała spojrzenie Frizza - surowy ból i pełen gniewu bunt w jego
oczach, gdy chłopak unosił wzrok.
- Jestem tu, no nie?
Johnny widział to nagranie co najmniej sto razy. Rozmawiał z Frizzem
kilkakrotnie i nadal nie wiedział, gdzie on dorastał, gdzie było jego
miejsce, kto czekał na niego do późnej nocy, wyglądając z troską w ciemność.
Johnny rozumiał niepokoje rodziców, to, jak łatwo dziecko może wślizgnąć
się między cienie i zniknąć. Dlatego był tutaj, pracując dzień i noc nad
filmem dokumentalnym o dzieciach ulicy. Może jeśli będzie uważnie
patrzył i zada dostatecznie dużo pytań, to ją znajdzie.
Zapatrzył się w obraz na ekranie. Padał wtedy deszcz, więc gdy kręcił
materiał, na ulicy było niewiele dzieciaków. Mimo to gdy tylko
dostrzegał cień w tle, sylwetkę, która mogła być młodą kobietą, mrużył
oczy, zakładał okulary i przyglądał się uważniej, myśląc: Marah?
Ale żadna z dziewczyn, które widział przy kręceniu tego dokumentu, nie
była jego córką. Marah uciekła z domu i zniknęła. Nie wiedział nawet,
czy jest nadal w Seattle.
Zgasił światła w gabinecie na piętrze i wyszedł na ciemny, cichy
korytarz. Wisiały tu na ścianie dziesiątki rodzinnych fotografii, w czarnych ramkach i z białym passe-partout. Zatrzymywał się czasem i przyglądał im, przyglądał się swojej rodzinie, pozwalając, by zabrały go
do szczęśliwszych czasów. Czasami stawał przed zdjęciem żony i zatracał
się w jej uśmiechu, który kiedyś rozświetlał jego świat.
Dziś się nie zatrzymał.
Zatrzymał się przy drzwiach pokoju synów i je uchylił. To właśnie
obsesyjnie teraz robił - sprawdzał niemal dwunastoletnie bliźnięta. Gdy
człowiek się przekona, jak szybko może się w życiu zadziać coś złego,
stara się chronić tych, którzy pozostali.
Byli w środku, spali.
Johnny wypuścił powietrze, nieświadomy, że wstrzymywał oddech, i ruszył
do zamkniętych drzwi pokoju Marah. Ale je minął. Zaglądanie tam
wywoływało zbyt wielki ból. Widok zatrzymanego w czasie, pustego pokoju
dziewczynki, w takim stanie, w jakim go zostawiła...
Wszedł do swojej sypialni i zamknął drzwi. Pełno tu było ubrań, notatek
i książek, które zaczynał czytać i odkładał na później, gdy życie trochę
zwolni. Wchodząc do łazienki, zdjął koszulę i rzucił ją do kosza na
pranie. W lustrze złapał swoje odbicie. Czasem na swój widok myślał:
Nieźle jak na pięćdziesięciopięciolatka, a czasem - jak teraz:
Naprawdę?
Wyglądał... smutno. Zwłaszcza oczy. Włosy miał trochę za długie, a ich
czerń przecinały pasma siwizny. Ciągle zapominał o fryzjerze. Z westchnieniem wszedł pod prysznic i puścił wodę. Poleciał niemal ukrop.
Johnny pozwolił, by gorący strumień obmył go z myśli. Gdy wyszedł spod
prysznica, czuł się lepiej, był gotów zmierzyć się z kolejnym dniem. Nie
zasnąłby już. Nie teraz. Wysuszył ręcznikiem włosy i włożył stary
T-shirt z Nirvaną, który znalazł na dnie szafy, oraz znoszone dżinsy.
Już miał wyjść na korytarz, gdy zadzwonił telefon.
Ten stacjonarny.
Johnny zmarszczył brwi. Był rok 2010. W tych nowych czasach bardzo
rzadko ktoś dzwonił na stary numer.
A już z pewnością nie trzy po piątej nad ranem. O takiej porze to mogły
być tylko złe wieści.
Marah.
Rzucił się do aparatu.
- Halo?
- Czy mogę rozmawiać z Kathleen Ryan?
Ci przeklęci telemarketerzy. Czy oni w ogóle nie uaktualniają tych
swoich baz danych?
- Kathleen Ryan zmarła niemal cztery lata temu. Proszę ją skreślić z listy - odparł stanowczo, spodziewając się pytania, czy jest osobą
decyzyjną w sprawach domu. Cisza, która zapadła po jego słowach,
zirytowała go. - Kto mówi?
- Jerry Malone z policji w Seattle.
Johnny zmarszczył brwi.
- I dzwoni pan do Kate?
- Doszło do wypadku. Ofiara miała w portfelu zapisane nazwisko Kathleen
Ryan jako osobę do kontaktu.
Johnny usiadł na krawędzi łóżka. Tylko jedna osoba na świecie mogła
nadal mieć Katie jako osobę do kontaktu w razie wypadku. Co ona znowu
narobiła? I kto dzisiaj trzyma taki numer w portfelu?
- To Tully Hart, prawda? Czy chodzi o jazdę pod wpływem? Bo jeśli ona...
- Nic mi na ten temat nie wiadomo. Panią Hart zabierają właśnie do
szpitala Świętego Serca.
- To coś poważnego?
- Nie umiem powiedzieć. Będzie pan musiał porozmawiać z kimś ze
szpitala.
Johnny się rozłączył, w internecie znalazł numer do szpitala i zadzwonił. Dopiero po jakichś dziesięciu minutach przełączania natrafił
na kogoś, kto mógł odpowiedzieć na jego pytania.
- Pan Ryan? - powiedziała kobieta. - Rozumiem, że jest pan rodziną pani
Hart?
Wzdrygnął się na to pytanie. Ile to już czasu nie rozmawiał z Tully?
Kłamstwo. Doskonale pamiętał, ile czasu minęło.
- Tak - odpowiedział. - Co się stało?
- Nie znam szczegółów. Wiem tylko, że ją do nas wiozą.
Spojrzał na zegarek. Jeśli się pośpieszy, zdąży na prom o piątej
dwadzieścia i będzie w szpitalu za niewiele ponad godzinę.
- Postaram się dotrzeć jak najszybciej.
Zauważył, że nie powiedział do widzenia, dopiero gdy telefon zabuczał mu
przy uchu. Rozłączył się i rzucił komórkę na łóżko.
Chwycił portfel i znów podniósł telefon. Gdy sięgał po sweter,
jednocześnie wybierał numer. Usłyszał tyle sygnałów, że przypomniał
sobie, jak jest wcześnie.
- Ha... halo?
- Corrin, przepraszam, że dzwonię o takiej porze, ale to pilne. Czy
mogłabyś wstąpić po chłopców i zabrać ich do szkoły?
- Co się stało?
- Muszę pojechać do szpitala Świętego Serca. Był wypadek. Nie chcę
zostawiać chłopaków samych, ale nie mam czasu, żeby ich do ciebie
przywieźć.
- Nie martw się - odpowiedziała. - Będę za piętnaście minut.
- Dzięki - powiedział. - Jestem twoim dłużnikiem.
A potem pospieszył korytarzem i wpadł do pokoju bliźniaków.
- Ubierajcie się, chłopcy. Migiem.
Usiedli powoli.
- Co? - powiedział Wills.
- Ja wychodzę. Corrin odbierze was za piętnaście minut.
- Ale...
- Nie ma żadnych ale. Jedziecie do domu Tommy'ego. Może Corrin odbierze
was też z piłki. Nie wiem, o której wrócę.
- Co się stało? - zapytał Lucas. Na jego zaspanej twarzy pojawił się
niepokój. Ci chłopcy wiedzieli, co to są nagłe sytuacje, i znajdowali
pociechę w rutynie. Szczególnie Lucas. Był taki jak jego matka,
opiekuńczy i troskliwy.
- Nic takiego - odpowiedział krótko Johnny. - Muszę pojechać do miasta.
- On traktuje nas jak dzieci - stwierdził Wills, odsuwając kołdrę. -
Chodźmy, Skywalker.
Johnny niecierpliwie spojrzał na zegarek. Było osiem po piątej. Musiał
wyjść teraz, żeby zdążyć na prom o piątej dwadzieścia.
Lucas wstał z łóżka, podszedł do Johnny'ego i spojrzał na niego spod
brązowej czupryny.
- Coś z Marah?
Oczywiście, to ich niepokoiło. Ileż to razy pędzili zobaczyć się z mamą
w szpitalu. I Bóg jeden wie, w jakich tarapatach jest dziś Marah.
Wszyscy się o nią martwili.
Zapomniał, jacy są czujni nawet teraz, niemal cztery lata później.
Tragedia naznaczyła ich wszystkich. Starał się, jak mógł, ale mimo
wysiłków nie był w stanie zrekompensować chłopcom utraty matki.
- Z Marah wszystko w porządku. Chodzi o Tully.
