p

Poradnik prawdziwej damy. Przewodnik po plotkach i zbrodni - Dianne Freeman

Kup ebooka

46.90 zł
37.52 zł (28,14 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
Ty­tuł ory­gi­nału A LADY'S GU­IDE TO GOS­SIP AND MUR­DER
Co­py­ri­ght ? 2019 by Dianne Fre­eman First pu­bli­shed by Ken­sing­ton Pu­bli­shing Corp. All Ri­ghts Re­se­rved
Po­lish edi­tion co­py­ri­ght ? 2023 Agen­cja Wy­daw­ni­czo-Re­kla­mowa Skarpa War­szaw­ska Sp. z o. o. Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght ? 2023 Mag­da­lena Wit­kow­ska
Re­dak­cja Mo­nika Or­łow­ska
Tłu­ma­cze­nie Mag­da­lena Wit­kow­ska
Ko­rekta Bo­żena Si­gi­smund
Pro­jekt gra­ficzny okładki Anna Slo­torsz
Zdję­cia na okładce Po­lona,The Smi­th­so­nian In­sti­tu­tion (do­mena pu­bliczna)
Skład i ła­ma­nie Agnieszka Kie­lak
Ze­zwa­lamy na udo­stęp­nia­nie okładki książki w in­ter­ne­cie
Wy­da­nie pierw­sze
ISBN 978-83-83291-42-0
Wy­dawca Agen­cja Wy­daw­ni­czo-Re­kla­mowa Skarpa War­szaw­ska Sp. z o.o. ul. Bo­row­skiego 2 lok. 24 03-475 War­szawa tel. 22 416 15 81 re­dak­cja@skar­pa­war­szaw­ska.pl www.skar­pa­war­szaw­ska.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

ROZ­DZIAŁ 1

Sier­pień 1899

Póź­nym la­tem w Lon­dy­nie bra­kuje nieco atrak­cji. To­wa­rzy­stwo jest mocno okro­jone, wy­ścigi w Ascot czy derby można już tylko po­wspo­mi­nać. Nie­wielu nas zo­stało w mie­ście i wszy­scy pra­gnę­li­śmy roz­rywki jak ka­nia dżdżu. Kto jed­nak nie miał in­nego wyj­ścia, jak tylko spę­dzić lato w Lon­dy­nie, z pew­no­ścią nie mógł tego po­po­łu­dnia ni­g­dzie spę­dzić le­piej niż przy Park Lane. Ma­jąc Hyde Park po jed­nej stro­nie i naj­pięk­niej­sze lon­dyń­skie po­sia­dło­ści po dru­giej, można się było po­czuć nie­mal jak na wsi. O ile miało się dość wy­obraźni, oczy­wi­ście.

Choć ogród był duży jak na lon­dyń­skie stan­dardy, na przy­ję­cie za­pro­szono co naj­mniej czter­dzie­ścioro go­ści, któ­rzy mu­sieli zna­leźć so­bie miej­sce gdzieś mię­dzy znaj­du­ją­cym się na ty­łach domu ogro­dem zi­mo­wym a nie­wiel­kimi sto­li­kami roz­sta­wio­nymi na tra­wie. Tłok da­wał nam się we znaki i sta­no­wiłby za­pewne źró­dło nie­ma­łego dys­kom­fortu, gdyby nie to, że słońce ze­chciało - jak to ma w zwy­czaju - po­ba­wić się tro­chę w cho­wa­nego.

Po raz pierw­szy spę­dza­łam lato w mie­ście i mu­szę po­wie­dzieć, że nie­zbyt mi się to po­do­bało. Od­kąd dzie­więć lat temu przy­je­cha­łam do An­glii, o tej po­rze roku - i w ogóle przez więk­szość czasu - prze­by­wa­łam na wsi w Sur­rey, gdzie mój nie­bosz­czyk mąż, hra­bia Har­le­igh, za­wiózł mnie i zo­sta­wił wkrótce po tym, jak nasz mie­siąc mio­dowy do­biegł końca.

I skąd udał się z po­wro­tem do Lon­dynu i za­stępu ko­cha­nek.

W prze­ci­wień­stwie do ko­cha­nek ży­cie na wsi spe­cjal­nie mnie nie uwie­rało. To tam wy­cho­wy­wa­łam na­szą córkę, Rose. Tam też miesz­ka­łam na stałe, je­śli nie li­czyć co­rocz­nych wy­jaz­dów do Lon­dynu na czas trwa­nia se­zonu to­wa­rzy­skiego. Tam też wy­peł­nia­łam su­mien­nie obo­wiązki żony i matki, zgod­nie z tym, jak mnie wy­cho­wano. Za­nim bo­wiem zo­sta­łam Fran­ces Wynn, hra­biną Har­le­igh, by­łam Fran­ces Price, ame­ry­kań­ską dzie­dziczką. W żad­nej z tych ról się ja­koś nad­zwy­czaj­nie nie od­naj­dy­wa­łam, więc po śmierci męża wy­je­cha­łam z domu ro­dzin­nego Wyn­nów, za­bie­ra­jąc ze sobą córkę. Za­miesz­ka­ły­śmy w uro­czym, choć nie­wiel­kim bu­dynku przy Che­ster Street w Bel­gra­vii. Zo­sta­łam pa­nią swo­jego ży­cia i bar­dzo mi z tym było do­brze. Ża­ło­wa­łam je­dy­nie, że skromny bu­dżet nie po­zwala mi na let­nie wy­pady na wieś.

Opu­ści­łam ogród zi­mowy, żeby do­łą­czyć do grupki po­pi­ja­ją­cej szam­pana przy po­bli­skim sto­liku. Lady Ar­gyle nie oszczę­dzała na or­ga­ni­za­cji tego przy­ję­cia. Nie za­mie­rzała ser­wo­wać go­ściom roz­wod­nio­nego pon­czu. Się­ga­jąc po kie­li­szek, za­uwa­ży­łam gra­na­towy ka­pe­lusz za­tknięty po­śród kasz­ta­no­wych fal. Sło­wem - przy­szła Fiona. Gdy prze­ci­skała się przez gąszcz lu­dzi, aby do mnie do­trzeć, za­uwa­ży­łam, że ubrała się cała na nie­bie­sko i tylko rąbki stroju miała brzo­skwi­niowo-białe.

Ja nie­stety no­si­łam ża­łobę. Znowu... Tym ra­zem po szwa­gierce De­lii, zmar­łej trzy mie­siące temu w dość nie­for­tun­nych oko­licz­no­ściach, o któ­rych naj­chęt­niej bym jak naj­szyb­ciej za­po­mniała. Zo­sta­wiła dwóch sy­nów i obec­nego hra­biego Har­le­igh, brata mo­jego świę­tej pa­mięci mał­żonka.

W związku z tym wła­ści­wie w ogóle nie po­winno mnie tu być, ale mój szwa­gier, za­pewne w przy­pły­wie współ­czu­cia, o które ni­gdy w ży­ciu bym go nie po­są­dzała, po­sta­no­wił nie ska­zy­wać swo­ich dwóch ma­łych jesz­cze sy­nów na pełną ża­łobę, która wy­ma­gała no­sze­nia czar­nych opa­sek, wy­ci­sze­nia ze­ga­rów i sku­pie­nia ca­łej uwagi wy­łącz­nie na głę­bo­kim smutku przez co naj­mniej rok. Gra­ham za­de­kla­ro­wał, że dzieci po­winny cie­szyć się dzie­ciń­stwem, a tym sa­mym za­le­cił nam wszyst­kim po­ło­wiczną ża­łobę przez okres nie dłuż­szy niż pół roku. Na po­hy­bel nor­mom spo­łecz­nym!

Nie żar­tuję. Gra­ham, sta­ro­modny i wy­kroch­ma­lony hra­bia Har­le­igh, zlek­ce­wa­żył cał­kiem oczy­wi­ste dla wszyst­kich kon­we­nanse.

Może osta­tecz­nie miał jesz­cze szanse po­ka­zać ludz­kie ob­li­cze?

Dla mnie jego de­cy­zja ozna­czała, że mo­głam spę­dzać czas w to­wa­rzy­stwie i nie mu­sia­łam przez całe lato cho­dzić wy­łącz­nie na czarno. Do wy­boru mia­łam, co prawda, tylko sza­ro­ści i ko­lor la­wendy, ale to i tak lep­sze niż czerń. Na to kon­kretne spo­tka­nie wło­ży­łam fio­le­to­wawy strój, lekki i sto­sowny do pory roku. Uzu­peł­ni­łam go cał­kiem ład­nym ka­pe­lu­szem o sze­ro­kim ron­dzie, nie­stety rów­nież fio­le­to­wa­wym. A czyż kto­kol­wiek wy­gląda do­brze w tym ko­lo­rze?

- Ko­chana!

Fiona mnie za­uwa­żyła i unio­sła rękę w ge­ście po­wi­ta­nia. Na jej nad­garstku za­ko­ły­sała się pa­ra­solka pod ko­lor wy­koń­cze­nia stroju. Nie­ocze­ki­wa­nie wy­rósł mię­dzy nami sir Hugo Ri­dley, a gdy zo­ba­czył, że ona idzie do mnie, rów­nież przy­wi­tał się ge­stem i wy­ru­szył za nią.

Pod­szedł­szy do mnie, Fiona sym­bo­licz­nie mnie uca­ło­wała, a po­tem się od­wró­ciła, aby po­wi­tać na­szego to­wa­rzy­sza.

- Ri­dley, jakże się pan miewa? Wieki całe się nie wi­dzie­li­śmy.

Znam Ri­dleya od lat. Był przy­ja­cie­lem mo­jego zmar­łego męża, jed­nym z nie­licz­nych, któ­rego to­wa­rzy­stwo mnie nie mier­ziło. Po­dob­nie jak Reg­gie, sta­now­czo zbyt wiele czasu po­świę­cał na pi­cie, ha­zard i inne formy utra­cju­szo­stwa. Ten styl ży­cia od­bił się mocno na bar­wie jego skóry, da­wał też o so­bie znać w po­staci cieni pod oczami i za­okrą­gle­nia w oko­licy brzu­cha. W prze­ci­wień­stwie jed­nak do Reg­giego Ri­dley był od­dany swo­jej żo­nie, a je­śli się po­sta­rał, czas w jego to­wa­rzy­stwie spę­dzało się na­prawdę miło.

Ski­nął głową.

- Lady Har­le­igh! Lady Fiono! Za­sko­czony je­stem, wi­dząc obie pa­nie w mie­ście tak póź­nym la­tem. Czy to wszakże ozna­cza, że po­ja­wią się pa­nie na przy­ję­ciu z oka­zji Wspa­nia­łego Dwu­na­stego?

Mia­nem tym okre­ślało się dwu­na­sty dzień sierp­nia, kiedy to ofi­cjal­nie roz­po­czy­nał się se­zon ło­wiecki. Wtedy też przed­sta­wi­ciele klasy wyż­szej gre­mial­nie, co naj­wy­żej z nie­licz­nymi wy­jąt­kami, po­wra­cali do swo­ich po­sia­dło­ści, aby od­da­wać się po­lo­wa­niom na naj­róż­niej­sze dzi­kie ptac­two. I tak do lu­tego... Ri­dley­owie byli jed­nak do szpiku ko­ści lon­dyń­czy­kami i ni­gdy nie wy­jeż­dżali z mia­sta. Co roku dwu­na­stego sierp­nia za­pra­szali do sie­bie tych, któ­rzy rów­nież zo­sta­wali.

- Już wy­sła­łam od­po­wiedź do lady Ri­dley. Chęt­nie pań­stwa od­wie­dzę wraz z mo­imi bli­skimi.

Ri­dley uśmiech­nął się i zwró­cił do Fiony.

- Tak się składa, że ju­tro wy­jeż­dżamy na wieś. Nash prze­cież nie od­pu­ściłby so­bie po­lo­wa­nia - od­parła, ma­jąc na my­śli swo­jego męża. - Wła­ści­wie to li­czy­łam, że lady Har­le­igh po­je­dzie ze mną. - Wy­dęła lekko dolną wargę, jakby w dzie­cię­cym wy­ra­zie roz­cza­ro­wa­nia. - Na pewno się nie zde­cy­du­jesz, Fran­ces? Chęt­nie by­śmy cię z Na­shem go­ścili.

Uję­łam jej dłoń i lekko ją ści­snę­łam.

- Dzię­kuję ci za za­pro­sze­nie Fiono, ale moim go­ściom by to nie od­po­wia­dało. - Smutno mi było, że mu­szę jej od­mó­wić. Nie mo­głam jed­nak przy­jąć za­pro­sze­nia, a po­tem za­brać ze sobą trzech do­dat­ko­wych osób, a do tego jesz­cze córki i jej niani. - Mo­jej sio­strze bar­dzo za­leży na tym, żeby zo­stać w mie­ście i mieć stały kon­takt z pa­nem Ken­dric­kiem.

- Młoda mi­łość - rzu­cił Ri­dley. - Czyż­by­śmy mieli spo­dzie­wać się wkrótce za­po­wie­dzi?

Obok nas po­ja­wił się lo­kaj, wy­cią­gnął w na­szą stronę tacę z prze­ką­skami. Na jego twa­rzy do­strze­głem kro­pelki potu. Biedny czło­wiek. Ri­dley roz­dał nam kie­liszki z szam­pa­nem, a po­tem ge­stem od­pra­wił słu­żą­cego. Wy­ru­szy­li­śmy wol­nym kro­kiem przed sie­bie.

- Daty ślubu jesz­cze nie wy­zna­czyli - od­par­łam. - Przy­pusz­czam, że wstrzy­mują się z ja­ki­mi­kol­wiek pla­nami do je­sieni.

Moja młod­sza sio­stra, Lily, przy­je­chała z No­wego Jorku trzy mie­siące temu, z za­mia­rem na­wią­za­nia zna­jo­mo­ści z ja­kimś lor­dem, za któ­rego mo­głaby wyjść za mąż. Za­uro­czył ją jed­nak syn bo­ga­tego czło­wieka in­te­resu, Leo Ken­drick, i szybko stali się nie­roz­łączni. Leo po­pro­sił ją o rękę, a ona się zgo­dziła. Mło­dzi chcieli ko­niecz­nie po­wie­dzieć światu o swo­ich za­rę­czy­nach, ale do­ra­dzi­łam im tro­chę po­cze­kać. Lily miała do­piero osiem­na­ście lat. Mnie w jej wieku po­śpiech skło­nił do za­war­cia tra­gicz­nego w skut­kach związku.

Leo nie bu­dził, co prawda, mo­ich za­strze­żeń, ale co do mo­jego nie­od­po­wie­dzial­nego i wiecz­nie ro­man­su­ją­cego męża też nie mia­łam wąt­pli­wo­ści, gdy za niego wy­cho­dzi­łam. Na­bra­łam ich do­piero póź­niej i nie opu­ściły mnie do końca, to zna­czy do mo­mentu gdy zna­la­złam go mar­twego w łóżku ko­chanki. Rzecz za­tem nie w tym, że pró­bo­wa­łam ko­mu­kol­wiek co­kol­wiek kom­pli­ko­wać. Po pro­stu chcia­łam, żeby mło­dzi się do­brze po­znali, za­nim we­zmą ślub.

Fiona cmok­nęła ze znie­cier­pli­wie­niem.

- Fran­ces, prze­cież ona prę­dzej czy póź­niej i tak za niego wyj­dzie. Od­su­wa­nie tego w cza­sie nie ma sensu. Już le­piej za­ję­ła­byś się swoją młodą pro­te­go­waną. Ona pew­nie z nie­cier­pli­wo­ścią wy­pa­truje każ­dej roz­rywki.

- Je­śli ktoś li­czy na to, że Lon­dyn za­pewni mu roz­rywkę, lady Fiono, to może się srogo prze­li­czyć. - Sir Hugo uniósł kie­li­szek, jakby dla wzmoc­nie­nia prze­kazu. - Uro­czą pannę De­aver mia­łem oka­zję po­znać w ze­szłym ty­go­dniu w te­atrze. Chyba się cał­kiem nie­źle ba­wiła.

Char­lotte De­aver, moja "młoda pro­te­go­wana", jak ją na­zwała Fiona, to przy­ja­ciółka Lily z No­wego Jorku.

- Lot­tie żywo in­te­re­suje się ab­so­lut­nie wszyst­kim, co lon­dyń­skie. - Ski­nę­łam głową w kie­runku Ri­dleya. - Ona nie ma naj­mniej­szych kło­po­tów ze zna­le­zie­niem so­bie roz­rywki. Wy­prawa do bi­blio­teki czy mu­zeum cie­szy ją w ta­kim sa­mym stop­niu jak spo­tka­nie to­wa­rzy­skie, a może na­wet bar­dziej. - Zni­ży­łam nieco głos i na­chy­li­łam się do przy­ja­ciół. - Wła­ści­wie to pod­czas spo­tkań to­wa­rzy­skich nie do końca się od­naj­duje.

Fiona unio­sła brwi.

- Po­zwa­lasz so­bie na spore nie­do­po­wie­dze­nie, moje droga. Re­be­lia w Trans­walu nie przy­nio­sła tylu ofiar co ta­niec z tą panną.

- Je­steś nie­spra­wie­dliwa, Fiono - obu­rzy­łam się. - Może tro­chę bra­kuje jej wdzięku, ale prze­cież ni­komu z jej part­ne­rów nie stała się w tańcu krzywda.

Ri­dley od­chrząk­nął, żeby stłu­mić śmiech.

- Abs­tra­hu­jąc od gra­cji ru­chów, uro­cza to osoba i chyba każdy męż­czy­zna w Lon­dy­nie się z tym zgo­dzi. Eving­don na pewno.

Nasz roz­mówca za­su­ge­ro­wał ru­chem głowy, że po­win­ny­śmy spoj­rzeć w stronę domu, bo­wiem Lot­tie wła­śnie po­ty­kała się na trzech nie­wiel­kich stop­niach pro­wa­dzą­cych z ogrodu zi­mo­wego na traw­nik. Char­les Eving­don, który rów­nież w tym mo­men­cie scho­dził, ujął ją bły­ska­wicz­nie pod ra­mię i w ten spo­sób uchro­nił przed upad­kiem twa­rzą pro­sto w krzew ró­żany. Nie zdo­łał jed­nak ura­to­wać jej ka­pe­lu­sza, więc kon­struk­cja z ró­żo­wych wstą­żek i bia­łych piór wy­lą­do­wała w za­ro­ślach.

- O, nie spo­dzie­wa­łam się tu dziś zo­ba­czyć Eving­dona.

- Mnie jego wi­dok nie prze­szka­dza - stwier­dził Ri­dley. - Za to ko­niecz­ność pro­wa­dze­nia z nim roz­mowy mocno nad­wy­ręża moją cier­pli­wość.

Rzu­ci­łam mu chłodne spoj­rze­nie.

- Przy­po­mnę panu, pa­nie Ri­dley, że Char­les Eving­don to moja ro­dzina.

W jego oczach zo­ba­czy­łam w tym mo­men­cie szel­mow­ski błysk.

- O ile ko­ja­rzę, to ku­zyn pani nie­bosz­czyka męża. W tej sy­tu­acji może pani nie mieć wyj­ścia, droga lady Har­le­igh. Ja na­to­miast pa­nie prze­pro­szę.

Od­da­lił się czym prę­dzej z za­wa­diac­kim uśmie­chem na twa­rzy, a mnie po­zo­stało świ­dro­wać wzro­kiem jego plecy.

- Gdy tylko so­bie po­my­ślę, jak ten czło­wiek wszystko so­bie w ży­ciu po­ukła­dał, od razu mi się przy­po­mina, jaki z niego tak na­prawdę drań.

- Mał­żeń­stwo zwy­kle nie czyni czło­wieka przy­zwo­itym, moja droga - od­parła Fiona. - Ale aku­rat w tym przy­padku chyba po pro­stu szcze­rze po­wie­dział, co my­śli.

- Char­les wcale taki nie jest, za­pew­niam cię.

Na pewno pod wie­loma wzglę­dami róż­nił się od in­nych człon­ków ro­dziny mo­jego męża. Przede wszyst­kim on i jego krewni zdo­łali nie stra­cić swo­jego ma­jątku. Poza tym ni­gdy mi nie wy­ty­kał mo­jego ame­ry­kań­skiego ro­do­wodu i w prze­ci­wień­stwie do naj­bliż­szych mo­ich ko­li­ga­tów był przy­ja­zny jak gol­den re­trie­ver.

Spoj­rza­łam w kie­runku domu i uśmiech­nę­łam się, gdy Char­les uniósł rękę, że­bym go za­uwa­żyła. Lot­tie już od­zy­skała rów­no­wagę i na­wet za­mon­to­wała z po­wro­tem we wło­sach to, co zo­stało z jej ka­pe­lu­sza, więc te­raz szli w na­szym kie­runku.

- On przy­pusz­czal­nie chce mi po­dzię­ko­wać za to, że go przed­sta­wi­łam Mary Ar­cher. - Spoj­rza­łam na Fionę, żeby jej się po­chwa­lić. - Zro­biła na nim duże wra­że­nie. Za­li­czy­ła­bym so­bie tę zna­jo­mość w po­czet mo­ich suk­ce­sów.

- Nie mó­wi­ła­bym tego na głos, moja droga. - Fiona na­chy­liła się do mnie na­wet bli­żej. - Nie chcesz prze­cież, żeby kto­kol­wiek po­my­ślał, że się zaj­mu­jesz za­wo­dowo swa­ta­niem. Albo że w ogóle czym­kol­wiek zaj­mu­jesz się za­wo­dowo.

- Oczy­wi­ście, że nie. - Ro­zej­rza­łam się, aby się upew­nić, że nikt mnie nie usły­szy. - Ja tylko tu czy tam ko­goś so­bie dys­kret­nie przed­sta­wię. Cóż mogę po­ra­dzić na to, że po­tem ktoś mi się za to od­wdzię­cza pre­zen­tem?

- Za­sta­na­wiam się tylko, czy pani Ar­cher rze­czy­wi­ście jest ci wdzięczna. Czy na­prawdę są­dzisz, że Eving­don ją urzekł? - Zmarsz­czyła nos. - Chyba się ze mną zgo­dzisz, że on bły­sko­tli­wo­ścią nie grze­szy.

- Je­ste­ście z Ri­dleyem sie­bie na­wza­jem warci. Jakże to nie­życz­liwe z two­jej strony, że tak mó­wisz. Cał­kiem nie­za­leż­nie od wszel­kich wię­zów ro­dzin­nych, które nas łą­czą, uwa­żam, że Char­les to do­bry i sym­pa­tyczny czło­wiek. Poza tym przy­jaźni się bli­sko z twoim bra­tem, a prze­cież Geo­rge nie znosi głup­ców.

Usta Fiony za­ci­snęły się w pro­stą li­nię. Mia­łam słusz­ność i ona o tym wie­działa. W isto­cie to wła­śnie do­bra opi­nia Geo­rge'a do­pro­wa­dziła mnie do prze­ko­na­nia, że ten czło­wiek jed­nak musi mieć ja­kiś po­ten­cjał in­te­lek­tu­alny. Mimo że zwy­kle za­cho­wy­wał się w spo­sób świad­czący o czymś zgoła prze­ciw­nym.

Pod­szedł do nas z sze­ro­kim uśmie­chem. Ten wy­raz dość czę­sto go­ścił na jego twa­rzy i uj­mo­wał mu lat od fak­tycz­nych trzy­dzie­stu sze­ściu. Mło­dzień­czego wy­glądu przy­da­wały mu rów­nież wy­soki wzrost i wy­spor­to­wana syl­wetka, a także gę­sta ja­sna czu­pryna. Tak bujne fry­zury wy­szły już, co prawda, z mody, ale jemu ta­kie ucze­sa­nie słu­żyło.

- Dro­gie pa­nie - po­wie­dział, do­ty­ka­jąc ronda słom­ko­wego ka­pe­lu­sza. - Mia­łem na­dzieję, że tu pa­nie spo­tkam. Choć wła­ści­wie ta moja na­dzieja do­ty­czyła tylko cie­bie, ku­zynko Fran­ces.

Prze­rwał na chwilę, za­czerp­nął po­wie­trza, a po­tem mó­wił da­lej:

- Nie że­bym nie chciał spo­tkać pani, lady Fiono, ale też nie tak, że mi kon­kret­nie za­le­żało na tym spo­tka­niu. Ro­zu­mie pani? Nie­mniej do­brze obie pa­nie wi­dzieć. Tro­chę tak, jakby się szu­kało książki, którą się gdzieś za­po­działo, a po­tem się przy­pad­kiem wpa­dło na inną, rów­nie fa­scy­nu­jącą. Nie że­bym miał na pa­nią kie­dy­kol­wiek wpaść, rzecz ja­sna. Któż by jed­nak za­prze­czył, że jest pani fa­scy­nu­jąca.

Mo­no­log za­koń­czył się pre­zen­ta­cją uro­czych do­łecz­ków w po­licz­kach.

- Cie­bie rów­nież miło wi­dzieć, ku­zy­nie Char­le­sie.

Zer­k­nę­łam z ukosa na Fionę. Za­uwa­ży­łam, że marsz­czy brwi. Wargi za to jej się roz­warły, jakby chciała się ode­zwać. Po­tem jed­nak naj­wy­raź­niej się roz­my­śliła.

Ści­snę­łam ją lekko za ra­mię.

- Lady Nash też się cie­szy na twój wi­dok.

- Tak, oczy­wi­ście - po­twier­dziła. - Pań­stwo mi jed­nak wy­ba­czą. Pójdę się przy­wi­tać z pa­nią domu.

Po tych sło­wach ulot­niła się jak zwierz czmy­cha­jący z pu­łapki. Za­czerp­nę­łam po­wie­trza i sku­pi­łam uwagę na ku­zy­nie.

- Pani Ar­cher nie zde­cy­do­wała ci się dziś to­wa­rzy­szyć?

- No wła­śnie, pani Ar­cher. Tak... Wła­śnie dla­tego chcia­łem z tobą po­roz­ma­wiać.

- Jak się ukła­dają sprawy mię­dzy wami?

Char­les za­czął otrze­py­wać rę­kawy, jakby chciał z nich usu­nąć kurz. Po­tem po­pra­wił so­bie kra­wat. Tym ner­wo­wym ru­chom to­wa­rzy­szyło roz­bie­ga­nie wzroku, który zda­wał się kie­ro­wać na co­kol­wiek, byle tylko nie na mnie.

- No cóż... - W końcu na mnie spoj­rzał. - Tak się składa, że nie naj­le­piej. Zde­cy­do­wa­nie nie naj­le­piej.

Zer­k­nął po­dejrz­li­wie na dwie młode damy, które stały w po­bliżu i chi­cho­tały mię­dzy sobą. Po­dał mi ra­mię.

- Ze­chcia­ła­byś się ze mną przejść, ku­zynko Fran­ces?

Wzię­łam go pod rękę i wy­ru­szy­li­śmy wol­nym kro­kiem po ob­wo­dzie ogrodu.

- Czy chciał­byś mi coś po­wie­dzieć?

- Nie - od­parł. - A wła­ści­wie tak. Osta­tecz­nie chyba jed­nak do sie­bie nie pa­su­jemy, to zna­czy pani Ar­cher i ja. Choć wy­da­wało mi się, że tak, bo to wspa­niała ko­bieta. - Chwilę roz­ma­so­wy­wał so­bie kark, a po­tem ciężko wes­tchnął. - Uro­cza, bar­dzo miła, in­te­li­gentna. Za­uro­czyła mnie, przy­znam. Osta­tecz­nie jed­nak my nie... To zna­czy... nie pa­su­jemy do sie­bie.

- Przy­kro mi to sły­szeć.

Na­prawdę było mi przy­kro. Wśród zna­jo­mych ko­biet mia­łam nie­wiele tak cier­pli­wych i do­bro­dusz­nych. Skoro ona mu nie od­po­wia­dała, to zna­le­zie­nie lep­szej par­tii mu­siało sta­no­wić nie lada wy­zwa­nie. Oczy­wi­ście jemu tak tego nie mo­głam przed­sta­wić.

- Można od­nieść wra­że­nie, że po­lu­bi­łeś pa­nią Ar­cher. Na pewno chcesz tę zna­jo­mość za­koń­czyć? Wiedz, że to, co dziś wy­daje ci się sta­no­wić źró­dło trud­no­ści, już wkrótce może zu­peł­nie stra­cić zna­cze­nie.

Char­les za­ci­snął szczęki i po­krę­cił lekko głową.

- Nie, nie wy­obra­żam so­bie, że­bym miał tę zna­jo­mość kon­ty­nu­ować. Je­śli jed­nak zna­ła­byś ko­goś in­nego, kogo mo­gła­byś mi przed­sta­wić... - do­dał z miną, z któ­rej wy­czy­ta­łam jed­no­cze­śnie na­dzieję i po­wąt­pie­wa­nie.

- Na pewno się ktoś znaj­dzie. Aby jed­nak drugi raz nie po­peł­nić po­dob­nego błędu, zdradź mi, pro­szę, co ci kon­kret­nie nie od­po­wia­dało.

- Dżen­tel­me­nowi nie przy­stoi mó­wić ta­kich rze­czy. Ni­czego pani Ar­cher nie mogę za­rzu­cić i na­dal mi za­leży na ożenku, ale my po pro­stu...

- Nie pa­so­wa­li­ście do sie­bie? - Unio­słam brwi.

- Otóż to! - Znów za­pre­zen­to­wał mi do­łeczki. - Wie­dzia­łem, że zro­zu­miesz.

W rze­czy­wi­sto­ści nie ro­zu­mia­łam, ale też naj­wy­raź­niej nie mia­łam szans do­wie­dzieć się od Char­lesa ni­czego wię­cej. Uzna­łam, że być może Geo­rge mi coś pod­po­wie. Albo sama Mary.

Wła­śnie, Mary po­winna być mi w sta­nie wy­ja­śnić, co mię­dzy nimi za­szło. Po­sta­no­wi­łam na­za­jutrz ją od­wie­dzić.

- Po­trze­buję paru dni, Char­le­sie. Dam ci znać, jak mi idzie.

Przy­ję­cie w ogro­dzie skoń­czyło już kilka go­dzin póź­niej. Przy akom­pa­nia­men­cie bu­rzy wy­lew­nie po­że­gna­łam się z Fioną. Za­twar­działa Bry­tyjka mu­siała znieść ja­koś moje uści­ski, bo prze­cież mia­ły­śmy się znów zo­ba­czyć do­piero na wio­snę. O ile oczy­wi­ście nie ule­gnę na­mo­wom Lily i nie zgo­dzę się na zi­mowy ślub. Ta­kie wy­da­rze­nie na pewno ścią­gnę­łoby Fionę z po­wro­tem do mia­sta. Wy­da­wało mi się mało moż­liwe, abym była w sta­nie jesz­cze długo po­wstrzy­my­wać Lily i Leo przed sfor­ma­li­zo­wa­niem związku. Oni za każ­dym ra­zem że­gnali się tak, jakby się mieli zo­ba­czyć po­now­nie do­piero na wio­snę. Mimo że roz­sta­wali się naj­wy­żej do na­stęp­nego dnia.

Wy­mie­niw­szy po­że­gna­nia, Lily, Lot­tie, ciotka Hetty i ja wsia­dły­śmy do po­wozu Geo­rge'a Ha­zel­tona. Z pa­nem Ha­zel­to­nem, star­szym bra­tem Fiony, miesz­ka­li­śmy po są­siedzku, a on oka­zał się wspa­nia­łym przy­ja­cie­lem i gdy tylko czas mu po­zwa­lał, to­wa­rzy­szył nam w na­szych wy­pra­wach, w in­nych zaś oko­licz­no­ściach uży­czał nam swo­jego środka trans­portu. Dys­po­no­wa­łam fun­du­szami nie­zbęd­nymi do pro­wa­dze­nia wła­snego domu, ale na po­wóz i ko­nie ra­czej nie mo­gła­bym so­bie po­zwo­lić. Lily przy­je­chała do An­glii w to­wa­rzy­stwie ciotki Hetty, któ­rej po­wie­rzono obo­wiązki przy­zwo­itki. Hetty to sio­stra mo­jego ojca, która tak jak i on ma smy­kałkę do in­te­re­sów. Nie wie­dzia­łam jed­nak, jak długo za­mie­rza u mnie zo­stać, nie chcia­łam więc przy­zwy­cza­jać się do ży­cia za jej pie­nią­dze.

Dwie młode panny za­jęły miej­sca usy­tu­owane ty­łem do kie­runku jazdy, więc Hetty i ja mo­gły­śmy usiąść przo­dem. Ciotka we­szła do po­wozu pierw­sza i czym prę­dzej się­gnęła po ga­zetę, którą wcze­śniej zo­sta­wiła na sie­dze­niu. Usa­do­wi­łam się obok niej, wzdy­cha­jąc kar­cąco.

- Cio­ciu Hetty, oczy so­bie nad­wy­rę­żasz, czy­ta­jąc w ta­kim świe­tle.

Wy­mam­ro­tała coś, żeby mnie zbyć, po czym po­skła­dała ar­kusz tak, żeby dało się go czy­tać.

- Już ty się nie martw o moje oczy, moja droga. Wszystko z nimi w po­rządku.

Zmarsz­czy­łam czoło, choć ona przez ga­zetę nie mo­gła tego zo­ba­czyć.

- Może jed­nak byś to odło­żyła? Mam dy­le­mat, który chęt­nie bym z tobą skon­sul­to­wała.

- Z nami mo­żesz skon­sul­to­wać. - Lily wska­zała ge­stem sie­bie i Lot­tie.

- Oczy­wi­ście, że mogę, ale in­te­re­suje mnie rów­nież opi­nia ciotki Hetty. - Trą­ci­łam ją lekko łok­ciem.

- Mówże, ja słu­cham - od­parła.

- Roz­ma­wia­łam z ku­zy­nem Char­le­sem. - Wes­tchnę­łam. - Do­wie­dzia­łam się, że nie chce kon­ty­nu­ować zna­jo­mo­ści z Mary Ar­cher.

Spoj­rza­łam na moje to­wa­rzyszki, li­cząc na ich współ­czu­cie.

- A to­bie się wy­da­wało, że do­brze do sie­bie pa­sują - skwi­to­wała Lily. - Po­wie­dział dla­czego?

- Nie, zdra­dził tylko, że się mię­dzy nimi nie uło­żyło i że chęt­nie po­zwo­liłby się przed­sta­wić ko­muś in­nemu, gdy­bym po­tra­fiła wska­zać od­po­wied­nią osobę.

- To ten miły z two­ich ku­zy­nów, prawda? Ten przy­ja­ciel Ha­zel­tona? - Ciotka Hetty wsu­nęła nie­sforny ko­smyk ciem­nych wło­sów pod ka­pe­lusz. Do­bie­gała pięć­dzie­siątki i choć to po­woli już było wi­dać na jej twa­rzy, włosy miała na­dal kru­czo­czarne. Zmarsz­czyła nos. - Ten ra­czej mało bły­sko­tliwy?

- Ow­szem, to przy­ja­ciel Ha­zel­tona, ale nie jest mało bły­sko­tliwy. Mnie się w każ­dym ra­zie taka ocena wy­daje zbyt su­rowa. To do­bro­tliwy czło­wiek, do­bry to­wa­rzysz. Tylko cza­sem po­trafi wpra­wić w za­kło­po­ta­nie... albo może sam po­pada w za­kło­po­ta­nie...

- Jest bar­dzo przy­stojny - do­dała Lily.

- I dzie­dzi­czy po swoim bra­cie - pod­kre­śli­łam - więc pew­nego dnia zo­sta­nie wi­ceh­ra­bią.

- Czyli do­bre serce, atrak­cyjny wy­gląd i per­spek­tywa ty­tułu. A może do tego wszyst­kiego przy­pad­kiem jesz­cze ma­jąt­kiem dys­po­nuje? - Hetty unio­sła wzrok znad ga­zety i ścią­gnęła ciemne brwi.

- Ta część ro­dziny nie może na­rze­kać na swoją sy­tu­ację fi­nan­sową.

- Dla­czego za­tem po­trze­buje two­jej po­mocy w po­szu­ki­wa­niu żony? Wy­da­wa­łoby się, że taki męż­czy­zna bę­dzie otrzy­my­wać całe mnó­stwo pro­po­zy­cji. - Spoj­rzała na mnie skon­ster­no­wana, a ja w pełni ro­zu­mia­łam jej zdzi­wie­nie. Hetty była nowa w krę­gach lon­dyń­skich, które rzą­dziły się in­nymi pra­wami niż te no­wo­jor­skie, naj­wy­raź­niej jed­nak po­tra­fiła roz­po­znać do­brą par­tię.

- Za­iste, on się rze­czy­wi­ście musi opę­dzać od za­in­te­re­so­wa­nych pań, mimo to chciałby zna­leźć ko­goś, kto bę­dzie za­in­te­re­so­wany fak­tycz­nie nim, a nie jego ty­tu­łem i ma­jąt­kiem.

- I ładną bu­zią - do­dała Lily. - O tym nie za­po­mi­naj.

Zer­k­nę­łam z ukosa na sio­strę. Miała do­piero osiem­na­ście lat, ja­sne włosy, nie­bie­skie oczy i urodę por­ce­la­no­wej la­leczki. Pod wie­loma wzglę­dami sta­no­wiła ko­pię na­szej matki, pod­czas gdy ja łą­czy­łam ce­chy obojga ro­dzi­ców, oprócz nie­bie­skich oczu i ja­snej skóry odzie­dzi­czy­łam bo­wiem po nich rów­nież ciemne włosy. Po­dob­nie jak moja ciotka Hetty, zna­cząco też gó­ro­wa­łam wzro­stem nad drob­niutką Lily. By­łam też od niej nie­mal dzie­sięć lat star­sza, bo ob­cho­dzi­łam już dwu­dzie­ste siódme uro­dziny. Za­ska­ki­wało mnie, że ona do­pa­try­wała się urody w męż­czyź­nie star­szym od niej o bli­sko dwa­dzie­ścia lat.

- Naj­pew­niej skrzęt­nie ukry­wasz przed Leo, że ku­szą cię starsi męż­czyźni - po­wie­dzia­łam z uśmie­chem, a ona się za­ru­mie­niła.

- Mam oczy, Fran­ces, ale to, że po­tra­fię roz­po­znać przy­stoj­nego męż­czy­znę, nie zna­czy jesz­cze, że on mnie kusi. Za­pew­niam cię, że je­stem ca­łym ser­cem od­dana Leo.

Co do tego nie mia­łam żad­nych wąt­pli­wo­ści. Lily w ten spo­sób po raz ko­lejny upo­mi­nała mnie, że od­ra­czam ich ślub, jej zda­niem cał­ko­wi­cie bez po­wodu. Tym­cza­sem jesz­cze w tym ty­go­dniu mie­li­śmy spo­tkać się przy ko­la­cji z ro­dziną Leo. Spo­dzie­wa­łam się na­ci­sków na przy­bli­że­nie daty ce­re­mo­nii o kilka mie­sięcy. Wy­da­wało mi się wielce praw­do­po­dobne, że Lily - czy była na to go­towa, czy nie - zo­sta­nie żoną jesz­cze przed No­wym Ro­kiem. Po­zo­sta­wało mi więc mieć na­dzieję, że jed­nak jest go­towa.

Sio­stra na­chy­liła się do mnie i za­ci­snęła dłoń na moim nad­garstku, w ten spo­sób wy­ry­wa­jąc mnie z za­my­śle­nia.

- A może Lot­tie by­łaby do­brą par­tią dla pana Eving­dona?

Ką­tem oka do­strze­głam, że Lot­tie mocno się za­ru­mie­niła. Że też ja tego nie prze­wi­dzia­łam! Lily za­pro­siła ją na na­stępny se­zon to­wa­rzy­ski, a ja mia­łam za­dbać o wpro­wa­dze­nie jej do lon­dyń­skich krę­gów. Matce panny ten po­mysł się spodo­bał, nie chciała jed­nak tak długo cze­kać - więc już trzy ty­go­dnie temu do­star­czyła do nas swoją córkę pod drzwi ni­czym dwu­dzie­sto­jed­no­let­niego pod­rzutka, po czym sama po­je­chała do Pa­ryża, aby tam zle­cić pro­jek­to­wa­nie no­wych kre­acji.

Tak w każ­dym ra­zie twier­dziła.

Jako że li­sty ka­zała so­bie prze­sy­łać na ad­res hra­biego De Be­au­lieu, trudno mi było uwie­rzyć w praw­dzi­wość jej za­pew­nień. Hra­bia sta­no­wił urze­czy­wist­nie­nie ste­reo­typu li­ber­tyna, który bry­tyj­scy mę­żo­wie ko­ja­rzyli z Fran­cu­zami w ogól­no­ści. A przy tym nie miał gro­sza przy du­szy. Je­śli więc ja­kie­kol­wiek pro­jek­to­wa­nie miało dojść do skutku, to za­pewne do­ty­czyło ra­czej pie­nię­dzy pani De­aver. Zwa­żyw­szy na to, jaki czek prze­ka­zała mi na po­kry­cie wy­dat­ków swo­jej córki i mo­ich, po­dej­rze­wa­łam, że ma w Pa­ryżu do wy­da­nia cał­kiem sporą sumkę. Sam pan De­aver naj­pew­niej jed­nak nie miał tę­sk­nić ani za tymi pie­niędzmi, ani tym bar­dziej za swoją żoną. Je­śli wie­rzyć plot­kom, które moja matka prze­ka­zy­wała mi w li­stach, za­cho­wa­nie pani De­aver tak znie­chę­ciło do niej sza­nowne matki No­wego Jorku, że żadna z nich nie do­pu­ści­łaby swo­jego syna do Lot­tie.

Skoro zaś wy­ro­biła so­bie taką re­pu­ta­cję za oce­anem, to za­pewne do­brze, że się ulot­niła, za­nim zdą­żyła wy­pra­co­wać so­bie po­dobną tu­taj. Do­dat­kowe pie­nią­dze, ow­szem, chęt­nie przy­ję­łam, mu­sia­łam jed­nak zna­leźć ja­kiś po­mysł na Lot­tie. Nie­szczę­sna młoda dama zmie­rzała szu­kać męża wśród ary­sto­kra­tów, w okre­sie gdy ci za­szy­wali się w swo­ich do­mach na wsi, żeby wraz z na­sta­niem Wspa­nia­łego Dwu­na­stego roz­po­cząć po­lo­wa­nia na par­dwy.

Tak póź­nym la­tem wy­da­rzeń to­wa­rzy­skich było jak na le­kar­stwo, więc naj­bliż­sze ty­go­dnie mia­ły­śmy spę­dzić przede wszyst­kim we wła­snym gro­nie. Lot­tie była ładną dziew­czyną śred­niego wzro­stu, o syl­wetce szczu­płej, zgod­nie z na­ka­zami mody. Twarz miała owalną, oto­czoną bu­rzą ru­dych wło­sów. Z mo­ich ob­ser­wa­cji wy­ni­kało, że żywo się in­te­re­suje ab­so­lut­nie wszyst­kim. Jak wspo­mnia­łam już sir Hu­go­nowi, zna­le­zie­nie dla niej za­ję­cia nie sta­no­wiło żad­nego pro­blemu. Po­nadto sta­rała się być po­mocna. Szybko się wszakże prze­ko­na­łam, że czło­wiek ko­rzy­sta­jący z jej wspar­cia na­raża się na nie­bez­pie­czeń­stwo.

W przy­padku ukła­da­nia kwia­tów ry­zy­ko­wało się co naj­wy­żej stłu­cze­nie wa­zonu i roz­la­nie wody, lecz kie­dyś po­pro­si­łam ją, żeby się udała do po­bli­skiej księ­garni po je­den kon­kretny tom. Nie tylko nie wzięła ze sobą po­ko­jówki w cha­rak­te­rze osoby do to­wa­rzy­stwa, ale jesz­cze za­gu­biła się we wła­snych my­ślach i wy­wę­dro­wała tak da­leko poza oko­licę, że mu­sia­ły­śmy we trzy wy­ru­szyć na po­szu­ki­wa­nia. Od­na­le­zie­nie jej kosz­to­wało mnie kilka go­dzin tam­tego dnia, a jak przy­pusz­czam rów­nież kilka lat mo­jego ży­cia, bo cały czas wy­obra­ża­łam so­bie, jak to ją ktoś po­rwał i sprze­dał jako nie­wol­nicę. Jakże bym się wów­czas wy­tłu­ma­czyła przed jej ro­dziną?

Spód­nice Lot­tie wiecz­nie miały ja­kieś plamy, palce no­siły ślady atra­mentu, a ona sama siała spu­sto­sze­nie wszę­dzie, gdzie tylko się zna­la­zła. Choć in­ten­cje przy­świe­cały jej za­wsze naj­lep­sze... I też była urze­ka­jąca, i bar­dzo ją lu­bi­łam. Żeby tak jesz­cze ze­chciała ni­czego nie do­ty­kać.

Czy by­łaby do­brą par­tią dla Char­lesa? Nie bar­dzo po­tra­fi­łam stwier­dzić, dla kogo wła­ści­wie by­łaby do­brą par­tią, ale jego osoby ni­gdy nie bra­łam pod uwagę. Po pierw­sze dla­tego, że miał w domu sta­now­czo zbyt dużo an­ty­ków, które na­le­żało chro­nić przed stłu­cze­niem. Po dru­gie, choć obu­rzy­łam się na słowa ciotki Hetty, to on rze­czy­wi­ście nie był zbyt lotny. Lot­tie po­trze­bo­wała ko­goś, kto by jej się po­mógł od­na­leźć po­śród me­an­drów ży­cia to­wa­rzy­skiego. Char­les się do tej roli nie nada­wał.

Na głos po­wie­dzieć mo­głam jed­nak tylko coś in­nego.

- Pew­nie za­nim przed­sta­wię pana Eving­dona ko­mu­kol­wiek no­wemu, warto by się do­wie­dzieć, dla­czego było mu nie po dro­dze z pa­nią Ar­cher.

- A dla­czego uzna­łaś, że oni będą do sie­bie pa­so­wać? - za­py­tała Lily.

To było do­bre py­ta­nie.

- Po czę­ści dla­tego, że ona jest wdową, a ro­dzina jej świę­tej pa­mięci męża wy­róż­nia się w to­wa­rzy­stwie. Czę­sto po­dej­mują go­ści, a Mary cały czas po­dąża za modą. Gdy ku­zyn Char­les odzie­dzi­czy ty­tuł i za­cznie w związku z tym od­gry­wać na­leżną mu rolę, a w szcze­gól­no­ści za­sią­dzie w Izbie Lor­dów, ktoś taki jak Mary mógłby mu się bar­dzo przy­słu­żyć.

- Wy­daje się to bar­dzo prag­ma­tyczne.

Lily wy­po­wie­działa te słowa ta­kim to­nem, jakby mó­wiła o czer­stwym pie­czy­wie - że da się je zjeść, ale ona by nie chciała. Za­śmia­łam się, wi­dząc jej zmarsz­czony no­sek.

- To oczy­wi­ście tylko nie­które z po­wo­dów. Mieli, zdaje się, wiele wspól­nych za­in­te­re­so­wań, a pan Eving­don twier­dził, że szuka ko­biety doj­rza­łej i in­te­li­gent­nej. Mary oba te kry­te­ria speł­nia. Umysł ma ostry jak brzy­twa, ale to jed­no­cze­śnie osoba bar­dzo uprzejma i do­bro­duszna. Zmar­twiło mnie, że nie zna­leźli wspól­nego ję­zyka. Ona ostat­nio rza­dziej bywa w to­wa­rzy­stwie, być może ma trud­no­ści po śmierci męża. Udało jej się za­trzy­mać dom, w któ­rym miesz­kali na obrze­żach May­fair, więc być może ko­rzy­sta z ja­kie­goś wspar­cia ze strony jego ro­dziny. Sama ma tylko sio­strę, która mieszka gdzieś w oko­li­cach Oks­fordu. Wła­ści­wie to jest na świe­cie sama.

Lily zmarsz­czyła brwi.

- No to w ta­kim ra­zie szkoda, że się mię­dzy nimi nie uło­żyło.

- Mogę, oczy­wi­ście, spró­bo­wać jesz­cze raz. Za dwa mie­siące zrzucę ża­łobę i wtedy będę mo­gła za­cząć wię­cej by­wać w to­wa­rzy­stwie. Może uda mi się zna­leźć dla niej ko­goś in­nego. Pan Eving­don bo­wiem sta­now­czo wy­klu­czył ich zwią­zek.

- A jak ona się na­zywa, raz jesz­cze?

Spoj­rza­łam na Hetty, która przy­glą­dała mi się znad od­chy­lo­nego rogu ga­zety.

- Mary Ar­cher, a dla­czego py­tasz?

Usta Hetty wy­krzy­wiły się w dziw­nym gry­ma­sie.

- Wy­daje się, że pan Eving­don traf­nie oce­nił sprawę. Co­kol­wiek ich po­dzie­liło, już nie zdoła dojść z pa­nią Ar­cher do zgody.

Wpa­try­wa­łam się w moją ciotkę, nic nie ro­zu­mie­jąc.

- Co też mó­wisz?

- Przy­kro mi, że to ode mnie się tego do­wiesz, Fran­ces, ale wła­śnie czy­ta­łam o niej w ga­ze­cie. Na­pi­sali, że zo­stała za­mor­do­wana.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki