p

Powrót do domu - Kristin Hannah

Kup ebooka

35.90 zł
29.80 zł (25,13 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1

Repor­te­rzy żyli tym wyda­rze­niem od wielu dni. Nagłówki biły po oczach. Cele­bryci, któ­rzy zje­chali do pro­win­cjo­nal­nego mia­steczka w Ore­go­nie, plot­ko­wali o nar­ko­ty­ko­wych balan­gach i innych eks­ce­sach. Urzą­dzono tę imprezę, żeby uczcić zakoń­cze­nie zdjęć do gło­śnego filmu, a takie fety ni­gdy dotąd nie odby­wały się w LaGran­ge­ville. Przez całe lata Elks Hall słu­żył do zwy­czaj­nych spo­tkań, tym­cza­sem dziś wie­czo­rem w sali pul­so­wała gło­śna, agre­sywna muzyka. W oknach suną­cych limu­zyn odbi­jały się syl­wetki miesz­kań­ców mia­steczka i foto­gra­fów stło­czo­nych na wąskiej głów­nej ulicy. Wszy­scy cze­kali na to wyda­rze­nie; coś wystrza­ło­wego w abso­lut­nie hol­ly­wo­odz­kim stylu.

Tyle arty­ku­łów, wywia­dów, taki zlot papa­raz­zich, a jed­nak nikt nie podej­rze­wał, że naj­bar­dziej pro­ro­czy okaże się tytuł w "Enqu­ire­rze": "Za taką imprezę warto dać się pokroić".

Angel DeMarco wynu­rzył się z kokonu kli­ma­ty­zo­wa­nej limu­zyny. Przez mgłę papie­ro­so­wego dymu i wiszą­cej w powie­trzu mżawki widział tłum zebrany na ulicy. Pozba­wione twa­rzy ciała stło­czone za żółtą poli­cyjną taśmą.

- To on, to DeMarco!

Ruszyły kamery. Deszcz spra­wiał sur­re­ali­styczne wra­że­nie w roz­sz­cze­pio­nych pasmach sre­bra i pla­mach ostrego świa­tła na ciem­nej ulicy.

- Angel, popatrz tutaj! Angel! Angel! Angel!

Te oznaki uwiel­bie­nia wywo­łały u niego dreszcz eks­cy­ta­cji. Boże, jak on kochał tę swoją sławę! Zacią­gnął się papie­ro­sem, powoli wypu­ścił dym i posłał w stronę gapiów uśmiech, ten uśmiech, który maga­zyn "People" dopiero co, bo zale­d­wie w zeszłym tygo­dniu, nazwał uśmie­chem o mocy dwu­dzie­stu tysięcy mega­wa­tów. Poma­chał dło­nią z papie­ro­sem. Strużka sza­rego dymu zakre­śliła spi­ralę w powie­trzu.

Odsu­nął się na bok, dając part­nerce - wyle­ciało mu z głowy, jak ma na imię - wysiąść z samo­chodu.

Wyło­niła się powoli. Pierw­sza wychy­nęła z ciem­no­ści długa, smu­kła noga w czar­nym pan­to­flu na wyso­kiej szpilce. Obcasy gło­śno stuk­nęły o chod­nik. Dziew­czyna wychy­liła się do przodu, zarzu­ciła burzą krę­co­nych tle­nio­nych wło­sów, zade­mon­stro­wała efek­tow­nie głę­boki dekolt, po czym ener­gicz­nie wydo­była się z auta. Obcią­ga­jąc różową latek­sową suk­nię, niby mimo­cho­dem odwró­ciła się w stronę tłumu, uśmiech­nęła się i poma­chała.

Angel musiał oddać jej spra­wie­dli­wość: ta kobieta wie­działa, jak odpo­wied­nio wyko­rzy­stać swoje atuty.

Wziął ją za rękę i pocią­gnął ku roz­en­tu­zja­zmo­wa­nym fanom. Jej idio­tycz­nie wyso­kie obcasy stu­kały i zgrzy­tały na śli­skim chod­niku, lecz ten odgłos szybko uto­nął we wrza­wie, gdy tłum zoba­czył, że on, Angel, idzie do nich.

Mało­laty z piskiem wycią­gały do niego ręce. Kilka z nich roz­po­zna­wał - zapa­mię­tał te pie­go­wate twa­rze mało­mia­stecz­ko­wych nasto­la­tek, które ury­wały się ze szkoły, żeby patrzeć, jak kręcą film. Zbite w gro­madkę, dzień w dzień wysta­wały za ogro­dze­niem, popi­sku­jąc, chi­cho­cząc i chli­piąc za każ­dym razem, gdy wycho­dził z przy­czepy do swo­ich scen.

Te wiel­bi­cielki niczego od niego nie chciały poza obec­no­ścią. Mógł być nie­obli­czalny, nie­doj­rzały, ego­istyczny, lecz ich to nie ruszało - liczyło się, że dawał z sie­bie wszystko na ekra­nie. Wodząc oczami po tłu­mie, posłał w ich stronę naj­szer­szy, naj­bar­dziej sek­sowny uśmiech. Każ­dej z tych dziew­czyn, patrząc na nią i tylko na nią, poświę­cił moment równy jed­nemu ude­rze­niu serca.

- Angel, dasz nam auto­graf? Jak ci się podoba w LaGran­ge­ville? Kiedy film wej­dzie na ekrany? Naj­pierw poka­że­cie go tutaj?

Pyta­nia jak zawsze padały z desz­czo­wej mgły niczym rzutki. Nie­które sły­szał, nie­które mu umy­kały, ale wie­dział, że to nie ma zna­cze­nia. Ci ludzie nie ocze­ki­wali odpo­wie­dzi, chcieli tylko być bli­sko niego, pra­gnęli, aby kilka kro­pli jego hol­ly­wo­odz­kiego blich­tru na sekundę spły­nęło na ich zwy­kłe życie.

- Angel, mogę sobie zro­bić z tobą zdję­cie?

Pod­niósł wzrok znad kartki, na któ­rej pisał auto­graf, i zatrzy­mał go na dziew­czy­nie. Była niska i pulchna, kędzie­rzawe włosy oka­lały policzki podobne do spodków.

W mgnie­niu oka ją oce­nił - takie jak ona nie dostają zapro­szeń na naj­lep­sze imprezy i despe­racko udają, że wcale im na tym nie zależy.

Znał to. Nawet teraz, po wielu latach, pamię­tał, co czuje nasto­la­tek, który liże lody przez szybę. Jak to boli.

Uśmiech­nął się do niej, a ona otwo­rzyła oczy ze zdu­mie­nia. Patrzyła na niego, jakby poda­ro­wał jej księ­życ, a jemu to spoj­rze­nie obcej osoby roz­grzało krew jak nar­ko­tyk.

- Jasne, skar­bie, będę zaszczy­cony.

Odbił od swo­jej towa­rzyszki i zanur­ko­wał pod poli­cyjną taśmą. Poczuł na sobie dotyk wielu rąk; gła­dziły go po mary­narce, burzyły mu włosy. Daw­niej ta nie­po­żą­dana bli­skość go draż­niła, ale nauczył się z tym żyć, a nawet mu to schle­biało, o ile fani nie posu­wali się za daleko. Oto­czył dziew­czynę ramie­niem i przy­gar­nął do sie­bie, cho­wa­jąc się z nią pod oka­pem sta­rego cegla­nego budynku. Inna dziew­czyna - wysoka i smu­kła - bły­ska­wicz­nie zro­biła im zdję­cie.

- Ślicz­nie dziś wyglą­dasz - pochwa­lił.

Gru­ba­ska miała na sobie długą suk­nię z bia­łej satyny.

- Zjazd absol­wen­tów - wyse­ple­niła, nie­mal ośle­pia­jąc go sre­brem apa­ratu na zębach.

Zjazd absol­wen­tów. Dawno nie sły­szał tych słów, całe wieki ich nie sły­szał i nagle poczuł się staro. Gdyby był ojcem tej dziew­czyny, patrzyłby, jak ona się stroi na szkolne tańce. Cie­kawe, jakie to uczu­cie...

Szybko odsu­nął od sie­bie te nieco nostal­giczne myśli.

- Gdzie twój chło­pak?

Pulchne policzki dziew­czyny oblał rumie­niec.

- Nie mam chło­paka. Ja i tamte kole­żanki... pomy­śla­ły­śmy, że pój­dziemy popa­trzeć. Były­śmy w komi­te­cie wystroju sali...

Na uła­mek sekundy znik­nął Angel DeMarco, gwiaz­dor fil­mowy; zastą­pił go Angelo DeMarco, dzie­ciak z bied­nej dziel­nicy.

- Gdzie ta potań­cówka? - zapy­tał cicho.

- W liceum... - Ski­nęła głową w głąb ulicy. - W sali gim­na­stycz­nej.

Zanim zdą­żył pomy­śleć, wziął dziew­czynę za rękę i ruszył z nią chod­ni­kiem. Tłum zamilkł i zaraz zaczął się przed nimi roz­stę­po­wać.

- Angel!

Usły­szał woła­nie, przy­sta­nął, obej­rzał się. Val Ligh­ter, jego agent i przy­ja­ciel, stał obok Latek­so­wej Kiecki. Oboje machali do niego.

- Gdzie się wybie­rasz?! - krzyk­nął Val i pstryk­nął nie­do­pał­kiem na jezd­nię. - Cze­kają na cie­bie w sali.

Angel uśmiech­nął się. Naj­lep­sza rzecz, jaką dawała sława - cze­ka­nie na niego.

- Zaraz wrócę.

Nie prze­sta­jąc się uśmie­chać, prze­pro­wa­dził onie­miałą dziew­czynę przez jezd­nię. Razem weszli do sali gim­na­stycz­nej z deko­ra­cją zro­bioną z chyba dzie­się­ciu rolek papieru toa­le­to­wego. Na sce­nie zespół potwor­nie gło­śno grał wła­sną, rąbaną wer­sję Crazy for You Madonny.

Sły­szał zasko­czone sap­nię­cia, gdy pro­wa­dził dziew­czynę na par­kiet. Kątem oka widział wska­zu­jące ich palce. Pobrzę­ki­wały odsta­wiane kie­liszki, ury­wały się chi­choty.

Nie roz­glą­dał się. Patrzył na dziew­czynę, wyłącz­nie na nią.

- Mogę pro­sić?

Otwo­rzyła usta, chciała odpo­wie­dzieć, ale zdo­była się tylko na ciche piśnię­cie.

Wziął ją w ramiona i odtań­czył z nią ostat­nich trzy­dzie­ści sekund pio­senki.

Potem wyco­fał się i w zaska­ku­jąco dobrym humo­rze dłu­gimi kro­kami opu­ścił salę.

Bawiąca się mło­dzież tło­czyła się teraz wokół nowej kró­lo­wej.

- Jakie to wzru­sza­jące - wyce­dził iro­nicz­nie głos na zewnątrz.

Angel zmu­sił się do uśmie­chu.

- Grupa wie­kowa od jede­na­stu do sie­dem­na­stu - odparł oschle. - To moi widzo­wie.

Val klep­nął go w plecy i wycią­gnął na deszcz.

- Na Boga, będziesz miał baby chli­piące na Hard Copy1 i zapro­sze­nia od nasto­la­tek na bale matu­ralne.

- Taa, wiem. No to chodźmy na to prze­klęte przy­ję­cie. Muszę się napić.

Prze­bie­gli przez jezd­nię. Part­nerka Angela stała na desz­czu dokład­nie w tym samym miej­scu, gdzie ją zosta­wił. Przez uła­mek sekundy żało­wał, że nie przy­wiózł ze sobą kogoś innego - kogoś, na kim by mu zale­żało - ale jakoś nikt taki nie przy­cho­dził mu do głowy.

Ziry­to­wany tą myślą, chwy­cił swoją towa­rzyszkę za rękę i pocią­gnął w stronę Elks Hall. Pochy­leni wbie­gli do budynku i po kilku skrzy­pią­cych scho­dach weszli do prze­stron­nego pomiesz­cze­nia. Słabe świa­tło pod­su­fi­to­wych lamp prze­dzie­rało się przez mrok i rzu­cało mętne złote plamy mię­dzy cie­niami. Na pię­trze heavy­me­ta­lowa kapela wpra­wiała w drga­nie deski pod­łogi. Pył sypał się ze szcze­lin. Wzdłuż ściany w głębi usta­wiono pro­wi­zo­ryczny bar. Z tuzin cele­bry­tów i krę­cą­cych się przy nich lokal­nych szpa­ne­rów sączyło alko­hol.

Angel poczuł się, jakby znowu był domu. Wcią­gnął głę­boki, pełen zado­wo­le­nia oddech. W tej chwili wszystko mu się podo­bało - łomot muzyki, mdlą­co­słodki zapach mari­hu­any, wil­gotna woń zbyt wielu ciał zgro­ma­dzo­nych na sto­sun­kowo małej prze­strzeni. Val wymru­czał pospieszne poże­gna­nie - było tam coś o bzy­ka­niu - i wto­pił się w tłum.

- Napi­jesz się? - zapy­tała przy­mil­nie part­nerka Angela.

Chciał odpo­wie­dzieć, lecz zanim zdą­żył, poczuł ucisk w piersi. Skrzy­wił się i zro­bił kilka koli­stych ruchów bar­kiem, żeby roz­cią­gnąć mię­śnie.

- Dobrze się czu­jesz? - Zanie­po­ko­jona ścią­gnęła brwi.

Ból zelżał. Uśmiech­nął się do panny jak-jej-tam.

- Tak reaguje moje ciało na brak alko­holu - oznaj­mił lek­ce­wa­żąco, oto­czył ramie­niem talię oble­czoną latek­sem i oparł dłoń na bio­drze z zaży­ło­ścią, któ­rej ani nie czuł, ani nie potrze­bo­wał w tym kon­kret­nym wypadku.

- Tequ­ila? - Bły­snęła liców­kami w sze­ro­kim uśmie­chu.

Uśmiech­nął się.

- Czy­ta­łaś "Enqu­irera". Nie­grzeczna dziew­czynka. - Przy­cią­gnął ją do sie­bie. Zapach per­fum o nucie gar­de­nii wypeł­nił mu noz­drza. - Wiesz, co robię nie­grzecz­nym dziew­czyn­kom?

Zwil­żyła wargi.

- Sły­sza­łam - wymru­czała.

Popa­trzył jej w oczy z mocno wytu­szo­wa­nymi rzę­sami i nie­bie­skim cie­niem na powie­kach i zoba­czył tam swoje odbi­cie. Na sekundę ogar­nęło go roz­cza­ro­wa­nie, że to wszystko przy­cho­dzi tak łatwo i natych­miast o tym zapo­mniał. Pro­blem w tym, że był zbyt trzeźwy. Znie­czu­lony alko­ho­lem czy dra­gami, sta­wał się Ange­lem DeMarco, akto­rem nomi­no­wa­nym do Nagrody Aka­de­mii Fil­mo­wej. Wtedy był kimś, a potrze­bo­wał tego jak powie­trza.

- Przy­nie­siesz mi drinka, skar­bie?

Cmok­nęła go w poli­czek, wywi­nęła się spod jego ramie­nia i popły­nęła przez salę do bufetu. Miała ide­alne, chi­rur­gicz­nie sko­ry­go­wane ciało, a wszyst­kie wgłę­bie­nia i wypu­kło­ści opi­nał różowy lateks.

Serce mu przy­spie­szyło, bra­ko­wało śliny w ustach. Oparł się o ścianę pokrytą poza­dzie­raną boaze­rią i zaczął snuć wizje o spo­so­bach, w jakie wyko­rzy­sta to jej boskie ciało. Myśl o nich splą­ta­nych w uści­sku, nagich, naćpa­nych i...

Poja­wiło się pie­cze­nie w prze­łyku i za most­kiem. W pierw­szej chwili je zigno­ro­wał - to tylko brak alko­holu, lecz gdy mroczki zawi­ro­wały mu przed oczami, żołą­dek pod­szedł do gar­dła, wie­dział już, co się dzieje.

- O Boże...

Ode­rwał się od ściany i poczuł ją, tę nie­wi­doczną dłoń miaż­dżącą mu klatkę.

Ostrze­gaw­cze dzwonki w gło­wie zagłu­szyły łomot muzyki. Łap­czy­wie chwy­tał zady­mione powie­trze, usi­łu­jąc napeł­nić nim płuca. Ból wgry­zał się w klatkę pier­siową i spły­wał w dół lewego ramie­nia, wywo­łu­jąc mro­wie­nie w gorą­cych pal­cach. Przy­trzy­mał się śli­skiej drew­nia­nej porę­czy. Oblu­zo­wana jak stary ząb zachy­bo­tała się pod jego cię­ża­rem.

- Chry­ste...

Nie tutaj, nie teraz...

Zimny pot per­lił się na linii wło­sów, roz­chwie­ru­tane schody na par­kiet do tańca rosły mu w oczach. Ciemne stop­nie zacho­dziły na sie­bie i wydłu­żały się jak tam­ten kory­tarz w fil­mie Polter­ge­ist. Przez uła­mek sekundy widział JoBeth Wil­liams z krzy­kiem zbie­ga­jącą w bez­miar.

Co takiego ona krzy­czała? Usi­ło­wał sku­pić myśli na tym bez­sen­sow­nym pyta­niu. Nie­ważne, byle tylko wyci­szyć ten zamęt w piersi.

- Angel?

Dopiero po chwili roz­po­znał swoje imię. Spró­bo­wał pod­nieść głowę, ale nie mógł się ruszyć. Serce mu łomo­tało i waliło jak nie­na­oli­wiona, zaci­na­jąca się maszy­ne­ria. Obli­zał spierzch­nięte wargi i uno­sząc powoli głowę, pró­bo­wał uło­żyć usta w cho­lerny uśmiech.

Ta kobieta - Judy, nagle sobie przy­po­mniał - stała przed nim z butelką tequ­ili i dwoma kie­lisz­kami. Sol­niczkę miała w dekol­cie, wetkniętą w rowek mię­dzy pier­siami.

- Angel? - Rysy jej ład­nej, sta­ran­nie poma­lo­wa­nej twa­rzy ścią­gnął gry­mas zagu­bie­nia.

- Nie... - To słowo padło na świsz­czą­cym odde­chu i zawi­sło w powie­trzu. Usi­ło­wał coś dodać, ale myśli się rwały, wzrok męt­niał. Chry­ste, tak bar­dzo go boli, nie może oddy­chać. - Nie... czuję się dobrze. Ścią­gnij Vala.

Przez jej twarz prze­mknął cień prze­ra­że­nia. Spoj­rzała w górę, na schody, a potem na chmarę impre­zo­wi­czów i bez­rad­nie ścią­gnęła brwi.

Angel puścił poręcz i chwy­cił ją za smu­kły nad­gar­stek. Z cichym sap­nię­ciem spró­bo­wała uwol­nić rękę. Nie puścił jej, trzy­mał się tej kobiety całym swoim jeste­stwem. Patrzył na nią i sta­rał się zacho­wać spo­kój, usi­ło­wał oddy­chać.

- Spro­wadź...

Prze­szył go roz­pa­lony do czer­wo­no­ści ból, zmiaż­dżył pierś. Bez­radny, stał chwiej­nie i dyszał ciężko z dło­nią przy­ci­śniętą do serca. Bolało, och, Jezu, jak bolało, od lat nie pamię­tał takiego bólu.

- Pro­szę... - wydy­szał - nie pozwól... mi...

Umrzeć. Chciał powie­dzieć: "Nie pozwól mi umrzeć", ale nie zdą­żył dokoń­czyć, bo świat zakryła czerń.

Obu­dziło go pika­nie kar­dio­mo­ni­tora. Kom­pu­te­rowo gene­ro­wany dźwięk, elek­tryczny, odczło­wie­czony.

I piękny, Chry­ste, jaki piękny.

Żył. Udało się, kolejny raz poko­nał tego skur­wiela, ponu­rego kosia­rza.

Wyczu­wał obec­ność leków w krwio­biegu. Przy­mu­la­jące dzia­ła­nie deme­rolu dawało złu­dze­nie dry­fo­wa­nia w cie­płym, koją­cym morzu. Wie­dział, że spe­cy­fik wkrótce prze­sta­nie dzia­łać i powróci tam­ten ból miaż­dżący żebra, dźga­jący płuca i serce. Nie zamie­rzał się tym przej­mo­wać. Żył.

Drzwi otwo­rzyły się z cichym skrzyp­nię­ciem. Buty na gumo­wych pode­szwach zapla­skały o posadzkę - na bank pokrytą bia­łym nakra­pia­nym gumo­leum - i zatrzy­mały się przy jego łóżku.

- Widzę, panie DeMarco, że już pan nie śpi.

Niski męski głos. Zasad­ni­czy.

Lekarz. Kar­dio­log.

Powoli uniósł powieki. Stał nad nim wysoki, chudy jak szczapa męż­czy­zna z pobruż­dżoną twa­rzą i suro­wymi czar­nymi oczami. Nie­okieł­znane siwe włosy ster­czały we wszyst­kich kie­run­kach. Ein­stein na die­cie slim­fa­stu.

- Jestem dok­tor Ger­la­ine, ordy­na­tor oddziału kar­dio­lo­gii w Val­ley Hospi­tal w LaGran­ge­ville.

Lekarz pochy­lił się, przy­su­nął sobie krze­sło, usiadł i zaczął prze­glą­dać kartę Angela.

I znowu to samo - pod­su­mo­wał Angel w myślach. Ruty­nowy występ.

Ger­la­ine zamknął doku­men­ta­cję.

I to pedan­tyczne skła­da­nie karty, cho­ler­nie zna­mienny gest - pomy­ślał, obser­wu­jąc leka­rza spod rzęs.

- Jest pan bar­dzo cho­rym mło­dym czło­wie­kiem, panie DeMarco.

Angel odpo­wie­dział uśmie­chem. Na­dal żył, oddy­chał, a leka­rze od lat czę­sto­wali go podob­nymi tek­stami. "Igra pan z losem, panie DeMarco, musi pan zmie­nić tryb życia... zmie­nić tryb życia... zmie­nić tryb życia...". Miał te słowa nagrane w gło­wie, taśma prze­su­wała się i cofała, odtwa­rzana z milion razy w ciem­no­ści nocy, lecz on nie chciał zmie­niać swo­jego życia, trzy­mać diety, ćwi­czyć czy prze­strze­gać zasad.

Miał trzy­dzie­ści cztery lata i dawno temu wszedł na mroczną drogę buntu dla samego buntu. Wie­dział, że takie puste życie nie ma sensu, a jed­nak wła­śnie takie mu paso­wało. Nikt na niego nie liczył ani go nie potrze­bo­wał. Prze­ska­ki­wał z imprezy na imprezę niczym akro­bata, zale­wał się w trupa, wyry­wał jakąś laskę, bzy­kanko i ruszał dalej.

- No tak, tak. Jasne.

Ger­la­ine zmarsz­czył czoło.

- Roz­ma­wia­łem z pań­skim leka­rzem w Neva­dzie.

- Nie wąt­pię.

- Mówił, że był pan udręką dla kar­dio­lo­gów.

- Dla­tego lubię dok­tora Ken­nedy'ego. Jest uczciw­szy od więk­szo­ści kono­wa­łów.

Ger­la­ine wsu­nął kartę z powro­tem w koszulkę.

- Dok­tor Ken­nedy powie­dział, że pół roku temu ostrze­gał pana, iż po kolej­nym epi­zo­dzie kar­dio­lo­gicz­nym wpad­nie pan - to jego słowa, nie moje - w gówno po kokardę. I, synu, głę­biej już się nie da.

Angel prych­nął śmie­chem.

- Niech pan zwolni, dok­to­rze, nie nadą­żam za tym waszym medycz­nym żar­go­nem.

- Ken­nedy uprze­dzał, że lubi pan żar­to­wać. Nie­stety, ja nie widzę tutaj nic śmiesz­nego. Jest pan młody. Podobno sławny i bogaty, według pie­lę­gnia­rek w dyżurce.

Angel pomy­ślał o zamie­sza­niu, jakie musi wywo­ły­wać jego obec­ność, i poczuł przy­pływ adre­na­liny.

- Nie mylą się, wszystko się zga­dza.

Lekarz zamilkł na chwilę.

- Panie DeMarco, widzę, że pan nie trak­tuje sytu­acji odpo­wied­nio poważ­nie. Od dawna pan cho­ruje. Infek­cja wiru­sowa, którą pan prze­szedł jako nasto­la­tek, osła­biła serce. A pan mimo wszystko pije, pali i ćpa. Oto przy­kra prawda: nisz­czy pan serce w zawrot­nym tem­pie i jeżeli szybko cze­goś nie zro­bimy, być może nie będziemy w sta­nie już nic dla pana zro­bić.

- Już to sły­sza­łem. Ale na­dal tu jestem, dok­to­rze. A wie pan dla­czego?

Lekarz zmie­rzył go wzro­kiem.

- Na pewno nie dla­tego, że prze­strzega pan zale­ceń leka­rzy.

- No nie. Oto mój sekret, dok­to­rze. - Obni­żył głos do kon­spi­ra­cyj­nego szeptu. - Tylko dobrzy ludzie umie­rają młodo.

Ger­la­ine odchy­lił się na krze­śle i w zadu­mie przy­glą­dał się Ange­lowi.

- Ma pan żonę, panie DeMarco? - zapy­tał.

Angel spoj­rzał na niego z odrazą.

- Chyba lepiej, żebym nie miał.

- Dzieci?

Bły­snął zębami w uśmie­chu.

- O ile wiem, nie.

- Dok­tor Ken­nedy mówił, że przez te wszyst­kie lata, gdy pana leczył, ni­gdy nie widział, żeby w szpi­talu odwie­dził pana ktoś poza pań­skim agen­tem i zgrają repor­te­rów.

- Dok­to­rze, co to wła­ści­wie ma być? Maka­bryczna zabawa w "Oto twoje życie"? Zamie­rza pan ścią­gnąć peda­goga szkol­nego z ogól­niaka, żeby potwier­dził, że ni­gdy z nikim nie było mi po dro­dze?

- Nie. Chcę wie­dzieć, kto będzie pana opła­ki­wał, jeśli pan umrze.

To było okrutne; miało zabo­leć i zabo­lało. Nagle Ange­lowi przy­szedł na myśl Fran­cis, jego brat. I jed­no­cze­śnie obu­dziło się wspo­mnie­nie dzie­ciń­stwa, a z nim nostal­gia; bole­sna, a zara­zem słodka. Noz­drza wypeł­nił zapach trawy, desz­czu i morza.

Myśli o prze­szło­ści wywo­łały poczu­cie... wyob­co­wa­nia. Wie­dział, że zna­jomi z Hol­ly­wood byli tylko zna­jo­mymi. Nie miał wśród nich takich przy­ja­ciół, jakim kie­dyś był brat. Oni, ta banda pochleb­ców, go nie widziała, dla nich liczyła się chwi­lowa atrak­cja, jaką była praca przy fil­mie.

Poczuł ukłu­cie żalu, tęsk­notę za tym wszyst­kim, od czego uciekł, za bra­tem, któ­rego opu­ścił.

Zde­cy­do­wa­nie stłu­mił te emo­cje i odpo­wie­dział leka­rzowi twar­dym spoj­rze­niem. Naj­chęt­niej posłałby go do dia­bła, ale cho­lera, ten czło­wiek był mu potrzebny. Nad­szedł czas, żeby użył swo­jego uroku, który tak szybko i daleko go zaniósł.

- No oczy­wi­ście, ma pan dok­tor rację. To stąd pew­nie wzięło się powie­dze­nie: "ciężki jak zawał". No cóż, przy­rze­kam, że od dziś poważ­nie zajmę się swoim zdro­wiem. Koniec z nar­ko­ty­kami, no, może pra­wie koniec. I odsta­wię alko­hol. Tylko piwo. Piwo mogę, tak?

Ger­la­ine patrzył na niego z nie­ukry­wa­nym przy­gnę­bie­niem.

- Panie DeMarco, jeżeli pan szybko tego nie zrobi, wkrótce pan umrze. A razem z panem wszyst­kie marze­nia i plany, jakie tam pan ma. Dru­giej szansy nie będzie.

Angel uśmiech­nął się. Ograny trick.

- Pro­szę zde­fi­nio­wać "wkrótce" dla naszych widzów.

Tak jak ocze­ki­wał, Ger­la­ine odpo­wie­dział wzru­sze­niem ramion.

Angel uśmiech­nął się trium­fu­jąco. Zawsze to samo - wzru­sze­nie ramion, które w lekar­skiej mowie ciała mówiło: gdzieś pomię­dzy następną sekundą a rokiem 2012. Oni nie mieli żad­nych kon­kret­nych odpo­wie­dzi, jedy­nie rady, coraz wię­cej rad.

- Umrę któ­re­goś dnia, jeśli to ma pan dok­tor na myśli. Cóż, pana też kie­dyś to czeka.

- Nie, nie to mia­łem na myśli - spro­sto­wał spo­koj­nie lekarz. - Jeżeli pan cze­goś nie zrobi, panie DeMarco, sądzę, że umrze pan jesz­cze w tym roku.

Z twa­rzy Angela znik­nął buń­czuczny uśmiech.

- W tym roku? Prze­cież mamy pra­wie paź­dzier­nik.

- Zga­dza się.

Nie dowie­rzał wła­snym uszom. Coś było nie tak, może pogor­szył mu się słuch.

- Żar­tuje pan?

Ger­la­ine spoj­rzał na niego z wyż­szo­ścią.

- Panie DeMarco, ja nie żar­tuję z pacjen­tami, ja ich infor­muję.

W tym roku. Dotąd nikt mu cze­goś takiego nie powie­dział. Ow­szem, były ostrze­że­nia doty­czące bliż­szej i dal­szej przy­szło­ści. Kaza­nia o skut­kach nad­uży­wa­niu alko­holu, pale­nia i tłu­stej diety.

Naj­chęt­niej przy­ło­żyłby w coś z całej siły, wal­nął pię­ścią w ceglany mur, tak żeby poczuć zna­jomy ból pro­mie­niu­jący do ramie­nia.

- To niech mnie pan zre­pe­ruje - wark­nął. - Roze­tnie i naprawi szkody.

- To nie takie pro­ste, panie DeMarco. Zmiany po ostat­nim epi­zo­dzie są zbyt roz­le­głe. Kon­sul­to­wa­łem się z Chri­sem Allen­for­dem ze szpi­tala St. Joe's i jego opi­nia pokrywa się z moją; żaden zabieg na sercu nie wcho­dzi w grę.

Zmiany. Zbyt roz­le­głe.

Złe słowa, bar­dzo złe.

- Chce pan powie­dzieć, że nie da się nic zro­bić, żeby mnie ura­to­wać i muszę umrzeć?

- Nie. Mówię, że żadna stan­dar­dowa ope­ra­cja kar­dio­lo­giczna nie wcho­dzi w grę. Na to już za późno. Potrzebne panu nowe serce.

- Nie. Chyba nie myśli pan o...

- Trans­plan­ta­cji.

Ange­lowi na uła­mek sekundy zaparło dech. Lodo­waty strach wbił się kli­nem w serce.

- Jezu - wysa­pał z odde­chem. - Jezu...

Trans­plan­ta­cja. Nowe serce. Cudze serce w jego piersi. Serce zmar­łej osoby. Bijące, bijące.

Pod­niósł oczy na Ger­la­ine'a. Wysi­lił się na uśmiech.

- Nie ma mowy. Ja nie kupuję nawet uży­wa­nych samo­cho­dów. - Sta­rał się nadać gło­sowi nor­malne brzmie­nie, ukryć strach.

- To nie temat do żar­tów, panie DeMarco. Cho­roba jest w koń­co­wym sta­dium, naprawdę jest źle. Umrze pan, o ile nie dosta­nie pan zdro­wego serca. Wpi­szemy pana na listę ocze­ku­ją­cych na prze­szczep i miejmy nadzieję, że dawca szybko się znaj­dzie.

Dawca. Już na samą myśl zbie­rało mu się na wymioty.

- I co, zro­bi­cie ze mnie Fran­ken­ste­ina?

- Panie DeMarco, ta ope­ra­cja różni się od stan­dar­do­wych pro­ce­dur. To oczy­wi­ste, że poja­wią się wytyczne doty­czące ogra­ni­cze­nia aktyw­no­ści, prze­strze­ga­nia diety, ale przy pew­nej zmia­nie trybu życia...

Nie­mal ode­brało mu mowę.

- Jezu Chry­ste... - wychry­piał.

- Mamy świet­nych psy­chia­trów, któ­rzy służą pro­fe­sjo­nal­nym wspar­ciem w takich sytu­acjach...

- Czyżby? - wark­nął.

Wie­dział, że w tej chwili powi­nien wyko­rzy­stać swój czar, pró­bo­wać osią­gnąć to, co chciał, pod­le­wa­jąc słowa mio­dem, nie sikami, ale bra­ko­wało mu siły. Miał wra­że­nie, że spada z wyso­kiego klifu w ciemną, głę­boką otchłań. Przez tę bez­rad­ność był gotów krzy­czeć z gniewu.

- Panie ordy­na­to­rze oddziału kar­dio­lo­gii szpi­tala w LaGran­ge­ville, ile trans­plan­ta­cji serca ma pan na swoim kon­cie?

- Ani jed­nej, ale...

- Wła­śnie, ale. Nie wie­rzę w ani jedno pań­skie słowo. Ani jedno. Rozu­mie pan? Pro­szę zała­twić mi prze­lot do naj­lep­szej kli­niki trans­plan­ta­cyj­nej w tym kraju. - Wbił wście­kłe spoj­rze­nie w leka­rza. - Natych­miast.

Ger­la­ine powoli pod­niósł się z krze­sła.

- Ken­nedy ostrze­gał mnie, że źle pan to przyj­mie.

- Źle przyjmę? - Angel iro­nicz­nie wykrzy­wił usta. - Źle przyjmę? To jakiś żart?

Ger­la­ine odsta­wił krze­sło i z wes­tchnie­niem pokrę­cił głową.

- Zała­twię trans­fer. Dla pana naj­lep­szym miej­scem będzie St. Joseph's Hospi­tal w Seat­tle. Dok­tor Allen­ford należy do czo­ło­wych spe­cja­li­stów w zakre­sie chi­rur­gii ser­cowo-naczy­nio­wej w kraju.

- W Seat­tle? - Serce Angela wpa­dło w łopot, a idio­tyczny moni­tor zaczął pikać i migo­tać. - Jezu Chry­ste, to jakaś kome­dia pomy­łek. - Roz­wście­czony z tru­dem oddy­chał. - Pan mnie wysyła do domu.

- Naprawdę? - Ordy­na­tor się roz­po­go­dził. - Nie wie­dzia­łem, że pan jest z Seat­tle. W takim razie...

- Jeżeli ktoś się o tym dowie, kto­kol­wiek, natych­miast pozwę ten cho­lerny szpi­tal i zała­twię, że będzie pan, sza­nowny dok­to­rze, opróż­niał noc­niki w jakimś domu spo­koj­nej sta­ro­ści. Dotarło?

- Panie DeMarco, niech pan będzie roz­sądny. Przy­wie­ziono tu pana z hol­ly­wo­odz­kiego przy­ję­cia. Wszy­scy widzieli.

- Nikt nie może się dowie­dzieć, że potrzebne mi nowe serce. A pan, dok­to­rze, wykom­bi­nuje, jak to ukryć.

Lekarz popa­trzył na niego z góry i zmarsz­czył brwi.

- Ma pan dziwne prio­ry­tety...

- Tak, tak, jasne. A teraz pro­szę opu­ścić mój pokój.

Ger­la­ine pokrę­cił głową i bez słowa skie­ro­wał się do wyj­ścia. Odwró­cił się jesz­cze z ręką na klamce, posłał Ange­lowi dłu­gie, zmar­twione spoj­rze­nie i wyszedł.

Klik­nął zamek w drzwiach. Mro­żąca cisza osia­dła na ścia­nach w mdłym kolo­rze i nakra­pia­nym gumo­leum. I tylko moni­tor pikał.

Angel leżał ze wzro­kiem utkwio­nym w zamknięte drzwi. Krew szu­miała mu w żyłach, pul­so­wała w skro­niach i prze­ci­skała się przez umę­czone zastawki serca. Miał lodo­wate palce i skró­cony oddech.

Trans­plan­ta­cja.

Chciał zbyć śmie­chem ten pomysł, wmó­wić sobie, że posta­wili mu błędną dia­gnozę w kiep­skim szpi­talu na zadu­piu i czę­ściowo nawet w to wie­rzył. Ale gdzieś głę­boko, w ciem­nym miej­scu w duszy dawno zagnieź­dził się lęk, któ­rego nie zagłu­szał ani alko­hol, ani nar­ko­tyki.

Trans­plan­ta­cja.

To słowo wiro­wało mu w gło­wie.

Trans­plan­ta­cja... trans­plan­ta­cja... trans­plan­ta­cja...

Chcieli mu wyciąć serce.

W orga­ni­zmie Angela kojąco krą­żyły lekar­stwa. Powieki mu opa­dały, w ocię­ża­łym ciele roz­cho­dziło się przy­jemne wra­że­nie cie­pła. Świa­do­mość odpły­wała i powra­cała przy mono­ton­nym tyka­niu ścien­nego zegara.

Dom. Wysy­łali go do domu.

Nie chciał o tym myśleć, ale wspo­mnie­nia były natrętne. Tym razem nie miał table­tek, alko­holu i kobiet, tego wszyst­kiego, co mogłoby je zagłu­szyć, a bez nar­ko­tycz­nego pan­ce­rza był tak cho­ler­nie bez­bronny. Zamknął oczy i stop­niowo, bar­dzo powoli anty­sep­tyczny szpi­talny zapach wywiała bal­sa­miczna, wil­gotna bryza. Już nie sły­szał pomruku moni­tora, zagłu­szył go war­kot sil­nika...

Znowu miał sie­dem­na­ście lat, jechał na moto­cy­klu, har­leyu-david­so­nie, za który zapła­cił wła­sną duszą. Sil­nik pod nim dud­nił i mru­czał. Jechał bez końca. Zorien­to­wał się dopiero, gdzie jest, gdy zatrzy­mały go świa­tła. Nad sygna­li­za­to­rem krzywo wisiał dro­go­wskaz: Pole Kem­pin­gowe Wago­ne­wheel Esta­tes.

Dodał gazu, prze­je­chał tuż obok jed­nej przy­czepy i omi­nął kilka kolej­nych. Każdy z tych domów na kół­kach stał na wąskim pasie asfaltu, z czę­ścią dzienną opartą na cemen­to­wych blo­kach i wysy­pa­nym żwi­rem wybie­giem dwa na dwa metry.

Wresz­cie dotarł do domu z cza­sów dzie­ciń­stwa.

Przy­czepa, kie­dyś żółta, a z upły­wem lat posza­rzała, stała na kawałku zachwasz­czo­nej łąki. Prze­sy­pu­jące się kubły na śmieci tkwiły przy ogro­dze­niu z meta­lo­wej siatki, które oddzie­lało "rezy­den­cję" DeMarco od par­celi Wach­te­lów. Na pod­jeź­dzie pordze­wiały ford impala stał zapar­ko­wany pod dziw­nym kątem.

Pod­je­chał pod płot i wyłą­czył sil­nik. Wahał się jesz­cze przez sekundę, po czym zsiadł i posta­wił motor na stopce. Prze­szedł na pas spę­ka­nego asfaltu, a stam­tąd na krzywy rząd płyt z lastryka, który pro­wa­dził do drzwi.

Idąc, zer­k­nął na kubeł. Spod pokrywy wysta­wały zgnie­cione puszki po napo­jach gazo­wa­nych i zmięte papiery. Ten kamu­flaż nale­żał do jego obo­wiąz­ków, ni­gdy Fran­cisa. Praw­dziwe śmieci - butelki po tygo­dnio­wej por­cji ginu i wódki - za wszelką cenę musiały pozo­sta­wać ukryte.

Jakby sąsie­dzi nie wie­dzieli. Od lat z przy­czepy w kolo­rze moczu docho­dziły do nich hałasy i pijac­kie awan­tury. W każdy sobotni wie­czór sły­szeli trza­ska­nie drzwi i brzęk tłu­ką­cego się szkła.

Muzyka mło­dych lat Angela.

Wspiął się po poję­ku­ją­cych meta­lo­wych schod­kach i przez sekundę stał na pode­ście, wpa­trzony w brudne drzwi. Nie miał ochoty tam wcho­dzić. To idio­tyczne; miał sie­dem­na­ście lat i bał się wejść do wła­snego domu, ale odkąd się­gał pamię­cią, tak wła­śnie było.

Usły­szał szu­ra­nie nóg. Przy­czepą zako­ły­sało, chrup­nęły beto­nowe bloczki pod pod­wo­ziem, gdy kroki zadud­niły przy wej­ściu. Gałka się obró­ciła.

Matka sta­nęła w otwar­tych drzwiach z papie­ro­sem w jed­nej ręce i szklanką z ginem w dru­giej. Po latach nało­go­wego pale­nia jej cera miała nie­zdrowy żółto-zie­mi­sty odcień i policzki pokryte siatką zmarsz­czek. Splą­tane, kędzie­rzawe włosy, zbyt czarne, by uznać ich kolor za natu­ralny, oka­lały spuch­niętą twarz. Pod prze­krwio­nymi, brą­zo­wymi oczami wisiały fio­le­towe worki.

Nie spusz­cza­jąc z niego wzroku, wysą­czyła gin i rzu­ciła pustą szklankę za sie­bie na brą­zową, kosmatą wykła­dzinę.

- Gdzie się podzie­wa­łeś?

- Od kiedy cię to obcho­dzi?

Bek­nęła i otarła mokre usta.

- Nie pyskuj mi tu, chło­paczku.

Angel wes­tchnął. Po co w ogóle przy­szedł? Na co liczył? Na uśmiech, powi­ta­nie, zapro­sze­nie do środka? Kiedy wresz­cie prze­sta­nie cze­go­kol­wiek chcieć od matki?

- Mam pro­blem, mamo.

Jedna sze­roka szara brew unio­sła się do góry.

- Wpa­dłeś w kło­poty. - Nie zapy­tała, tylko stwier­dziła bez cie­nia emo­cji w gło­sie.

- No.

Zacią­gnęła się papie­ro­sem i wydmu­chała dym pro­sto w jego twarz.

- Czego ode mnie ocze­ku­jesz?

Poczuł ukłu­cie roz­cza­ro­wa­nia i złość na sie­bie.

- Niczego.

Pstryk­nęła żarzą­cym się nie­do­pał­kiem na ścieżkę.

- Wczo­raj Fran­cis przy­niósł mi świa­dec­two. To naj­lep­szy pre­zent dla matki.

Zwal­czył żal, nie chciał się pod­dać roz­go­ry­cze­niu. Zawsze tak było z matką i nic się nie zmieni. Fran­cis, jej złoty chło­piec, jasno­włosy synek. Fran­cis, dobry i bez wad. Fran­cis mini­strant. Jej prze­pustka do nieba. A Angel był zasraną, wku­rza­jącą pomyłką. Ile razy usły­szał od niej: "Powin­nam zro­bić abor­cję".

- Napi­jesz się? - spy­tała, ani na chwilę nie spusz­cza­jąc z niego oczu.

- Jasne, mamo - odpo­wie­dział zre­zy­gno­wany. - Napiję się.

- Mar­tini?

Wie­dział, jak wygląda jej mar­tini - trzy czwarte szklanki ginu i dwie kostki lodu.

- Może być.

Odwró­ciła się bez słowa i ruszyła do kuchni.

Z ocią­ga­niem wszedł za nią do ponu­rego wnę­trza. Słabe świa­tło prze­ci­skało się przez brudny beżowy klosz i padało na kosmatą wykła­dzinę. Kanapa obita wybla­kłym brą­zo­wym welu­rem stała przy­ci­śnięta do ściany z imi­ta­cją drew­nia­nej boaze­rii. Na niskich lami­no­wa­nych sto­li­kach mię­dzy popiel­nicz­kami walały się sterty plot­kar­skich cza­so­pism. Wykła­dzina przy nodze czar­nego fotela z wyso­kim opar­ciem była zasy­pana popio­łem.

Angel usiadł na zapad­nię­tej kana­pie. Matka po paru sekun­dach dołą­czyła do niego, grze­cho­cząc lodem w szklan­kach. Sta­rał się nie przej­mo­wać jej mil­cze­niem. Ona nie miała ochoty roz­ma­wiać z Ange­lem, nie chciała z nim być, ale zawsze miała czas z nim się napić.

Kiedy był dzie­się­cio- czy może jede­na­sto­let­nim dzie­cia­kiem, to ona, rodzona matka, pchnęła go na drogę do alko­ho­li­zmu. Do picia potrze­bo­wała towa­rzy­stwa, ale ni­gdy nie zapra­szała świę­tego Fran­cisa, nato­miast Angel ide­al­nie się do tego nada­wał, oby tylko za dużo nie gadał.

To żało­sne, jak bar­dzo cenił tam­ten spę­dzany z nią czas. Czuł się wtedy wybrany, bo ona chciała być z nim. Mniej wię­cej w siód­mej kla­sie wresz­cie przej­rzał na oczy. Napi­łaby się nawet z Adol­fem Hitle­rem, gdyby wpadł do niej przed wie­czo­rem. Każdy był dobry, wszystko paso­wało, aby udo­wod­nić w swoim zamro­czo­nym umy­śle, że pije wyłącz­nie dla towa­rzy­stwa.

Sie­dzieli, on na kana­pie, ona w fotelu, i pili w mil­cze­niu. W ciszy panu­ją­cej w przy­cze­pie grze­cho­ta­nie lodu i prze­ły­ka­nie drin­ków brzmiały zaska­ku­jąco gło­śno. Angel chciał jej powie­dzieć, że przy­szedł się poże­gnać, lecz wie­dział, że po tej infor­ma­cji nie znie­sie wyrazu jej twa­rzy. Natych­miast domy­śli­łaby się, że on ucieka od kło­po­tów, a jej trium­fu­jący uśmiech potwier­dziłby wszystko, co kie­dy­kol­wiek o nim powie­działa.

Jakiś czas póź­niej usły­szał nad­jeż­dża­jący samo­chód. Sil­nik wark­nął, zakasz­lał i ucichł. Kroki zadud­niły na meta­lo­wych schod­kach.

Matka odsta­wiła drinka, pod­bie­gła do drzwi i otwo­rzyła je z roz­ma­chem.

- Fran­kie! - zapisz­czała zachwy­cona, roz­po­ście­ra­jąc ramiona.

Angel odsta­wił szklankę i pod­niósł się z kanapy. Nie­po­kój zaci­snął mu żołą­dek w supeł. Cze­kał, sto­jąc. Serce tłu­kło mu się w piersi. Nie był gotowy na poże­gna­nie z bra­tem, jesz­cze nie...

Mama usu­nęła się na bok, żeby wpu­ścić swo­jego zbawcę do środka. Fran­cis wszedł do przy­czepy i rzu­cił torbę z książ­kami na kanapę.

- Hej, Angelo!

Mama huk­nęła Fran­cisa w plecy tak mocno, że aż go zarzu­ciło.

- W sam raz przy­sze­dłeś na kola­cję. Idę do kuchni przy­go­to­wać coś, co lubisz. Frank­fur­terki i fasola dla mojego Fran­kie. - Z rado­snym piskiem znik­nęła w kory­ta­rzyku przed kuch­nią.

Fran­cis spoj­rzał na brata.

- Na podwórku stoi nowiutki har­ley-david­son.

Angel ner­wowo prze­stą­pił z nogi na nogę.

- Franco, mam kło­poty. Muszę wyje­chać z mia­sta. Ja... - Upo­ko­rzony, poczuł w oczach palące łzy. - Wła­śnie przy­sze­dłem się poże­gnać.

- Nie rób tego, chło­pie - powie­dział cicho Fran­cis, krę­cąc głową. - Nie ucie­kaj. Cokol­wiek się stało, poroz­ma­wiajmy o tym. Coś wymy­ślimy. Pro­szę cię, nie wyjeż­dżaj....

- Muszę.

Na widok roz­cza­ro­wa­nia w oczach brata odwró­cił się i wybiegł z przy­czepy. Wsko­czył na sio­dełko, prze­krę­cił klu­czyk w sta­cyjce i z rykiem sil­nika wyje­chał z mia­sta. Ni­gdy nie pozwa­lał sobie na oglą­da­nie się wstecz. Bał się, że jeśli to zrobi, roz­pła­cze się... i już nie powstrzyma potoku łez.

Powró­cił ostry, prze­ni­kliwy zapach środ­ków odka­ża­ją­cych. Szpi­talne oświe­tle­nie raziło w załza­wione oczy. Trzy­mał się z daleka od Seat­tle przez sie­dem­na­ście samot­nych lat. A teraz, po tak dłu­gim cza­sie, tam wra­cał.

Wra­cał do domu.

Rozdział 2

2

Leżał wpa­trzony w dzio­baty sufit.

Tutaj było tak cho­ler­nie cicho; ten bez­ruch draż­nił jego napięte nerwy. Nagle zapra­gnął wypeł­nić ciszę gło­śnym, agre­syw­nym hała­sem, mówią­cym: jestem, na­dal żyję. Chciał czer­pać siłę z tego pro­stego zda­nia i przy­jem­ność ze świa­do­mo­ści, że jego płuca na­dal pra­cują. Ale to za mało. Zde­cy­do­wa­nie nie wystar­czało. Miał w piersi ciemną, odra­ża­jącą klu­chę, która w każ­dej sekun­dzie mogła eks­plo­do­wać. W każ­dej sekun­dzie.

Jedno pik­nię­cie na ekra­nie i koniec. Pła­ska linia.

Przy­mknął powieki, usi­łu­jąc zigno­ro­wać pul­su­jący ból za oczami. Nie chciał dłu­żej myśleć o tym szam­bie. Jedyne, czego chciał, to stąd wyjść.

- Wyglą­dasz gów­nia­nie.

Usły­szał głos z połu­dnio­wo­ka­li­for­nij­skim zaśpie­wem i nie­mal się uśmiech­nął. Uśmiech­nąłby się, gdyby nie czuł się aż tak kiep­sko. Otwo­rzył oczy i zamru­gał, bo flu­ore­scen­cyjne świa­tło dźgnęło go w mózg.

- Dzięki.

Pod­cią­gnął się tro­chę, chciał usiąść. Igły w jego żyłach kłuły przy każ­dym ruchu. Kiedy wresz­cie się wypro­sto­wał, bra­ko­wało mu tchu, a pierś roz­sa­dzał pie­kielny ból.

Na tle otwar­tych drzwi zoba­czył smu­kłą syl­wetkę Vala. Stał oparty o fra­mugę, w desi­gner­skim gar­ni­tu­rze, z pasmem nie­sfor­nych blond wło­sów zatknię­tym za ucho. Ode­rwał się od drzwi i wsu­nął się do izo­latki tym swoim leni­wym, roz­ko­ły­sa­nym kro­kiem, któ­rym zawsze przy­cią­gał uwagę mediów. Dłu­gimi, deli­kat­nymi pal­cami przy­su­nął sobie krze­sło, obró­cił je opar­ciem do przodu i opadł okra­kiem na twarde sie­dze­nie. Wychy­lony do przodu, poło­żył pod­bró­dek na opar­ciu i zwie­sił ramiona ponad obi­ciem ze skaju w kolo­rze musz­tardy.

Przy­glą­dał się Ange­lowi z lekko ścią­gnię­tymi brwiami.

- Naprawdę gów­nia­nie wyglą­dasz. Zde­cy­do­wa­nie gorzej niż ostat­nim razem.

Angel nie miał siły zdo­być się na uśmiech.

- Daj mi papie­rosa, co?

Val się­gnął do kie­szeni i wycią­gnął paczkę marl­boro. Pod­wa­żył kciu­kiem twarde wieczko, zaj­rzał do pudełka i wzru­szył ramio­nami.

- Puste. Wybacz, nie pomy­śla­łem. - Z wewnętrz­nej kie­szeni mary­narki wyjął pier­siówkę z tequ­ilą. - Ale nie jestem cał­kiem do niczego. - Bły­snął zębami w sze­ro­kim uśmie­chu i posta­wił butelkę na sto­liku przy łóżku. - Obej­rza­łem mate­riał z wczo­raj­szych zdjęć. Ta twoja scena śmierci wyszła nie­sa­mo­wi­cie. Nawet ja nie podej­rze­wa­łem, że jesteś aż tak dobry. Sce­na­rzy­sta dosłow­nie dostał mał­piego rozumu. Kiedy stąd wyj­dziesz, natych­miast zaj­miemy się pro­mo­cją do Oscara. Gość od mar­ke­tingu uważa...

Ple, ple, ple. Głos Vala wypeł­niał izo­latkę, lecz Angel prze­stał go sły­szeć, już go nie słu­chał.

Patrzył na tego męż­czy­znę, który od szes­na­stu lat był jego przy­ja­cie­lem, a póź­niej agen­tem. Chciał się zdo­być na uśmiech, poka­zać Valowi, że zależy mu na powo­dze­niu filmu, a jed­nak nie dał rady. Nie był aż tak dobrym akto­rem.

Nie­spo­dzie­wa­nie sta­nął mu przed oczami tam­ten wie­czór, gdy się poznali. Nowy Jork, śro­dek zimy. Natknęli się na sie­bie w obskur­nej tawer­nie, obaj zmar­z­nięci, głodni i samotni. Angel był wtedy szcza­wi­kiem - miał zale­d­wie osiem­na­ście lat i od ponad roku sam się utrzy­my­wał.

Nie­mal natych­miast się zaprzy­jaź­nili i przez następny rok krą­żyli od mia­sta do mia­sta, gna­jąc przed sie­bie, aż w końcu prze­stało ich to bawić. Mieli dość zapchlo­nych moteli w miej­sco­wo­ściach bez nazwy, chla­nia i żywie­nia się byle czym.

O dziwo, wszystko zmie­niło się w jeden dzień... Dzień, który zaczął się od histo­rii z nie­świeżą rybą. Val poważ­nie zatruł się kanapką z tuń­czy­kiem, którą zwi­nął z baru z cie­płymi prze­ką­skami w Ari­zo­nie. Ze szpi­tala zadzwo­nił do rodzi­ców. Po kilku godzi­nach obaj chło­pacy zostali bez­piecz­nie ulo­ko­wani w nowo­jor­skim luk­su­so­wym pen­tho­usie Light­ne­rów.

Angel ni­gdy nie widział takiej pięk­nej kobiety jak matka Vala. A do tego zim­nej jak lód, twar­dej jak dia­ment. Val z prze­ję­ciem jej opo­wia­dał, gdzie byli i co robili. Natu­ral­nie była prze­ra­żona i Val wymu­sił na niej obiet­nicę, że da im miesz­ka­nie i wyśle ich do col­lege'u.

- Prze­cież ty nawet nie skoń­czy­łeś śred­niej szkoły - przy­po­mniała mu swoim noso­wym gło­sem o ele­ganc­kiej into­na­cji.

Val tylko się roze­śmiał.

- Oj, pro­szę cię, mamo. Prze­cież jesteś bogata.

Pogro­ziła mu upier­ście­nio­nym pal­cem.

- Życie nie zawsze musi ukła­dać się po two­jej myśli, Valen­tine.

Obda­rzył ją roz­bra­ja­ją­cym uśmie­chem.

- Ale zawsze można mieć taką nadzieję, mamo.

Angel poru­szył głową, żeby uwol­nić się od tam­tych wspo­mnień.

- Chcą wyciąć mi serce - powie­dział, patrząc pro­sto na Vala.

Przy­ja­ciel pokle­pał się po kie­sze­niach w poszu­ki­wa­niu papie­ro­sów.

- Naj­pierw muszą je zna­leźć.

- Ja mówię poważ­nie. Chcą zro­bić prze­szczep serca.

Uśmiech Vala zgasł.

- Zna­czy wyjmą ci serce i wszyją je umar­la­kowi?

Angela zemdliło.

- Coś w ten deseń.

- Jezu. - Val opadł klatką na opar­cie krze­sła.

Angel wes­tchnął. Chyba spo­dzie­wał się po Valu cze­goś wię­cej, cho­ciaż nie bar­dzo wie­dział, co to mia­łoby być.

- Potrze­buję dawcy - cią­gnął z wymu­szo­nym uśmie­chem. - Naprawdę dobry agent na pewno by mi go zna­lazł.

- Chło­pie, chęt­nie oddał­bym ci mój mózg. Bóg świad­kiem, że go nie uży­wam. Ale serce... - Pokrę­cił głową. - Jezu...

- Jeżeli nie zamie­rzasz się teraz pomo­dlić - wark­nął Angel - posta­raj się powie­dzieć coś bar­dziej pomoc­nego. Potrze­buję rady. Do dia­bła, gdy­bym wie­dział, że w przy­szło­ści czeka mnie trans­plan­ta­cja, lata temu rzu­cił­bym fajki i chla­nie.

To kolejne kłam­stwo z dłu­giej listy jego łgarstw. Od dawna wie­dział, że ma słabe serce, lecz to nie powstrzy­mało go od picia i pale­nia. Nie zmie­nił stylu życia, doło­żył jedy­nie łyk­nię­cie tabletki na serce przed wcią­gnię­ciem kre­ski koka­iny.

Ni­gdy nie mar­no­wał czasu na myśle­nie o przy­szło­ści. Jego życie zawsze przy­po­mi­nało jazdę kolejką gór­ską z nim zapię­tym w krze­sełku na przo­dzie. Dni i noce pędziły z zawrotną szyb­ko­ścią po tra­sie peł­nej zakrę­tów, wzlo­tów i upad­ków, ni­gdy nie zwal­nia­jąc ani nie hamu­jąc.

Aż do teraz, do wczo­raj, kiedy kolejka wal­nęła w mur jego śmier­tel­no­ści.

I jakby śmierć była nie­wy­star­cza­jąco straszna, na ope­ra­cję chcieli go wysłać do Seat­tle. Chry­ste, ale się poro­biło...

Im wię­cej o tym myślał, tym więk­sza brała go złość. To nie w porządku. Nie zasłu­gi­wał na to. Jasne, całe życie był dup­kiem, ranił i okła­my­wał ludzi. I za to powi­nien pójść do pie­kła. Wycho­wano go na kato­lika, znał zasady.

Ale pie­kło jest po śmierci.

A nie tu, na ziemi, nie trans­plan­ta­cja serca, nie życie na pół gwizdka.

- To jakiś absurd - stwier­dził. - Nie zamie­rzam dłu­żej się tym przej­mo­wać. Co jakiś dok­to­rek z pro­win­cjo­nal­nego szpi­tala na tym zadu­piu może wie­dzieć o naj­now­szych pro­ce­du­rach medycz­nych?

- No, za to ty dużo wiesz. - Val zgniótł paczkę po papie­ro­sach. - To kiedy idziesz na tę ope­ra­cję?

- Nie idę.

Val spo­chmur­niał.

- Angel, nie bądź idiotą. Jeżeli potrzebne ci nowe serce, bierz je. Zapewne w obec­nych cza­sach taki zabieg to pikuś. Kurde, potra­fią roz­dzie­lać bliź­nięta syjam­skie i zmie­niać męż­czyzn w kobiety. Co za pro­blem?

- Może daleko mi do Alberta Schwe­it­zera, Val, ale podej­rze­wam, że nowe serce musi mieć jakiś wpływ na życie.

- Zapewne trud­niej jest pogo­dzić się ze śmier­cią. - Val sta­rał się zacho­wać lekki ton, lecz Angel widział strach w jego oczach. I to go prze­ra­żało, bo przy­ja­ciel nale­żał do tych nie­ustra­szo­nych, był jedyną osobą spo­śród zna­nych mu ludzi, która grała tak samo ostro jak on. Val, król życia, nie­grzeczny chło­piec, agent pro­wa­dzący kariery kilku hol­ly­wo­odz­kich sław.

Naj­chęt­niej odwró­ciłby od niego wzrok, ale jakoś nie mógł.

- Widzia­łeś taki film Ręka z Micha­elem Cainem? Ten, w któ­rym on chyba był pia­ni­stą i stra­cił dłoń? Przy­szyli mu nową. Tylko że dawcą oka­zał się seryjny mor­derca. I Caine zaczął mor­do­wać, zabi­jał każ­dego, kto mu się nawi­nął pod rękę.

- Na Boga, Angel!

- No co? Dla­czego to nie mia­łoby być prawdą, mogło tak się stać. A jeżeli trafi mi się serce po jakimś homo nie wia­domo i moim naj­więk­szym marze­niem będzie nosze­nie kie­cek w stylu Doris Day?

Val par­sk­nął śmie­chem.

- No, nie wiem. Masz parę cho­ler­nie zgrab­nych nóg. Praw­do­po­dob­nie zaan­ga­żo­wał­bym cię do jakie­goś noc­nego klubu w rodzaju "La Cage aux Fol­les". Mógł­byś zostać Lizą Minelli. - Po tych sło­wach spo­waż­niał. Nachy­lił się nad łóż­kiem i wbił wzrok w Angela. - Pro­blem w tym, że z two­jego serca zro­bił się kapeć. Taka prawda.

- Łatwo ci mówić.

- Łatwo? - powtó­rzył Val, wygi­na­jąc nie­znacz­nie kąciki ust. - Jesteś moim przy­ja­cie­lem. Nic tu nie jest łatwe.

- A co z moją karierą? W "New York Time­sie" napi­sali, że w swoją grę wkła­dam serce.

Val na­dal na niego patrzył, choć Angel widział, że przy­ja­ciel naj­chęt­niej uciekłby przed nim wzro­kiem.

- Gra­nie to naj­mniej­szy z two­ich pro­ble­mów. Na tym gów­nia­nym fil­mie akcji zaro­bię dla cie­bie kupę kasy. Będziesz mógł się tarzać w szmalu.

Angel zapa­trzył się na opa­ko­wa­nie po papie­ro­sach w dłoni Vala. Chęt­nie by zapa­lił, wychy­lił kie­li­szek tequ­ili. Cokol­wiek, byle jakimś magicz­nym spo­so­bem zmie­nić tę chwilę w inną. Prze­nieść się do wczo­raj­szego dnia, ubie­głego mie­siąca, zeszłego roku.

Nie chciał być umie­ra­jący.

Jed­nak każdy oddech, wysi­lony, bole­sny oddech obna­żał prawdę. Jego serce rzu­ciło ręcz­nik. Ta wie­dza budziła poczu­cie straty i fru­stra­cję.

- Nie chcę, żeby to się roze­szło. Zro­bi­liby ze mnie dzi­wo­ląga.

- Roz­pusz­czę plotę, że jesteś wyczer­pany, pomy­ślą, że przedaw­ko­wa­łeś, nic nad­zwy­czaj­nego. - Val się zadu­mał, po czym nachy­lił się nad łóż­kiem z taką poważną miną, jakiej Angel ni­gdy u niego nie widział. - Słu­chaj, musisz to sobie poukła­dać w gło­wie. W tej chwili wize­ru­nek nie jest twoim naj­więk­szym pro­ble­mem.

Zapa­dło mię­dzy nimi nie­zręczne mil­cze­nie. Angel nie miał ochoty się odzy­wać, nie wie­dział, co powie­dzieć, ale ta cisza grała mu na ner­wach i w końcu musiał ją prze­rwać.

- Chcę być wście­kły na Boga, wiesz? Bo jeżeli jest Bóg, jest też pie­kło, a jeżeli jest pie­kło, to ja przez całe życie gna­łem pro­sto w ogień.

Val się skrzy­wił.

- Nie zapusz­czajmy się w filo­zo­fię. Na dole w limu­zy­nie mam dwie kobitki i zapas koki. - Uśmiech­nął się, lecz jego uśmiech nie się­gał oczu.

I nagle Angela tknęło, o czym on myślał. Obaj brali te same nar­ko­tyki, bzy­kali te same kobiety, obaj balan­so­wali na cien­kiej linie. Skoro on był umie­ra­jący, Valowi też do śmierci mogło być nie­da­leko.

Jak to wpły­nie na ich przy­jaźń?

Prze­biegł go dreszcz paniki. Nagle dotarło do niego, że płaci cenę za lek­ko­myśl­ność i przez sekundę żało­wał, że nie może wró­cić do prze­szło­ści, zmie­nić spo­sobu, w jaki żył. Zro­biłby wszystko, żeby w tej chwili mieć przy sobie przy­ja­ciół, praw­dzi­wych, szcze­rych przy­ja­ciół, któ­rym zale­ża­łoby na nim...

- Przy­kro mi, chło­pie - ode­zwał się cicho Val. - Ale masz z głowy alko­hol, nar­ko­tyki, imprezy. To prze­szłość. Nie wiem, czy zde­cy­du­jesz się na ope­ra­cję, czy nie, ale tamte czasy minęły. Ja na pewno wię­cej nie pójdę z tobą na żadne balety. Chry­ste, mógł­byś wcią­gnąć kre­skę i paść tru­pem, waląc głową o sto­lik. - Wzdry­gnął się na tę myśl i przy­su­nął się z krze­słem bli­żej łóżka. - Angel, wiem, że jesteś prze­ra­żony, a jak się boisz, to się wku­rzasz i rośnie w tobie agre­sja, ale musisz podejść do tego na chłodno. Mówimy o twoim życiu.

- Namia­stce życia. I jesz­cze nie wiesz naj­lep­szego. Na ope­ra­cję wysy­łają mnie do Seat­tle. Do Seat­tle, wyobra­żasz to sobie?

- No i dobrze.

- Cho­lera, co w tym dobrego? - prych­nął skrzy­wiony.

- Masz tam brata. Bałem się, że zosta­niesz z tym sam. Ja muszę jechać na festi­wal fil­mowy, no i zare­zer­wo­wa­łem dom w Aspen na dwa tygo­dnie.

- Za żadne skarby nie pozwolę, żeby moja śmierć popsuła ci plany urlo­powe.

Val spoj­rzał na niego z poczu­ciem winy.

- Mogę odwo­łać...

Angel ni­gdy nie czuł się aż tak samotny. To, że był sławny, gówno zna­czyło. Jego życie przy­po­mi­nało gwiazdę na Hol­ly­wood Boule­vard. Piękną, błysz­czącą rzecz do podzi­wia­nia, lecz wmu­ro­waną w chod­nik i zimną w dotyku.

- Nie przej­muj się. Nic mi nie będzie.

- Angel, jesteś sil­niej­szy niż myślisz. Zawsze byłeś. Dasz radę.

- Wiem.

Nic wię­cej nie zostało do powie­dze­nia.

Dok­tor Made­la­ine Hil­ly­ard pospiesz­nie weszła na oddział inten­syw­nej tera­pii, zanim z chry­pią­cego gło­śnika do końca wybrzmiało wezwa­nie.

Sepa­ratka była jasna i bez­oso­bowa. Na środku stało łóżko, a obok niego sto­lik z bla­tem obsta­wio­nym dzban­kami i kub­kami.

Tom Grant, jej pacjent, leżał nie­ru­chomo z zamknię­tymi oczami, blady, pod­łą­czony rurką intu­ba­cyjną do respi­ra­tora. Końce węży­ków kro­pló­wek ginęły w wenflo­nach wkłu­tych w żyły. Spod skóry na piersi poni­żej żeber wysta­wały dwa spore dreny, które odsy­sały krew z rany poope­ra­cyj­nej do bul­go­czą­cego syczą­cego cylin­dra.

Susan Grant sie­działa zgar­biona przy łóżku, z ramio­nami prze­wie­szo­nymi przez chro­mo­waną barierkę, trzy­ma­jąc dłoń na bez­wład­nych pal­cach męża.

Pod­nio­sła wzrok na widok wcho­dzą­cej lekarki.

- Dzień dobry, dok­tor Hil­ly­ard.

Made­la­ine odpo­wie­działa jej łagod­nym uśmie­chem i pode­szła do łóżka. W mil­cze­niu spraw­dziła dreny, wpi­sała do karty zle­ce­nie częst­szego opróż­nia­nia cylin­dra i przej­rzała spis poda­wa­nych leków. Pre­sory, immu­no­su­pre­santy, anty­bio­tyki prze­pły­wały przez zmal­tre­to­wane, pocięte ciało Toma, aby niwe­lo­wać ryzyko odrzu­ce­nia prze­szczepu.

- Susan, wszystko jest w nor­mie. Wkrótce powi­nien odzy­skać przy­tom­ność.

Łzy skap­nęły z rzęs kobiety i poto­czyły się po policz­kach.

- Dzieci o niego pytają. Ja... nie wiem, co im mówić.

Made­la­ine pra­gnęła ją zapew­nić, że wszystko będzie dobrze - lepiej niż dobrze - że Tom się wybu­dzi, uśmiech­nie się do żony, przy­tuli dzieci i życie będzie wyglą­dać nor­mal­nie.

Jed­nak Tom to szcze­gólny pacjent. Był po dru­gim prze­szcze­pie. Po pierw­szej ope­ra­cji przez dwa­na­ście lat sta­no­wił żywy dowód, że trans­plan­ta­cja daje pacjen­towi szansę na nowe życie. Został ojcem kolej­nej dwójki dzieci, bie­gał w mara­to­nach, brał udział w ogól­no­kra­jo­wych pro­gra­mach pro­pa­gu­ją­cych prze­szczepy. Nie­stety, serce w końcu odmó­wiło współ­pracy i ponow­nie został pio­nie­rem. Był jed­nym z nie­licz­nych pacjen­tów, któ­rym dano trze­cią szansę.

- Pani dok­tor, nie wiem, jak pani dzię­ko­wać - powie­działa szep­tem Susan.

Made­la­ine nie odpo­wie­działa, nie było takiej potrzeby. Przy­su­nęła sobie krze­sło i usia­dła. Wie­działa, że jej obec­ność pod­nosi Susan na duchu, sta­nowi opar­cie w cichym, prze­ra­ża­ją­cym świe­cie opieki poope­ra­cyj­nej. Zer­k­nęła na ścienny zegar - miała czter­dzie­ści pięć minut do umó­wio­nego spo­tka­nia.

Tom słabo zaka­słał. Zadrgały mu powieki.

Susan zawi­sła nad barierką.

- Tommy? Tom?

Made­le­ine zadzwo­niła na pie­lę­gniarkę i nachy­liła się nad łóż­kiem.

- Tom? Sły­szysz mnie?

Otwo­rzył oczy i spró­bo­wał uło­żyć usta w uśmiech wokół rurki dotcha­wicz­nej. Uniósł rękę i dotknął dło­nią policzka żony.

Potem spoj­rzał na Made­la­ine i poka­zał kciuki.

Wła­śnie takie chwile nada­wały sens jej życiu. Za każ­dym razem, kiedy sta­wała nad łóż­kiem takim jak to, pod­nie­ce­nie suk­ce­sem wyzwa­lało wyrzut adre­na­liny.

- Witamy z powro­tem.

- Och, Tommy. - Susan roz­pła­kała się na dobre. Łzy ciur­kiem pły­nęły jej po twa­rzy i kapały na bla­do­nie­bie­ski pled.

Made­la­ine spraw­dziła kilka para­me­trów i dys­kret­nie wyszła z sepa­ratki, żeby mieli chwilę dla sie­bie. Na kory­ta­rzu zatrzy­mała oddzia­łową trans­plan­to­lo­gii, prze­ka­zała jej pół­gło­sem infor­ma­cje o sta­nie pacjen­tów, po dro­dze weszła do gabi­netu po płaszcz i pospiesz­nie opu­ściła budy­nek.

Wyje­chała z par­kingu i pomknęła Madi­son Street w stronę auto­strady. Przez jakiś czas roz­sa­dzała ją radość z powodu postę­pów Toma. Jesz­cze tro­chę i pod­nie­sie się z łóżka, będzie mógł cało­wać dzie­ciaki, brać je na kolana i z nimi na rękach wykrę­cać piru­ety w pogodny wio­senny dzień.

Ona, pozo­stali człon­ko­wie zespołu trans­plan­ta­cyj­nego, rodzina dawcy - wszy­scy razem wno­sili wkład do tego cudu. Nie­ważne, jak czę­sto odby­wały się te ope­ra­cje, ich efekt nie­zmien­nie wywo­ły­wał u niej pełen pokory podziw. Kiedy pacjent budził się po prze­szcze­pie, była wnie­bo­wzięta. Och, oczy­wi­ście wie­działa, że jutro wszystko może się skoń­czyć, orga­nizm może odrzu­cić prze­szczep, zbun­to­wać się, ale zawsze wie­rzyła w powo­dze­nie, modliła się o nie, dla niego pra­co­wała.

Pod­nio­sła oczy, zoba­czyła ozna­cze­nie zjazdu z auto­strady i dobry nastrój roz­wiał się tak samo szybko jak się poja­wił.

Jechała do ogól­niaka córki na spo­tka­nie z peda­go­giem szkol­nym. Nie spo­dzie­wała się miłego prze­biegu roz­mowy.

Wes­tchnęła, czu­jąc w skro­niach pul­so­wa­nie zapo­wia­da­jące migrenę. Tak, to z powodu takich Tomów Gran­tów robiła to, co robiła, spę­dziła lata na stu­dio­wa­niu i rezy­gnu­jąc ze snu oraz życia towa­rzy­skiego, haro­wała jak wół, żeby zostać kar­dio­lo­giem. Ale wszystko ma swoją cenę. Nie­stety, ta prawda dotarła do niej z wie­kiem. Tak, za wszystko trzeba zapła­cić.

Tra­ciła córkę, widziała, jak Lina coraz bar­dziej się od niej oddala. Usi­ło­wała być per­fek­cyjną matką, tak samo jak per­fek­cyjną lekarką. A jed­nak praca w jej stre­su­ją­cym zawo­dzie oka­zała się łatwi­zną w porów­na­niu z samot­nym wycho­wy­wa­niem dziecka. W przy­padku Liny wszyst­kie jej wysiłki zawo­dziły i ukła­dało się mię­dzy nimi coraz gorzej. W ostat­nim cza­sie ich rela­cja wisiała na wło­sku.

Made­la­ine bar­dzo chciała postę­po­wać wła­ści­wie, robić wszystko jak należy, lecz co ona wie­działa o macie­rzyń­stwie? Zaszła w ciążę jako nasto­latka - zde­cy­do­wa­nie za wcze­śnie. Wie­działa, że będzie musiała zaj­mo­wać się córką, stwo­rzyć dla niej dobre, sta­bilne warunki. Szczy­tem marzeń były stu­dia medyczne. Nie wie­rzyła, że uda jej się je skoń­czyć, ale ciężko pra­co­wała, utrzy­mu­jąc się z pie­nię­dzy, które matka zapi­sała jej w spadku. Zaha­ro­wy­wała się, żeby zostać naj­lep­szą stu­dentką na roku i wcze­śniej zro­biła dyplom.

Jed­nak gdzieś po dro­dze coś poszło nie tak. Zaczęło się od dro­bia­zgów - prze­oczone przy­ję­cie uro­dzi­nowe, pilne wezwa­nie do szpi­tala w wie­czór, który pla­no­wały razem spę­dzić, wycieczka, na którą nie mogła poje­chać. Zajęta reali­za­cją wła­snych ambi­cji, nie zauwa­żyła, kiedy córka prze­stała pro­po­no­wać jej wspólne wyj­ścia, liczyć, że matka coś dla niej zrobi albo zała­twi.

I teraz Made­la­ine za to pła­ciła.

Wje­chała na szkolny par­king, wysia­dła z auta, zde­cy­do­wa­nym kro­kiem pode­szła pod drzwi gabi­netu peda­goga i gło­śno zapu­kała.

- Pro­szę - ode­zwał się stłu­miony głos.

Wyrów­nała oddech, zebrała się w sobie i weszła do środka.

Vicky Owen, ener­giczna bru­netka, z sze­ro­kim uśmie­chem wycią­gnęła do niej rękę.

- Witam, dok­tor Hil­ly­ard. Pro­szę usiąść.

Made­la­ine uści­snęła jej dłoń.

- Pro­szę mi mówić po imie­niu.

Vicki wró­ciła za biurko i się­gnęła do sterty papie­rów.

- Popro­si­łam o to spo­tka­nie, ponie­waż mamy poważne pro­blemy z zacho­wa­niem Liny. Waga­ruje, zapo­mina odra­biać zada­nia domowe, bywa aro­gancka na lek­cjach. Szcze­rze mówiąc, nauczy­ciele są zagu­bieni. Ona była taką wzo­rową uczen­nicą.

Dla Made­la­ine każde z tych słów było jak cios nożem. Wie­działa, że wszystko, co usły­szała, było prawdą, wie­działa, że córka ma kło­poty, lecz nie miała poję­cia, co z tym zro­bić.

Twarz Vicki zła­god­niała.

- Nie przej­muj się, Made­la­ine, nie jesteś jedyna. Wszyst­kie matki szes­na­sto­la­tek czują to samo.

Bar­dzo chciała uwie­rzyć w słowa peda­gożki, ale nie mogła tak łatwo się roz­grze­szyć.

- Dzię­kuję - wymam­ro­tała.

- Chcia­ła­byś o tym poroz­ma­wiać?

Made­la­ine spoj­rzała pro­sto w ciemne oczy Vicki. Chciała podzie­lić się swoim kło­po­tem z tą młodą kobietą, wyło­żyć karty na stół, powie­dzieć: "Pomóż mi, bo nie wiem, co robić", a jed­nak nie mogła się prze­móc. Od dziecka sły­szała, że trzeba brać się w garść, być sil­nym. Nie pozwa­lała sobie na oka­zy­wa­nie sła­bo­ści.

- Nie sądzę, aby roz­mowa mogła roz­wią­zać mój pro­blem - powie­działa spo­koj­nie.

Vicky mil­czała przez dłuż­szą chwilę, jakby liczyła na coś wię­cej.

- Nauczy­ciele Liny mówią, że ona pozy­tyw­nie reaguje na dys­cy­plinę - pod­po­wie­działa.

Made­la­ine wzdry­gnęła się po tej deli­kat­nej alu­zji.

- Tak, to prawda. Ja... - Pod­nio­sła oczy na peda­gożkę. Po pro­stu nie wiem jak. - Myślę, że powin­ny­śmy spę­dzać wię­cej czasu razem.

- Być może - odparła Vicky bez prze­ko­na­nia.

- Poroz­ma­wiam z nią.

Vicky splo­tła dło­nie na bla­cie biurka.

- Wiesz, Made­la­ine, w nie­któ­rych przy­pad­kach roz­mowa nic nie daje. Cza­sami nasto­latki potrze­bują sil­nej ręki. Może jej ojciec...

- Nie - ucięła szybko Made­la­ine. - Wycho­wuję ją sama. - Zmu­siła się do uśmie­chu.

- Rozu­miem.

Made­la­ine czuła, że nie usie­dzi tu ani minuty dłu­żej, nie znie­sie tego, co widzi w oczach peda­gożki.

- Zała­twię to, Vicki. - Pode­rwała się krze­sła. - Masz moje słowo.

Vicki kiw­nęła głową.

- Bycie super­mamą to trudne zada­nie. Mamy kilka bar­dzo dobrze funk­cjo­nu­ją­cych grup wspar­cia, które mogłyby ci pomóc.

- Dzię­kuję. Doce­niam twoją tro­skę. - Ski­nęła głową na poże­gna­nie, odwró­ciła się i wyszła z gabi­netu. Zamknęła za sobą drzwi i przy­sta­nęła na chwilę, zaci­ska­jąc powieki.

"Może jej ojciec...".

Sap­nęła gniew­nie. Boże, nie chciała myśleć o ojcu Liny. Całymi latami usu­wała wszel­kie myśli o nim. A jeżeli cza­sami, późno wie­czo­rem, powra­cały wspo­mnie­nia, uwal­niał ją od nich zimny prysz­nic albo prze­bieżka wokół osie­dla.

I to dzia­łało. Chwilę póź­niej już o nim nie myślała, nie potrze­bo­wała go, nie pra­gnęła. Był taki czas, że nie­mal zapo­mniała, jak on wyglą­dał.

I wła­śnie wtedy Lina zaczęła się zmie­niać. Z początku to były dro­bia­zgi. Kilka wię­cej dziu­rek w uszach, roz­darć na dżin­sach, mocno wytu­szo­wane rzęsy ślicz­nych nie­bie­skich oczu.

Made­la­ine to umy­kało. Aż wresz­cie któ­re­goś dnia spoj­rzała na córkę i zoba­czyła jego. I wtedy do niej dotarło, że od wcze­snego dzie­ciń­stwa powinna to widzieć. Lina była jak skóra zdjęta z ojca. Bun­tow­ni­cza nasto­latka, która chciała żyć na całego, nie uzna­wała kom­pro­mi­sów ani ogra­ni­czeń. Tak jak jej ojciec widziała w Made­la­ine słabą kobietę kry­jącą się pod szorstką powłoką. Kobietę, która nie umiała usta­lać reguł, wymu­szać nawet naj­prost­szych warun­ków. Kobietę roz­pacz­li­wie spra­gnioną miło­ści, pozwa­la­jącą innym tę sła­bość wyko­rzy­sty­wać.

Lina Hil­ly­ard głę­boko zacią­gnęła się papie­ro­sem i powoli wypu­ściła dym. Nie­bie­skawa mgiełka odbiła się od przed­niej szyby samo­chodu i zmie­szała z gęstą chmurą wypeł­nia­jącą wnę­trze. Lina opa­dła na opar­cie, siłą woli powstrzy­mu­jąc duszący kaszel.

Ścierp­nięta popra­wiła się na wąskim fotelu, zer­ka­jąc ukrad­kiem na chło­paka obok niej. Jett jak zwy­kle wci­skał gaz do dechy. Z jedną ręką na kie­row­nicy, w dru­giej trzy­mał zwi­niętą z domu butelkę jacka danielsa. Sie­dząca obok niej po pra­wej stro­nie Brit­tany Levin ssała pla­ster limonki, pozo­sta­łość po drinku z tequ­ilą. Wszy­scy się śmiali, roz­ma­wiali i śpie­wali na cały głos roc­kową pio­senkę But­thole Sur­fers, która aku­rat leciała w radiu.

Punk rocka zastą­piła jakaś łagod­niej­sza muzyka. Jett zaklął, wyłą­czył radio, zje­chał na pobo­cze i tak ostro zaha­mo­wał, że zarzu­ciło nimi do przodu, papie­ros Liny ude­rzył o deskę roz­dziel­czą i potur­lał się w stronę kratki nawiewu.

Drzwi małego dat­suna otwo­rzyły się na całą sze­ro­kość i zaczęli wysia­dać. Lina pochy­lona nad deską roz­dziel­czą szu­kała papie­rosa. Zanim go odna­la­zła, wszy­scy zdą­żyli już ulo­ko­wać się pod ogrom­nym cedrem na środku polany.

To było miej­sce ich spo­tkań w sobot­nie wie­czory. W tra­wie walały się żółte ust­niki papie­ro­sów i pognie­cione kar­tony, butelki po alko­holu i pęsetki do skrę­tów z mari­hu­aną. Ktoś zabrał ze sobą boom­boxa i gło­śna muzyka wibro­wała w powie­trzu.

Lina rzu­ciła papie­rosa na zie­mię, roz­gnio­tła go obca­sem i ruszyła w stronę grupy. Jett stał pod drze­wem i pił whi­skey jak wodę. Żółty płyn ście­kał mu po zaro­ście na pod­bródku i kapał na T-shirt.

Żało­wała, że nie przy­cho­dzi jej na myśl jakaś fajna odzywka, coś, czym mogłaby przy­cią­gnąć jego uwagę, spra­wić, by ją zauwa­żył. Od dawna się w nim bujała; był super­fa­ce­tem. Poza tym coś ich łączyło. Jett dora­stał bez ojca. Była pewna, że to, że ich życie wygląda podob­nie, ma zna­cze­nie; że działa tu ręka prze­zna­cze­nia. Nie­stety, on nie zwra­cał na nią uwagi, podob­nie jak reszta z nich. Była jak spra­gniony akcep­ta­cji duch krą­żący na obrze­żach ich przy­jaźni.

- Hej, Hil­ly­ard! - zawo­łał Jett, ocie­ra­jąc usta wierz­chem dłoni. - Masz kasę? Przy­da­łoby się wię­cej fajek.

Lina uśmiech­nęła się i zało­żyła za ucho pasmo czar­nych wło­sów. Wie­działa, że to nie­wiele zna­czy, ale jed­nak coś od niej chciał, cze­goś potrze­bo­wał. Z nich wszyst­kich zawsze miała naj­wię­cej pie­nię­dzy. (To była jedyna fajna rzecz, jeśli cho­dzi o jej okropną matkę).

- No, wystar­czy na kilka paczek! - odkrzyk­nęła, wygrze­bu­jąc pie­nią­dze z kie­szeni dżin­sów.

Brit­tany posłała jej jado­wite spoj­rze­nie. Potem otwo­rzyła torebkę i wycią­gnęła ćwiartkę tequ­ili.

- Lina, masz, weź łyka.

Dziew­czyna chwy­ciła butelkę za cie­płą szyjkę i pocią­gnęła spory haust. Alko­hol roz­szedł się pło­mie­niem w prze­łyku i eks­plo­do­wał w żołądku.

Brit­tany prze­cze­sała pal­cami krótko obcięte włosy i pode­szła do Jetta. Patrząc trium­fal­nie na Linę, wspięła się na palce i wyci­snęła mu na ustach długi, wil­gotny poca­łu­nek. On objął ją w pasie i przy­cią­gnął do sie­bie.

- Sma­ku­jesz jak tequ­ila - wymru­czał. - Kto ma trawkę? - zapy­tał, roz­glą­da­jąc się.

Już po chwili wie­czorne powie­trze zro­biło się cięż­kie od słod­ka­wego zapa­chu mari­hu­any. Wszy­scy sta­nęli w kręgu i poda­wali sobie skręta, śmie­jąc się i podry­gu­jąc.

Lina poczuła dzia­ła­nie mari­hu­any. Świat jakby zwol­nił. Ciało zmie­niło się w gęsty syrop. Nogi ugięły się pod nią i powoli usia­dła na tra­wie.

Zamknęła oczy i koły­sała się na boki. Boże, jak cudow­nie tak odpły­nąć. W takim sta­nie nie­wiele ją obcho­dziło. Nagle prze­stała przej­mo­wać się dzi­siej­szą wizytą jej ide­al­nej matki u szkol­nej peda­gożki. Naćpana wszystko miała w nosie.

Nawet pyta­nia, które prze­śla­do­wały ją cały dzień, teraz, gdy dym uno­sił się z jej papie­rosa, wyda­wały się nie­istotne.

Brit­tany klap­nęła na trawę obok niej.

- Widzia­łam, ja twoja mamuśka wcho­dziła do gabi­netu pani Owen.

Jett par­sk­nął śmie­chem.

- No to masz pro­blem, Hil­ly­ard.

- No, ja też ją widzia­łem - wtrą­cił ktoś. - Może ta twoja mamuśka to suka, ale nie­zła z niej laska.

- Mogłaby być modelką - dodała Brit­tany i pochy­liła się do Liny. - Nie wyglą­dasz jak ona. Do kogo w rodzi­nie jesteś podobna?

Lina odsu­nęła się i zacią­gnęła się papie­ro­sem. Cza­sami z całego serca nie­na­wi­dziła Brit­tany.

- Przy­pusz­czam, że do taty.

Brit­tany obrzu­ciła ją chłod­nym, tak­su­ją­cym spoj­rze­niem.

- Jasne, tylko przy­pusz­czasz. - Znowu pocią­gnęła łyk tequ­ili z butelki. - Hej, mam pomysł! - Roze­śmiała się i zerwała się z ziemi. Pod­bie­gła do Jetta, szep­nęła mu coś do ucha i oboje par­sk­nęli śmie­chem.

Jett rzu­cił na zie­mię butelkę po jacku daniel­sie i chwiej­nie pod­szedł do samo­chodu. Otwo­rzył bagaż­nik, grze­bał w nim przez chwilę, wycią­gnął kilka rze­czy i wró­cił na polanę. Roz­cią­gnął usta w sze­ro­kim pijac­kim uśmie­chu.

- Hil­ly­ard, spraw­dzimy, jak wygląda twój tata.

Lina nie odpo­wie­działa. Oni nie rozu­mieli - nikt z nich nie rozu­miał - jak bar­dzo ją ranili takimi bez­myśl­nymi uwa­gami.

- Co masz na myśli? - zapy­tała cicho.

Jett ukuc­nął, teraz ich oczy zna­la­zły się na tym samym pozio­mie.

- Zoba­czymy, do kogo jesteś podobna. Będzie super­owo. Poważ­nie.

Zanim zdą­żyła pomy­śleć o odpo­wie­dzi, wci­snął jej na głowę starą bejs­bo­lówkę i szczek­nął noży­cami.

- Obe­tnę ci włosy wzdłuż brzegu czapki. Super pomysł. - Czknął i kwik­nął śmie­chem.

Oble­ciał ją strach.

- Zacze­kaj...

- Moja stara jest fry­zjerką. Wiem, co robię.

- Chyba nie pękasz, co, Lino? - rzu­ciła Brit­tany, patrząc na nią z góry.

Reszta bandy oto­czyła ich kołem.

Lina przy­gry­zła dolną wargę, żeby ukryć jej drże­nie.

- Nie pękam - oznaj­miła, nie odry­wa­jąc oczu od twa­rzy Brit­tany. - Poza tym krót­kie włosy są spoko. - Odwró­ciła się do Jetta z sze­ro­kim, zaczep­nym uśmie­chem. - Bierz się do roboty.

Jett obci­nał pasmo po pasmie. Grube pukle kru­czo­czar­nych wło­sów zsu­wały się na dżin­sową kurtkę. Zgrzyt nożyc przy­pra­wiał ją o gęsią skórkę, miała wra­że­nie, że z każ­dym pasmem traci kawa­łek sie­bie.

Brit­tany wyjęła z torby lusterko i podała je Linie z peł­nym satys­fak­cji bły­skiem w brą­zo­wych oczach.

Lina powoli wycią­gnęła rękę po lusterko, spoj­rzała na swoje odbi­cie. Na moment wstrzy­mała oddech, ale już po chwili prze­stała widzieć obsmy­czone włosy. Wpa­try­wała się w swoją twarz.

Wró­ciły tysiące pytań i tym razem ani alko­hol, ani trawka ich nie zagłu­szyły. W gło­wie wiro­wały myśli o ojcu - tajem­ni­czym ojcu, który odci­snął swój ślad w jej rysach i duszy. Jak zawsze zasta­na­wiała się, co mógł teraz robić. Wra­cał do domu z pracy? Cało­wał jakieś dzieci, które póź­niej mu się uro­dziły, tamte, z któ­rymi został i zde­cy­do­wał się je wycho­wać?

Wszystko ina­czej by wyglą­dało, gdy­bym cie­bie poznała - pomy­ślała nie wia­domo który raz.

- Wygląda jak pan Sears - oce­niła Brit­tany i roze­śmiała się piskli­wie. - Ty, Hil­ly­ard, to może nasz woźny jest twoim tatą?

Jett zacią­gnął się skrę­tem.

- Nie rozu­miem, dla­czego po pro­stu nie zapy­tasz o to swo­jej sta­rej - ode­zwał się, wypusz­cza­jąc dym ustami. - Moja matka kilka lat temu dała mi namiary na ojca. Powie­działa, że mogę u niego zamiesz­kać i krzy­żyk na drogę.

Po pro­stu zapy­taj.

Na samą myśl prze­biegł ją dreszcz. Może tym razem rze­czy­wi­ście tak zrobi. Zbli­żają się jej szes­na­ste uro­dziny...

Ten pomysł zaczął doj­rze­wać w jej gło­wie, rosnąć i przy­bie­rać coraz bar­dziej realny kształt. Z wra­że­nia drżała na całym ciele. Już wie­działa, co chce na uro­dziny.

- Naj­wyż­szy czas - powie­działa do sie­bie, czu­jąc, jak jej usta same ukła­dają się w uśmiech.

- I jak, Lino? - Nosowy głos Brit­tany wdarł się w jej myśli.

Pod­nio­sła wzrok. Dopiero po sekun­dzie do niej dotarło, na co oni wszy­scy cze­kają. Włosy. Spoj­rzała na Jetta, prze­nio­sła wzrok na Brit­tany. Ona nie ma poję­cia - pomy­ślała - jak mało ją ta pie­przona fry­zura obcho­dzi.

- No, ujdzie - orze­kła. - Dzięki Jett. A teraz daj mi tequ­ili.

Rozdział 3

3

Made­la­ine poło­żyła fir­mowe rekla­mówki na skrzy­pią­cym sta­rym pomo­ście i usia­dła. Słony wiatr muskał policzki i burzył krót­kie włosy. Jej odbi­cie kła­dło się na łagod­nych ciem­no­zie­lo­nych falach, które ude­rza­jąc o pale oble­pione sko­ru­pia­kami, zmie­niały się w pianę. Pomost poję­ki­wał i koły­sał się pod nią przy każ­dym ude­rze­niu fali, jakby wal­czył o swoje miej­sce z potęgą morza.

- Cześć, mamo - ode­zwała się gło­sem łagod­nym i cichym, podob­nym do szeptu wia­tru w szpa­rach mię­dzy nad­mur­sza­łymi deskami.

Morze patrzyło na nią, falo­wało, wycze­ki­wało.

Tak bar­dzo pra­gnęła odna­leźć bli­skość z matką w tym jedy­nym miej­scu na ziemi, gdzie to w ogóle było moż­liwe, lecz trudno odtwo­rzyć więzy zerwane wiele lat temu.

A jed­nak nie rezy­gno­wała. W każdą pierw­szą nie­dzielę mie­siąca wra­cała tutaj i roz­ma­wiała z kobietą, która powinna ukształ­to­wać jej życie. Pierw­szy raz przy­szła na pomost, gdy miała sześć lat. Chude jak trzcinka dziecko o nie­ru­cho­mej buzi, ubrane jak mała lalka. Stała z zesta­wio­nymi cia­sno sto­pami w czar­nych lakier­kach od Mary Janes i czar­nej saty­no­wej sukience tar­ga­nej wia­trem.

Zamknęła oczy i pozwo­liła popły­nąć wspo­mnie­niom, jedy­nej rze­czy, jaka jej pozo­stała.

Ojciec stał na brzegu pomo­stu obok niej, wiatr trze­po­tał połami płasz­cza Bur­berry, policzki miał czer­wone z zimna. Z tubal­nym, nie­przy­jem­nym gło­sem i spoj­rze­niem, któ­rego ni­gdy nie kie­ro­wał na nią, wyda­wał się wtedy ogromny, potężny i nie­znisz­czalny.

Pro­chy jej matki uno­siły się na wodzie...

- Nie płacz, dziecko. To jej nie przy­wróci.

Posłu­chała, zawsze postę­po­wała tak, jak chciał; wstrzy­mała łzy i oddech. Morze roz­ma­zało się w migo­tliwą plamę, nie­bie­ski bez­kres, który wcze­śniej nie miał dla niej żad­nego zna­cze­nia, a teraz krył to, co zostało z jej matki.

Przez wiele lat nie wra­cała w to miej­sce, ale odkąd raz przy­szła, nie umiała już trzy­mać się od niego z daleka.

Zasze­le­ściły pakunki w tor­bach za jej ple­cami, przy­po­mi­na­jąc jej, po co przy­szła. Potrze­bo­wała wspar­cia matki.

- Jutro są uro­dziny Liny - powie­działa cicho.

Słowa ponio­sła i pochło­nęła bryza. Po wyczer­pu­ją­cym dniu w pracy poszła na zakupy, prze­ży­wa­jąc roz­terki przed każdą decy­zją. Zale­żało jej, żeby tra­fić z pre­zen­tami. To miał być most prze­rzu­cony pomię­dzy nią i Liną. Cudowny klej, który spoi nad­wą­tlony szew ich rela­cji.

Chciała, żeby jutrzej­sze święto ozna­czało nowy począ­tek dla niej i Liny, matki i córki, które tak bar­dzo od sie­bie się odda­liły. Jak to osią­gnąć?

Wła­śnie z tym pyta­niem przy­szła do dawno zmar­łej matki. Jak dwie osoby, które powinny się kochać, mają odna­leźć drogę do sie­bie? W jaki cudowny spo­sób prze­kie­ro­wać rela­cję na wła­ściwe tory?

Pomóż mi, mamo.

Pod­nio­sła głowę i zapa­trzyła się na mie­niącą się taflę. Jak zawsze odpo­wie­dział jej tylko mono­tonny plusk wody pod pomo­stem. Wiatr się wzmógł i wzbu­rzone morze coraz gwał­tow­niej ude­rzało o pale. Mewa, skrze­cząc, śmi­gnęła nad jej głową i zanur­ko­wała w morzu.

- Tak myśla­łem, że cię tutaj znajdę.

Cie­pły głos Fran­cisa DeMarco spły­nął bal­sa­mem na jej duszę. Powinna podej­rze­wać, że on się pojawi. Obej­rzała się i uśmiech­nęła do niego.

Stał jakiś metr za nią, wysoki, wypro­sto­wany, z dłu­gimi rękami opusz­czo­nymi wzdłuż boków. Jak zawsze wyglą­dał tro­chę nie­zręcz­nie w sutan­nie, jakby księ­żow­ski strój odbie­rał mu pew­ność sie­bie. Jego blada, gładka cera kon­tra­sto­wała z czar­nym jak smoła mate­ria­łem. Wijące się pasmo psze­nicz­no­ja­snych wło­sów opa­dało mu na oko. Nie­cier­pli­wym gestem odgar­nął je na bok, a ono natych­miast z powro­tem zsu­nęło się na czoło.

Na jego widok Made­la­ine zro­biło się lżej na sercu. Jak zawsze patrzył na nią uważ­nie błysz­czą­cymi oczami, z ustami uło­żo­nymi do uśmie­chu.

- Cześć, Fran­cis!

Uśmiech­nął się w ten swój chło­pięcy spo­sób, anga­żu­jąc w ten uśmiech całą twarz. Jak na doro­słego męż­czy­znę wyglą­dał wzru­sza­jąco nie­win­nie.

- Nie widzia­łem cię dziś rano w kościele.

Zaśmiała się z ich sta­rego żartu.

- Modli­łam się dziś na sali ope­ra­cyj­nej. I przy sto­isku z kosme­ty­kami w Nord­stro­mie.

Pod­szedł do niej. Obcasy jego butów zastu­kały o zmur­szałe deski. Kiedy sia­dał przy niej, chrup­nęły mu stawy w kola­nach.

- Tym razem odpo­wiada? - Skie­ro­wał spoj­rze­nie na bez­miar wody.

Gdyby to pyta­nie zadał ktoś inny, nie Fran­cis, jej Fran­cis, który znał ją jak nikt na świe­cie, zapewne poczu­łaby się dotknięta. Z wes­tchnie­niem oparła się o niego i wsu­nęła swoją dłoń w jego.

Od tak wielu lat miała w nim opar­cie. Jej naj­lep­szy przy­ja­ciel. Zawsze znaj­do­wała w nim siłę, któ­rej jej bra­ko­wało.

- Nie, nie odpo­wiada.

- Przy­go­to­wana do jutrzej­szego przy­ję­cia? Widzę, że ogo­ło­ci­łaś Nord­strom i Tower Records.

Roze­śmiała się i poczuła ulgę. Zde­cy­do­wa­nie za rzadko się śmiała.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki