p

Pokusa - Zygmunt Krasiński

Kup ebooka

4.49 zł
3.68 zł (3,68 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

POKUSA

Ach! mętne krwią i łzami, pędzą życia fale I na nurtach potoku słychać wieczne żale! Z tyłu leżą przeszłości mgłą obwiane tonie, Z przodu niebo dalekie krwawą łuną płonie; A w około pływaczy, tak zimno i ciemno Że każdy woła płynąc: "przekleństwo nademną."

Matko po sześćkroć zabita, matko nieszczęśliwa, - jednym smugiem zielonym, łanem jednym kłosów ty pamięć obwiążesz i odtąd cierpieć, błądzić, kochać cię muszą syny twoje. - Za niemi grób od morza do morza, - przed niemi, gdziekolwiek idą, zachodzące słońce, a idących przeklinają mocarze i kupcy!

Wzrosłych na łonie śmierci niezrozumieją żyjący - pobledną twarze ludzkie przed wzrokiem upiorów - na odgłos ich stąpań płomień ognisk domowych pochyli się i głazy ogniska zamiecie, - matka ukryje dziecko, żona uprowadzi męża, by nie podał dłoni przechodniowi - gwiazda im tylko wieczorna, gwiazda grobów uśmiecha się w górze! Wszak święte było milczenie borów sosnowych? - a kiedy wiatr się podniósł, wszak wołał nad waszemi głowy szmerem tajemniczym jak modły arcy-kapłana! - Boga waszego nie ma tu już nigdzie. - Tu szkielety z drewna, okute żelazem, podsycane parą, zaległy przestrzenie; - w powietrzu nie unoszą się orły, w zaroślach nie świegocą ptaki - rączego konia tu żaden z was nie osadzi na stepie i nie pojrzy z dumą, sam jeden śród świata! Przechodząc więc i wy im odwdzięczajcie się wzgardą; - kiedy was zawiodą do miast bez świątyń i zamków, pod domy białe tynkiem, którym wygoda prócz zielonych okiennic skąpiła ozdoby, powiedzcie: "Umarli!" Kiedy na brzegach morza staniecie śród Żydów, Ormianów i Greków, swarzących się o podłe zyski, a grzmot co huczy nad falą, niesłyszan przemija - "Umarli!" Kiedy naokoło snuć się będą niewiasty, ciała ubrane w suknie, a polot ich sukien powiewem trącanych duchowniejszy niż dusza ich - "Umarli!"

Idźcie, płyńcie jak szum nietkniętych borów. - Świat was nie pozna, bo wy z trumien rodem - i zmartwychwstając po drodze rzucacie szmaty całunów - a on na spadzistościach - on w purpurze potęgi schodzi do trumny!

***

I ujrzałem jakoby w cudowném widzeniu obraz zmieniający się jak długie życie, a znikomy jako dzień jeden co się pocznie rankiem a prędko pod cienie wieczoru zaleci.

Ranek był dziwnie przejrzysty, wolen chmury wszelakiéj. - Słońce wschodziło nad szeroką przestrzenią zieloności - przed domem na wzgórzu koń osiodłany rył murawę kopytem i rżał chwytając w nozdrza powiew z doliny. - Obok stał młody, ledwo że młody pan jego, z iskrą światła w oku równą dziennéj jasności, z jedną nogą na strzemieniu, z drugą jeszcze na miękkiéj domowéj murawie - z jedną ręką na grzywie szumiącéj, z drugą w dłoni człowieka z którym się żegnał, niewiedzieć na jak długo, jednak nie na zawsze. I z serca ku sercu szły naprzemian jednego i drugiego słowa. Starszy, ten co stał i miał odejść pieszo, wzrok wbity trzymał w dalekie skały i bory za smugami zieloności. Tamten wzniesione miał oczy, całą pił błękit źrenic i głos jego brzmiał jak najpierwsze świeżej struny dźwięki. - Starszy przemawiał wolniéj i surowiéj, znać radził, przestrzegał i zaklinał - znać kochał mocno - znać wątpił nieco - a młodszy nie wątpił, przysiągł, rzucił się na szyję przyjaciela, wnet potém na siodło - i poleciał, poleciał jak potok z góry na dół, potém jak strzała po równinie. - Chmara sług sypnęła się z domu starożytnego i goni za Panem! Wtedy pozostały ukląkł, i słyszałem to co mi wiatr przyniósł z jego modlitwy: "Ojcze niebieski! dozwól téj duszy rozkwitającéj nie zwiędnąć na ziemi - Nie wódź jéj na pokuszenie, wszelkiego poddaństwa ludzkiego, odsuń od niéj znamię - niechaj tobie służy tylko - Matce po sześćkroć zabitéj niechaj służy tylko!" - Tu umilkł klęczący i zdał się głęboko rozpamiętywać, czy przeczuwać, czy téż modlić się wciąż jeszcze - aż ścisnął dłonie z sił wszystkich, i znów wiatr przyniósł mi słowa jego: "Ojcze niebieski! nie proszę cię za przyjacielem, byś mu osłodził mękę życia - on cierpieć musi jako wszyscy na świecie. - Jedno uskąp mu Panie, rumieńca wstydu i hańby słabości!" - Po tych słowach ze wzgórza puścił się wędrowiec i szedł pieszo ku dalekim skałom, ku lasom czarniawym. - Znów razem zeszli się oba, konny i pieszy, o południu dnia tego samego, przed wielką bramą miasta. - Już skwar słońca wypalił ciemnawe ślady na młodszego czole, już rosa muraw wyschła na jego strzemionach i rdza połysk ich stali szpeciła, a koń przylatując zdaleka, stanął jakby znużony, choć żarem jeszcze pryskały mu oczy! - Pieszy siedział na głazie od stóp do głów siwy kurzawą. - Młodzieniec skoczył lekko na ziemię, rzucił mu się w objęcia i konia sługom oddał i wszedł bramą wielkiego miasta - wiodąc towarzysza ku pałacowi. - Spoczęli oba w jednéj z wnętrznych komnat pałacu. - Tam rozmawiali przyciszonym głosem, jakoby się lękali z za ścian ucha nieprzyjaciół. - Młodzieniec na perskim kobiercu rozciągnięty odwilżał usta w srebrnéj czarze. - Starszy nie dotknął się puharu kiedy mu go podawał przyjaciel, nie ścigał wzrokiem po stołach i ścianach kiedy mu ich kosztowności wskazywał przyjaciel. - Wstał nareście i wziąwszy młodzieńca za rękę, zawiódł go do okna. - Ztamtąd całe miasto widne i tłumy snującego się narodu. - Miasto ogromne, dziwnie jednostajne i wybielone; - naród dziwnie silny, jednostajny, w czarnéj odzieży. - Młodzieniec patrzał ciekawie; starszy wędrowiec westchnął i rzekł: "Kiedy was zaprowadzę do miast bez starych świątyń i zamków, powiedzcie: Umarli!" - Ale młodszy patrzał jeszcze ciekawiéj: przejeżdżały niewiasty, jaskrawe były barwy ich sukien; każdą dwa rumaki ciągnęły, a jeden z nich odrywał się w bok i pędził śnieżną zasłoną, gdyby żaglem rozpiętym otoczon. - Starszy wędrowiec westchnął i rzekł: "Kiedy na około snuć się będą ciała ubrane w suknie, a polot ich sukien duchowniejszy niż dusza ich, powiedzcie: "Umarli!" - Ale młodszy niezdawał się słyszeć słów przyjaciela. - Tymczasem na niebie zbierały się zewsząd ciężkie, spiekłe chmury. - Jakżeż ta godzina południa różną już od porannéj była! - A śród narodu czarnego zaczęli snuć się ludzie, przed którymi naród głębokiemi chwiał się ukłony - kuse ich stroje, migocące złotem, przetkane barwistemi wstęgi. - Długi, chudy oręż przy ich boku - grube piór czuby na ich głowach; - głosem twardym wołając szli w potędze swojéj i uderzali dzieci pozostałe na drodze. - Jęły płakać dzieci, jął tłum się cofać i uciekać; oni jedni zostali na rynku, a coraz ich więcéj przybywało - i kłaniali sobie samym coraz grzeczniéj, coraz niżéj, aż Jeden konno nadjechał i wszyscy upadli twarzą na ziemię. - Snać ten Jeden był panem życia i śmierci! - Wtedy rzekł pierwszy wędrowiec: "On już na spadzistościach - on w purpurze potęgi schodzi do trumny," - Lecz młodzieniec wlepiwszy wzrok w jasne szaty jezdca, ich błyski pił całą źrenicą, tak jak niegdyś błękit niebios i niezdawał się słyszeć słów przyjaciela. - Dopiero kiedy ten drugi raz je powtórzył, zakrył on oczy dłonią i wyrzekł imie matki zabitéj, jakby wspomnienie dzieciństwa. - Starszy przyciskając go do piersi: "nie patrz! nie patrz na nich" zawołał. - "Nigdy! nigdy!" odparł młodzieniec i zalany łzami rzucił się znowu na wschodnie kobierce. - I usłyszałem modlitwę odmówioną w duchu nad leżącym, przez odchodzącego wędrowca. - "Ojcze niebieski! o południu téj strasznéj próby, błagam cię za tym, którego ukochałem. - Ojcze niebieski! teraz już o cud proszę ciebie - Osłódź téj duszy walkę życia - uwolnij ją od pokus któremi inne otoczyłeś w tych miejscach, by nie upadła jak owi dawni, najpiękniejsi w twoich niebiesiech, strąceni za to, że zapragnęli potęgi!" -

Sam teraz, sam jeden śród miasta wielkiego został młodzieniec i musiał się bratać z ludźmi napotkanymi. - Na niebie już w ołowianą blachę zlepiły się chmury. - Co chwila zmieniają się kształty ulic i komnat i osób, a on wszędzie pomiędzy niemi oko moje ciągnie za sobą - Niesłychane cierpienie zakrył on spokojnym liców pozorem. - Ciągle za nim wije się rój złych myśli, wzorem czarnych owadów - a po drugiéj stronie leci rój dobrych w błękitnawe iskry. - Pierwsze osiadają mu serce i toczą je krwawo, drugie krew spiekłą wypalą z serca i rany zabliźnią - lecz nowe, coraz głębsze powstają. - Wszędzie niebezpieczeństwo i wszędzie męczarnia - niema komu się zwierzyć, dzieciom i niewiastom nawet kłamać musi; uczy się kłamstwa jak arcydzieła sztuki, i posiadł je - i stał się panem spojrzeń, sztuki i łez i ruchów swoich, aż jasność równa dziennym promieniom znikła z jego źrenicy. - Boże! i same szaty jego stały się kłamstwem; zrzucił dawne w których latał po stepie, wziął na głowę czuby piór i chudy oręż przypasał do boku; tłum ją przed nim się cofać i koń go własny niepoznał gdy wchodził na podwórce pałacu swojego - pogłaskał mu grzywę, a on nie zarżał - chciał skoczyć nań jak dawniéj, a on dęba stanął. - Gniewem zdjęty pchnął więc konia szpadą; szlachetny rumak oderwał się od słupa, krwią bryzgnął i uciekł grzmiąc podków łoskotem. - Slad długi iskier bruk osypał za nim i zagasł w zmierzchu. - Ach! już była nadeszła zmierzchu godzina! - Wtedy po trzeci raz w dniu owym, z przyjacielem spotkał się młodzieniec; - ujrzałem ich obu w kościele. - Ten kościół stał na ustroniu i krzyż na nim różny był od wszystkich innych zatkniętych na świątyniach miasta. - Ubogie ółtarze i stropy grubą powleczone żałobą, a trzy gromnice tylko paliły się śród szerokiéj ciemności. - Jedną z nich wziął do ręki pieszy wędrowiec i patrzał na przyjaciela pełnym żalu wzrokiem. - Tamten zrazu niemógł słowa wyrzec, bo zapomniał był słówmi głąb duszy objawiać; raz tylko krzyknął. - W tym krzyku cała ozwała się prawda - ducha niechcącego upaść powolne niszczenie! - I złożył głowę na ramię towarzyszowi i spuścił powieki jakby marząc, iż może uda mu się zasnąć na wieki w téj chwili! - Lecz towarzysz ocucił go i rzekł: "Za mną, za mną! byś sobie postać matki przypomniał." - I poszedł przodem ku roztwartym drzwiom za wielkim ółtarzem. - Mroźny wicher buchał z podziemiów - gromnica przewodnika biła się z powiewem w długie iskry rozczochrana. - I szli oba długo bardzo, coraz niżéj zstępując do łona nocy, aż z ciasnego przejścia wydobyli się na głuche i niezmierzone obszary.

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.