- A co się stało Tully? - zapytał Lucas. Wyglądał na przestraszonego.
Tak bardzo ją kochali. Ileż to razy w ostatnich latach błagali, żeby się
z nią zobaczyć. I ileż to razy Johnny znajdował jakąś wymówkę. Poczuł
ukłucie winy.
- Jeszcze dokładnie nie wiem, ale dam wam znać, co się dzieje, jak tylko
będę mógł - obiecał Johnny. - Bądźcie gotowi do szkoły, zanim Corrin
przyjedzie, okej?
- Nie jesteśmy dziećmi, tato - oznajmił Wills.
- Zadzwonisz do nas po treningu? - zapytał Lucas.
- Zadzwonię.
Pocałował ich na do widzenia i zgarnął kluczyki do auta ze stoliczka
przy drzwiach. Obejrzał się jeszcze raz - dwóch identycznych chłopców, z za długimi włosami, w bokserkach, za dużych T-shirtach i z zatroskanym
minami. Wyszedł. Mieli prawie po dwanaście lat, mogli zostać sami na
dziesięć minut.
Wsiadł do auta, włączył silnik i pojechał na prom. Na pokładzie został w samochodzie i niecierpliwie stukał palcami po obitej skórą kierownicy
przez trwający trzydzieści pięć minut rejs.
Równo o szóstej dziesięć wjechał na parking szpitala i zaparkował w sztucznym świetle latarni. Słońce miało wzejść dopiero za pół godziny.
Wszedł do budynku, który tak dobrze znał, i ruszył do recepcji.
- Tallulah Hart - rzucił pełnym troski tonem. - Jestem z rodziny.
- Proszę pana, ja...
- Chcę się dowiedzieć, w jakim jest stanie, i to natychmiast. -
Powiedział to tak ostro, że kobieta aż podskoczyła w fotelu, jakby raził
ją prąd.
- Och - powiedziała. - Zaraz wracam.
Johnny odszedł od kontuaru recepcji i zaczął krążyć po korytarzu. Boże,
nienawidził tego miejsca, tych wszystkich aż za dobrze znajomych
zapachów.
Opadł na niewygodne plastikowe krzesło i nerwowo stukał stopą o linoleum. Minuty mijały, z każdą kolejną coraz bardziej się denerwował.
Przez ostatnie cztery lata nauczył się radzić sobie bez żony, miłości
swojego życia, ale to nie było łatwe. Musiał przestać patrzeć w przeszłość. Wspomnienia za bardzo raniły.
Ale jak miał nie patrzeć w przeszłość tutaj? Akurat tutaj? Przyjeżdżali
do tego szpitala na operacje, chemioterapię i naświetlania. Spędzili tu
razem wiele godzin, on i Kate, obiecując sobie, że ich miłość pokona
raka.
Oszukiwali się.
Gdy wreszcie zmierzyli się z prawdą, stało się to tutaj, w tym szpitalu.
Był rok 2006. Johnny leżał obok niej, obejmował ją i starał się nie
zauważać, jak bardzo schudła przez ten rok walki o życie. Z iPoda Kate
słychać było Kelly Clarkson. Some people wait a lifetime... for a moment like this.
Pamiętał wyraz twarzy Kate. Ból płonął w niej niczym płynny ogień;
bolało ją wszystko. Kości, mięśnie, skóra. Brała tyle morfiny, ile miała
odwagi, ale chciała być przytomna, żeby nie wystraszyć dzieci.
- Chcę do domu - powiedziała.
Gdy na nią spojrzał, mógł jedynie pomyśleć: Ona umiera. Prawda była
trudna, łzy napłynęły mu do oczu.
- Moje maleństwa - powiedziała cicho, a potem się roześmiała. - Cóż, to
już nie są maleństwa. Rosną im stałe zęby. O, tu masz dolara. Dla wróżki
zębuszki. I rób zdjęcia. Marah też. Powiedz jej, że rozumiem. Ja też
byłam dla swojej mamy okropna, gdy miałam szesnaście lat.
- Nie jestem gotowy na tę rozmowę - odpowiedział, zawstydzony własną
słabością. Dostrzegł zawód w jej spojrzeniu.
- Potrzebuję Tully - powiedziała wtedy, zaskakując go.
Jego żona i Tully Hart przez większość życia były najlepszymi
przyjaciółkami - aż do kłótni, która je rozdzieliła. Nie rozmawiały ze
sobą przez ostatnie dwa lata, a w tym okresie Kate musiała zmierzyć się
z rakiem. Johnny nie mógł wybaczyć Tully ani samej kłótni (która
oczywiście była jej winą), ani nieobecności, gdy Kate potrzebowała jej
najbardziej.
- Nie. Po tym, co ci zrobiła? - rzucił gorzko.
Kate przysunęła się do niego odrobinę. Widział, jak boli ją
najdrobniejszy ruch.
- Potrzebuję Tully - powtórzyła, tym razem łagodniej. - Jest moją
najlepszą przyjaciółką od ósmej klasy.
- Wiem, ale...
- Musisz jej wybaczyć, Johnny. Jeśli ja mogę, to i ty możesz.
- To nie takie łatwe. Zraniła cię.
- A ja ją. Kłótnia najlepszych przyjaciółek. Które straciły z oczu to,
co się liczy. - Westchnęła. - Wierz mi, teraz wiem, co jest ważne, i potrzebuję jej.
- Sądzisz, że przyjdzie, jeśli zadzwonisz? Minęło sporo czasu.
Kate uśmiechnęła się mimo bólu.
- Przyjdzie. - Dotknęła jego twarzy, zmuszając go, by na nią spojrzał. -
Musisz się nią... potem... zaopiekować.
- Nie mów tak - szepnął.
- Ona nie jest tak silna, jak się wydaje. Wiesz o tym. Obiecaj mi.
Johnny zamknął oczy. Przez ostatnie lata intensywnie pracował nad tym,
by poradzić sobie z żalem i ułożyć rodzinie nowe życie. Nie chciał
wspominać tamtego koszmarnego roku, ale jak miał to zrobić - zwłaszcza
teraz?
TullyiKate. Były najlepszymi przyjaciółkami przez niemal trzydzieści lat
i gdyby nie Tully, Johnny nie spotkałby miłości swojego życia.
Od chwili, gdy Tully weszła do jego skromnego biura, Johnny był nią
oczarowany. Miała dwadzieścia lat i była pełna żaru i pasji. Przekonała
go, by zatrudnił ją w małej stacji telewizyjnej, którą wtedy prowadził.
Wydawało mu się, że się w niej zakochał, ale to nie była miłość, tylko
coś innego. Uległ jej urokowi. Była żywsza, jaśniejsza niż ktokolwiek,
kogo znał. Gdy stało się obok niej, to jakby człowiek znalazł się w pełnym słońcu po miesiącach przebywania w cieniu. Od razu wiedział, że
będzie sławna.
Gdy przedstawiła go swojej najlepszej przyjaciółce, Kate Mularkey, która
wydawała się bledsza i cichsza i jakby niesiona przez potężną falę
Tully, ledwo zwrócił na nią uwagę. Dopiero parę lat później, gdy Katie
odważyła się go pocałować, Johnny dostrzegł w oczach tej kobiety swoją
przyszłość. Pamiętał pierwszy raz, gdy się kochali. Byli młodzi - on
miał trzydzieści lat, ona dwadzieścia pięć - ale tylko ona była naiwna.
- Zawsze tak jest? - zapytała go cicho.
Miłość przyszła do niego tak po prostu, na długo przed tym, zanim był
gotowy.
- Nie - odpowiedział, już wtedy nie umiejąc jej okłamać. - Nie zawsze.
Po tym, jak wzięli z Kate ślub, z daleka obserwował błyskawiczną karierę
dziennikarską Tully, a one pozostały sobie bliższe niż siostry.
Rozmawiały przez telefon prawie codziennie i Tully przyjeżdżała do nich
niemal na wszystkie święta. Gdy zrezygnowała z pracy w sieci
telewizyjnej i wróciła z Nowego Jorku do Seattle, by stworzyć własny
talk show, uprosiła Johnny'ego, by go produkował. To były dobre lata.
Pełne sukcesów. Dopóki nowotwór i śmierć Kate wszystkiego nie
zniszczyły.
Teraz mu się przypomniało. Zamknął oczy i odchylił się. Wiedział, kiedy
to się zaczęło sypać.
Na pogrzebie Kate, niemal cztery lata temu. Październik 2006. Siedzieli
wszyscy blisko siebie w pierwszej ławce kościoła Świętej Cecylii...
...odrętwiali, z podkrążonymi oczami, boleśnie świadomi tego, dlaczego tu
są. Byli w tym kościele wiele razy w ciągu ostatnich lat, na
bożonarodzeniowej pasterce czy w Wielkanoc, ale teraz było inaczej.
Zamiast złotych, lśniących dekoracji, wszędzie rozstawiono białe lilie.
Powietrze w kościele wydawało się obrzydliwie słodkie.
Johnny siedział sztywno jak żołnierz, z mocno wyprostowanymi plecami.
Musiał być silny dla swoich dzieci, dla ich dzieci, jej dzieci. To była
obietnica, którą złożył, kiedy umierała, ale już teraz trudno było jej
dotrzymać. Czuł, że jest w środku suchy jak piach. Szesnastoletnia Marah
siedziała obok niego tak samo sztywna, z dłońmi złożonymi na udach. Nie
spojrzała na ojca od wielu godzin, a może i dni. Wiedział, że powinien
zasypać tę przepaść, zmusić córkę do kontaktu, ale gdy na nią patrzył,
tracił rezon. Ich wspólny żal tworzył ciemny, głęboki ocean. Siedział
więc z piekącymi oczami i myślał: Nie płacz. Bądź silny.
Popełnił błąd, zerkając w lewo, gdzie ustawiono duże zdjęcie Kate.
Przedstawiało ją jako młodą matkę, stojącą na plaży przed ich domem na
wyspie Bainbridge, z włosami rozwianymi przez wiatr i uśmiechem
promiennym niczym światło latarni w nocy. Szeroko rozpostarła ramiona,
by przyjąć trójkę biegnących ku niej dzieci. Poprosiła, by znalazł dla
niej to zdjęcie, pewnej nocy, gdy leżeli razem w łóżku, objęci. Usłyszał
tę prośbę i wiedział, co oznacza. "Jeszcze nie" - mruknął jej do ucha i pogłaskał po łysej głowie.
Więcej go nie poprosiła.
Oczywiście. Nawet pod koniec była tą silniejszą, chroniącą ich
wszystkich swoim optymizmem. Ile słów skrywała w sercu, by nie ranić go
własnym lękiem? Jak bardzo czuła się samotna?
Boże. Odeszła zaledwie dwa dni temu. Dwa dni, a on już pragnął to
poprawić. Chciałby przytulić ją raz jeszcze i zapytać: "Powiedz mi,
kochanie, czego się boisz?".
Ksiądz Michael podszedł do pulpitu i obecni w kościele - już bardzo cisi
- całkiem umilkli.
- Nic dziwnego, że aż tyle osób przyszło tu dzisiaj pożegnać Kate. Była
kimś ważnym dla wielu z nas...
Była.
- Zapewne nie zaskoczy was, że przekazała mi ścisłe instrukcje
dotyczące tego nabożeństwa, a ja nie zamierzam jej zawieść. Chciała,
żebym powiedział wam, byście się wzajemnie wspierali. Chciała, byście
zmienili swój smutek w radość życia. Chciała, żebyście zapamiętali
dźwięk jej śmiechu i miłość, jaką darzyła swoją rodzinę. Chciała,
żebyście żyli - głos mu się załamał. - Taka była Kathleen Mularkey Ryan.
Nawet na samym końcu myślała o innych.
Marah cicho jęknęła. Johnny sięgnął po jej dłoń. Wzdrygnęła się pod
dotykiem i spojrzała na niego. Ujrzał w jej oczach niezgłębiony żal,
kiedy się odsuwała.
Zagrała muzyka. Najpierw zdawała się dobiegać z daleka, a może po prostu
huczało mu w głowie. Po chwili rozpoznał piosenkę.
- O, nie - powiedział, czując wzbierające na te dźwięki emocje.
To było Crazy for you.
Utwór, do którego tańczyli na swoim weselu. Zamknął oczy i poczuł ją
przy sobie, jak wsuwa się w krąg jego ramion, gdy muzyka ich porywa.
Touch me once and you'll know it's true.
Lucas - słodki ośmioletni Lucas, który znów zaczął mieć w nocy koszmary
i załamywał się, gdy nie mógł znaleźć kocyka, z którego wyrósł dawno
temu - pociągnął go za rękaw.
- Mamusia mówiła, że można płakać, tato. Kazała mnie i Willsowi obiecać,
że nie będziemy się bali płakać.
Johnny nawet nie miał świadomości, że płacze. Otarł oczy i skinął głową,
szepcząc:
- Słusznie, młodzieńcze.
Ale nie potrafił spojrzeć na syna. Nie zniósłby widoku jego łez. Zamiast
tego wbił wzrok przed siebie i wyłączył się. Zmieniał słowa księdza w małe, twarde przedmioty, kamyki rzucane o ceglaną ścianę. Stukały o nią
i upadały, a pośród tego wszystkiego on skupił się na oddechu i starał
nie myśleć o żonie. Pomyśli o niej w samotności, w nocy, gdy nikogo
wokół nie będzie.
Wreszcie po upływie, jak się zdawało, wielu godzin, nabożeństwo się
skończyło. Johnny zebrał swoją rodzinę i zeszli do podziemi kościoła na
przyjęcie. Tam się rozejrzał i poczuł się jednocześnie zdumiony i załamany, widząc dziesiątki nieznanych sobie lub ledwie znanych twarzy.
Zrozumiał w tym momencie, że życie Kate składało się też z fragmentów, o których on nie miał pojęcia, i przez to nagle wydała mu się odległa.
Poczuł jakby jeszcze większy ból. Przy pierwszej okazji wyprowadził
dzieci z kościelnej sali.
Na parkingu stało mnóstwo samochodów, ale nie na to zwrócił uwagę.
Była tam Tully. Twarz miała zwróconą w kierunku chylącego się ku
zachodowi słońca. Rozpostarła ramiona i poruszała się, kołysząc
biodrami, jakby słyszała muzykę.
Tańczyła. Stała pośrodku ulicy przed kościołem i tańczyła.
Wypowiedział jej imię tak surowym tonem, że Marah obok niego aż się
wzdrygnęła.
Tully odwróciła się i zobaczyła, że podchodzą do samochodu. Wyciągnęła
słuchawki z uszu i ruszyła ku nim.
- Jak było? - zapytała ostrożnie.
Poczuł, że ogarnia go wściekły gniew i chwycił się go. Wszystko było
lepsze niż ten bezdenny żal. Oczywiście Tully postawiła siebie na
pierwszym miejscu. Pójść na pogrzeb Kate byłoby bolesne, więc Tully nie
poszła. Stała na parkingu i tańczyła. Tańczyła.
Najlepsza przyjaciółka. Kate może była w stanie wybaczyć Tully jej
samolubność. Dla Johnny'ego to nie było takie łatwe.
Zwrócił się do swojej rodziny:
- Wsiadajcie do samochodu. Wszyscy.
- Johnny... - Tully sięgnęła ku niemu, ale on się odsunął. Nie chciał być
teraz dotykany, przez nikogo. - Nie mogłam tam wejść - wyznała.
- Taa. A któżby mógł? - odparł gorzko. Spojrzał na nią i od razu
wiedział, że popełnił błąd. Nieobecność Kate wydawała się przy Tully
jeszcze bardziej dojmująca. Te dwie kobiety zawsze były razem, śmiały
się, gadały, śpiewały dyskotekowe hity.
TullyiKate. Przez ponad trzydzieści lat były najlepszymi przyjaciółkami
i teraz, gdy patrzył na Tully, ból był nie do zniesienia. To ona powinna
była umrzeć. Kate była warta więcej niż piętnaście Tully.
- Zbieramy się u nas w domu - powiedział. - Tego chciała. Mam nadzieję,
że dasz radę.
Usłyszał świst wdychanego przez nią powietrza i wiedział, że ją zranił.
- Jesteś niesprawiedliwy - rzuciła.
Ignorując to - ignorując ją - zagonił dzieci do SUV-a i pojechali do
domu wśród bolesnej ciszy.
Blade popołudniowe słońce oświetlało karmelowy dom w stylu arts &
crafts. Ogród, zapomniany przez rok choroby Katie, przedstawiał opłakany
widok. Johnny zaparkował w garażu i pierwszy ruszył do domu, w którym
delikatny zapach choroby nadal unosił się z zasłon i wełnianego dywanu.
- Co teraz, tato?
Nie musiał się odwracać, by wiedzieć, kto zadał to pytanie. Lucas,
chłopiec, który opłakiwał śmierć każdej złotej rybki i codziennie
przygotowywał rysunek dla swojej umierającej matki; chłopiec, który znów
zaczął płakać w szkole, który siedział cicho na swoich ostatnich
urodzinach i nie zdołał uśmiechnąć się nawet wtedy, gdy rozpakowywał
prezenty. Wszystko tak żywo odczuwał. "Zwłaszcza Lucas - powiedziała
Kate w swą ostatnią, straszną noc. - Nie będzie wiedział, jak poradzić
sobie z tak wielką tęsknotą. Przytulaj go".
Johnny się odwrócił.
Wills i Lucas stali tam, tak blisko siebie, że dotykali się ramionami.
Mieli na sobie takie same czarne spodnie i szare swetry w serek. Johnny
zapomniał dziś rano wysłać ich pod prysznic, a przydługie włosy mieli
rozczochrane i poodgniatane od snu.
Oczy Lucasa były szeroko otwarte i lśniące, a rzęsy mokre. Wiedział, że
jego mamy już nie ma, ale nie rozumiał tak naprawdę, jak to możliwe.
Marah stanęła obok braci. Była szczupła i blada, w czarnej sukience
wyglądała jak duch.
Wszyscy patrzyli na niego.
To był odpowiedni moment, by przemówić, zaoferować słowa pocieszenia,
udzielić im rady, którą zapamiętają. Jako ich ojciec powinien zmienić
najbliższe kilka godzin w celebrowanie życia swojej żony. Tylko jak?
- Chodźcie, chłopcy - powiedziała Marah z westchnieniem. - Włączę wam
Gdzie jest Nemo.
- Nie - jęknął Lucas. - Tylko nie Nemo.
Wills podniósł wzrok i wziął brata za rękę.
- W tym filmie umiera mama.
- Och. - Marah pokiwała głową. - To może Iniemamocni?
Lucas przytaknął ponuro.
Johnny wciąż się zastanawiał, co ma, do cholery, powiedzieć swoim
zdruzgotanym dzieciom, gdy rozległ się pierwszy dzwonek u drzwi.
Wzdrygnął się, słysząc ten dźwięk. Później czas mijał, ludzie tłoczyli
się wokół niego, a drzwi otwierały się i zamykały. Słońce zaszło i noc
naparła na szyby. Johnny cały czas myślał: Rusz się, podejdź, przywitaj
się, ale nie potrafił się do tego zmusić.
Ktoś dotknął jego ramienia.
- Tak mi przykro, Johnny - usłyszał kobiecy głos i odwrócił się.
Stała obok niego ubrana na czarno, z przykrytym folią naczyniem do
zapiekanek w dłoniach. Za nic nie mógł sobie przypomnieć, kim ona jest.
- Gdy Arthur zostawił mnie dla tej baristki, myślałam, że moje życie się
skończyło. Ale człowiek wstaje co rano i pewnego dnia uświadamia sobie,
że jest okej. Jeszcze znajdziesz znowu miłość.
Potrzebował całych pokładów samokontroli, żeby nie warknąć na tę
kobietę, że śmierć to co innego niż zdrada, ale zanim zdołał sobie
przypomnieć jej imię, pojawiła się kolejna żałobniczka. Ona też uważała,
że teraz jego największym problemem jest głód, sądząc po rozmiarze
owiniętej folią tacy w jej pulchnych dłoniach.
Usłyszał tylko: "...w lepszym miejscu..." i odszedł.
Przepchnął się przez tłum i ruszył do baru, który zorganizowano w kuchni. Po drodze minął parę osób, które wymamrotały do niego te same
kombinacje bezużytecznych słów - "tak przykro", "już nie cierpi", "w lepszym miejscu". Nie zatrzymywał się ani nie odpowiadał. Szedł przed
siebie. Nie patrzył na fotografie, które porozstawiano w pokoju na
sztalugach, na oknach i pod lampami. W kuchni natknął się na grupkę
kobiet o smutnych oczach, które krzątały się sprawnie, zdejmując folię z zapiekanek i przeszukując szuflady. Gdy wszedł, zamarły jak ptaki na
widok lisa, i podniosły wzrok. Ich współczucie - i strach, że to może
się kiedyś przydarzyć im - były niemal namacalne.
Przy zlewie jego teściowa Margie odstawiła dzbanek, który napełniała
wodą. Z brzękiem stuknął o blat. Odsuwając włosy z zatroskanej twarzy,
ruszyła ku niemu. Kobiety rozstępowały się, by ją przepuścić. Zatrzymała
się przy barze, nalała szkockiej z wodą i lodem i podała mu.
- Nie mogłem znaleźć szklanki - powiedział. Głupio, bo szklanki stały
tuż obok. - Gdzie Bud?
- Ogląda telewizję z Seanem i chłopcami. Chyba nie bardzo mu to
wychodzi. To znaczy przeżywanie śmierci córki z tymi wszystkimi
nieznajomymi.
Johnny pokiwał głową. Jego teść zawsze był cichym człowiekiem, a śmierć
jedynej córki go załamała. Nawet Margie, której żywotność, ciemne włosy
i śmiech zupełnie nie odpowiadały metryce, bardzo się postarzała od
czasu diagnozy Kate. Przygarbiła się, jakby w każdej chwili spodziewała
się kolejnego ciosu od Boga. Przestała farbować włosy i siwizna pokryła
jej przedziałek niczym lód rzekę. Okulary bez oprawek powiększały jej
załzawione oczy.
- Idź do dzieci - zdecydowała, zaciskając bladą, pokrytą niebieskimi
żyłkami dłoń na jego ramieniu.
- Powinienem zostać tutaj i ci pomóc.
- Daję sobie radę - odparła. - Ale martwię się o Marah. Szesnaście lat
to trudny wiek na stratę matki i myślę, że ona teraz żałuje, że tak
bardzo się kłóciły, zanim Kate zachorowała. Słowa pozostają w człowieku
na długo, zwłaszcza te wypowiedziane w gniewie.
Johnny wypił spory łyk drinka, a potem zapatrzył się w grzechoczący lód
w szklance, gdy ją odstawiał.
- Nie wiem, co im powiedzieć.
- To nie słowa są ważne. - Margie mocniej zacisnęła dłoń na jego
ramieniu i wyprowadziła go z kuchni.
Dom był pełen ludzi, lecz nawet w tłumie żałobników od razu zauważało
się Tully. Przyciągała uwagę. W czarnej, obcisłej sukience, która
zapewne kosztowała tyle co niejeden samochód zaparkowany na podjeździe,
udało jej się w żałobie wyglądać pięknie. Sięgające ramion włosy
farbowała ostatnio na kolor kasztanowy i najwyraźniej zdążyła poprawić
makijaż od pogrzebu. Otoczona ludźmi w salonie gestykulowała
energicznie, opowiadając zapewne jakąś anegdotę, a gdy skończyła,
wszyscy wokół się roześmiali.
- Jak ona może się uśmiechać?
- Nie zapominaj, że Tully wie, co to złamane serce. Całe życie ukrywała
swój ból. Pamiętam, kiedy ją pierwszy raz zobaczyłam. Poszłam na drugą
stronę Firefly Lane do jej domu, bo zaprzyjaźniła się z Kate, a ja
chciałam ją sprawdzić. W tym zaniedbanym, starym domu poznałam jej
matkę, Chmurę. Cóż, właściwie jej nie poznałam. Chmura leżała rozwalona
na sofie, z porcją marihuany na brzuchu. Próbowała usiąść, ale nie udało
się jej. Powiedziała: "Ożeż kurwa, ujarałam się" i opadła z powrotem.
Gdy spojrzałam na Tully, która miała wtedy z czternaście lat, zobaczyłam
ten rodzaj wstydu, który znaczy człowieka na zawsze.
- Ty miałaś ojca alkoholika i poradziłaś sobie z tym.
- Zakochałam się i urodziłam dzieci. Mam rodzinę. Tully uważa, że nikt
poza Kate nie umie jej kochać. Wydaje mi się, że ta strata jeszcze do
niej tak naprawdę nie dotarła, a gdy to się stanie, będzie bardzo źle.
Tully włożyła CD do wieży i pogłośniła dźwięk. Zagrzmiało Born to be
wiiiiild. Goście w salonie odsunęli się od niej. Sprawiali wrażenie
zażenowanych.
- Chodźcie - zawołała. - Kto chce strzelić sobie lufę?
Johnny wiedział, że powinien ją powstrzymać, ale nie mógł się do niej
zbliżyć. Jeszcze nie teraz. Za każdym razem, gdy spojrzał na Tully,
myślał: Kate nie ma i rana znów się otwierała. Odwrócił się i poszedł
pocieszać dzieci.
Wejście po schodach wymagało ogromnego wysiłku.
Zatrzymał się przed pokojem bliźniaków, żeby zebrać siły.
Dasz radę.
Da. Musi. Dzieci za tymi drzwiami właśnie się przekonały, że życie jest
niesprawiedliwe i że śmierć rozrywa serca i niszczy rodzinę. To on
musiał nauczyć je rozumieć, utrzymać je razem i uleczyć.
Wziął głęboki wdech i otworzył drzwi.
Najpierw zobaczył łóżka - niezasłane, w nieładzie, z pościelą z motywami
z Gwiezdnych Wojen zwiniętą w kłąb. Granatowe ściany - pomalowane
przez Kate w chmury, gwiazdy i księżyc - pokryły się z upływem lat
artystycznymi dziełami chłopców i plakatami z ich ulubionych filmów.
Złote puchary z zawodów w T-ball i piłkę nożną zdobiły komodę.
Teść Johnny'ego, Bud, siedział w dużym, okrągłym ratanowym fotelu, który
mieścił obu chłopców, gdy grali w gry wideo, a Sean, młodszy brat Kate,
spał na łóżku Willsa.
Marah umościła się na dywaniku przed telewizorem. Lucas przycupnął obok
niej. Wills tkwił w kącie ze skrzyżowanymi rękoma. Oglądał film, ale
wydawał się rozgniewany i samotny.
- Hej - powiedział cicho Johnny, zamykając za sobą drzwi.
- Tata! - Lucas zerwał się z podłogi.
Johnny objął synka i przytulił go mocno.
Bud z trudem wygrzebał się z poduch fotela i wstał. Miał na sobie
wymięty, staromodny czarny garnitur, białą koszulę i szeroki krawat z poliestru. Na jego bladej, poznaczonej plamami wątrobowymi twarzy
przybyło w ostatnich tygodniach zmarszczek. Oczy pod krzaczastymi,
siwymi brwiami wypełniał smutek.
- Zostawię was samych.
Podszedł do łóżka, szturchnął Seana w ramię i powiedział:
- Wstawaj.
Sean wzdrygnął się, obudził i gwałtownie usiadł. Wyglądał na
zdezorientowanego, dopóki nie dostrzegł Johnny'ego.
- Och, racja.
Wyszedł za ojcem z pokoju.
Johnny usłyszał, że zamknęli za sobą drzwi. Bohaterowie kolorowej
kreskówki pędzili właśnie przez dżunglę. Lucas wyślizgnął się z ramion
ojca i stanął obok niego.
Johnny popatrzył na pogrążone w żałobie dzieci, a one na niego. Ich
reakcje na śmierć matki były tak odmienne, jak różne i wyjątkowe były
one same. Lucas o czułym serduszku był przybity tęsknotą za matką i nie
do końca rozumiał, dokąd właściwie odeszła. Jego bliźniak Wills był
typem towarzyskiego sportowca. Już teraz był w szkole bardzo lubiany.
Ten cios od losu sprawił, że poczuł się urażony i przestraszony. Nie
lubił się bać, więc wolał się złościć.
No i Marah. Piękna szesnastoletnia Marah, której wszystko zawsze
przychodziło z łatwością. Przez rok choroby matki zamknęła się w sobie,
stała się zdystansowana i cicha, jakby myślała, że jeśli nie będzie
robić hałasu ani zamieszania, to uda się uniknąć nieuniknionego i ten
dzień nigdy nie nastąpi. Johnny wiedział, że głęboko żałowała tego, jak
traktowała Kate przed chorobą.
Jednak w oczach wszystkich trojga była ta sama prośba. Spoglądali na
niego, by poskładał z powrotem ich rozbity świat, by złagodził
niewyobrażalny ból.
Tyle że to Kate była sercem i duszą tej rodziny, spoiwem, które trzymało
ich wszystkich razem. To ona zawsze wiedziała, co powiedzieć. To, co
powie on, będzie kłamstwem. Co miałoby ich uzdrowić? Od czego miałoby
się zrobić lepiej? Jak upływający bez Kate czas miałby ich pocieszyć?
Marah wstała nagle i zrobiła to z gracją obcą większości dziewcząt. W żałobie przypominała nimfę. Z czarnymi, długimi włosami i w czarnej
sukience była blada, niemal eteryczna. Jej skóra wydawała się
przezroczysta. Johnny słyszał, że oddycha z trudem, jakby zmuszała się
do wciągania powietrza.
- Położę chłopców spać - postanowiła, biorąc Lucasa za rękę. - Chodź,
szkrabie. Poczytam wam coś.
- Wcale nie poczuliśmy się lepiej, tato - oznajmił Wills i zacisnął
usta.
Ośmiolatek o smutnym wyrazie twarzy dorosłej osoby.
- Z czasem będzie lepiej - odpowiedział Johnny. Nie cierpiał swojej
słabości.
- Naprawdę? - zapytał Wills. - Niby jak?
Lucas spojrzał na ojca.
- Właśnie, tato, jak?
Johnny popatrzył na Marah, która wydawała się tak zimna i blada, jakby
była wyrzeźbiona z lodu.
- Sen wam pomoże - powiedziała obojętnym głosem, a Johnny poczuł
wdzięczność.
To było żałosne. Wiedział, że wszystko traci, że zawodzi, że powinien
zapewnić wsparcie, a nie je przyjmować, ale w środku był pusty.
Po prostu pusty.
Jutro poczuje się lepiej. I sprawi się lepiej.
Lecz gdy zobaczył smutek i rozczarowanie na twarzach dzieci, wiedział,
że to jest wielkie kłamstwo.
Przepraszam, Katie.
- Dobranoc - powiedział ochrypłym głosem.
Lucas spojrzał na niego.
- Kocham cię, tato.
Johnny powoli osunął się na kolana i wyciągnął ramiona. Synowie wpadli
mu w objęcia, a on mocno ich przytulił.
- Ja też was kocham.
Ponad ich głowami popatrzył na Marah, która wydawała się nieporuszona.
Stała wysoka i wyprostowana, ze ściągniętymi łopatkami.
- Marah?
- Nie trzeba - odpowiedziała cicho.
- Mama kazała nam obiecać, że będziemy silni. Razem.
- Taa - odparła, a jej dolna warga leciutko zadrżała. - Wiem.
- Damy radę - powiedział, choć słyszał niepewność w swoim głosie.
- Taa. Oczywiście. - Marah westchnęła. A potem dodała: - Chodźcie,
chłopcy, szykujcie się do spania.
Johnny wiedział, że powinien zostać i pocieszyć córkę, ale nie znajdował
słów.
Wybrał więc drogę tchórza i wyszedł z pokoju. Zamknął za sobą drzwi.
Na dole, ignorując wszystkich, przepchnął się przez tłum gości. Wziął
płaszcz i wyszedł na zewnątrz.
W środku nocy niebo było zupełnie ciemne. Gwiazdy przesłaniała cienka
warstwa chmur. Drzewa otaczające posesję szumiały w chłodnej bryzie,
poruszając gałęziami jak w tańcu.
Wysoko w konarach wisiały słoje wypełnione czarnymi kamykami i świeczkami. Ileż to razy siedzieli z Kate wieczorem pod koroną
zapalonych świec, wsłuchując się w fale na plaży i rozmawiając o swoich
marzeniach?
Zachwiał się i chwycił balustrady ganku.
- Hej.
Jej głos zaskoczył go i zirytował. Chciał być sam.
- Zostawiłeś mnie w tańcu samą - powiedziała Tully, podchodząc do niego.
Otuliła się niebieskim wełnianym kocem. Jego kraniec ciągnął się po
ziemi za jej gołymi stopami.
- O, chyba mamy przerwę.
- Co masz na myśli?
Wyczuł tequilę w jej oddechu i pomyślał, że musi być mocno pijana.
- W show pod tytułem "Tully Hart w centrum uwagi". To pewnie przerwa.
- Kate poprosiła, żebym rozbawiła dziś towarzystwo - odpowiedziała,
cofając się. Drżała.
- Nie mogę uwierzyć, że nie przyszłaś na jej pogrzeb - powiedział. - To
by ją załamało.
- Ona wiedziała, że nie przyjdę. Nawet...
- I to sprawia, że jesteś w porządku? Nie uważasz, że Marah wolałaby cię
tam widzieć? Nie obchodzi cię własna chrześnica?
Zanim Tully zdążyła odpowiedzieć - co zresztą mogła powiedzieć? -
odsunął się i wszedł do domu. Płaszcz rzucił na pralkę, przechodząc
przez pralnię.
Wiedział, że naskoczył na nią bez powodu. W innym czasie, w innym
świecie, przejąłby się i przeprosił ją. Kate by tego chciała, ale w tej
chwili nie stać go było na taki wysiłek. Potrzebował wszystkich sił, by
utrzymać się na nogach. Jego żona odeszła czterdzieści osiem godzin
temu, a on już był gorszym człowiekiem.
Rozdział 3
3
O czwartej w nocy Johnny zrezygnował z prób zaśnięcia. Skąd mu przyszło
do głowy, że uda mu się usnąć w noc po pogrzebie żony?
Odsunął kołdrę i wstał z łóżka. Deszcz łomotał o kryty gontem dach, jego
echo niosło się po całym domu. Johnny dotknął włącznika przy kominku w sypialni, rozległo się stuknięcie i gwizd, a potem ożyły niebieskie i pomarańczowe płomyki, skacząc po sztucznym polanie. Poczuł delikatny
zapach gazu. Stał tak kilka minut, wpatrując się w ogień.
Potem zaczął się wałęsać po domu. To jedyne określenie, jakim potrafił
opisać sposób, w jaki bezwiednie przechodził z pokoju do pokoju. Co
pewien czas orientował się, że stoi gdzieś i wpatruje się w coś, nie
kojarząc, kiedy tu przyszedł ani dlaczego przystanął akurat tutaj.
W którymś momencie znalazł się z powrotem w sypialni. Jej szklanka na
wodę wciąż stała na stoliku nocnym. Podobnie jak okulary do czytania i rękawiczki, w których pod koniec spała, bo ciągle było jej zimno. Równie
wyraźnie jak własny oddech usłyszał jej głos: "Byłeś moim jedynym,
Johnie Ryan. Kochałam cię z każdym swoim oddechem przez dwadzieścia
lat". To właśnie powiedziała mu w swą ostatnią noc. Leżeli razem w łóżku, on obejmował ją, bo ona była zbyt słaba, by przytulić jego.
Pamiętał, że wtulił twarz w zagłębienie jej szyi i powiedział: "Nie
zostawiaj mnie, Katie. Jeszcze nie teraz".
Zawiódł ją nawet wtedy, gdy umierała.
Ubrał się i zszedł na dół.
Salon zalewało rozmyte szare światło. Deszcz skapywał z okapów, łagodząc
kontury krajobrazu. W kuchni zobaczył cały blat starannie umytych i wytartych naczyń, które rozłożono na ściereczkach, i kosz na śmieci
pełen papierowych talerzyków i serwetek w jaskrawych kolorach. Lodówka i zamrażarka były wypełnione przykrytymi folią pojemnikami. Teściowa
zrobiła wszystko, co należy, gdy on krył się samotnie na zewnątrz, w ciemnościach.
Parząc kawę, próbował wyobrazić sobie nową wersję swojego życia. Widział
jedynie puste miejsce przy stole w jadalni, nie tę osobę za kierownicą,
śniadanie robione nie tymi rękoma.
Bądź dobrym ojcem. Pomóż im się z tym uporać.
Oparł się o blat, popijając kawę. Gdy nalewał sobie trzecią filiżankę,
poczuł, że kofeina podniosła mu poziom adrenaliny. Ręce zaczęły mu się
trząść, więc odstawił kawę i wziął sok pomarańczowy.
Do kofeiny jeszcze cukier. Co w następnej kolejności - tequila?
Właściwie nie podjął decyzji, by się ruszyć. Po prostu wywędrował z kuchni, której każdy centymetr przypominał mu o żonie - lawendowy krem
do rąk, który tak lubiła, tabliczkę z napisem JESTEŚCIE WYJĄTKOWI, którą
wyciągała przy najdrobniejszych sukcesach dzieci, dzbanek na wodę, który
odziedziczyła po babci i którego używała przy specjalnych okazjach.
Poczuł, że ktoś dotyka jego ramienia, i się wzdrygnął.
Jego teściowa, Margie. Była już ubrana - miała na sobie dżinsy z wysokim
stanem, tenisówki i czarny golf. Posłała mu znużony uśmiech.
Obok niej stanął Bud. Wyglądał na dziesięć lat starszego od żony. Przez
ostatni rok jeszcze bardziej ucichł, choć i wcześniej nikt nie nazwałby
go gadatliwym. Zaczął żegnać się z Katie na długo przed tym, jak reszta
z nich zaakceptowała nieuniknione, a teraz, gdy odeszła, jakby stracił
głos. Podobnie jak żona był ubrany swobodnie. Miał na sobie wranglery
podkreślające chudość nóg i wystający brzuch, westernową koszulę w brązowo-białą kratę i szeroki pas ze srebrną sprzączką. Włosy stracił
już dawno, ale kompensowały to gęste brwi.
Bez słowa przeszli do kuchni, gdzie Johnny nalał im po kubku kawy.
- Kawa. Bogu dzięki - powiedział szorstko Bud, biorąc kubek w swoje
spracowane dłonie.
Popatrzyli na siebie.
- Musimy zawieźć Seana na lotnisko za godzinę, ale potem możemy wrócić i wam pomagać - odezwała się Margie. - Dopóki będziecie tego potrzebować.
Johnny był jej bardzo wdzięczny. Stała mu się bliższa niż własna matka,
ale musiał być samodzielny.
Lotnisko. Tak!
To nie był po prostu kolejny dzień. Zobaczył to wyraźnie. Nie mógł
udawać, że to zwykły dzień. Nie mógł dać dzieciom śniadania i zawieźć
ich do szkoły, a potem pójść do pracy w telewizji i zająć się produkcją
jakiegoś tandetnego programu rozrywkowego albo odcinka audycji
lifestylowej, która nigdy nie zmieniła niczyjego stylu życia.
- Zabieram nas stąd - oznajmił.
- Och? - powiedziała Margie. - Dokąd?
Powiedział to, co pierwsze przyszło mu do głowy.
- Na Kauai.
Katie uwielbiała tę wyspę. Od zawsze planowali zabrać tam dzieci.
Margie przyjrzała mu się przez swoje nowe okulary ze szkłami niemal bez
oprawek.
- Ucieczka niczego nie zmieni - mruknął Bud.
- Wiem, Bud. Ale ja tutaj po prostu tonę. Gdziekolwiek spojrzę...
- Tak - wszedł mu w słowo teść.
Margie dotknęła ramienia Johnny'ego.
- Jak możemy pomóc?
Teraz, gdy Johnny miał plan - choć niedoskonały i tymczasowy - poczuł
się lepiej.
- Ja zajmę się rezerwacjami. Nie mówcie nic dzieciom. Niech się wyśpią.
- Kiedy wyjeżdżacie?
- Mam nadzieję, że dzisiaj.
- Lepiej zadzwoń do Tully i powiedz jej. Planowała być tu o jedenastej.
Johnny pokiwał głową, ale Tully była w tej chwili najmniejszym z jego
zmartwień.
- Okej - powiedziała Margie, składając dłonie. - Wyczyszczę lodówkę i przeniosę wszystkie zapiekanki do zamrażarki w garażu.
- A ja odwołam dostawy mleka i dam znać na policję - dodał Bud. - Żeby
mieli wasz dom na oku.
Johnny w ogóle o tym nie pomyślał. To Kate zawsze wszystko
przygotowywała przed ich wyjazdami.
Margie poklepała go po ramieniu.
- Idź zrobić te rezerwacje. Zajmiemy się resztą.
Podziękował im obojgu i poszedł do swojego gabinetu. Usiadł do komputera
i w niespełna dwadzieścia minut dokonał rezerwacji. Za dziesięć siódma
miał już kupione bilety, wynajęty samochód i dom. Zostało tylko
powiadomienie dzieci.
W pokoju chłopców podszedł do piętrowego łóżka i znalazł obu bliźniaków
na dolnej części, wtulonych w siebie niczym para szczeniaków.
Poczochrał brązową czuprynę Lucasa.
- Hej, Skywalker, wstajemy.
- Ja chcę być Skywalkerem - wymamrotał Wills przez sen.
Johnny się uśmiechnął.
- Ty jesteś Zdobywcą, pamiętasz?
- Nikt nie wie, kim był Wilhelm Zdobywca - odparł Wills, siadając na
łóżku. Miał na sobie czerwono-niebieską piżamę ze Spider-Manem. -
Musiałaby być o nim jakaś gra.
Lucas usiadł, rozglądając się nieprzytomnie.
- Już pora do szkoły?
- Nie idziecie dzisiaj do szkoły - stwierdził Johnny.
Wills zmarszczył brwi.
- Bo mama umarła?
Johnny się wzdrygnął.
- Właściwie tak. Jedziemy na Hawaje. Nauczę was surfować.
- Ty nie umiesz surfować - stwierdził wciąż marszczący brwi Wills. Już
był sceptyczny.
- A właśnie że umie. Prawda, tato? - zapytał jego brat spod swojej
długiej grzywki. Pełen wiary Lucas.
- Za tydzień będę umiał - powiedział Johnny, a oni rozchmurzyli się i zaczęli podskakiwać na łóżku. - Umyjcie zęby i ubierzcie się. Wrócę za
dziesięć minut spakować wasze rzeczy.
Chłopcy błyskawicznie pobiegli do łazienki, szturchając się po drodze
łokciami. Johnny wyszedł powoli z ich pokoju i ruszył korytarzem.
Zapukał do drzwi córki i usłyszał znużone:
- Co?
Zanim wszedł do jej pokoju, wstrzymał powietrze. Wiedział, że namówienie
popularnej w szkole nastolatki do wyjazdu nie będzie łatwe. Nic nie
liczyło się dla Marah bardziej niż przyjaciółki. Szczególnie teraz.
Stała przy nieposłanym łóżku i czesała swoje długie i lśniące czarne
włosy. Ubrała się do szkoły w spodnie z komicznie niskim stanem i rozszerzanymi nogawkami oraz T-shirt jak dla niemowlaka. Jakby się
wybierała w trasę z Britney Spears. Johnny stłumił irytację. To nie był
moment na kłótnie o modzie.
- Hej - powiedział, zamykając za sobą drzwi.
- Hej - odpowiedziała, nawet na niego nie spojrzawszy. Jej głos miał w sobie pewną ostrość, której nabrał w czasie dojrzewania.
Johnny westchnął. Wyglądało na to, że nawet żałoba nie zmiękczyła Marah.
O ile nie uczyniła jej jeszcze bardziej gniewną.
Córka odłożyła szczotkę i zwróciła się ku niemu. Teraz już rozumiał,
dlaczego Kate tak często raniło jej osądzające spojrzenie. Marah miała
bardzo przenikliwy wzrok.
- Przepraszam za wczorajszy wieczór - zaczął.
- Wszystko jedno. Mam dzisiaj po lekcjach trening piłkarski. Mogę wziąć
auto mamy?
Usłyszał, że głos jej się załamał na ostatnim słowie. Usiadł na skraju
łóżka córki i czekał, żeby się przysiadła. Gdy tego nie zrobiła,
poczuł, że ogarnia go fala znużenia. Marah była taka krucha. Wszyscy
byli teraz delikatni, ale Marah przypominała Tully. Obie nie potrafiły
okazać słabości. Marah dostrzeże jedynie to, że przerwał jej
przygotowania do szkoły, a poświęcała im więcej czasu niż mnich porannym
modłom.
- Lecimy na Hawaje na tydzień. Możemy...
- Co? Kiedy?
- Wyjeżdżamy za dwie godziny. Kauai jest...
- Nie ma mowy! - wrzasnęła.
Jej wybuch był tak niespodziewany, że Johnny zapomniał, co chciał
powiedzieć.
- Co?
- Nie mogę opuścić szkoły. Muszę zadbać o końcowe oceny. Obiecałam
mamie, że będę się dobrze uczyć.
- To godne pochwały, Marah. Ale potrzebujemy trochę czasu razem jako
rodzina. Żeby sobie to wszystko poukładać. Możesz zabrać ze sobą
podręczniki, jeśli będziesz chciała.
- Jeśli będę chciała?! - Aż tupnęła nogą. - Nie masz zielonego pojęcia,
jak jest w liceum. Wiesz, jaka jest konkurencja? Jak się dostanę do
dobrego college'u, jeśli zawalę ten semestr?
- Przez jeden tydzień nic się nie stanie.
- Ha! Mam rozszerzoną matematykę. I WOS. I gram w tym roku w reprezentacji piłkarskiej.
Zdawał sobie sprawę, że może to załatwić dobrze albo źle. Tylko nie
wiedział, jaki jest ten dobry sposób, i szczerze mówiąc, był zbyt
zmęczony i zestresowany, żeby się przejmować.
Wstał.
- Wyjeżdżamy o dziesiątej. Spakuj się.
Chwyciła go za ramię.
- Pozwól mi zostać z Tully!
Spojrzał na nią i dostrzegł, że ze złości dostała czerwonych plam na
bladej skórze.
- Tully? Jako opiekunka? Och... Nie.
- Babcia i dziadek zostaną ze mną w domu.
- Marah, jedziemy. Musimy pobyć razem, tylko we czwórkę.
Znów tupnęła nogą.
- Niszczysz mi życie.
- Nie sądzę.
Wiedział, że powinien powiedzieć coś mądrego i ponadczasowego. Ale co?
Zdążył znienawidzić te wszystkie banały, które ludzie rozdają niczym
miętówki po czyjejś śmierci. Nie wierzył, że czas uleczy tę ranę ani że
Kate jest teraz w lepszym miejscu, ani że nauczą się żyć dalej. W żaden
sposób nie umiałby skierować takich pustych słów do Marah, która
najwyraźniej tak jak on ledwo utrzymywała się na powierzchni.
Odwróciła się, weszła do łazienki i zatrzasnęła drzwi.
Wolał nie czekać, aż zmieni zdanie. W swojej sypialni chwycił telefon i wybrał numer, wchodząc do garderoby, by poszukać walizki.
- Halo? - Po głosie Tully można było poznać, jak kiepsko się czuje.
Johnny wiedział, że powinien przeprosić za miniony wieczór, ale za
każdym razem, gdy o tym myślał, czuł przypływ gniewu. Nie darował więc
sobie wypomnienia jej rozczarowującego zachowania, ale już gdy o tym
wspominał, wiedział, że ona będzie się bronić, i faktycznie to zrobiła.
- Kate tego chciała - powiedziała Tully.
Wkurzył się. Nadal mówiła, ale przerwał jej, oznajmiając:
- Jedziemy dziś na Kauai.
- Co?
- Musimy spędzić trochę czasu razem. Sama tak mówiłaś. Wylatujemy o drugiej Hawaiian Airlines.
- Niewiele czasu na przygotowania.
- Tak. - Też go to martwiło. - Muszę lecieć.
Nadal coś mówiła, pytała chyba o pogodę, ale on się rozłączył.
W tamto popołudnie w środku tygodnia w październiku 2006 międzynarodowy
port lotniczy SeaTac był zaskakująco zatłoczony. Przyjechali wcześniej,
żeby podrzucić na samolot brata Kate, Seana, który wracał do domu.
Johnny odebrał karty pokładowe z automatu, a potem popatrzył na dzieci.
Każde z nich wpatrywało się w jakieś elektroniczne urządzenie. Marah
wysyłała esemesa na swojej nowej komórce. Nie miał pojęcia, co to jest
esemes, i nie obchodziło go to. To Kate chciała, żeby ich
szesnastoletnia córka miała telefon komórkowy.
- Martwię się o Marah - powiedziała Margie, podchodząc do niego.
- Wygląda na to, że niszczę jej życie, zabierając ją na Kauai.
Margie cmoknęła.
- Jeśli nie niszczysz szesnastolatce życia, to znaczy, że jej nie
wychowujesz. Nie tym się martwię. Myślę, że ona żałuje tego, jak
traktowała matkę. Zwykle się z tego wyrasta, ale jeśli matka umiera...
Automatyczne drzwi za nimi otwarły się z sykiem i do hali wbiegła Tully.
Miała na sobie letnią sukienkę, sandałki na niebotycznie wysokich
szpilkach i biały kapelusz z szerokim rondem. Ciągnęła za sobą walizkę
Louis Vuitton.
Zatrzymała się przed nimi bez tchu.
- Co? No co? Chyba zdążyłam?
Johnny gapił się na Tully. Co ona tu, do diabła, robi? Margie
powiedziała coś cicho, a potem potrząsnęła głową.
- Tully! - zawołała Marah. - Bogu dzięki.
Johnny wziął Tully pod rękę i odciągnął na bok.
- Nie jesteś zaproszona na ten wyjazd, Tul. Jedziemy tylko we czwórkę.
Nie wierzę, że pomyślałaś...
- Och - szepnęła to tak cicho, że zabrzmiało jak westchnienie. Widział,
jak bardzo ją zranił. - Powiedziałeś "my". Myślałam, że mnie też masz na
myśli.
Wiedział, ile razy w życiu została porzucona, zostawiona przez matkę,
ale nie miał siły martwić się teraz o Tully Hart. Tracił kontrolę nad
własnym życiem i mógł myśleć jedynie o swoich dzieciach i o tym, żeby
jakoś wytrwać. Mruknął coś pod nosem i odwrócił się od niej.
- Chodźcie, dzieci - powiedział szorstko, dając im zaledwie chwilę na
pożegnanie się z Tully. Objął teściów i szepnął: - Do zobaczenia.
- Pozwól jej lecieć z nami - jęczała Marah. - Proszę...
Johnny ruszył dalej. Nie był w stanie zareagować inaczej.
Przez sześć godzin, zarówno w powietrzu, jak i na lotnisku w Honolulu,
córka całkowicie ignorowała Johnny'ego. Na pokładzie samolotu niczego
nie zjadła, nie obejrzała filmu ani nie czytała. Siedziała po drugiej
stronie przejścia niż on z chłopcami, miała zamknięte oczy i kiwała
głową do muzyki, której nie słyszał.
Powinien dać jej znać, że choć czuje się samotna, nie jest sama.
Powinien się upewnić, że córka wie, że on jest obok, że nadal są
rodziną, choć ta konstrukcja wydaje się teraz tak chwiejna. Lecz na to
musiał przyjść odpowiedni moment. Przy nastolatkach trzeba ostrożnie
wybierać chwilę na kontakt, bo inaczej można takiej próby gorzko
żałować.
Wylądowali na Kauai o czwartej po południu czasu hawajskiego, ale Johnny
miał wrażenie, że podróż trwała wiele dni. Wychodzili z samolotu
rękawem, chłopcy pierwsi. W zeszłym tygodniu śmialiby się w takim
momencie, teraz byli cicho.
Zrównał krok z Marah.
- Hej.
- Co?
- Nie można powiedzieć "hej" do własnej córki?
Przewróciła oczami, nie zwalniając kroku.
Minęli taśmy do odbierania bagażu, gdzie kobiety w tradycyjnych
hawajskich sukienkach wręczały czerwone i białe girlandy z kwiatów
gościom, którzy mieli wykupiony pakiet wczasowy.
Na zewnątrz słońce mocno prażyło. Różowe bugenwille w pełnym rozkwicie
oplatały ogrodzenie otaczające park. Johnny poprowadził wszystkich na
drugą stronę ulicy, do punktu wynajmu samochodów. Po dziesięciu minutach
jechali srebrnym mustangiem kabrioletem na północ jedyną autostradą na
wyspie. Zatrzymali się w sklepie Safeway, nakupili jedzenia, a potem
wsiedli z powrotem do auta.
Po prawej rozciągała się niekończąca się linia wybrzeża z plażami o złotym piasku, zalewanymi pienistymi, błękitnymi falami i poprzecinanymi
wysepkami czarnej wulkanicznej skały. Im dalej na północ, tym krajobraz
stawał się bujniejszy i bardziej zielony.
- Ach, jak tu ładnie - powiedział do Marah, która siedziała obok w fotelu pasażera zgarbiona i wpatrzona w komórkę. Znów te esemesy.
- Taa - odpowiedziała, nie podnosząc wzroku.
- Marah - rzucił ostrzegawczym tonem. Jakby mówił: "Stąpasz po cienkim
lodzie".
Spojrzała na niego.
- Ashley przesyła mi pracę domową. Mówiłam ci, że nie powinnam opuszczać
szkoły.
- Marah...
Zerknęła w prawo.
- Fale. Piasek. Grubi biali ludzie w hawajskich koszulach. I skarpetkach
do sandałów. Wspaniałe wakacje, tato. Od razu zapomniałam, że mama
dopiero co umarła. Dzięki.
I wróciła do esemesowania na motoroli Razr.
Poddał się. Droga przed nimi wiła się wzdłuż wybrzeża, opadając w dół
wśród zieleni doliny Hanalei.
Miasteczko Hanalei tworzyła wesoła mieszanka drewnianych budynków,
kolorowych szyldów i stanowisk z lodami shave ice. Johnny skręcił w drogę wskazaną przez MapQuest i natychmiast musiał zwolnić z powodu
rowerzystów i surferów zajmujących obie strony ulicy.
Dom, który wynajęli, był staroświeckim hawajskim bungalowem przy Weke
Road. Johnny wjechał na podjazd wysypany kruszonymi koralami.
Chłopcy natychmiast wysiedli z auta. Byli zbyt podekscytowani, by choćby
jeszcze chwilę wytrzymać w zamknięciu. Johnny zaniósł dwie walizki na
schodki od frontu i otworzył drzwi. Na drewnianych podłogach stały
bambusowe meble w stylu lat pięćdziesiątych, z grubymi, kwiecistymi
poduszkami. Kuchnia z drewna koa i kącik jadalny znajdowały się po lewej
stronie głównego holu, a wygodny salon po prawej. Sporej wielkości
telewizor ucieszył chłopców, którzy natychmiast popędzili przez dom,
wrzeszcząc:
- Ja wybieram pierwszy!
Johnny podszedł do przesuwnych drzwi tarasu wychodzącego na ocean.
Trawnik dochodził do zatoki Hanalei Bay. Johnny pamiętał ostatni raz,
gdy byli tu z Kate. "Zabierz mnie do łóżka, Johnny Ryanie. Nie
pożałujesz...".
Wills wpadł na niego z całym impetem.
- Jesteśmy głodni, tato.
Lucas wyhamował tuż przy nich.
- Umieramy z głodu.
Oczywiście. W domu była już prawie dziewiąta wieczorem. Jak mógł
zapomnieć o tym, że dzieciom należy się kolacja?
- Jasne. Pójdziemy do baru, który z mamą uwielbiamy.
Lucas zachichotał.
- My nie możemy iść do baru, tato.
Johnny poczochrał mu włosy.
- W stanie Waszyngton pewnie nie, ale tutaj jak najbardziej możecie.
- Ale fajnie - powiedział Wills.
Johnny usłyszał, że Marah rozpakowuje w kuchni zakupy. Uznał, że to
dobry znak. Nie musiał jej o to prosić ani nic nakazywać.
W niecałe pół godziny wybrali pokoje, rozłożyli rzeczy i przebrali się w szorty i T-shirty, a potem ruszyli spokojną ulicą do starego,
przypominającego ruderę drewnianego budynku blisko centrum miasteczka.
Tahiti Nui.
Kate uwielbiała staroświecki polinezyjski kicz tego miejsca, który był
tu czymś więcej niż dekoracją. Podobno wystrój baru nie zmienił się od
ponad czterdziestu lat.
We wnętrzu pełnym turystów i miejscowych, łatwych do odróżnienia po
strojach - znaleźli niewielki bambusowy stolik nieopodal "sceny" -
podwyższenia o powierzchni metr na półtora z dwoma taboretami i dwoma
mikrofonami.
- Fajnie tu jest! - oznajmił Lucas, energicznie kołysząc się na krześle.
Johnny bał się, że krzesło się przewróci i w normalnych okolicznościach
coś by powiedział, postarał się pohamować chłopców, lecz ich entuzjazm
był właśnie tym, po co tutaj przyjechali, więc dał spokój i zajął się
swoją butelką corony. Zmęczona kelnerka właśnie niosła im pizzę, gdy
pojawił się zespół - dwóch Hawajczyków z gitarami. Pierwszym utworem,
który zagrali, było Somewhere over the rainbow Israela
Kamakawiwo'ole'a na ukulele.
Johnny miał wrażenie, jakby Kate pojawiła się na ławce obok, oparła o niego i śpiewała cicho, fałszując, ale gdy się odwrócił, zobaczył tylko
Marah, która natychmiast zmarszczyła brwi.
- Co? Wcale nie esemesuję.
Nie wiedział, co powiedzieć.
- Nieważne - rzuciła Marah, ale wyglądała na rozczarowaną.
Zaczął się kolejny utwór. When you see Hanalei by moonlight...
Piękna kobieta o rozjaśnionych słońcem blond włosach i promiennym
uśmiechu weszła na maleńką scenę i zaczęła tańczyć hula do tej piosenki.
Gdy muzyka się skończyła, podeszła do ich stolika.
- Pamiętam cię - zwróciła się do Johnny'ego. - Twoja żona chciała się
zapisać na lekcje hula, gdy tu ostatnio byliście.
Wills obrzucił ją spojrzeniem.
- Mama nie żyje.
- Och - powiedziała tancerka. - Tak mi przykro.
Boże, jak Johnny miał dość tych słów.
- To miłe, że ją pani pamięta - odarł znużonym tonem.
- Miała piękny uśmiech - powiedziała kobieta.
Johnny pokiwał głową.
- Cóż. - Poklepała go po ramieniu, jakby byli przyjaciółmi. - Mam
nadzieję, że ta wyspa wam pomoże. Jeśli jej na to pozwolicie. Aloha.
Później, gdy wracali do domu w gasnącym świetle dnia, chłopcy byli już
tak zmęczeni, że zaczęli się kłócić, a Johnny zbyt wykończony, by się
tym przejąć. W domu pomógł im przyszykować się do snu, przykrył ich i pocałował na dobranoc.
- Tato? - zapytał Wills sennym głosem. - Będziemy się jutro kąpać?
- Pewnie, Zdobywco. Po to tu jesteśmy.
- Ja na pewno wejdę pierwszy. Lucas to tchórz.
- Wcale nie.
Johnny pocałował ich jeszcze raz i wstał. Idąc przez dom w poszukiwaniu
córki, przeczesał włosy dłonią i westchnął. Znalazł ją na okalającej
cały dom werandzie. Siedziała na leżaku. Zatoka skąpana była w księżycowym blasku. W powietrzu czuć było sól, morze i kwiaty plumerii.
Oszałamiający, słodki i uwodzicielski zapach. Wzdłuż trzykilometrowej
linii plaży rozsiane były ogniska, wokół których stały i tańczyły cienie
ludzi. Ich śmiech unosił się ponad szumem fal.
- Powinniśmy byli tu przyjechać, kiedy jeszcze żyła - odezwała się
Marah.
Jej głos wydawał się taki młody, smutny i odległy.
Zabolało. Mieli taki zamiar. Ileż to razy planowali wyjazd, żeby odwołać
go z jakiegoś zupełnie dziś nieistotnego powodu? Wydaje ci się, że masz
na wszystko mnóstwo czasu, i nagle się okazuje, że to nieprawda.
- Może patrzy na nas teraz.
- Taa. Na pewno.
- Wielu ludzi w to wierzy.
- Żałuję, że do nich nie należę.
Johnny westchnął.
- Taa. Ja też.
Marah wstała. Spojrzała na niego. Smutek, który ujrzał w jej oczach, był
dojmujący.
- Nie miałeś racji.
- W czym?
- Ten widok niczego nie zmienia.
- Pragnąłem odmiany. Możesz zrozumieć?
- No cóż... Ja pragnęłam zostać.
Po tych słowach odwróciła się i weszła do domu. Drzwi się zasunęły.
Johnny stał, wstrząśnięty jej słowami. Tak naprawdę nie pomyślał, czego
potrzebują jego dzieci. Wetknął ich potrzeby między swoje i uznał, że
tak wszystkim będzie lepiej.
Kate byłaby rozczarowana. Już. Znowu. Co gorsza, wiedział, że córka ma
rację.
Ten widok niczego nie zmieniał.