p

Poważny i nieromantyczna - Ashley Poston

Kup ebooka

40.00 zł
31.20 zł (31,20 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Gho­stw­ri­terka

Wkaż­dej po­rząd­nej hi­sto­rii kryje się parę se­kre­tów.

Tak mi przy­naj­mniej mó­wiono. Cza­sem te se­krety do­ty­czą mi­ło­ści, cza­sem ro­dziny, cza­sem mor­der­stwa - nie­które są tak nie­istotne, że trudno je w ogóle uznać za se­krety, nie­mniej dla ich wła­ści­ciela mają ogromne zna­cze­nie. Każdy ma ja­kiś se­kret. Za każ­dym se­kre­tem kryje się hi­sto­ria.

A w mo­jej gło­wie każda hi­sto­ria ma szczę­śliwe za­koń­cze­nie.

Gdy­bym była bo­ha­terką hi­sto­rii, po­wie­dzia­ła­bym wam, że mam trzy se­krety.

Pierw­szy: od czte­rech dni nie umy­łam wło­sów.

Drugi: do mo­jej ro­dziny na­le­żał dom po­grze­bowy.

I trzeci: by­łam gho­stw­ri­terką mega po­pu­lar­nej i cie­szą­cej się ogrom­nym uzna­niem au­torki ro­man­sów Ann Ni­chols.

I by­łam po­twor­nie spóź­niona na spo­tka­nie.

- Pro­szę przy­trzy­mać drzwi! - za­wo­ła­łam, omi­ja­jąc w re­cep­cji pra­cow­nika ochrony i bie­gnąc w stronę wind.

- Pa­nienko! - za­wo­łał za mną spe­szony ochro­niarz. - Musi się pani wpi­sać! Nie można ot tak...

- Flo­rence Day! Fal­con Ho­use Pu­bli­shers! Za­dzwoni pan do Erin, a ona mnie za­twier­dzi! - Obej­rza­łam się przez ra­mię i wśli­zgnę­łam do jed­nej z wind. Ra­zem z kak­tu­sem.

Gdy drzwi się za­su­nęły, si­wie­jący męż­czy­zna w ele­ganc­kim gar­ni­tu­rze zmie­rzył wzro­kiem ro­ślinę.

- Pre­zent dla mo­jego no­wego re­dak­tora - wy­ja­śni­łam, bo nie na­le­ża­łam do osób, które wszę­dzie za­bie­rają ze sobą su­ku­lenty. - Wia­domo, że nie dla mnie. Ja za­bi­jam wszystko, czego się do­tknę, w tym już trzy kak­tusy.

Męż­czy­zna za­kasz­lał w dłoń i od­su­nął się ode mnie. Ko­bieta po dru­giej stro­nie po­wie­działa ta­kim to­nem, jakby mnie chciała po­cie­szyć:

- To wspa­niale, moja droga.

Co ozna­czało, że to okropny pre­zent. To zna­czy, mnie też się tak wy­da­wało, ale zbyt długo cze­ka­łam na sta­cji na po­ciąg, w sta­nie lek­kiej pa­niki roz­ma­wia­jąc z bra­tem przez te­le­fon, i wtedy zo­ba­czy­łam drep­czącą po pe­ro­nie za­su­szoną sta­ruszkę z wał­kami na gło­wie, która sprze­da­wała kak­tusy po do­la­rze za sztukę, a kiedy się de­ner­wo­wa­łam, to ku­po­wa­łam różne rze­czy. Głów­nie książki, ale wy­glą­dało na to, że te­raz także ro­śliny do­nicz­kowe.

Męż­czy­zna w gar­ni­tu­rze wy­siadł na dwu­dzie­stym pię­trze, a ko­bieta, która przy­trzy­mała dla mnie windę - na dwu­dzie­stym siód­mym. Nim drzwi znowu się za­su­nęły, zaj­rza­łam na chwilę do ich świa­tów: nie­ska­zi­tel­nie biała wy­kła­dzina albo wy­po­le­ro­wana drew­niana pod­łoga i szklane wi­tryny ze sta­rymi książ­kami. W tym biu­rowcu swoje sie­dziby miało cał­kiem sporo wy­daw­nictw, za­równo tych, które pu­bli­ko­wały on­line, jak i tych od ksią­żek pa­pie­ro­wych, a na jed­nym z pię­ter mie­ściła się na­wet re­dak­cja ga­zety. Rów­nie do­brze mo­głam je­chać windą z re­dak­to­rem Nory Ro­berts.

Za każ­dym ra­zem, kiedy tu przy­jeż­dża­łam, by­łam wy­jąt­kowo wy­czu­lona na to, że lu­dziom wy­star­czy jedno spoj­rze­nie na mnie - w wy­da­ją­cych pi­skliwe dźwięki bu­tach na pła­skim ob­ca­sie, po­ce­ro­wa­nych raj­tu­zach i za du­żym kra­cia­stym płasz­czu - aby dojść do wnio­sku, że je­stem za ni­ska na to miej­sce.

Co... było prawdą. Mia­łam le­dwo metr pięć­dzie­siąt pięć i wszystko, co no­si­łam, było wy­godne, a nie sty­lowe. Rose, moja współ­lo­ka­torka, za­wsze żar­to­wała, że je­stem osiem­dzie­się­cio­latką w ciele dwu­dzie­sto­ośmio­latki.

Cza­sami tak się wła­śnie czu­łam.

Naj­lep­szy re­laks za­pew­niał Net­flix, po­duszka or­to­pe­dyczna i kie­li­szek wina.

Kiedy drzwi windy roz­su­nęły się na trzy­dzie­stym siód­mym pię­trze, by­łam już sama i tu­li­łam do sie­bie do­niczkę z kak­tu­sem, jakby to była ka­mi­zelka ra­tun­kowa na środku mo­rza. Sie­dziba Fal­con Ho­use Pu­bli­shers była nie­ska­zi­tel­nie czy­sta i biała, a po obu stro­nach wej­ścia stały dwa pod­świe­tlane flu­ore­scen­cyj­nym świa­tłem re­gały, w któ­rych pysz­niły się wszyst­kie be­st­sel­lery i li­te­rac­kie ar­cy­dzieła, ja­kie wy­daw­nic­two wy­dało w swo­jej sie­dem­dzie­się­cio­pię­cio­let­niej hi­sto­rii.

Co naj­mniej po­łowę re­gału po le­wej stro­nie zaj­mo­wały książki Ann Ni­chols: Córka wy­spia­rza, Las ma­rzeń, Dom na za­wsze, te, któ­rymi za­chwy­cała się moja mama, kiedy jako na­sto­latka pi­sy­wa­łam swoje spro­śne fan­fiki o Le­sta­cie. Obok nich stały now­sze po­wie­ści Ann: Praw­do­po­do­bień­stwo mi­ło­ści, Po­rad­nik roz­pust­nika: jak zdo­być dziew­czynę (z tego ty­tułu by­łam naj­bar­dziej dumna) oraz Po­ca­łu­nek w Mid­ni­ght Ma­ti­nee. W okład­kach za szybą od­bi­jała się moja twarz bla­dej i nie­wy­spa­nej mło­dej ko­biety z wło­sami w od­cie­niu brud­nego blondu, ze­bra­nymi na czubku głowy w luźny ko­czek i z cie­niami pod zmę­czo­nymi brą­zo­wymi oczami. Ko­lo­rowy szal i ob­szerny be­żowy swe­ter spra­wiały, że wy­glą­da­łam jak gość Klubu Przę­dza Mie­siąca, nie zaś jed­nego z naj­bar­dziej uzna­nych wy­daw­nictw na świe­cie.

For­mal­nie rzecz bio­rąc, ja nie by­łam tu go­ściem. Była nim Ann Ni­chols, a mnie uwa­żano za jej pod­rzędną asy­stentkę.

I cze­kało mnie spo­tka­nie.

Sta­łam skrę­po­wana w holu, z kak­tu­sem przy­ci­śnię­tym do piersi, a ciem­no­włosa re­cep­cjo­nistka Erin unio­sła pa­lec, koń­cząc pro­wa­dzoną przez te­le­fon roz­mowę. Coś tam o sa­łatce na lunch. Kiedy w końcu się roz­łą­czyła, pod­nio­sła głowę znad ekranu i zo­ba­czyła, że to ja.

- Flo­rence! - przy­wi­tała mnie z pro­mien­nym uśmie­chem. - Jak do­brze wi­dzieć cię na cho­dzie! Jak tam Rose? Ta wczo­raj­sza im­preza była na­prawdę gruba.

Sta­ra­łam się nie krzy­wić na myśl o tym, jak o trze­ciej nad ra­nem do­tar­ły­śmy z Rose do miesz­ka­nia.

- To prawda.

- Rose na­dal żyje?

- Prze­trwała już gor­sze.

Erin za­śmiała się. Na­stęp­nie ro­zej­rzała się po czę­ści re­cep­cyj­nej, jakby ko­goś szu­kała.

- Pani Ni­chols nie zjawi się dzi­siaj?

- O nie, na­dal prze­bywa w Ma­ine, ro­biąc... swoje.

Erin po­krę­ciła głową.

- Nie za­sta­na­wiasz się cza­sem, jak to jest być Ann Ni­chol­sami i Ste­phe­nami Kin­gami tego świata?

- Pew­nie faj­nie - przy­zna­łam. Ann Ni­chols nie opusz­czała swo­jej ma­łej wy­sepki w Ma­ine od... pię­ciu lat? W każ­dym ra­zie od­kąd dla niej pra­co­wa­łam.

Po­cią­gnę­łam w dół owi­nięty wo­kół ust i szyi ko­lo­rowy sza­lik. Choć zima już mi­nęła, Nowy Jork za­wsze fun­do­wał przed wio­sną ostat­nie ude­rze­nie zimna i mu­siało się to zda­rzyć wła­śnie dzi­siaj. Za­czy­na­łam się już po­cić pod płasz­czem.

- Pew­nego dnia - do­dała Erin - po­wiesz mi, jak to się stało, że zo­sta­łaś asy­stentką Ann Ni­chols.

Ro­ze­śmia­łam się.

- Już ci mó­wi­łam, dzięki re­kla­mie w Cra­iglist.

- Nie wie­rzę.

Wzru­szy­łam ra­mio­nami.

- C'est la vie.

Erin była ode mnie kilka lat młod­sza, a na jej biurku dum­nie się pre­zen­to­wał dy­plom ukoń­cze­nia stu­diów na Uni­wer­sy­te­cie Co­lum­bia. Rose po­znała ją ja­kiś czas temu przez apli­ka­cję rand­kową i kilka razy się umó­wiły, choć z tego, co sły­sza­łam, te­raz ich zna­jo­mość miała cha­rak­ter czy­sto przy­ja­ciel­ski.

Roz­dzwo­nił się te­le­fon na biurku.

- No to mo­żesz iść, pa­mię­tasz drogę, tak? - po­wie­działa szybko Erin.

- No ja­sne.

- Su­per. Po­wo­dze­nia! - do­dała, po czym swoim naj­lep­szym gło­sem re­cep­cjo­nistki rzu­ciła do te­le­fonu: - Dzień do­bry! Fal­con Ho­use Pu­bli­shers, z tej strony Erin...

No i zo­sta­łam po­zo­sta­wiona sa­mej so­bie.

Wie­dzia­łam, do­kąd się udać, dla­tego że u po­przed­niej re­dak­torki by­wa­łam tyle razy, że tra­fi­ła­bym tam z za­wią­za­nymi oczami. Ta­bi­tha Mar­gra­ves ode­szła nie­dawno na eme­ry­turę, w ab­so­lut­nie naj­gor­szym cza­sie, i z każ­dym kro­kiem, który przy­bli­żał mnie do ga­bi­netu, moc­niej za­ci­ska­łam dło­nie na do­niczce z bied­nym kak­tu­sem.

Ta­bi­tha wie­działa, że je­stem gho­stw­ri­terką Ann. Wie­działy o tym je­dy­nie ona i agentka Ann - cóż, Rose także, ale ona się nie li­czyła. Czy Ta­bi­tha zdra­dziła ten cenny se­kret no­wemu re­dak­to­rowi? Boże, oby. W prze­ciw­nym ra­zie to spo­tka­nie okaże się mocno krę­pu­jące.

Wzdłuż ko­ry­ta­rza bie­gły ściany z ma­to­wego szkła. Ich ce­lem było za­pew­nie­nie pry­wat­no­ści, słabo z tym jed­nak so­bie ra­dziły. Sły­sza­łam, jak cie­nie re­dak­to­rów, mar­ke­tin­gow­ców i pia­row­ców roz­ma­wiają ści­szo­nymi gło­sami o po­zy­ska­niach, pla­nach mar­ke­tin­go­wych, zo­bo­wią­za­niach wy­ni­ka­ją­cych z umowy, tra­sach pro­mo­cyj­nych... prze­no­sze­niu środ­ków z bu­dżetu jed­nej książki do dru­giej.

O tych wszyst­kich aspek­tach wy­daw­ni­czych, o któ­rych nikt tak na­prawdę ni­gdy nie mówi.

Dzia­łal­ność wy­daw­ni­cza wy­da­wała się bar­dzo ro­man­tyczna, do­póki sa­memu nie tra­fiło się do tej branży. Wtedy prze­kształ­cała się w ko­lejny ro­dzaj kor­po­ra­cyj­nego pie­kła.

Mi­nę­łam kil­koro asy­sten­tów re­dak­to­rów w kwa­dra­to­wych bok­sach, ze sto­sami ma­szy­no­pi­sów się­ga­ją­cymi nie­mal końca prze­pie­rzeń. Wy­glą­dali na wy­koń­czo­nych i po­ży­wiali się mar­chew­kami z hu­mu­sem. Naj­wy­raź­niej te sa­łatki za­ma­wiane przez Erin nie były prze­zna­czone dla nich, co nie zna­czy, aby asy­stenci za­ra­biali tyle, aby móc so­bie po­zwo­lić na co­dzienne je­dze­nie na wy­nos. Usy­tu­owa­niem ga­bi­ne­tów rzą­dziła pewna hie­rar­chia - im da­lej się szło, tym wyż­sze za­robki. Do­szłam do końca ko­ry­ta­rza i za­trzy­ma­łam się zdu­miona. Z drzwi ga­bi­netu znik­nął kwia­towy wie­niec, który miał przy­no­sić szczę­ście, a ze ściany z ma­to­wego szkła na­klejki z na­pi­sami: NIE PRÓ­BUJ, LECZ RÓB! i RO­MAN­TYZM NIE UMARŁ!

Przez chwilę wy­da­wało mi się, że źle skrę­ci­łam, ale wtedy roz­po­zna­łam sta­żystkę, która sie­działa w nie­wiel­kim bok­sie i z peł­nym udręki roz­go­rącz­ko­wa­niem wkła­dała do ko­pert eg­zem­pla­rze sy­gnalne ja­kiejś książki w mięk­kiej opra­wie.

Mój nowy re­dak­tor nie tra­cił czasu i w eks­pre­so­wym tem­pie ze­rwał na­klejki, a wie­niec wy­rzu­cił do ko­sza. Nie wie­dzia­łam, czy to do­bry znak, czy wprost prze­ciw­nie.

Pod ko­niec pracy Ta­bi­thy Mar­gra­ves w Fal­con Ho­use co­raz czę­ściej mia­ły­śmy od­mienne zda­nie.

- Ro­man­tyzm wie­rzy w szczę­śliwe za­koń­cze­nia. Prze­każ to Ann - tak mó­wiła z prze­ką­sem, bo prze­cież w grun­cie rze­czy to ja by­łam Ann.

- Ann już w to nie wie­rzy - od­pa­ro­wy­wa­łam.

Je­stem prze­ko­nana, że do czasu, kiedy wrę­czyła wy­mó­wie­nie i wy­je­chała cie­szyć się eme­ry­turą na Flo­ry­dzie, obie pla­no­wa­ły­śmy się na­wza­jem zgła­dzić. Ona na­dal wie­rzyła w mi­łość - ja­kimś cu­dem, nie­moż­li­wie.

A ja po­tra­fi­łam przej­rzeć to kłam­stwo.

Mi­łość ozna­czała wy­trzy­my­wa­nie z kimś przez pięć­dzie­siąt lat, żeby mieć ko­goś, kto cię po śmierci po­chowa. Już ja coś wie­dzia­łam na ten te­mat - moja ro­dzina pra­co­wała w branży zwią­za­nej ze śmier­cią.

Kiedy jej to po­wie­dzia­łam, Ta­bi­tha na­zwała mnie igno­rantką.

Od­par­łam, że je­stem re­alistką.

A to ogromna róż­nica.

Z kak­tu­sem na ko­la­nach usia­dłam na jed­nym z dwóch krze­seł przed ga­bi­ne­tem i cze­ka­łam, prze­wi­ja­jąc po­sty na In­sta­gra­mie. Moja młod­sza sio­stra wrzu­ciła fotkę z bur­mi­strzem mo­jego ro­dzin­nego mia­steczka - gol­de­nem re­trie­ve­rem - i ogar­nęła mnie tę­sk­nota za do­mem. Za po­godą, za do­mem po­grze­bo­wym, za nie­sa­mo­wi­tym pie­czo­nym kur­cza­kiem mamy.

Cie­kawe, co szy­ko­wała dzi­siaj na ko­la­cję.

Po­grą­żona w my­ślach, nie usły­sza­łam, że drzwi ga­bi­netu się otwie­rają. Do te­raź­niej­szo­ści przy­wo­łał mnie do­piero zde­cy­do­wa­nie mę­ski głos:

- Prze­pra­szam, że mu­siała pani cze­kać, za­pra­szam do środka.

Za­sko­czona ze­rwa­łam się z krze­sła. Czyż­bym cze­kała pod nie­wła­ści­wym ga­bi­ne­tem? Zer­k­nę­łam na boksy - po le­wej stro­nie ciem­no­włosa sta­żystka-pra­co­ho­liczka pa­ku­jąca książki do ko­pert, po pra­wej szlo­cha­jący w sa­łatkę dy­rek­tor działu kadr - nie, to zde­cy­do­wa­nie wła­ściwy ga­bi­net.

Męż­czy­zna od­chrząk­nął ze znie­cier­pli­wie­niem.

Tak mocno przy­ci­snę­łam kak­tusa do piersi, że czu­łam, jak do­niczka się wy­gina, po czym we­szłam do ga­bi­netu.

I za­mar­łam.

Rze­czony męż­czy­zna usiadł na skó­rza­nym fo­telu, który przez trzy­dzie­ści pięć lat (pew­nie dłu­żej, niż on w ogóle żył) zaj­mo­wała Ta­bi­tha Mar­gra­ves. Biurko, wcze­śniej za­sta­wione por­ce­la­no­wymi bi­be­lo­tami i zdję­ciami jej psa, te­raz było czy­ste, a wszystko le­żało na swoim miej­scu. To biurko nie­mal per­fek­cyj­nie od­zwier­cie­dlało sie­dzą­cego za nim męż­czy­znę: zbyt wy­twor­nego, w wy­pra­so­wa­nej bia­łej ko­szuli, któ­rej ma­te­riał na­pie­rał na sze­ro­kie ra­miona, a pod­wi­nięte do łokci rę­kawy od­kry­wały onie­śmie­la­jąco sek­sowne przed­ra­miona. Czarne, za­cze­sane do tyłu włosy od­sła­niały po­cią­głą twarz i uwy­dat­niały rów­nie długi nos, na któ­rym znaj­do­wały się czarne, kan­cia­ste oku­lary. Na twa­rzy wi­dać było ja­sne piegi: je­den przy pra­wej dziurce od nosa, dwa na po­liczku, je­den tuż nad gę­stą prawą brwią. Cała kon­ste­la­cja. Przez chwilę mia­łam ochotę wziąć mar­ker i po­łą­czyć je, aby się prze­ko­nać, jaki kryje się w nich mit. W na­stęp­nej chwili szybko do mnie do­tarło, że...

Och.

Ten męż­czy­zna był sek­sowny. I mia­łam już oka­zję go spo­tkać. Na im­pre­zach wy­daw­ni­czych z Rose albo moim by­łym chło­pa­kiem. Nie pa­mię­ta­łam, jak się na­zywa, ale na pewno na­tknę­łam się na niego wię­cej niż raz. Wstrzy­ma­łam od­dech, za­sta­na­wia­jąc się, czy mnie po­znał.

Przez chwilę tak mi się wy­da­wało, dla­tego że otwo­rzył sze­rzej oczy - mi­ni­mal­nie, na tyle je­dy­nie, abym na­brała po­dej­rzeń, że coś wie - za­raz to jed­nak mi­nęło.

Od­chrząk­nął.

- Pani jest za­pewne asy­stentką Ann Ni­chols - po­wie­dział bez za­jąk­nię­cia.

Wstał i ob­szedł biurko, po czym wy­cią­gnął do mnie rękę. Był... ol­brzymi. Taki wy­soki, że po­czu­łam się, jak­bym na­gle prze­nio­sła się do bajki Jaś i ma­giczna fa­sola, w któ­rej on jest bar­dzo grubą ło­dygą fa­soli, na którą mam ogromną ochotę się wspiąć...

"Nie. Nie, Flo­rence. Nie­grzeczna dziew­czyna" - zbesz­ta­łam sie­bie w my­ślach. "Nie chcesz wspiąć się na niego jak na drzewo, dla­tego że jest twoim no­wym re­dak­to­rem, a co za tym idzie, w żad­nym ra­zie nie wolno się na niego wspi­nać".

- Flo­rence Day - po­wie­dzia­łam, uj­mu­jąc jego dłoń.

- Benji An­dor, ale może na­zy­wać mnie pani Be­nem.

- Flo­rence - po­wtó­rzy­łam za­szo­ko­wana, że po­tra­fię wy­do­być z sie­bie coś wię­cej niż pisk.

Ką­ciki jego ust lekko drgnęły.

- Już to pani mó­wiła.

Szybko za­bra­łam rękę.

- O Boże. No tak, prze­pra­szam.

Usia­dłam nieco zbyt ener­gicz­nie na nie­wy­god­nym krze­śle z Ikei. Na mo­ich ko­la­nach spo­czy­wał kak­tus. Po­liczki do­słow­nie mi pło­nęły i skoro to czu­łam, wie­dzia­łam, że on też wi­dzi moje ru­mieńce.

Po­now­nie usiadł i po­pra­wił le­żące na biurku pióro.

- Miło pa­nią po­znać. Prze­pra­szam, że mu­siała pani cze­kać, po­dróż me­trem to było dzi­siaj praw­dziwe pie­kło. Erin wciąż mi po­wta­rza, abym nie jeź­dził li­nią B, a mimo to jak głu­piec ro­bię to za każ­dym ra­zem.

- Albo ma­so­chi­sta - do­da­łam, nim zdą­ży­łam się po­wstrzy­mać.

Za­śmiał się.

- Może jedno i dru­gie.

Przy­gry­złam we­wnętrzną stronę po­liczka, aby ukryć uśmiech. Miał na­prawdę przy­jemny śmiech, ni­ski i gar­dłowy.

O nie, to spo­tka­nie w ogóle nie szło zgod­nie z pla­nem.

Te­raz mnie lu­bił, a za pięć mi­nut już nie bę­dzie. Na­wet ja nie da­rzy­łam sie­bie sym­pa­tią za to, co za­mie­rza­łam zro­bić - dla­czego uzna­łam, że pre­zent w po­staci kak­tusa wszystko uła­twi?

Po­pra­wił pióro tak, że le­żało rów­no­le­gle do kla­wia­tury. W jego ga­bi­ne­cie wszystko było ta­kie upo­rząd­ko­wane. Od­nio­słam wra­że­nie, że jest on tego typu osobą, która po zna­le­zie­niu w księ­garni odło­żo­nej nie na miej­sce książki od­nie­sie ją na od­po­wied­nią półkę.

Wszystko miało swoje miej­sce.

Jego do­meną był bul­let jo­ur­nal, moją kar­teczki sa­mo­przy­lepne.

W su­mie to może i do­brze. Spra­wiał wra­że­nie bar­dzo za­sad­ni­czego, a osoby za­sad­ni­cze rzadko były ro­man­tyczne, dla­tego też nie spoj­rzy na mnie z po­gardą, kiedy mu w końcu po­wiem, że nie wie­rzę już w książki o mi­ło­ści. Po­kiwa z po­wagą głową, wie­dząc do­kład­nie, co mam na my­śli. I wo­la­łam już coś ta­kiego niż smutne spoj­rze­nie ciem­nych oczu Ta­bi­thy Mar­gra­ves i jej py­ta­nie: "Dla­czego nie wie­rzysz już w mi­łość, Flo­rence?".

Dla­tego, że kiedy czło­wiek zbyt wiele razy włoży rękę w ogień, to się na­uczy, że może się tylko spa­rzyć.

Mój nowy re­dak­tor po­pra­wił się na fo­telu.

- Szkoda, że pani Ni­chols nie mo­gła się dzi­siaj zja­wić. Chęt­nie bym ją po­znał - za­czął, wy­ry­wa­jąc mnie z roz­my­ślań.

Po­ru­szy­łam się na krze­śle.

- Och, Ta­bi­tha panu nie po­wie­działa? Ona ni­gdy nie wy­jeż­dża z Ma­ine. Z tego, co mi wia­domo, to mieszka na wy­spie. W su­mie na jej miej­scu też bym nie miała ochoty wy­jeż­dżać. Po­dobno w Ma­ine jest bar­dzo ład­nie.

- To prawda! Wy­cho­wa­łem się tam - od­parł. - Mia­łem oka­zję wi­dzieć wiele łosi. Są ol­brzy­mie.

"Na pewno nie je­steś na wpół ło­siem?" - za­py­tał mój zdra­dziecki umysł. Skrzy­wi­łam się, bo ta myśl była bar­dzo nie­wła­ściwa i bar­dzo nie­grzeczna.

- No to pew­nie jest pan przy­go­to­wany na szczury w No­wym Jorku.

Znowu się ro­ze­śmiał, tym ra­zem za­ska­ku­jąc sa­mego sie­bie. Miał im­po­nu­jąco biały uśmiech. Do­cie­rał do oczu, za­mie­nia­jąc brąz w roz­ta­pia­jącą się ochrę.

- Na to nic nie mo­gło mnie przy­go­to­wać. Wi­działa pani szczury na Union Squ­are? Przy­się­gam, że jed­nego ujeż­dżał dżo­kej.

- Och, nie wie pan? Na sta­cji 18 Street urzą­dzane są wy­ścigi my­szy i szczu­rów.

- Czę­sto pani na nich bywa?

- O tak, uwiel­biam tę mysz­czy­ciel­ską pręd­kość.

- Wow, praw­dziwa z pani mysz-strzyni ka­lam­bu­rów.

Par­sk­nę­łam śmie­chem i od­wró­ci­łam wzrok. Nie chcia­łam na niego pa­trzeć, ale po­do­bał mi się jego wdzięk, a nie zno­si­łam roz­cza­ro­wy­wać lu­dzi i...

Od­chrząk­nął i po­wie­dział:

- Cóż, panno Day, my­ślę, że mu­simy po­roz­ma­wiać o naj­now­szej po­wie­ści Ann...

Jesz­cze moc­niej za­ci­snę­łam dło­nie na do­niczce z kak­tu­sem. Moje spoj­rze­nie prze­ska­ki­wało z jed­nej pu­stej ściany na drugą. W tym ga­bi­ne­cie nie było na co pa­trzeć. Wcze­śniej znaj­do­wało się w nim mnó­stwo rze­czy - sztuczne kwiaty, a na ścia­nach zdję­cia i okładki ksią­żek - te­raz jed­nak na ścia­nie wi­siał je­dy­nie dy­plom ukoń­cze­nia stu­diów z li­te­ra­tury pięk­nej...

- Czy to musi być ro­mans? - wy­rzu­ci­łam z sie­bie.

Za­sko­czony prze­chy­lił głowę.

- To... jest im­print wy­da­jący ro­manse.

- Ja... wiem, ale... Ni­cho­las Sparks pi­sze smutne książki, a John Green me­lo­dra­maty z cho­ro­bami w roli głów­nej, no i czy nie są­dzi pan, że ja, to zna­czy pani Ni­chols, mo­głaby stwo­rzyć coś w po­dob­nym du­chu?

Przez chwilę mil­czał.

- Czyli dra­mat.

- O nie. To na­dal by­łaby hi­sto­ria o mi­ło­ści! Oczy­wi­ście, że tak. Ale hi­sto­ria o mi­ło­ści, która nie koń­czy się per­fek­cyj­nym "żyli długo i szczę­śli­wie".

- Dzia­łamy w branży szczę­śli­wych za­koń­czeń - po­wie­dział po­woli, sta­ran­nie do­bie­ra­jąc słowa.

- A to kłam­stwo, prawda?

Za­sznu­ro­wał usta.

- Ro­man­tyzm jest mar­twy, a to, to wszystko wy­daje się oszu­stwem. - Wy­po­wie­dzia­łam te słowa, za­nim za­apro­bo­wał to mój mózg, a kiedy tylko się zo­rien­to­wa­łam, co się wy­do­stało z mo­ich ust, skrzy­wi­łam się. - Nie chcia­łam... to nie jest sta­no­wi­sko Ann, a je­dy­nie moja opi­nia...

- Jest pani jej asy­stentką czy re­dak­torką?

Te słowa były ni­czym po­li­czek. Moje spoj­rze­nie szybko po­wró­ciło do niego i znie­ru­cho­mia­łam. Jego oczy stra­ciły ochrowe cie­pło, a rysy twa­rzy za­sty­gły w po­zba­wioną emo­cji ma­skę.

Moc­niej za­ci­snę­łam dło­nie na kak­tu­sie. Czyli ten nowy re­dak­tor nie wie­dział, że je­stem gho­stw­ri­terką Ann. Ta­bi­tha mu nie po­wie­działa albo za­po­mniała - ups, wy­le­ciało jej to z głowy! No i te­raz mu­sia­łam to zro­bić.

Był w końcu moim re­dak­to­rem.

Ale zgorzk­niała i skrę­po­wana część mnie nie miała na to ochoty. Nie chcia­łam, aby się prze­ko­nał, jak bar­dzo nie pa­nuję nad swoim ży­ciem, bo prze­cież jako gho­stw­ri­terka Ann po­win­nam? Pa­no­wać nad nim?

Czy moje ży­cie nie po­winno być lep­sze niż to?

Kiedy do­ra­sta­łam, moja matka czy­tała książki Ann Ni­chols, a za­tem ja także. Jako dwu­na­sto­latka za­kra­da­łam się w bi­blio­tece do działu ro­man­sów i ci­chutko czy­ta­łam mię­dzy re­ga­łami Las ma­rzeń. Jej bi­blio­gra­fię zna­łam na wy­rywki ni­czym dys­ko­gra­fię mo­jego ulu­bio­nego ze­społu.

A po­tem sta­łam się jej pió­rem.

Choć na okładce znaj­do­wało się na­zwi­sko Ann, to ja na­pi­sa­łam Praw­do­po­do­bień­stwo mi­ło­ści, Po­rad­nik roz­pust­nika: jak zdo­być dziew­czynę i Po­ca­łu­nek w Mid­ni­ght Ma­ti­nee. Przez pięć ostat­nich lat Ann Ni­chols wy­sy­łała mi czek, abym na­pi­sała daną książkę, a po­tem to ro­bi­łam, a słowa w tych książ­kach - moje słowa - były wy­chwa­lane od "New York Ti­mes Book Re­view" do "Vo­gue'a". Te po­wie­ści stały na pół­kach obok Nory Ro­berts, Ni­cho­lasa Sparksa i Ju­lii Qu­inn i były moje.

Pi­sa­łam dla jed­nej z naj­więk­szych au­to­rek ro­man­sów - praca, za którą każdy go­tów byłby za­bić - i... za­wo­dzi­łam.

Być może już za­wio­dłam. Przed chwilą za­gra­łam ostat­nią kartą atu­tową - o to, abym mo­gła na­pi­sać książkę, ja­ką­kol­wiek książkę, byle tylko nie miała szczę­śli­wego za­koń­cze­nia - lecz nie uzy­ska­łam na to zgody.

- Pa­nie An­dor - za­czę­łam ła­mią­cym się gło­sem. - Prawda jest taka...

- Ann musi zło­żyć ma­szy­no­pis w ter­mi­nie - prze­rwał zim­nym i za­sad­ni­czym to­nem. Znik­nęło cie­pło sprzed za­le­d­wie kilku mi­nut. Po­czu­łam, że z każdą chwilą ro­bię się co­raz mniej­sza, że kur­czę się na tym twar­dym krze­śle z Ikei.

- Czyli ju­tro - po­wie­dzia­łam ci­cho.

- Tak, ju­tro.

- A je­śli... je­śli nie może?

Za­ci­snął usta w cienką li­nię. Miał sze­ro­kie usta, wy­ra­ża­jące to, przed czym po­wstrzy­my­wała się reszta twa­rzy.

- Ile czasu po­trze­buje?

"Rok. Dzie­sięć lat.

Wiecz­ność".

- Eee... mie­siąc? - za­py­ta­łam z na­dzieją.

Uniósł ciemne brwi.

- W żad­nym wy­padku.

- Na te sprawy po­trzeba czasu!

- Ro­zu­miem - od­parł, a ja się wzdry­gnę­łam. Zdjął oku­lary w ciem­nych opraw­kach i spoj­rzał na mnie. - Mogę być z pa­nią szczery?

"Nie, w żad­nym ra­zie".

- Tak...?

- Po­nie­waż Ann już trzy razy pro­siła o prze­dłu­że­nie ter­minu, to na­wet gdy­by­śmy do­stali ma­szy­no­pis ju­tro, aby zdą­żyć z har­mo­no­gra­mem, na­prawdę mu­sie­li­by­śmy się sprę­żać z re­dak­cją i skła­dem. Ale tylko pod wa­run­kiem, że do­sta­li­by­śmy go ju­tro. To jest ważna, je­sienna książka Ann. Ro­mans - uwaga, uwaga! - ze szczę­śli­wym za­koń­cze­niem. Przy­go­to­wa­li­śmy już od­po­wied­nią pro­mo­cję. Wy­ku­pi­li­śmy na­wet ca­ło­stro­ni­cowy ar­ty­kuł w "New York Ti­me­sie". Dużo ro­bimy dla tej książki, kiedy więc po­pro­si­łem agentkę Ann o roz­mowę z au­torką, prze­ka­zała mi na­miary na pa­nią, jej asy­stentkę.

Tę część zna­łam. Molly Stein, agentka Ann, nie była ucie­szona te­le­fo­nem w spra­wie rze­czo­nej książki. Są­dziła, że wszystko idzie zgod­nie z pla­nem. Wcze­śniej nie mia­łam serca po­wie­dzieć jej, że jest ina­czej. Molly nie in­ge­ro­wała w mój układ z Ann, głów­nie dla­tego, że umó­wi­ły­śmy się na cztery książki, ta była ostat­nia i agentka była prze­ko­nana, że nie na­walę.

A jed­nak tak się wła­śnie stało.

Nie chcia­łam na­wet my­śleć o tym, w jaki spo­sób Molly prze­każe te wie­ści Ann. Nie chcia­łam my­śleć o tym, jak bar­dzo Ann bę­dzie roz­cza­ro­wana. Raz się z nią spo­tka­łam i po­twor­nie ba­łam się ją za­wieść. Nie chcia­łam tego zro­bić.

Po­dzi­wia­łam ją. A uczu­cie, że za­wo­dzisz ko­goś, kogo po­dzi­wiasz... cóż, nie­fajne było w dzie­ciń­stwie i rów­nie nie­fajne w ży­ciu do­ro­słym.

- To, co po­wstrzy­muje pa­nią Ni­chols przed do­koń­cze­niem książki - kon­ty­nu­ował Benji - stało się pro­ble­mem nie tylko dla mnie, ale także dla mar­ke­tingu oraz pro­duk­cji, i je­śli mamy do­trzy­mać ter­mi­nów, to mu­simy do­stać ten ma­szy­no­pis.

- Ja... ja wiem, ale...

- A je­śli nie jest w sta­nie wy­wią­zać się z umowy - do­dał - oba­wiam się, że bę­dziemy mu­sieli za­an­ga­żo­wać dział prawny.

Dział prawny. To ozna­czało nie­do­trzy­ma­nie wa­run­ków umowy. To ozna­czało, że za­wa­li­ła­bym tak bar­dzo, że nie da­łoby się już tego od­krę­cić. Za­wio­dła­bym nie tylko Ann, ale także jej wy­daw­nic­two i czy­tel­ni­ków - wszyst­kich.

Już raz to zro­bi­łam.

Ga­bi­net za­czął się kur­czyć albo do­padł mnie atak pa­niki. Ży­wi­łam szczerą na­dzieję, że to pierw­sze. Od­dech mia­łam krótki i ury­wany. Wła­ści­wie to od­dy­cha­nie przy­cho­dziło mi z praw­dzi­wym tru­dem.

- Panno Flo­rence? Do­brze się pani czuje? Jest pani blada. - Jego głos do­cho­dził z da­leka. - Chce pani może wody?

We­pchnę­łam tę pa­nikę do nie­wiel­kiego pu­dełka na sa­mym dnie mo­jej głowy, tam, gdzie tra­fiało wszystko inne. Wszyst­kie złe rze­czy. Te, z któ­rymi nie chcia­łam so­bie ra­dzić. Z któ­rymi nie po­tra­fi­łam so­bie ra­dzić. To pu­dełko było bar­dzo przy­datne. Wszystko w nim za­my­ka­łam. Przy­wo­ła­łam na twarz uśmiech.

- Och, nie. Nic mi nie jest. I... i ma pan ra­cję. Oczy­wi­ście, że ma pan ra­cję.

Na jego twa­rzy ma­lo­wało się po­wąt­pie­wa­nie.

- Czyli ju­tro?

- Tak - wy­chry­pia­łam.

- Świet­nie. Pro­szę po­zdro­wić ode mnie pa­nią Ni­chols i prze­ka­zać jej, że bar­dzo się cie­szę, mo­gąc z nią pra­co­wać. I prze­pra­szam, czy to kak­tus? Do­piero te­raz go za­uwa­ży­łem.

Spu­ści­łam wzrok na su­ku­lenta, który le­żał za­po­mniany na mo­ich ko­la­nach, pod­czas gdy pa­nika wa­liła w pu­dełko w mo­jej gło­wie, pró­bu­jąc się uwol­nić. Po­my­śla­łam, że nie­na­wi­dzę tego czło­wieka i że je­śli zo­stanę w tym ga­bi­ne­cie choćby chwilę dłu­żej, to albo rzucę w niego kak­tu­sem, albo się roz­pła­czę.

Może jedno i dru­gie.

Ze­rwa­łam się na równe nogi i po­sta­wi­łam ro­ślinkę na brzegu biurka.

- To pre­zent.

A po­tem wzię­łam do ręki torbę, od­wró­ci­łam się na pię­cie i nie mó­wiąc nic wię­cej, opu­ści­łam re­dak­cję Fal­con Ho­use Pu­bli­shers. Ja­koś się trzy­ma­łam, do­póki nie wy­szłam przez drzwi ob­ro­towe na rześki kwiet­niowy dzień. Wtedy po­zwo­li­łam so­bie na to, aby się roz­sy­pać.

Wzię­łam głę­boki od­dech - i wy­krzyk­nę­łam prze­kleń­stwo w stronę ide­al­nie błę­kit­nego po­po­łu­dnio­wego nieba, stra­sząc stado go­łębi.

Po­trze­bo­wa­łam drinka.

Nie, po­trze­bo­wa­łam książki. Mor­der­czego thril­lera. Han­ni­bala. Liz­zie Bor­den - wszystko by się nadało.

Może jed­nego i dru­giego.

Nie, zde­cy­do­wa­nie obojga.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki