ROZDZIAŁ 2
ARS?NE
Godzinę później Grace krąży między swoimi współpracownikami na biało-szarej marmurowej podłodze, trzymając w ręku kieliszek szampana. Śmieje się, gdy jest to stosowne, marszczy brwi z empatią, kiedy jest to potrzebne, i zawsze przedstawia mnie jako swojego przybranego brata i finansowego czarodzieja.
Dostosowuję się. Ostatecznie zawsze przyświecał mi cel, by zrobić z Grace swoją kobietę oficjalnie - w oczach mojego ojca, jej matki, moich przyjaciół. Ona zawładnęła każdą komórką mojego ciała. Jest na stałe wyryta na każdej kości i nie przestanę, póki nie będę mógł paradować z nią jak z własnością.
W pewnym sensie podoba mi się sposób, w jaki olewa nasz związek. Im wyraźniej Grace podkreśla fakt, że jesteśmy przybranym rodzeństwem, tym bardziej będzie bolało przełknięcie prawdy, gdy wszystko wyjdzie na jaw.
W moich najmroczniejszych i najodważniejszych fantazjach Gracelynn Langston jąka się, próbując wyjaśnić, w jaki sposób poślubiła osobę, którą przez lata przedstawiała jako swojego brata.
Będzie nosić mój pierścionek. Choćby się waliło i paliło.
Restauracja jest pełna ludzi. Rozmawiamy z Chipem Breslinem, dyrektorem generalnym firmy. Marudzi, że w ostatnim miesiącu ograniczył transakcje o wysokiej dynamice ze względu na zaostrzoną politykę Fed[3], zerkając w moją stronę, by sprawdzić, czy mam coś do powiedzenia na ten temat. Nie udzielam darmowych porad. Zwłaszcza teraz, gdy mój własny portfel handlowy stoi w martwym punkcie z powodu nowego dwuletniego zakazu.
- Daj spokój, Corbin, rzuć nam cokolwiek. - Chip śmieje się, w końcu przechodząc do sedna. - Jak wyobrażasz sobie następny kwartał? Mój kumpel Jim z Woodstock Trading powiedział, że wspominałeś o krótkich sprzedażach.
- Jestem zawodowym pesymistą. - Rozglądam się po pomieszczeniu, szukając czegoś, co odwróci moją uwagę. - A tak czy siak, mam przymusową przerwę i nie zamierzam łamać zakazu dla pogawędki.
- Och, nawet mi się to nie śniło! - Czerwieni się, śmiejąc niezręcznie.
- Właśnie zapytałeś mnie o to wprost - odpowiadam obojętnie.
Breslin się uśmiecha i mówi, że musi iść po żonę do baru.
- Wiesz, jak to jest. - Mruga do mnie i po drodze szturcha łokciem.
W sumie to nie wiem. Grace posiada nienaganną samokontrolę we wszystkich obszarach swojego życia, poza relacjami ze mną. Nie bywa emocjonalna, za to wyrachowana i bezwzględnie samolubna, tak jak ja.
- Widzisz, właśnie dlatego ludzie cię nie lubią. - Grace stuka w kieliszek paznokciami: kwadratowymi, pomalowanymi lakierem w kolorze nude. - Próbował z tobą pogawędzić o bzdurach, a ty całkowicie go zlekceważyłeś.
- Istnieje garstka ludzi, od których nie pobieram opłat za moją obecność, i teraz patrzę na trzydzieści trzy i trzy dziesiąte procent z nich. - Zanurzam wzrok w jej dekolcie. Myślę, że dziś wieczorem zerżnę jej cycki. Grace nie lubi, gdy w niej dochodzę, nawet w prezerwatywie, ale wydaje się, że jest gotowa na wszystko inne, czego zapragnie moje serce. I kutas.
- Próbujesz dobrać mi się do majtek? - Uśmiecha się drwiąco.
- Miałem nadzieję, że w ogóle ich nie włożyłaś.
Sala zapełnia się do tego stopnia, że robi się zbyt tłoczno i zbyt gorąco, ale okolice baru pozostają puste.
- Wszyscy blokują wejście. O co to całe zamieszanie? - Uwaga Grace kieruje się w stronę drzwi.
Odwracam się, żeby zobaczyć, na co patrzy. Do sali właśnie weszli Paul i jego prostaczka. Wszyscy spieszą w ich kierunku. Łącznie z Chipem i jego żoną, która idzie chwiejnym krokiem, trzymając się ramienia męża. Większość uwagi poświęca się ładnej blond żonie Paula, głównej rozrywce imprezy. Jest żywa i kolorowa jak obraz Andy'ego Warhola, pęka w szwach w pomieszczeniu pełnym ludzi ubranych w czernie, szarości i beże. Ciekawe maleństwo. Jej ubrania są zbyt krzykliwe, jej uśmiech zbyt duży, jej oczy dziko badają każdy centymetr przestrzeni, do której właśnie weszła. Jest uroczo infantylna.
- Czy ona rozdaje tam darmowe lodziki? - zagaduję, wiedząc, że moja zamknięta w sobie dziewczyna nie lubi być ignorowana, zwłaszcza z powodu innej kobiety.
- To byłoby w jej stylu. - Grace przygryza policzek, a jej nozdrza się rozszerzają. - Winnie jest ulubienicą wszystkich. Wysyła Paula do pracy z kowbojskimi ciasteczkami, według przepisu Laury Bush, i udziela się jako wolontariuszka w organizacjach charytatywnych dla dzieci.
- Ma na imię Winnie? - dziwię się.
- Winnifred. - Przewraca oczami. - Urocze, prawda?
- Ożenił się z karykaturą - drwię celowo, żeby ją zadowolić.
Dziewczyna jest żywym pluszakiem. I do tego poszła do Juilliarda, szkoły wybranej przez Grace, kiedy jeszcze myślała, że ma szansę jako baletnica. Dziwię się, że nie okazuje wobec niej więcej otwartej wrogości. Być może moja przybrana siostra w końcu nauczyła się, jak sobie radzić z konkurencją.
- Chyba powinniśmy się przywitać. - Grace wygląda, jakby wolała zwymiotować, niż to zrobić.
Nieszczególnie chce mi się całować pierścień Panny Idealnej, która płakała na balkonie i rzuciła mi pogardliwe spojrzenie, ale wolę też uniknąć narzekania Grace, że nie jestem graczem zespołowym.
Zbliżamy się do Ashcroftów na tyle, na ile możemy. Kobiety gromadzą się wokół Winnifred, domagając się jej przepisu na ciasteczka, podczas gdy Paul zaborczo otacza ją ramieniem. Grace przeciska się przez ludzi i całuje Paula w policzki.
- Cześć. Jak miło was widzieć. - Podchodzi do Winnie, żeby ją wycałować, i ściska jej ramiona. - Wyglądasz oszałamiająco, Winnifred!
Wcale nie uważa, że ta kobieta wygląda oszałamiająco w swojej tandetnej sukience i pasiastych szpilkach, które prawdopodobnie kupiła na wyprzedaży w Walmarcie.
- Ty też, Grace. - Uśmiech Winnie jest prawdziwy i szczery. - Wyglądasz, jakbyś grała w filmie.
Może w Czarownicy.
- To mój przybrany brat Ars?ne Corbin. Prowadzimy razem wiele interesów, więc w ostatnich latach bardzo się do siebie zbliżyliśmy. - Grace wskazuje na mnie, jakbym był przedmiotem podczas aukcji na rzecz zbierania funduszy. Uśmiecham się. Te przesadne wyjaśnienia zawsze ją zdradzają. Gdyby po prostu przedstawiła mnie jako swojego przybranego brata, może połowa Manhattanu nie szeptałaby za jej plecami o tym, że regularnie się z nią pieprzę.
Wyciągam rękę, by uścisnąć dłoń Paula. Uśmiecha się promiennie.
- Reputacja pana wyprzedza, panie Corbin. Jak wygląda życie poza światem akcji?
- Tak samo niesatysfakcjonująco jak życie w nim. - Wciskam suchą, szorstką dłoń w jego spoconą. - Jestem jednak zajęty, bo inwestuję w bardziej namacalne aktywa.
- Tak, słyszałem. Kupił pan firmę dostawczą zajmującą się transportem morskim, prawda? - Paul głaszcze się po brodzie. - Bardzo sprytne, w erze rozkwitu zakupów online.
Kojarzy mi się z owsianką. Uprzywilejowany, mdły i nudny. Miałem w życiu styczność z wieloma mężczyznami pokroju Paula i znam takich jak on. To typ faceta, który zdradza żonę z sekretarką, gdy tylko małżonka przekroczy trzydziestkę. To typ człowieka, który śledzi mężczyzn takich jak ja, by zobaczyć, co robimy i gdzie inwestujemy, by mieć pomysły dla siebie.
- To moja żona, Winnie. - Paul całuje ramię drobnej kobiety.
Gdy ona zwraca całą swoją uwagę na mnie, w końcu to widzę. Powód, dla którego Paul zdecydował, że jest warta czegoś więcej niż jednej nocy w łóżku. Obiektywnie rzecz biorąc, ta kobieta wręcz promienieje. Jej skóra jest jędrna i pełna blasku, oczy roziskrzone i ciekawe, a uśmiech zaraźliwy i kojący. To typ kobiety, o której mówi się, że rozświetla pomieszczenie. Grace natomiast sprawia, że temperatura spada do poziomu arktycznego, gdziekolwiek się pojawi. W moim sercu również.
Na szczęście Winnifred, typowa dziewczyna z sąsiedztwa, mi się nie podoba.
- Cześć! - Winnie otacza mnie ramionami w niestosownym półuścisku. Albo nie umie chować urazy, albo nie rozpoznaje mnie z balkonu.
Natychmiast się odsuwam. Mam nadzieję, że nie jest nosicielką żadnych wiejskich chorób.
Paul parska. Najwyraźniej uznaje brak formalności swojej żony za uroczy.
- Gdzie są wasze miejsca, Langston-Corbinowie?
- Tu jest napisane piętnaście i szesnaście. - Grace podnosi nasze zaproszenia.
- My mamy dziewiętnaście i dwadzieścia, więc myślę, że będziecie musieli znosić nas trochę dłużej - dodaje wesoło Paul.
Zajebiście.
W miarę upływu wieczoru nabieram podejrzeń, że Winnifred jest w ciąży. Nie tyka ani kropli alkoholu, przez cały wieczór wybiera wodę gazowaną. Nie smakuje jej półmisek z wędlinami i trzyma się z dala od osób palących papierosy elektroniczne i cygara. Jej częste wycieczki do toalety sprawiają, że zastanawiam się, czy ktoś nie drzemie bezpośrednio na jej pęcherzu.
Grace jest zajęta wtykaniem języka w tyłki odpowiednich ludzi. W przenośni, na szczęście. Rozmawia o pracy z Chipem, Paulem i niejakim Pablem, który jest głównym spekulantem giełdowym. Trzej mężczyźni próbują zwabić mnie do rozmowy, ale grzecznie się uchylam. Jak wszystkie egzotyczne stworzenia nie chcę być szturchany przez pręty klatki pytaniami o oskarżenia o wykorzystywanie poufnych informacji. I nie mam wątpliwości, że wszyscy obecni chcieliby usłyszeć o tym, co zrobiłem, że dostało mi się tylko po łapach.
- Nie jesteś typem chwalipięty, co, Corbin? - Paul kiwa głową ze zrozumieniem po kolejnej lakonicznej odpowiedzi na temat moich preferowanych akcji detalicznych. - Winnie jest taka sama. W ogóle nie lubi mówić o swojej pracy.
- To dlatego, że obecnie jej nie mam. - Winnie bierze łyk wody gazowanej, a jej policzki różowieją.
Odwracam się do niej. Zapala się we mnie iskierka zainteresowania. Jest kimś więcej niż tylko gospodynią domową? A to nowość.
- Czym się zajmujesz, Winnifred?
