p

Potyczki w raju - Angie Hockman

Kup ebooka

34.30 zł
27.78 zł (27,78 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
?

1

Kiedy odbieram pocztę z pochlapanej farbą skrzynki na listy w holu i widzę swoje nazwisko wydrukowane na papierze czarnym tuszem, jak zwykle ubolewam nad tym, że zostałam nazwana po gwieździe rocka.

I to nie takiej popularnej, jak Stevie Nicks, Joan Jett czy Madonna. O nie, nazywam się Henley Rose Evans, a moi rodzice celowo dali mi imię po wokaliście i perkusiście ulubionego zespołu każdego boomera - The Eagles. Niestety niezbyt wybitnego.

Szkoda tylko, że daleko mi do gwiazdy rocka. Wynajmujący ledwie pamięta moje imię, nie uganiają się za mną hordy rozwrzeszczanych fanów i nie zdewastowałam żadnego pokoju hotelowego. Ale mam własne marzenia. Wielkie marzenia o oszałamiającej karierze. Tylko nie jest ona związana z występami na scenie.

Wpycham do płóciennej torby pocztę, głównie bezużyteczne ulotki, i wdrapuję się po pokrytych wykładziną schodach do mojego mieszkania w centrum Seattle. Kiedy docieram na swoje piętro, mięśnie ud płoną. Mogłabym pojechać na górę starą, ciasną windą, ale nie zrobiłam dzisiaj wystarczającej liczby kroków.

Wlokę się korytarzem; deski skrzypią pod moimi nogami, w powietrzu unosi się zapach cytrynowego środka do czyszczenia. Mój telefon wibruje w kieszeni, więc go wyciągam. To wiadomość od mojej siostry Walsh.

Mam dla ciebie wielką niespodziankę...

Mój żołądek skręca się w bolesny supeł. Jej "niespodzianki" są równie przyjemne co potrącenie przez nadjeżdżający autobus. Zatrzymuję się, żeby odpowiedzieć, krople wody spływają po moim płaszczu i wsiąkają we wzorzysty zielony dywan.

Jak on ma na imię?

Nie chodzi o faceta. Jutro ci powiem.

Jesteś w ciąży?

Porąbało cię?

Wyleciałaś z pracy?

Dobre sobie!

No weź, powiedz...

Pogadamy później!

- Co za...

Nagle drzwi obok się otwierają i na korytarz wylewają się muzyka i śmiechy. Podskakuję ze strachu, torba zsuwa mi się po śliskim materiale kurtki z ramienia do łokcia i niemal upuszczam telefon. Kiedy się ogarniam, wciskam go do torby.

- Och - odzywa się moja sąsiadka Sophie. A może to Sophia? W zeszłym miesiącu Sophie i Sophia wprowadziły się do mieszkania 4E. Obie są tego samego wzrostu, mają identyczne rozjaśnione blond włosy i podobne klasyczne rysy twarzy. Przypominają mi Walsh. - Cześć, Hannah.

- Henley - poprawiam ze znużeniem. Wada niespotykanego imienia? Nikt nie potrafi go zapamiętać.

- Dopiero wracasz z pracy? - dziwi się Sophie/Sophia i przenosi wzrok na okno na końcu korytarza. Jest już po dwudziestej i na zewnątrz zrobiło się ciemno.

- Miałam zajęcia.

- Aha. - Zakłada na ramię cienki pasek torebki i zamyka za sobą drzwi; odgłosy rozmowy i muzyka przechodzą w cichy szum w tle. - Urządziłyśmy małą posiadówkę. To nie jest żadna impreza. Właśnie idę do sklepu po piwo. Wbijaj, jeśli masz ochotę.

Posyłam jej szeroki uśmiech.

- Dzięki. Może wpadnę.

Mowy nie ma.

Laptop i podręcznik do zarządzania strategicznego - oraz mój kiepski humor - ciążą mi na ramieniu. Skronie pulsują po długim dniu, który jeszcze się nie skończył. Czeka mnie odhaczenie długaśnej listy zadań na jutro.

Kiedy skręcam do swojego mieszkania, gryzie mnie poczucie winy. Lubię moje nowe sąsiadki, chociaż są ode mnie młodsze: mam dwadzieścia osiem lat, a one dopiero skończyły studia. Najwyżej spotkamy się innym razem. Najlepiej wtedy, gdy nie będę zawalona pracą czy zajęciami. Czyli najpewniej w następnym stuleciu.

Docieram do mieszkania, wsuwam klucz do zamka i popycham drzwi ramieniem. Wita mnie skrzekliwe zawodzenie. Odkładam torbę na podłogę i zapalam światło.

- Cześć, Noodles. - Odwieszam klucze na haczyk przy drzwiach, a płaszcz do wąskiej szafy. Kot Noodles przydreptuje do korytarza. Ma długie pręgowane futro, które sterczy we wszystkie strony, nieważne, jak często je czeszę, i zielono-złote oczy, skierowane przeciwlegle.

Kiedyś wpisałam w wyszukiwarkę frazę "przeciwieństwo zeza" i wyskoczył termin "egzotropia". Brzmi jak jakaś nazwa z powieści sci-fi, ale to tylko zez rozbieżny i weterynarz powiedział, że w jego przypadku to wada genetyczna i nie ma czym się martwić.

Niezależnie od diagnozy Noodles to kot po przejściach. I tak właśnie określono go w schronisku, kiedy zeszłego lata go adoptowałam. Wyciągam rękę, żeby podrapać go pod brodą. Wydaje charkliwe miauknięcie, jakby od dekady palił po dwie paczki szlugów dziennie.

- Tęskniłeś za mną?

Cisza.

- No jasne. - Idę do kuchni, Noodles drepcze za mną. Karmię kota i przebieram się w spodnie do jogi oraz koszulkę z logo uniwersytetu Boise State. Biorę z lodówki pudełko z wczorajszą sałatką z komosą ryżową, nalewam kieliszek pinot grigio i kieruję się do swojego przytulnego salonu.

Gdyby ktoś wszedł do mojego dwupokojowego mieszkania w Belltown, pomyślałby, że jestem zapaloną podróżniczką - oczywiście gdyby mnie nie znał. Nad rubinową sofą wiszą wielkie kolorowe marynistyczne mapy w antyramach i krajobrazy ułożone w kolaż. Po drugiej stronie, pod ścianą pomalowaną na ten sam odcień czerwieni, znajduje się skrzynia, na której ułożyłam stosy książek podróżniczych i o marketingu, a pod oknem upchnęłam wygodny fotel kupiony z drugiej ręki. Pokój wygląda jak połączenie magazynów "National Geographic" i "Porthole Cruise".

Prawda jest zgoła inna: poza kilkoma wycieczkami do Kolorado w dzieciństwie i jednym wypadem do Cancún podczas wiosennej przerwy na studiach nigdy nie zapuściłam się poza Wybrzeże Północno-Zachodnie USA. Nie, nie jestem oszustką. Tylko kierowniczką działu marketingu pracującą w międzynarodowej firmie oferującej rejsy wycieczkowe.

Te wszystkie plakaty i obrazy dostałam z firmy. Seaquest Adventures, dzięki za darmowe dekoracje.

Nie chodzi o to, że nie chcę podróżować. Kiedy trzy lata temu przyjęłam tę posadę, liczyłam, że będę zwiedzać świat. A potem stało się życie: zawodowe ambicje, studia podyplomowe, studenckie pożyczki, niekończący się trud życia, jakim jest dorosłość. Ale głównie chodziło o karierę. Aż żal brać wolne, kiedy wspinasz się po korporacyjnej drabinie i próbujesz zostać dyrektorką przed trzydziestką.

Odstawiam kolację i wino na stolik z IKE-i, opadam ciężko na kanapę i rozplątuję kok. Włosy falami opadają mi na ramiona. Potrząsam głową i rozmasowuję obolały skalp. Żałuję, że nie mogę zwinąć się w łóżku pod kołdrą i odpłynąć, ale w aplikacji czeka na mnie niecierpiąca zwłoki lista zadań. Nie zasnę, dopóki jej nie ukończę, więc lepiej mieć to już z głowy.

Biorę łyk wina, otwieram apkę i odczytuję pierwszą pozycję.

Zadanie #1: Sprawdzić, czy Graeme wrzucił post o Kolumbii Brytyjskiej.

Wyjmuję laptop z torby i go uruchamiam. Noodles wskakuje na kanapę i mości się przy moim udzie, mrucząc jak traktor. Pół minuty później przeglądam konto na Twitterze naszej firmy. Wkładam do ust kęs sałatki i przeżuwam, nawet nie czując smaku. Scrolluję dalej, oglądam wpis za wpisem. Nagle odkładam widelec, ściągając brwi.

Kiedy docieram do wczorajszych postów, złość pali mnie od środka. Loguję się na Facebooka. To samo. Instagram. To samo. Mocno zamykam powieki i zaciskam palce na grzbiecie nosa.

- Graeme! - warczę.

Nie zrobił tego. Obiecał i nie dotrzymał słowa. Typowe. Mogłam się spodziewać, że Jaśniepan Guru od Social Mediów się na mnie wypnie. Dobrze zrobiłam, że sprawdzenie go umieściłam na liście jako priorytet.

Spoglądam na niewielkie zdjęcie przy nazwisku Graeme'a, na jego silny, gładki podbródek i krótkie brązowe włosy. Ze wstydem przyznaję, że kiedy pierwszy raz zobaczyłam to zdjęcie, pomyślałam, że ten zarozumiały palant jest całkiem przystojny. A kiedy rok temu po raz pierwszy rozmawialiśmy przez telefon, niemal się rozpłynęłam. Miał głęboki, niski, chrapliwy głos; kojarzył mi się z przekąskami maczanymi w czekoladowej fontannie.

Niestety po niecałych dwóch tygodniach pracy Graeme Złośliwy Troll pokazał swoje prawdziwe oblicze.

Zaczęło się od jakiegoś filmiku przedstawiającego nagranie z rejsu na Kostarykę, który dostałam na maila. Na początku wszystko wyglądało jak należy - goście brali udział w wycieczce, uśmiechali się szeroko, tryskali energią - jednak pod koniec ktoś umieścił wstawkę pokazującą dwie kapucynki. Kadr trwał dosłownie chwilę: jedna małpka powąchała tyłek drugiej, zrobiła kwaśną minę, straciła równowagę i spadła z drzewa. Przekomiczne, prawda?

Uznałam, że przecież ludzie uwielbiają zabawne filmiki ze zwierzętami, więc do innego nagrania z rejsu również można dodać migawki ze zwierzętami, muzyką i błyskotliwym tekstem, a następnie wstawić na nasze konta w portalach społecznościowych i okrasić hasztagami, żeby zwiększyć zasięgi. Wykorzystałam swoje nie najgorsze umiejętności edytowania filmików, a kiedy otrzymałam zadowalający efekt, wysłałam plik do Graeme'a, naszego nowego kierownika działu social mediów, żeby go udostępnił.

I wszyscy zaczęli szerować ten zasrany filmik.

Stał się hitem, ale ja dowiedziałam się o tym dopiero następnego ranka, kiedy nasz szef James zwołał cotygodniowe zebranie działu. Okazało się, że nagranie wyświetlono ponad pięćdziesiąt tysięcy razy i liczba wciąż rosła. Wskaźnik zaangażowania pod postem wyniósł sześćdziesiąt siedem procent, a ruch na stronie internetowej wystrzelił w kosmos.

Kiedy oklaski i okrzyki ustały, James spojrzał w stronę telefonu, przez który połączył się Graeme, i oznajmił:

"Genialne, zachwycające. Widzicie, ludzie? To się nazywa pomysłowość. Dobra robota, Graeme".

"Dobra robota, Graeme". Nie: "Dobra robota, Henley".

A co odpowiedział Graeme, kiedy nasz szef mylnie przypisał mu zasługi? W telefonie na chwilę zapadła cisza, a potem odparł zwykłe "dziękuję".

A jakby tego było mało, James postanowił posypać solą moje rany: "Chciałbym, żebyście wszyscy wykazywali taką inicjatywę jak Graeme", zwrócił się do grupy, a następnie skierował wzrok na mnie. "W szczególności ty, Henley. W końcu Kostaryka to twój region".

Wiem, wiem. Pewnie powinnam była się odezwać - od razu poprawić szefa, wyjaśnić, że to ja jestem odpowiedzialna za ten filmik. Ale byłam w takim szoku, że szczęka mi opadła jak u śniętej ryby. Poza tym James nie znosi, gdy nie ma racji, szczególnie przy ludziach. A po spotkaniu było już za późno. Gdybym poszła do niego ze skargą, wyszłabym na dziecinną i czepialską. Nikt nie chce tak wypaść w oczach szefa.

I dlatego Graeme'owi się upiekło. Przypisał sobie zasługi i zebrał pochwały za moją ciężką pracę.

Dupek.

Od tamtej chwili wykorzystywał ten incydent, by zaprzyjaźnić się z szefem. Do tej pory wszystkie nasze telefoniczne konferencje zaczynają się i kończą męskimi pogaduszkami.

Co u syna? Jak weekend na jachcie? Oglądałeś ostatni mecz Marinersów? Graeme pod płaszczykiem zacieśniania męskiej więzi wchodził szefowi w dupę tak ewidentnie, że miałam ochotę rzucić słuchawkami o podłogę i zdeptać je w drobny mak.

Rzecz w tym, że już wcześniej pracowałam z facetami pokroju Graeme'a. Wizerunek miłego typa ma wyćwiczony do perfekcji, ale ja znam prawdę. W rzeczywistości to podstępna pijawka, która myśli, że wszystko jej się należy, dojdzie do celu nawet po trupach.

W którymś momencie Graeme musiał się domyślić, że go przejrzałam, bo od roku nieustannie uprzykrza mi życie. Za każdym razem, kiedy zlecam mu jakieś zadanie do wykonania na już, on ma wymówkę. Jeśli wyskoczę z jakimś pomysłem, zawsze będzie go kwestionować. A kiedy wysyłam mu maila, w odpowiedzi dostaję krótką odpowiedź - żadnego "proszę", "dziękuję" ani "pocałuj mnie w dupę".

Poza kilkoma wideokonferencjami nigdy nie widziałam go osobiście, bo Graeme pracuje w pełni zdalnie. Dlatego uważam, że pomimo mocno zarysowanej szczęki i głęboko osadzonych oczu ma również patykowate ręce i nogi oraz skisły oddech, pasujący do jego osobowości. Albo wyobrażam go sobie jako niskiego, pulchnego diabła tańczącego z widłami przy ognisku.

Loguję się na pocztę i wybijam na klawiaturze wiadomość z taką zaciętością, jakbym wpisywała kody uruchamiające broń jądrową do zniszczenia świata.

Do: [email protected]

Cc: [email protected]

Od: [email protected]

Temat: BRAK wpisu w social mediach

Graeme,

zauważyłam, że moja prośba dotycząca wstawienia posta z informacją o promocji na bilety lotnicze na ostatnie w 2019 roku rejsy po wybrzeżu Kolumbii Brytyjskiej nie została spełniona. Jako że promocja wygasa za tydzień, a w nadchodzących wrześniowych rejsach są jeszcze wolne miejsca, proszę o szybkie uzupełnienie postów na naszych kontach w social mediach. Sprawdź plik Google Doc z zeszłego tygodnia, w którym udostępniłam wymagane informacje. Proszę odnieść się do tego ASAP.

Dziękuję.

Henley

Henley R. Evans

Kierowniczka działu marketingu, obszar Ameryki Północnej i Centralnej Seaquest Adventures | www.seaquestadventures.com

Po wysłaniu maila od razu chwytam za telefon i odhaczam pierwsze zadanie. Na widok grubej czarnej kreski głośno wciągam powietrze nosem i moje ciało powoli zalewa spokój.

Przynajmniej odwaliłam swoją część roboty. Na razie. Niech Graeme lepiej do tego siądzie i wstawi posty, najlepiej z terminem na wczoraj.

Moje mięśnie się rozluźniają, kiedy moszczę się wygodniej na kanapie i wyciągam nogi. Krzyżuję je na stoliku, sprawdzając kolejne punkty z listy:

Zadanie #2: Zapłacić ratę za kredyt studencki.

Z gardła wydobywa mi się rozpaczliwy jęk, a ramiona automatycznie sztywnieją. Muszę dwukrotnie sprawdzić oszczędności i miesięczny budżet, zanim ogarnę ten kolosalny problem. Niechętnie przenoszę zadanie na drugi dzień. Nie mam teraz siły się z tym mierzyć.

Zadanie #3: Przygotować szkic referatu na temat zarządzania strategicznego na poniedziałek.

To akurat mogę zrobić. Właśnie mam odłożyć laptop i z bólem serca wyjąć podręcznik z torby, gdy ze skrzynki pocztowej rozlega się powiadomienie.

Graeme odpisał. Otwieram wiadomość, czując, jak falują mi nozdrza.

Do: [email protected]

Od: [email protected]

Temat: Re: BRAK wpisu w social mediach

Niedługo to zrobię.

G

Graeme Crawford-Collins

Kierownik działu social mediów

Seaquest Adventures | www.seaquestadventures.com

Mrugam.

I jeszcze raz.

Niedługo? To znaczy za chwilę czy w następny wtorek? Zaciskam dłoń na futerku Noodlesa, a on mruczy głośniej. To... nie do przyjęcia. W dodatku nie załączył w mailu naszego szefa. Zgrzytam zębami, aż boli szczęka.

Graeme Crawford-Collins. Grahamowy Krakers Collins[1]. Nie mogę dać się tak traktować. Nie pozwolę na to.

Odkąd dołączyłam do tej firmy, sprzedaż rejsów od Alaski po Panamę zwiększa się z kwartału na kwartał - dzięki moim niestrudzonym wysiłkom - i nie pozwolę, by moje wyniki zrujnował ktoś taki jak on. A już na pewno nie teraz, gdy krążą plotki o powołaniu nowego stanowiska: dyrektora do spraw marketingu internetowego. Zrobię wszystko, by zgarnąć tę posadę.

Będę pracować po godzinach. Wieczorami studiować zarządzanie. Zgłaszać się do dodatkowych projektów. Och, chwila, przecież już to wszystko robię, więc ten awans powinnam mieć w kieszeni. Ale tylko pod warunkiem, że nie zawalę ważnego projektu pod koniec czwartego kwartału. Strzelam knykciami i warknąwszy gniewnie, dopijam wino. Z trzaskiem odstawiam kieliszek na blat i odpisuję.

Przygotuj się na wojnę, Graeme Crawfordzie-Collinsie. Bo zaraz spotkasz huragan Henley.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki