p
Cztery cnoty kardynalne
Dawno temu Herkules znalazł się na rozstaju dróg. W tym cichym miejscu pośród greckich wzgórz, w cieniu sękatych sosen, bohater mitu greckiego po raz pierwszy stanął twarzą w twarz z przeznaczeniem.
Nikt nie wie, gdzie ani kiedy miało to miejsce. Dowiadujemy się o tym zdarzeniu z pism Sokratesa, oglądamy je na najpiękniejszych malowidłach okresu odrodzenia, a rodzącą się siłę, napinające się mięśnie i udrękę bohatera posłyszeć można w klasycznej kantacie Bacha. Gdyby w 1776 roku Johnowi Adamsowi1 udało się przeforsować jego plan, Herkules na rozstaju dróg znalazłby się na oficjalnej pieczęci nowo powstałych Stanów Zjednoczonych.
Zanim zdobył wieczną sławę, zanim wykonał dwanaście prac, zanim udało mu się zmienić świat, Herkules doświadczył kryzysu, prawdziwego załamania ze wszystkimi jego konsekwencjami, jakiego doświadcza bardzo wielu z nas.
Dokąd zmierzam? Dokąd podążam? Właśnie o to chodziło. Herkules był samotny, nieznany i niepewny siebie, tak samo jak wielu z nas nie znał odpowiedzi na te pytania.
Przy jednej z dróg leżała przecudnej urody strojna bogini, która zaoferowała mu wszystko, o czym tylko mógł zamarzyć, życie łatwe i przyjemne. Przysięgała, że nigdy więcej nie zazna niedostatku, nieszczęścia, strachu ani bólu. Jeśli pójdzie za nią, spełni się każde jego pragnienie.
Przy drugiej drodze stała surowsza bogini odziana w nieskazitelnie białe szaty. Jej wołanie nie było tak głośne. Obiecywała tylko to, co można osiągnąć ciężką pracą. Mówiła, że podróż będzie długa, pełna poświęceń i chwil przepełnionych lękiem, lecz odpowiednia dla jednego z bogów. Dzięki niej Herkules stanie się uosobieniem nadziei pokładanych w nim przez przodków.
Czy to wydarzyło się naprawdę?
A jeśli to tylko legenda, czy ma ona jakiekolwiek znaczenie?
Tak, ponieważ to opowieść o nas.
O naszych dylematach, o rozstajach dróg, na jakich przychodzi nam się znaleźć.
Herkules miał dokonać wyboru pomiędzy występkiem a cnotą, drogą łatwą a trudną, drogą wydeptaną a nieuczęszczaną. Wszyscy dokonujemy tego typu wyborów.
Wahając się jedynie przez chwilę, Herkules wybrał jedną z dróg i to zadecydowało o jego dalszym życiu.
Wybrał cnotę.
Wyraz "cnota" trąci myszką, lecz areté oznacza coś bardzo prostego i ponadczasowego - doskonałość moralną, fizyczną i psychiczną.
W antyku na cnotę składały się cztery elementy.
Męstwo.
Umiarkowanie.
Sprawiedliwość.
Roztropność.
Cesarz filozof Marek Aureliusz nazywał je "probierzami dobroci". Powszechnie znane są jako cnoty kardynalne - niemal uniwersalne ideały przejęte przez chrześcijaństwo i filozofię Zachodu, lecz na równi cenione w buddyzmie, hinduizmie i niemal wszystkich innych wyznaniach. Jak podkreślał C.S. Lewis2, zwie się je "kardynalnymi" nie dlatego, że wymyślili je hierarchowie kościelni, lecz dlatego, że pochodzą od łacińskiego cardo, czyli zawias. Ponieważ otwierają drzwi do dobrego życia.
Stanowią również przedmiot niniejszej książki, a także całej serii.
Cztery książki3. Cztery cnoty.
Jeden cel - pomóc ci wybrać...
Męstwo, śmiałość, hart, honor, poświęcenie...
Umiarkowanie, panowanie nad sobą, umiar, opanowanie, równowaga...
Sprawiedliwość, uczciwość, służba, solidarność, dobroć, uprzejmość...
Roztropność, wiedza, edukacja, prawda, autorefleksja, pokój...
Wymienione wyżej przymioty stanowią klucz do życia z honorem, w chwale, w doskonałości w każdym możliwym sensie. Są to cechy, które John Steinbeck4 uznał za "przyjemne i pożądane u każdego, każą mu dokonywać czynów, z których można być dumnym i zadowolonym". Zaimek mu należy jednak odnosić do wszystkich ludzi. W starożytnym Rzymie nie było żeńskiego odpowiednika rzeczownika virtus. Cnota nie była męska ani żeńska, po prostu była.
I nadal jest. Nieważne, czy jesteś kobietą, czy mężczyzną. Nieważne, czy jesteś osobą silną fizycznie, czy skrajnie nieśmiałą, geniuszem czy osobą obdarzoną raczej przeciętnym ilorazem inteligencji. Cnota to imperatyw uniwersalny.
Cnoty kardynalne są ze sobą nierozerwalnie związane, lecz każda jest inna. Robienie tego, co należy, niemal zawsze wymaga męstwa, tak jak dyscypliny nie sposób osiągnąć bez roztropnego dokonywania wyborów. Czymże jest męstwo, jeśli nie przejawia się w sprawiedliwości? Na co nam roztropność, jeżeli nie czyni nas skromniejszymi?
Północ, południe, wschód, zachód - cztery cnoty kardynalne stanowią coś w rodzaju kompasu (nie bez powodu cztery kierunki wskazywane przez kompas nazywane są "punktami kardynalnymi"). To nasi przewodnicy - pokazują nam, gdzie jesteśmy i gdzie leży prawda.
Arystoteles uznawał cnotę za rzemiosło, coś, czego można się wyuczyć, jak umiejętności czy zawodu. Pisał tak: "Budowniczym można się stać, budując, a harfiarzem, grając na harfie, tak więc stajemy się sprawiedliwi przez sam fakt czynienia sprawiedliwych uczynków, umiarkowani - gdy wykonujemy je w sposób umiarkowany, a mężni - gdy nasze czyny są mężne".
Cnota to coś, co robimy.
To coś, co wybieramy.
Nie raz, Herkules nie przybył na rozstaje dróg tylko raz. To codzienne wyzwanie, z którym stykamy się nie jednokrotnie, lecz nieustannie, ciągle od nowa. Będziemy samolubni czy bezinteresowni? Odważni czy pełni obaw? Silni czy słabi? Mądrzy czy głupi? Będziemy kultywować dobre czy złe nawyki? Męstwo czy tchórzostwo? Błogosławiona ignorancja czy wyzwanie, jakie niesie ze sobą nowa idea?
Pozostać niezmienionym... czy rozwijać się?
Pójść na łatwiznę czy zrobić to, co należy?
1 John Adams (1735 - 1826) - amerykański polityk, jeden z ojców założycieli Stanów Zjednoczonych, drugi prezydent tego kraju - przyp. tłum.
2 Clive Staples Lewis (1898 - 1963) - brytyjski pisarz, poeta i filozof, autor Opowieści z Narnii - przyp. tłum.
3 Niniejsza książka jest trzecią z tej serii - przyp. aut.
4 John Steinbeck (1902 - 1968) - amerykański pisarz, laureat literackiej Nagrody Nobla z 1962 roku - przyp. tłum.
Wstęp
Sprawiedliwość to najpiękniejsza ozdoba cnoty, dzięki której dobrzy ludzie takimi właśnie są nazywani.
- CYCERON
Najlepszym dowodem na to, że sprawiedliwość stanowi najważniejszą z cnót kardynalnych, jest sytuacja, gdy jej zabraknie. To oczywiste: brak sprawiedliwości sprawia, że każdy przejaw cnoty - czy to męstwa, dyscypliny, czy roztropności - każdy talent i każde osiągnięcie stają się bezwartościowe... albo jeszcze gorzej.
Odwaga w służbie złu? Geniusz bez kompasu moralnego? Samodyscyplina w osiąganiu totalnego egoizmu? Mówi się, że gdyby wszyscy zawsze kierowali się sprawiedliwością, nie byłaby nam potrzebna odwaga. Co prawda odwagę tonuje rozwaga, a przyjemność stanowi ulgę od zbytniej samokontroli, lecz starożytni mędrcy podkreślali, że nie ma przeciwwagi dla sprawiedliwości.
Jest tylko ona.
Jest wartością samą w sobie.
Każdej cnoty. Każdego czynu. Życia każdego człowieka.
Nic nie jest dobre, jeśli nie postępujemy słusznie.
To znak czasów, że kiedy ludzie słyszą słowo "sprawiedliwość", przychodzi im na myśl nie przyzwoitość czy obowiązek, ale wymiar sprawiedliwości. Prawnicy. Politycy. Przejmujemy się tym, czy coś jest zgodne z prawem, walczymy o swoje prawa, a nie o to, co prawe. Może nazwanie tego "aktem oskarżenia" wobec współczesnych wartości jest zbyt mocnym określeniem, ale trudno na to spojrzeć z innej perspektywy.
C.S. Lewis przypominał słuchaczom swoich słynnych wykładów, że: "Sprawiedliwość to coś więcej niż procesy sądowe. To stara nazwa tego wszystkiego, co obecnie nazywamy uczciwością, czyli szczerość, branie i dawanie czegoś w zamian, prawdomówność, dotrzymywanie obietnic itp.".
To proste wartości, a jednak bardzo rzadkie.
Musimy zrozumieć, że sprawiedliwość nie rozgrywa się wyłącznie na linii obywatel - państwo. Zapomnij o uprawnieniach procesowych, skup się na tym, co sam robisz na co dzień. Stare decisis?5 Sprawiedliwość patrzy nam na ręce. Czy postępujemy zgodnie z jej regułami? Nie tylko w sprawach największej wagi, ale również w sprawach drobnych, na przykład jak traktujemy obcą osobę, jak prowadzimy firmę, jak poważnie podchodzimy do swoich zobowiązań, jak wykonujemy swoją pracę czy jaki wpływ mają nasze działania na świat zewnętrzny.
Uwielbiamy oczywiście dyskutować na temat sprawiedliwości. Czym ona jest? Do kogo ma zastosowanie? Już od dzieciństwa stanowi ona główną oś sporów międzyludzkich: czy ktoś został potraktowany sprawiedliwie, czy nabity w butelkę; czy powinniśmy móc coś robić, czy też jednak nie. Uwielbiamy snuć teorie, bezustannie debatujemy nad zaskakującymi wyjątkami od reguły czy moralnymi konsekwencjami faktu, że nikt nie jest doskonały.
Współczesna filozofia skupia się na analizie złożonych dylematów, takich jak na przykład dylemat wagonika albo czy istnieje coś takiego jak wolna wola. Historycy zastanawiają się nad słusznością decyzji o charakterze militarnym, politycznym czy biznesowym, które miały wpływ na obecny kształt świata, z jednej strony napawając się ich niejednoznacznością, a z drugiej dokonując jednoznacznych, czarno-białych osądów o sytuacjach, które są raczej domeną odcieni szarości.
Jakby wybory natury moralnej były jasne i proste albo jakby były to zjawiska jednorazowe, a nie wszechobecne. Jakbyśmy to my zadawali te pytania, a nie życie zadawało je nam.
Jednakże już w pierwszych kilku godzinach każdego dnia każdy z nas podejmuje wiele istotnych decyzji o charakterze etycznym i moralnym, których roztrząsaniu nie poświęcamy nawet sekundy. Kiedy rozmyślamy o tym, co zrobilibyśmy w jakiejś teoretycznej, poważnej sytuacji, istnieje nieskończona liczba możliwości, żeby przełożyć te rozważania na prawdziwe życie. Wolimy jednak używać pojęcia sprawiedliwości w ujęciu abstrakcyjnym, co pozwala nam uciekać od realnego działania w sprawiedliwy sposób.
Nie możemy zacząć działać, jeżeli nie skończymy debatować. Debatujemy bez końca, żeby nie musieć zabrać się do działania.
Sprawiedliwość jako sposób na życie
W poprzednich tomach tej poświęconej cnotom stoickim serii zdefiniowałem odwagę jako wystawianie się na niebezpieczeństwo, a samodyscyplinę jako wystawianie się na próby samozaparcia. Idąc tym tropem, sprawiedliwość można by zdefiniować jako wystawianie się na próby uczciwości, czyli formułowanie swoich "podstawowych zasad", używając ulubionego określenia generała Jamesa Mattisa6. Chodzi tu o rozróżnienie, co jest dobre, a co złe, prawe i nieprawe, etyczne i nieetyczne, uczciwe i nieuczciwe.
Co zrobisz.
Czego nie zrobisz.
Co musisz zrobić.
Jak to zrobisz.
Dla kogo to zrobisz.
Co jesteś w stanie dla tej osoby poświęcić.
Czy tego typu rozważania zawierają pewną dozę relatywności? Czy czasem trzeba coś poświęcić? Pewnie, że tak, ale w praktyce, w różnych epokach i kulturach, można znaleźć pewne ponadczasowe, uniwersalne przykłady słusznego działania. Kontynuując lekturę, zauważysz, że postacie przywołane w tej książce, które diametralnie się od siebie różnią pod względem płci i pochodzenia, życia w czasach wojny i pokoju, posiadania władzy i jej nieposiadania, czy to prezydenci, czy biedacy, aktywiści, abolicjoniści, dyplomaci, czy lekarze, mają pewne wspólne cechy, a są nimi sumienie i honor. Gusta ludzkie ulegają przez stulecia ciągłym zmianom, ale jedno pozostaje niezmienne - podziwiamy osoby, które dotrzymują słowa. Nie lubimy kłamców ani oszustów. Szanujemy tych, którzy poświęcają się dla dobra wspólnego, a pogardzamy tymi, którzy zyskują bogactwo czy sławę kosztem innych.
Nikt nie podziwia egoizmu. Koniec końców gardzimy złem, chciwością i obojętnością.
Badania naukowe w dziedzinie psychologii pokazują, że nawet niemowlęta rozumieją te pojęcia, co dowodzi, że "łaknienie i pragnienie sprawiedliwości"7 jest w nas od pierwszych dni życia.
"Słuszne postępowanie" jest trudne... lecz jednocześnie bardzo proste.
Wszystkie doktryny filozoficzne - od Konfucjusza, przez chrześcijaństwo, Platona, Hobbesa, po Kanta - opierają się na tej samej podstawowej regule. W I wieku p.n.e. pewien sceptyk poprosił Hillela Starszego, aby streścił przesłanie Tory, stojąc na jednej nodze. Zrobił to wręcz w kilkunastu słowach: "Kochaj bliźniego swego jak siebie samego. Cała reszta to komentarz do tej reguły".
Dbaj o innych.
Traktuj ich tak, jak sam chciałbyś być traktowany.
Nie tylko wtedy, kiedy to dla ciebie wygodne albo spotka cię za to nagroda, a zwłaszcza wtedy, kiedy tak nie jest.
Nawet jeśli nie spotka cię wzajemność. Nawet jeśli będzie cię to słono kosztowało.
Dramaturg Eurypides napisał: "Proste są słowa prawdy i nie potrzebuje / Sprawa słuszna objaśnień chytrych i subtelnych. / Sama z siebie ma korzyść, kiedy rzecz niesłuszna / Niedomagając mądrych potrzebuje leków"8. Sprawiedliwość można łatwo rozpoznać, czy też może bardziej odczuć, zwłaszcza jej brak i przeciwieństwo.
Hyman Rickover9 przybył do Stanów Zjednoczonych jako mały chłopiec w 1906 roku. Jego rodzina uciekła przed pogromami Żydów z terytorium zaboru rosyjskiego. Ukończył Akademię Marynarki Wojennej, gdzie wpajano słuchaczom cnoty kardynalne. W swojej długiej karierze wojskowej, która obejmowała kadencje trzynastu prezydentów - od Woodrowa Wilsona po Ronalda Reagana - Rickover niepostrzeżenie stał się jednym z najpotężniejszych ludzi na świecie. Zapoczątkował program budowy okrętów i łodzi podwodnych z napędem jądrowym, stając na czele projektów, w ramach których wartość sprzętu wynosiła miliardy dolarów, dowodząc dziesiątkami tysięcy żołnierzy i pracowników cywilnych, a także zawiadując bronią o niespotykanej sile rażenia. Przez sześć dekad, obejmujących między innymi wojny światowe, których nieodłączną częścią składową było zagrożenie nuklearną apokalipsą, a nawet nieumyślny wypadek w ośrodku badań jądrowych czy na pokładzie okrętu z napędem atomowym mogący mieć katastrofalne konsekwencje, Rickover dzierżył w swoim ręku władzę nad całym pokoleniem najlepszych i najinteligentniejszych oficerów na świecie.
Przyszłym przywódcom powtarzał, że należy postępować tak, jakby na ich ramionach spoczywała odpowiedzialność za losy całego świata, co było tak naprawdę parafrazą słów Konfucjusza. W trakcie kariery Rickovera właśnie tak było. Ale był przecież zwyczajnym człowiekiem, miał temperament, współpracowników i podwładnych, żonę, syna, rodziców, sąsiadów, rachunki do zapłacenia i korki, w których musiał stać. Jego kompasem życiowym, o czym wielokrotnie wspominał w przemówieniach i podczas odpraw, były idea odróżniania dobra od zła, poczucie obowiązku i honor. Dzięki temu wychodził obronną ręką z niekończących się dylematów i podejmował słuszne decyzje. Wyjaśnił to kiedyś tak: "Życie nie jest pozbawione znaczenia dla kogoś, kto uważa, że pewne czyny są złe wyłącznie dlatego, że są złe, niezależnie od tego, czy stanowią naruszenie prawa. Tego typu kodeks moralny to życiowy drogowskaz, fundament, na którym buduje się swoje życie".
Właśnie o tego rodzaju kodeksie traktuje ta książka. Nie znajdziesz w niej skomplikowanych wywodów prawniczych ani dowcipnych uwag. Nie będę się tu zajmował biologicznym ani metafizycznym pochodzeniem dobra lub zła. Przywołam, owszem, głębokie moralne dylematy, przed jakimi stajemy w życiu, ale jedynie po to, żeby je rozwiązać - tak jak ludzie, którzy przed nimi stanęli - a nie zamęczać cię abstrakcyjnymi dywagacjami. Nie będę teoretyzował na temat przepisów prawa, nie będę nakreślał drogi do nieba ani straszył piekłem. Cel tej książki jest o wiele mniej skomplikowany, a dużo bardziej praktyczny - pójść w ślady starożytnych mędrców, którzy sprawiedliwość traktowali jak nawyk czy umiejętność, jak sposób na życie.
Ponieważ właśnie tym powinna być sprawiedliwość, nie rzeczownikiem, a czasownikiem.
Tym, co robimy, a nie tym, co się z nami dzieje.
Elementem doskonałości człowieka.
Określeniem celu.
Szeregiem podejmowanych działań.
W świecie pełnym niepewności, w którym na tak niewiele mamy wpływ, gdzie naprawdę istnieje zło i regularnie uchodzi ono na sucho, podjęcie decyzji, aby żyć w sposób prawy, jest niczym schronienie w czasie burzy, światełko w ciemności.
Właśnie o to nam chodzi - żeby sprawiedliwość stała się północą na naszym kompasie, Gwiazdą Polarną naszego życia, żeby nas prowadziła i kierowała nami w czasach pomyślności i nieszczęścia. Tak samo jak Harry'ego S. Trumana, Mahatmę Gandhiego, Marka Aureliusza, Martina Luthera Kinga, Emmeline Pankhurst, Sojourner Truth, Buddę i Jezusa Chrystusa.
Kiedy admirał Rickover odkładał słuchawkę, kończąc rozmowę telefoniczną, albo zamykał posiedzenie, nie przedstawiał nikomu precyzyjnych wytycznych ani nie wydawał poleceń, tylko prosił swoich podwładnych o coś, co było bardzo trudne, a jednocześnie śmiesznie proste:
- Zróbcie to, co należy!
Możemy więc zakończyć ten wstęp jego słowami:
Zróbcie to, co należy.
Zróbcie to tu i teraz.
Dla siebie.
Dla innych.
Dla świata.
W kolejnych rozdziałach omówimy sposób, w jaki należy to zrobić.
5 Stare decisis - (z łac.) doktryna precedensu, czyli zasada mówiąca, że sędziowie wydający wyrok w jakiejś sprawie są związani wcześniejszymi orzeczeniami stanowiącymi precedensy - przyp. tłum.
6 James Mattis (ur. 1950) - amerykański wojskowy i polityk - przyp. tłum.
7 "Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni" (Mt 5:6). Wszystkie cytaty z Biblii pochodzą z wydania: Biblia Tysiąclecia Online, Wydawnictwo Pallottinum, Poznań 2003, https://biblia.deon.pl/ - przyp. tłum.
8 Eurypides, Fenicyanki [w:] Tragedye Eurypidesa, przekład Z. Węclewski, cz. I, Biblioteka Kórnicka, Poznań 1881, s. 214 - przyp. tłum.
9 Hyman Rickover (1900 - 1986) - amerykański wojskowy polskiego pochodzenia, kierował programem budowy okrętów atomowych dla armii USA - przyp. tłum.
Będzie on stał przed obliczem królów... 10
Był to jeden z najgroźniejszych momentów w historii świata. Zwłoki ukochanego przez naród prezydenta zostały wystawione na widok publiczny. Wojna toczyła się na dwóch frontach. W Europie trwały walki, a w obozach koncentracyjnych cały czas w użyciu były komory gazowe i płonęły piece krematoryjne. Na Oceanie Spokojnym toczyła się długa kampania przejmowania wyspy po wyspie, prowadząc do inwazji, przy której lądowanie w Normandii to dziecinna igraszka.
Spowita na razie mgłą tajemnicy koszmarna era jądrowa właśnie się rozpoczęła. Wyrównanie rachunków pomiędzy rasami było opóźnione o setki lat, ale nieuniknione. Na horyzoncie gromadziły się burzowe chmury zimnej wojny pomiędzy supermocarstwami.
Kiedy miliony ludzkich żyć wisiały na włosku i nadchodziły trudne czasy, pewien człowiek czekał już na swoją chwilę prawdy. Kogo zesłali nam bogowie? Dla kogo przeznaczenie przygotowało tę ciężką próbę?
Dla rolnika z małego miasteczka w Missouri. Niskiego mężczyzny w okularach jak denka od butelek. Właściciela sklepu z odzieżą, który splajtował. Człowieka, który nie ukończył koledżu. Byłego senatora z jednego z najbardziej przeżartych korupcją stanów. Człowieka, który wszedł do polityki, odniósłszy porażkę w niemal każdej dziedzinie życia. Wiceprezydenta, którego świętej pamięci Franklin Delano Roosevelt nawet nie wprowadził do końca w obowiązki.
Nadeszła jego chwila prawdy, a był to Harry S. Truman.
Szok szybko ustąpił miejsca strachowi, i to nie tylko wśród obywateli Stanów Zjednoczonych i wojsk walczących na zagranicznych frontach, ale i w duszy samego Trumana. Następca Roosevelta tak tłumaczył to uczucie dziennikarzom: "Nie wiem, czy znacie to uczucie, kiedy przewraca się na was stóg siana, ale kiedy się dowiedziałem, co się wczoraj wydarzyło, poczułem się tak, jakby spadły na mnie księżyc, gwiazdy i wszystkie planety naraz". A kiedy Truman zapytał byłą pierwszą damę, wdowę po Roosevelcie, czy mógłby coś dla niej zrobić, ponuro pokręciła głową i rzekła: "A czy jest coś, co my możemy zrobić dla pana ? To pan ma teraz kłopoty".
Ale nie wszyscy załamywali ręce. Jeden z najpotężniejszych i najbardziej doświadczonych ludzi w Waszyngtonie wspominał: "Ja czułem się dobrze, ponieważ go znałem . Wiedziałem, jakim jest człowiekiem". Osoby, które znały Trumana osobiście, rzeczywiście nie miały powodów, aby się obawiać, ponieważ - jak to ujął brygadzista kolejowy z Missouri, który znał Trumana z czasów, gdy jako chłopiec utrzymywał matkę i siebie za trzydzieści pięć dolarów miesięcznie - Truman był "chłop na schwał".
Tak właśnie zaczął się ten niewiarygodny eksperyment, w ramach którego najzupełniej zwyczajny człowiek znalazł się nie tylko w świetle rampy, ale i na stanowisku związanym z niemal nadludzką odpowiedzialnością. Czy zwyczajny człowiek poradziłby sobie z tak monumentalnym zadaniem? Czy nie tylko nie wpłynęłoby to na zmianę jego charakteru, ale i pozwoliło mu udowodnić, że w tym szalonym współczesnym świecie charakter naprawdę ma znaczenie?
W przypadku Harry'ego Trumana odpowiedź na te pytania brzmi: "tak". Absolutnie i niezaprzeczalnie "tak".
Ale ten eksperyment nie rozpoczął się w Waszyngtonie ani w 1945 roku. Zaczął się wiele lat wcześniej od zwyczajnej nauki cnót i przykładu, jaki dawał człowiek, o którym wielokrotnie była już w tej serii książek mowa. Truman wspominał później: "Nazywał się Marek Aureliusz Antoninus, był jednym z największych". Nie wiadomo, kto pokazał Trumanowi dzieła Marka Aureliusza, ale wiadomo, co Marek Aureliusz dał Trumanowi. Tłumacząc, które elementy światopoglądu zapożyczył od Marka Aureliusza, Truman powiedział: "W swoich Rozmyślaniach napisał, że cztery największe cnoty to umiarkowanie, roztropność, sprawiedliwość i męstwo. Jeśli kto umie je pielęgnować, niczego więcej mu nie trzeba, aby prowadzić szczęśliwe i spełnione życie".
Na fundamentach tej filozofii oraz nauk rodziców Truman zbudował swój osobisty kodeks postępowania, zgodnie z którym żył zawsze, czy święcił tryumfy, czy ponosił porażki. W swoim wyświechtanym egzemplarzu Rozmyślań Truman podkreślił następujący fragment: "Co nie przystoi, nie czyń tego; co nie jest prawdą, nie mów tego. (...) Po pierwsze: nic na oślep i nic bez celu. Po wtóre: nic innego nie mieć na względzie jak cel społeczny" 11 .
Truman był punktualny. Uczciwy. Ciężko pracował. Nie zdradzał żony. Płacił podatki. Nie lubił być obiektem zainteresowania, nie znosił ostentacji. Był uprzejmy. Dotrzymywał słowa. Pomagał sąsiadom. Wywiązywał się ze swoich obowiązków. Wspominał kiedyś: "Już od dzieciństwa przy spódnicy matki wierzyłem w honor, etykę i prawe życie jako nagrodę samą w sobie".
Całe szczęście, że uważał to za nagrodę samą w sobie, ponieważ przez wiele lat nie mógł liczyć na nic więcej.
Po ukończeniu szkoły średniej Truman pracował jako goniec w gazecie "Kansas City Star", jako kasjer w drogerii, sygnalista kolejowy, kasjer w banku i rolnik. Nie przyjęto go do szkoły wojskowej w West Point ze względu na słaby wzrok, a następnie, wielokrotnie, odrzucała go miłość jego życia, Bess Wallace, której rodzina uważała go za kandydata niegodnego jej ręki.
Żył więc dalej, zarabiając tyle, że ledwo starczało mu na życie. Czekając, aż trafi mu się okazja, by mógł pokazać, ile jest wart.
Pierwsza trafiła się dokładnie dwadzieścia siedem lat, zanim Truman trafił do Białego Domu, kiedy po raz pierwszy udał się w podróż zagraniczną. Trafił do Brestu we Francji jako członek Amerykańskiego Korpusu Ekspedycyjnego w randze kapitana jednostki artylerii - baterii D. Lista rzeczy, dzięki którym mógłby zostać zwolniony od służby wojskowej podczas I wojny światowej, była długa. Miał już trzydzieści trzy lata, o wiele więcej, niż wynosił wtedy wiek poborowy. Służył już wcześniej w Gwardii Narodowej. Miał słaby wzrok. Jako rolnik i jedyny żywiciel matki i siostry nie musiał iść do wojska. Jednak było to dla niego nie do pomyślenia, aby do wojska poszedł za niego ktoś inny. Zmotywowany przez Woodrowa Wilsona, który wzywał, aby uczynić świat bezpiecznym dla demokracji, czyli mieć na względzie zgodnie z naukami stoików cel społeczny, zaciągnął się do wojska.
Właśnie tam niespodziewanie jego restrykcyjny kodeks moralny został po raz pierwszy wystawiony na widok publiczny.
"Sprawiedliwość to okropny tyran" - napisał Truman w liście do rodziny, snując refleksje nad dyscypliną, jaką musiał utrzymywać w szeregach swoich podkomendnych, wymierzając im za przewinienia surowe, lecz zasłużone kary. Jednocześnie był dowódcą zdolnym zaryzykować sąd wojenny, żeby zapewnić im w czasie działań taktycznych dodatkową noc wypoczynku, a wiele lat później nadal korzystał z usług firm prowadzonych przez towarzyszy z baterii D, żeby ich wspomagać finansowo.
Po wojnie Truman założył sklep odzieżowy. Prowadził go wystarczająco długo, żeby wskrzesić w sobie nadzieję i nabrać pewności, że pechowy okres w życiu ma już za sobą. Niestety wkrótce interes splajtował, a jego właściciel został z długami, które honor nakazywał mu spłacić w całości. Jeszcze piętnaście lat później, kiedy na dobre wszedł w politykę, nadal je spłacał z odsetkami.
Właśnie przez długi Truman zdecydował się zająć polityką. "Muszę coś jeść" - wyjaśnił, kiedy dzierżąc w dłoni zdjęty z głowy kapelusz, udał się do dawnego towarzysza broni Jima Pendergasta, siostrzeńca przewodniczącego największej partii politycznej w Kansas City. Tom Pendergast, który pociągał za wszystkie sznurki w stanowej polityce, ciepło przyjął przyjaciela swojego umiłowanego siostrzeńca i pozwolił mu startować w wyborach na sędziego sądu hrabstwa Jackson w 1922 roku.
Gdyby chciało się napisać opowieść o tym, dlaczego politycy stają się skorumpowani, przykład Trumana idealnie by się do tego nadawał. Był dobrym człowiekiem. Służył swojemu krajowi. Widział zmagania ojca z lokalną polityką, a był on zarządcą dróg miejskich w miejscowości Grandview w Missouri w 1912 roku. Na tego typu stanowiskach korupcja była nie tylko powszechna, ale i akceptowana jako nieodłączny element tej gry. A mimo to ojciec Harry'ego Trumana oparł się pokusie oszukiwania sąsiadów, żeby nabić sobie kabzę, mimo że żył w biedzie. Praca ta była tak stresująca, że dwa lata później zmarł, zostawiając rodzinę z długami. Długi stały się niemal ich rodzinną tradycją.
Harry był desperacko poszukującym pracy bankrutem. Do polityki wprowadził go jeden z najbardziej skorumpowanych i najbogatszych przywódców politycznych w kraju, a na dodatek wylądował na stanowisku bardzo zbliżonym do tego, jakie zajmował kiedyś jego ojciec. Była to niewątpliwie szansa na pokaźny zarobek! Mógł wreszcie pokazać żonie, że jest kimś wyjątkowym. Mógł się wreszcie wygodnie urządzić.
Mimo to okazał się, jak go określił Pendergast, "najbardziej upartym mułem na świecie". Kiedy zlecono mu budowę budynku sądu hrabstwa, na własny koszt przejechał tysiące kilometrów, poszukując odpowiednich projektów budynków i architektów. Gdy rozpoczęto prace, codziennie zjawiał się na placu budowy jako jej nadzorca, zapobiegając kradzieżom, wyłudzeniom i partactwu. Tłumaczył to w ten sposób: "Nauczono mnie, że wydawanie pieniędzy publicznych to kwestia zaufania publicznego, i nie zmieniłem na ten temat zdania. Nikomu nigdy nie wypłacono środków publicznych, za które ja ponosiłem odpowiedzialność, za nierzetelnie wykonane usługi". Przysyłani do Trumana wykonawcy byli w szoku, ponieważ żądał od nich stawania do przetargów i nie faworyzował przedsiębiorstw lokalnych kosztem lepszych, bardziej efektywnie działających firm z innych stanów. Mówił im tak: "Dostaniecie ode mnie zlecenie, jeśli staniecie do przetargu i zaoferujecie najbardziej konkurencyjną stawkę". Później oszacował, że kiedy sprawował tę funkcję, miał możliwość sprzeniewierzenia półtora miliona dolarów z kasy hrabstwa.
Zamiast tego zaoszczędził podatnikom wielokrotność tej kwoty.
Autor biografii Trumana, David McCullough, napisał: "Dnia 30 kwietnia 1929 roku, kiedy Trumanowi przydzielono ponad sześć milionów dolarów na zlecenia z zakresu budowy dróg, wniesiono przeciwko niemu sprawę o niespłacone zadłużenie związane jeszcze ze sklepem odzieżowym na kwotę 8944,78 dolarów. Jego matka była zmuszona zaciągnąć kolejny kredyt hipoteczny pod zastaw gospodarstwa rolnego. A mimo to, kiedy pod jedną z nowo budowanych dróg wywłaszczono 11 akrów jej ziemi, Truman nie przyznał jej należnego od władz hrabstwa odszkodowania - w imię zasad, ze względu na pełnioną przez siebie funkcję".
Truman pisał w liście do żony, Bess: "Wygląda na to, że wszyscy mieszkańcy hrabstwa Jackson się wzbogacili, oprócz mnie. Cieszę się jednak, że mogę spać spokojnie, chociaż Tobie i Margie na pewno trudno jest żyć w ubóstwie". Do córki pisał, że zdaje sobie sprawę z tego, iż pod względem finansowym poniósł kompletną porażkę, ale jest dumny, że starał się pozostawić jej "coś, czego (jak pisze Szekspir) nie można ukraść, czyli dobrą reputację i poważane nazwisko".
Jednak to właśnie dzięki frustrującej dla innych, niezłomnej skrupulatności kariera Trumana nabrała tempa, kiedy awansował na wakat w senacie stanu Missouri. Nie zaszkodzi mieć swojego człowieka w Waszyngtonie, lecz Pendergast, który już wiedział, że nie wolno prosić Trumana o nic, co mogłoby się mu wydać nieetyczne, chciał mieć w swoim hrabstwie współpracownika nieco bardziej zwyczajnego i spolegliwego .
Niestety politycy z Waszyngtonu postrzegali go nieco inaczej. Ci, którzy nie lekceważyli go jako prostaka, określali go mianem "tego senatora od Pendergasta", z góry zakładając, że został przekupiony. A Truman mógł jedynie odwołać się do słów Marka Aureliusza, zwłaszcza akapitu, który opatrzył notatką: "Prawda! Prawda! Prawda!".
Gdy cię ludzie ganią lub nienawidzą, lub gdy złe pogłoski o tobie rozpuszczają, zbliż się do ich duszyczek, przenikn? i zobacz, jacy też oni są. A zobaczysz, że nie masz powodu męczyć się nad tym, aby ludzie ci mieli taki, a nie inny sąd o tobie. Mimo to trzeba się do nich odnosić życzliwie, jako do przyjaciół przyrodzonych 12 .
Truman skrzętnie wypełniał obowiązki senatora, nie wywierając jednak większego wrażenia na opinii publicznej, aż w 1941 roku Podkomisja ds. Mobilizacji Wojennej, w której zasiadał, zabrała się za rozliczanie zawieranych w czasie wojny kontraktów. Przydało się wówczas jego doświadczenie w zakresie korupcji wśród urzędników, ponieważ wiedział, jak ten system działa i gdzie szukać, żeby znaleźć. Truman obserwował wcześniej, jak politycy i prasa poddawali wykorzystanie środków z Nowego Ładu, które miały w założeniu trafić do najuboższych, pozornej kontroli, nie miał więc ochoty tolerować marnotrawstwa, nad jakim i tym razem przeszliby do porządku dziennego, sprawdzając kontrakty wojskowe.
Gremium nazwane później "Komisją Trumana" opisano w czasopiśmie "Time" w 1943 roku tak: "[Przez nią] czerwienili się ze wstydu członkowie rządu, przewodniczący agencji wojskowych, generałowie, admirałowie, właściciele dużych i małych firm oraz przywódcy partii pracy". Dzięki działalności komisji amerykańscy podatnicy zaoszczędzili około 15 miliardów dolarów, a wielu skorumpowanych urzędników, w tym dwóch generałów brygady, trafiło do więzienia.
Truman napisał w liście do żony: "Chcę sobie wyrobić markę jako senator, chociaż jeśli pożyję wystarczająco długo, w porównaniu z sukcesem finansowym nie będzie to jakieś znaczące osiągnięcie. Jednak będziesz musiała to jakoś wytrzymać, ponieważ nie zamierzam się sprzedać, a to się raczej nikomu nie spodoba" 13 .
W dzisiejszych czasach, kiedy obowiązują precyzyjne (choć nadal niewystarczające) przepisy dotyczące finansowania kampanii wyborczych, nie wydaje się to dużym problemem. Korupcja jest postrzegana jako zjawisko złe i wstydliwe, trudno więc sobie wyobrazić, jak niezwykły i jednostkowy był przypadek Trumana, uczciwego polityka. Można próbować nie splamić swojego honoru, ale o wiele trudniej jest to osiągnąć w otoczeniu samych niegodziwców.
Może nie wydawać się to istotne, że prezydent chce płacić z własnej kieszeni za znaczki na listy do siostry i tłumaczy to tak: "To listy osobiste. Nie ma w nich nic oficjalnego". Ale właśnie o to chodzi. Albo jesteś osobą, która stawia sobie takie etyczne granice, albo nią nie jesteś. Albo przestrzegasz kodeksu moralnego, albo go nie przestrzegasz.
Czy to właśnie uczciwość i będąca jej punktem wyjścia dobra wola wpłynęły na decyzję Franklina Delano Roosevelta, żeby wybrać Trumana na swojego zastępcę? Czy może wybrał go dlatego, że nie widział w nim groźnego przeciwnika? Wiemy jedynie, że w kwietniu 1945 roku Roosevelt zmarł w czasie urlopu w Warm Springs w Georgii na udar mózgu, w związku z czym ten zwyczajny człowiek, jakim był Truman, niespodziewanie został prezydentem.
Jak dotąd ani brzęk pieniędzy, ani pokusy zejścia na złą drogę nie zrobiły wyrwy w jego charakterze, można by więc pomyśleć, że uda się to w końcu władzy absolutnej. Lecz nawet ona nie wpłynęła na samodyscyplinę Trumana. Zanim objął ten urząd, był punktualny. Zostało mu to wpojone na wczesnym etapie rozwoju, jeszcze w szkole podstawowej, w której, zgodnie z regulaminem, uczniowie powinni: "być punktualni i regularnie uczęszczać na zajęcia, być posłuszni, uporządkowani w działaniu, przykładni w nauce, uprzejmi i pełni szacunku w zachowaniu". Kiedy Truman objął fotel prezydenta, wszyscy czekaliby na niego bez szemrania, ale i tak pozostał człowiekiem punktualnym. Jeden z jego sekretarzy wspominał: "Kiedy szedł na lunch, często mówił, że wróci o czternastej, i wracał punktualnie, nie pięć po drugiej, nie kwadrans po pierwszej, tylko punkt czternasta".
Na stojącym w Gabinecie Owalnym biurku Resolute stały cztery zegary, oprócz tego w pomieszczeniu znajdowały się jeszcze dwa, a Truman nosił ponadto zegarek na rękę. Nawet jego krok był miarowy, czego nauczono go w wojsku - dokładnie sto dwadzieścia kroków na minutę. Recepcjoniści w hotelach i dziennikarze mogli regulować zegarki według planu dnia Trumana. "Wysiądzie z windy o 7:29 rano" - mówili zawsze, gdy odwiedzał Nowy Jork.
I tak właśnie było! Zawsze!
Niedługo po objęciu fotela prezydenta Truman odbył zwyczajną - w swoim mniemaniu - rozmowę z Harrym Hopkinsem, jednym z najdłuższych stażem doradców i powierników Roosevelta, którego wysłał wcześniej z awaryjną misją do Rosji. Truman powiedział do niego: "Jestem ci niezmiernie zobowiązany za to, co zrobiłeś, i chciałbym ci za to podziękować". Hopkins był oszołomiony, a wychodząc z gabinetu Trumana, rzucił do sekretarza prasowego: "Wiesz co, właśnie wydarzyło się coś, czego nie doświadczyłem w życiu nigdy wcześniej... Prezydent mi podziękował".
Truman był tego typu człowiekiem: kiedy córka członka rządu miała operację, a jej ojciec był w delegacji za granicą, dzwonił do niego z informacjami na bieżąco ze szpitala ; po zdawkowej wymianie zdań z pewnym studentem koledżu w Kalifornii poprosił go, żeby ten do niego napisał, a dziekana - o regularne przesyłanie informacji o stopniach chłopaka; w trakcie działania berlińskiego mostu powietrznego 14 wysłał z Białego Domu kondolencje weteranowi z baterii D, którego dziecko poniosło śmierć w wypadku samochodowym, a byłego prezydenta Hoovera doprowadził do łez wzruszenia, kiedy zaprosił go do Białego Domu po dwunastu latach na "wygnaniu" 15 . Jednak opinia publiczna miała możliwość przekonać się o jego dobrym sercu już w sześć dni po zaprzysiężeniu go na prezydenta, kiedy poszedł na pogrzeb Toma Pendergasta, który stał się persona non grata po wyroku skazującym na karę pozbawienia wolności i okryciu się z tego powodu polityczną niesławą. Truman zadał wówczas pytanie retoryczne: "Jaki człowiek nie poszedłby na pogrzeb przyjaciela tylko dlatego, że mógłby zostać z tego powodu skrytykowany?".
Tylko najbardziej wyjątkowe osoby znajdują w sobie siłę, żeby troszczyć się o innych w najbardziej stresujących okresach swojego życia, a być może również w najbardziej stresujących okresach dla wszystkich ludzi im współczesnych. W ciągu zaledwie trzydziestu dni Związek Radziecki zaczął ingerować w sprawy Polski i wypowiedział wojnę Japonii, tworzono podwaliny ONZ, żeby zapobiegać kolejnym wojnom światowym, i zrealizowano pierwszy transport uranu na cele wojskowe.