- W tym roku ukończyłam Juilliard. Teraz jestem po prostu... pomiędzy przesłuchaniami, tak można chyba powiedzieć. - Śmieje się z zakłopotaniem, a jej południowy akcent jest niemal komiczny. - Nie mogę powiedzieć, że jestem zarobiona. Ciężko się wybić w Wielkim Jabłku[4]. Ale co cię nie zabije, to cię wzmocni, prawda?
- Albo cię osłabi. - Wzruszam ramionami. - Tak naprawdę zależy od czynnika.
Wpatruje się we mnie szeroko otwartymi oczami. Co za prosta istotka.
- Masz rację.
- Uważasz, że masz to, czego potrzeba, by odnieść sukces w Nowym Jorku? - pytam.
- A czy inaczej bym tu mieszkała? - I znowu ten uśmiech. Pełen nadziei i dobroci.
- Ludzie przyjeżdżają do Nowego Jorku z wielu powodów. Większość z nich sobie nie radzi. Jak poznałaś Paula?
Z każdym pytaniem czuję się, jakbym ją rozbierał. Publicznie. Celowo. I jak wszyscy nadzy ludzie w miejscach publicznych Winnie zaczyna się wiercić, przesuwając się teraz na krześle.
- Cóż. - Odchrząkuje. - To...
- Obsługiwałaś jego stolik w Delmonico's[5]? - strzelam. Może być też Le Bernardin[6]. Winnie jest solidną ósemką. Może nawet dziewiątką, w odpowiedniej sukience.
- Właściwie to byłam wróżką na czwartych urodzinach jego siostrzenicy. - Zaciska usta w cienką linię, marszcząc brwi.
- Co? - Wyplułbym wino, gdyby była tego warta. - Przepraszam, nie dosłyszałem.
Słyszałem, ale to jest zbyt dobre, by tego nie powtórzyć. Ponadczasowa amerykańska rozrywka. Podręcznikowa wersja historii o biednej lasce spotykającej bogatego gnojka.
Paul jest pogrążony w rozmowie z Pablem i Grace i nie zważa na to, że grilluję jego żonę jak najlepszy stek.
Winnifred prostuje się i patrzy mi w oczy, próbując pokazać, że się mnie nie boi.
- Byłam wróżką na przyjęciu urodzinowym jego siostrzenicy. Pomalowałam mu twarz brokatem. Nie mógł przestać się śmiać i całkowicie zaangażował się w zabawę, nawet gdy narysowałam mu Dzwoneczek na policzku. Zdałam sobie wtedy sprawę, że byłby dobrym materiałem na ojca. Więc dałam mu swój numer.
Idę o zakład, że pojawienie się na tej imprezie w zabytkowym samochodzie, który jest wart więcej niż jej dom rodzinny, również mu nie zaszkodziło.
- Po tym nikt inny nie mógł się z nią równać. - Paul wycofuje się z rozmowy z Pablem i Grace, wtula nos w jej szyję, całując ją z otwartymi ustami. - Jest teraz moja na całe życie, prawda, laleczko?
Założę się, że według niego zabrzmiało to romantycznie, a nie jak reklama panny młodej na zamówienie.
- Czy wyczuwam południowy akcent, Winnifred? - pytam niewinnie.
Grace rzuca mi spojrzenie typu "przestań natychmiast". Zawsze miałem w zwyczaju bawić się jedzeniem, ale teraz tą osobą jest bezmózga żona jej szefa.
- Pochodzę z Tennessee. - Winnie ponownie przełyka ślinę. - Z obrzeży Nashville. Miasta o nazwie Mulberry Creek.
- Kolebka najlepszej szarlotki we wszystkich pięćdziesięciu stanach? - Uśmiecham się do swojego kieliszka.
- Właściwie jesteśmy bardziej znani z naszych ciastek. I oczywiście dobrych genów. - Uśmiecha się do mnie słodko.
A więc ona potrafi walczyć. Nie spodziewałem się tego.
- Daj spokój, laleczko. Nie musisz być sarkastyczna. - Paul gładzi ją po podbródku.
Jeśli jeszcze raz nazwie ją laleczką, stłukę kieliszek do wina i dźgnę go odłamkiem w szyję.
- Co sprawiło, że przeprowadziłaś się do Nowego Jorku?
Nie pytajcie mnie, dlaczego ciągle droczę się z tą kobietą, bo nie mam zielonego pojęcia. Nuda? Socjopatyczne skłonności? Wasze przypuszczenia są równie dobre jak moje.
Spogląda mi prosto w oczy i mówi:
- Oczywiście te oślepiające światła. I Seks w wielkim mieście. Pomyślałam, że życie tu musi być jak w znanych filmach. I nie zapominajmy o piosence Alicii Keys. To miało wielki wpływ. Ogromny.
Grace depcze moją stopę pod stołem wystarczająco mocno, by złamać kość. Kolanem uderza o blat i sprawia, że naczynia tańczą w miejscu. Paul odskakuje zaskoczony. Za późno. Za bardzo się nakręciłem, żeby się tym przejmować. Winnifred Ashcroft jest jedyną rozrywką na tym wydarzeniu, a ucztowanie na jej poczuciu własnej wartości smakuje mi bardziej niż jakiegokolwiek inne dania serwowane tu dziś wieczorem.
- Winnie jest trochę drażliwa na punkcie bycia osobą spoza miasta. - Paul klepie żonę po głowie, jak uroczą chihuahuę.
- Ale to jest jak Seks w wielkim mieście, prawda? - pytam ją uprzejmie, gdy obcas Grace wbija się głębiej w moje mokasyny, miażdżąc mi palce. - Znalazłaś swojego Pana Biga[7].
- Paul jest bardziej Panem Medium, jeśli sądzić po przelotnym zerknięciu w pisuar - żartuje Chip.
Wszyscy się śmieją. Wszyscy oprócz Winnie, która wpatruje się we mnie, zastanawiając się, czym sobie na to zasłużyła.
Poprosiłaś mnie, żebym się przejął. Wtedy na balkonie. Teraz zobaczysz, jak bardzo nie dbam o ludzkie uczucia.
- Dobra, Ars?ne, czas zmienić temat. - Grace uśmiecha się przepraszająco, szarpiąc mnie za rękaw. - Ludzie są tu po to, by się dobrze bawić, a nie bawić się w przesłuchanie.
Wiem, że Grace nie robi tego z dobroci serca. Jest bystrą kobietą, która lubi być górą. W tej chwili wkurzam jej szefa i jego laleczkę.
- Właściwie to chyba moja kolej na zadawanie pytań. - Winnie zadziera brodę.
Opieram się o krzesło, obserwując ją z nieskrywaną przyjemnością. Jest jak ta mała biedronka obracająca się wokół własnej osi. Uroczo zdesperowana. Szkoda, że uparłem się na Grace, bo zabawiłbym się nią przez kilka miesięcy. Paul nie byłby nawet dla mnie przeszkodą. Tego typu kobiety lecą na najbogatszego, a ja mam głębszą kieszeń.
- Dawaj - zachęcam.
- Czym się zajmujesz? - pyta.
- Jestem specjalistą od wszystkiego.
- Co robisz?
Wzruszam ramionami i mówię:
- Wszystko, co przynosi pieniądze.
- Jestem pewna, że możesz być konkretniejszy. To może oznaczać handlarza bronią. - Zakłada ręce na piersi.
W porządku. Zagrajmy.
- Akcje, korporacje, waluty, towary. Chociaż od niedawna mam zakaz za insider trading. Na dwa lata.
Wszystkie oczy zwracają się na nas. Dotąd nie poruszyłem tego tematu w tym pomieszczeniu, bo odziedziczyłem po ojcu nieprzyjemną cechę polegającą na tym, że nigdy nie daję ludziom tego, czego chcą.
- Dlaczego? - dopytuje.
- Zarzuty manipulacji rynkiem - rzucam i zanim zapyta, co to znaczy, wyjaśniam: - Twierdzą, że wprowadziłem inwestorów w błąd, a także popełniłem inne wykroczenia.
- Zrobiłeś to? - Winnifred wytrzymuje moje spojrzenie, wyglądając dziecinnie w swojej niewinności.
Gdy cała sala patrzy, przesuwam językiem po dolnej wardze i się uśmiecham.
- Mam jeden problem, Winnifred.
- Tylko jeden? - Mruga niewinnie, a potem ustępuje. - Czyli jaki?
- Nie gram po to, by przegrać.
Jej oczy, piękne jak chabry, wciąż są skierowane na mnie. Przychodzi mi do głowy niemiła myśl. Prawdopodobnie wyglądałaby dziesięć razy lepiej w akwamarynowych kolczykach Grace. Widok jej w samych kolczykach przyniósłby mi wiele radości. No cóż. Może Grace zachowa się niewłaściwie i wkrótce mnie rzuci, a ja nawiążę szybki romans z tym maleństwem, by przypomnieć mojej przybranej siostrze, że wciąż jestem mężczyzną z potrzebami.
- I ci wszyscy tutaj cię akceptują? - Winnifred rozgląda się wokół, zaskoczona. - Nawet jeśli wiedzą, że zrobiłeś coś złego i podkopałeś ich akcje?
- Pies szczeka, a karawana jedzie dalej. - Odchylam się na krześle. - Nawet ci, którym zależy, przestają się troszczyć, gdy uczucia przekładają się na czyny. Ludzie są na wskroś samolubnymi stworzeniami, Winnifred. To dlatego Rosjanie najechali Ukrainę. Dlatego Afgańczycy zostali pozostawieni sami sobie. Dlatego mamy kryzys humanitarny w Jemenie, Syrii, Sudanie i nawet o tym nie słyszysz. Ponieważ ludzie zapominają. Wściekają się i żyją dalej.
- Zależy mi. - Szczerzy do mnie zęby jak zranione zwierzę. - Obchodzą mnie wszystkie te rzeczy, a to, że ciebie nie obchodzą, nie oznacza, że inni są równie źli. Jesteś niebezpiecznym człowiekiem.
- Niebezpiecznym! - krzyczy Grace z wymuszonym śmiechem. - Och, nie. On jest jak kociaczek. Wszyscy w rodzinie tacy jesteśmy. Nieszkodliwi amatorzy liczb. - Wachluje się, paplając dalej. - Co, rozumiem, nie jest tak ekscytujące jak show-biznes. Wiesz, mój tata ma teatr. Jako dziecko chodziłam tam cały czas. Uważałam, że to absolutnie urocze.
Chociaż to prawda, że Douglas jest właścicielem teatru, Grace tylko udawała, że to lubi, by zyskać jego aprobatę. Teatr to biznes o niskiej marży. Gracelynn lubi tylko rzeczy, które zarabiają duże pieniądze.
Misja dywersyjna kończy się sukcesem. Winnifred przenosi uwagę na Grace i zadaje jej pytania dotyczące Calypso Hall. Grace odpowiada entuzjastycznie.
Mój telefon zaczyna dzwonić. Wyciągam go z kieszeni. Numer kierunkowy należy do Scarsdale, ale nie rozpoznaję go. Odrzucam połączenie. Chip próbuje zapytać mnie o Nordic Equities.
Mój telefon dzwoni ponownie. Ten sam numer. Odrzucam połączenie.
Złap aluzję.
Cholerni oszuści i ich zdolność do korzystania z numerów kierunkowych.
Następne połączenie przychodzi z innego numeru, wciąż z Nowego Jorku. Już mam wyłączyć komórkę, gdy Grace kładzie dłoń na moim udzie i mówi przez zaciśnięte zęby, słuchając Winnifred zachwycającej się Hamiltonem[8]:
- To może być jubiler. W sprawie tego naszyjnika, który kupiłeś mi w Botswanie. Odbierz.
Telefon dzwoni po raz czwarty. Wstaję, przepraszam i wychodzę na balkon z widokiem na port. Naciskam zielony przycisk.
- Czego? - warczę.
- Ars?ne? - pyta głos. Jest stary, męski i dziwnie znajomy.
- Niestety. Kto mówi?
- Bernard, asystent twojego ojca.
Sprawdzam godzinę na zegarku. W Nowym Jorku jest czwarta po południu. Czego mój ojciec może ode mnie chcieć? Rzadko rozmawiamy. Jeżdżę do Scarsdale kilka razy w roku, żeby się pokazać i porozmawiać o rodzinnych sprawach - przypuszczam, że to jego sposób na budowanie więzi - ale poza tym jesteśmy sobie praktycznie obcy. Nie nienawidzę go, ale też nie lubię. Jestem pewien, że to uczucie, lub jego brak, pozostaje obustronne.
- Tak, Bernardzie? - pytam niecierpliwie, oparłszy łokcie o poręcz.
- Nie wiem, jak to powiedzieć... - urywa.
- Wolałbym szybko i bez zbędnych ceregieli - sugeruję. - O co chodzi? Czy staruszek znowu się żeni?
Odkąd rozwiódł się z Mirandą, mój ojciec stara się co kilka lat mieć inną kobietę. Nie składa już żadnych obietnic. Nigdy się nie ustatkuje. Romans z kobietą Langstonów jest najszybszym lekarstwem na wiarę w miłość.
- Ars?ne... - Bernard przełyka ślinę. - Twój ojciec... nie żyje...
Świat nadal się kręci. Ludzie wokół mnie śmieją się, palą, piją, ciesząc się letnią włoską nocą. Na niebie przelatuje samolot, przenikając przez grubą białą chmurę. Ludzkość jest całkowicie niewzruszona wiadomością o śmierci Douglasa Corbina, piątego najbogatszego człowieka w USA. I dlaczego miałoby tak nie być? Śmiertelność jest dla bogatych ludzi tylko obrazą. Większość przyjmuje ją ze smutną rezygnacją.
- Czyżby? - pytam.
- Dziś rano miał wylew. Gosposia znalazła go nieprzytomnego około dziesiątej trzydzieści, po kilkukrotnym pukaniu do jego drzwi. Wiem, że to trudne i prawdopodobnie powinienem był poczekać, aż tu przyjedziesz, żeby ci powiedzieć...
- W porządku. - Milknę, przeciągając dłonią po twarzy. Próbuję zrozumieć, co teraz czuję. Ale prawda jest taka, że... nic nie czuję. Jest mi jakoś nieswojo, to fakt. To takie samo uczucie, jak gdy coś, do czego byłeś przyzwyczajony, na przykład mebel, nagle znika, pozostawiając tylko pustą przestrzeń. Ale nie ma bólu, nie ma przeszywającego smutku. Niczego, co wskazywałoby, że właśnie straciłem jedynego żyjącego krewnego, jakiego mam na tym świecie.
- Powinienem wracać - oznajmiam automatycznie. - Skrócić podróż.
- To byłoby idealne rozwiązanie. - Bernard robi wydech. - Wiem, że to nagłe. Jeszcze raz, bardzo mi przykro.
Przełączam go na głośnik, odsuwam telefon od ucha i przewijam dostępne loty. Jest jeden za dwie godziny. Wciąż mogę zdążyć.
- Prześlę ci szczegóły lotu. Wyślij kogoś po nas.
- Oczywiście - odpowiada. - Czy panna Langston do ciebie dołączy?
- Tak - mówię. - Będzie chciała tam być.
Jest bliżej z tatą niż ja, mała lizuska. Odwiedza go co drugi weekend. Fakt, iż Bernard ma świadomość, że ona jest ze mną, mówi wszystko - tata dobrze wiedział, że pieprzyłem się z moją przybraną siostrą, i plotkował o tym z pracownikami. Zabawne, że nigdy nic nie wspomniał. Kobiety Langstonów stanowiły jednak dla nas bolesny temat, odkąd wysłał mnie do szkoły z internatem.
Przed wejściem do restauracji zatrzymuję się w toalecie unisex. Rozpinam rozporek i się odlewam. Kiedy wychodzę z kabiny, słyszę słaby głos dochodzący zza jednych drzwi. Mrożący krew w żyłach, dziki płacz. Jakby ktoś był ranny.
Nie twój problem, przypominam sobie.
Podwijam rękawy, myję ręce, a wtedy krzyki stają się głośniejsze i bardziej nieregularne.
Nie mogę teraz tak po prostu wyjść. A gdyby ktoś rodził dziecko i zostawił je, by utonęło w toalecie? Chociaż nikt nie mógłby posądzić mnie o posiadanie sumienia, to topienie noworodków nie jest rzeczą, którą bym poparł.
Zakręcam kran i wracam do kabiny.
- Halo? - Opieram się o nią ramieniem. - Kto tam jest?
Płacz, który zamienia się w czkawkę, nie ustępuje, ale nie ma też odpowiedzi.
- Hej - próbuję teraz łagodniej. - Wszystko w porządku? Powinienem do kogoś zadzwonić?
Może na policję? Albo po kogoś innego, kogo to serio obchodzi?
Brak odpowiedzi.
Kończy mi się cierpliwość, nerwy i tak mam zszargane. Całe moje ciało drży na wieść o tacie.
- Słuchaj, albo odpowiesz, albo wyważę drzwi.
Płacz przybiera teraz na sile. Jest nie do opanowania. Cofam się o krok i kopniakiem otwieram drzwi. Wylatują z zawiasów, roztrzaskują się o ścianę jak ofiara w krwawym filmie akcji.
Ale nie znajduję dziecka ani rannego zwierzęcia.
Tylko Winnifred Ashcroft, skulona nad muszlą klozetową w czerwonej sukience, z makijażem rozmazanym na całej twarzy, pijąca wino prosto z butelki. Jej włosy są w nieładzie, a ona trzęsie się jak osika.
Czy ona nie jest w ciąży?
Biedny nijaki Paul. Nie może sobie nawet znaleźć sensownej żony.
Łzy spływają jej po policzkach. Nieźle osuszyła tę butelkę, do połowy. Oboje wpatrujemy się w siebie w milczeniu, zaangażowani w jakiś popieprzony konkurs. Tylko teraz to już dla mnie jasne, że ona wcale nie oczekuje ode mnie pytania, czy coś z nią nie tak.
- Masz kłopoty? - pytam, ale głównie dlatego, że to mój obywatelski obowiązek. - Czy on cię krzywdzi? Znęca się nad tobą?
Potrząsa głową.
- Nigdy nie będziesz nawet w połowie takim mężczyzną jak on!
I już po mojej życiowej misji.
Rozglądam się, czekając, aż się podniesie i opuści toaletę. Jest najdziwaczniejszym stworzeniem, jakie kiedykolwiek spotkałem.
- Mój mąż jest niesamowity - podkreśla, denerwując się, jakbym to ja płakał do butelki alkoholu na szczycie kolonii zarazków.
- Twój mąż jest tak nijaki jak moja najmniej ulubiona para skarpetek, ale rozmowa na ten temat średnio mnie interesuje - odpowiadam. - Jeśli nie mogę nic zrobić...
- Właśnie, nic. Nawet gdybym potrzebowała pomocy, nie zwróciłabym się o nią do ciebie. Jesteś nadęty jak balon. - Wyciera nos grzbietem ręki, pochlipując. - Odpuść.
- No, no, Winnifred. Myślałem, że kobiety z Południa są słodkie i miłe.
- Idź już sobie! - Podrywa się na nogi i zatrzaskuje mi drzwi przed nosem, a w każdym razie to, co z nich zostało.
Przez krótką chwilę rozważam danie jej mojego numeru, na wypadek gdyby Paul naprawdę się nad nią znęcał. Ale potem sobie przypominam, że mam na głowie mnóstwo własnych spraw do załatwienia, w tym śmierć Douga, niezdecydowaną Grace, moją karierę i tak dalej.
Odwracam się i odchodzę.
Muszę powiedzieć Gracelynn Langston, że kochany tatuś w końcu kopnął w kalendarz.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki