p

Podłe kłamstwa - Parker S. Huntington

Kup ebooka

39.90 zł
32.32 zł (32,32 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od au­torki

Cześć!

Ta książka za­częła się jako kon­ty­nu­acja opo­wia­da­nia Spring Fling... a po­tem wszystko prze­kre­śli­łam i za­czę­łam od po­czątku. To była chyba jedna z mo­ich naj­bar­dziej sza­lo­nych de­cy­zji tam­tego roku.

De­adline czaił się tuż za ro­giem. Nie mia­łam po­ję­cia, jak za­cząć tę książkę, a tym bar­dziej jak ją skoń­czyć... a po­tem to się po pro­stu stało. Coś za­sko­czyło. Słowa same się ze mnie wy­le­wały. Nie jak stru­mień, ra­czej wo­do­spad. Nie za­trzy­ma­ła­bym ich, na­wet gdy­bym pró­bo­wała.

Sto czter­dzie­ści pięć ty­sięcy słów. Na­pi­sa­łam je szyb­ciej niż co­kol­wiek in­nego w moim ży­ciu. Wy­sy­ła­łam roz­działy moim beta re­ader­kom, re­dak­tor­kom i ko­rek­tor­kom w ta­kim tem­pie, że nie na­dą­żały czy­tać. LOL.

Wła­śnie w ten spo­sób Nash i Emery do mnie prze­mó­wili.

Na ogół za­czy­nam pi­sać po­wieść, do­brze wie­dząc, jaką wia­do­mość chcę prze­ka­zać czy­tel­ni­kom. W tym przy­padku za­mysł był z po­czątku nie­ja­sny, a po­tem prze­ro­dził się w coś zu­peł­nie in­nego.

Prze­zna­cze­nie.

Sły­sza­łam to słowo tak wiele razy, znam jego de­fi­ni­cję, po­tra­fię roz­po­znać, gdy je wi­dzę. A mimo to co ja w ogóle o nim wiem?

Trudno jest pi­sać o dwójce lu­dzi, któ­rych ży­cie splata się na tak wiele spo­so­bów, bo za­le­żało mi na tym, by ich hi­sto­ria brzmiała au­ten­tycz­nie. Dla­tego za­czę­łam szu­kać róż­nych zna­czeń słowa prze­zna­cze­nie - i znaj­do­wa­łam jego in­ter­pre­ta­cję w po­staci drob­nych prze­ja­wów, nie tego pier­wot­nego, nad­rzęd­nego zna­cze­nia, o któ­rym lu­dzie naj­czę­ściej my­ślą.

Za każ­dym ra­zem, gdy za­da­wa­łam so­bie py­ta­nie "Czy to prze­zna­cze­nie?", my­śla­łam rów­nież, że musi w tym tkwić ja­kaś lek­cja. Kiedy jed­nak na­pi­sa­łam słowo "Ko­niec", do­tarło do mnie, że to bez zna­cze­nia.

Cy­tu­jąc Le­mony'ego Snic­keta, fik­cyj­nego au­tora i nar­ra­tora Se­rii Nie­for­tun­nych Zda­rzeń: "Los jest jak dziwna, mało uczęsz­czana re­stau­ra­cja, gdzie pra­cują dziwni kel­ne­rzy, przy­no­szą nam da­nia, o które nie pro­si­li­śmy i które nie za­wsze nam sma­kują".

Ży­cie za­sy­puje cię wie­loma rze­czami, ale ty i tak masz kon­trolę nad de­cy­zjami, które po­dej­mu­jesz.

Nash i Emery na­uczyli mnie, że ty wy­bie­rasz, co cię uszczę­śli­wia. I mam na­dzieję, że to­bie rów­nież to po­każą.

Lu­dzie za­wsze będą cię osą­dzać. Nie masz na to wpływu. Skup się na rze­czach, które je­steś w sta­nie kon­tro­lo­wać.

Ko­niec koń­ców naj­waż­niejsi lu­dzie to ci, któ­rym na to­bie za­leży, i ty sam. Prze­zna­cze­nie nie wpływa na to, jak ich trak­tu­jesz i czy sta­wiasz ich na pierw­szym miej­scu. To za­leży od cie­bie.

Mam na­dzieję, że książka ci się spodoba. Ta para ma w moim sercu spe­cjalne miej­sce, bo są mo­imi pierw­szymi, nie­zwią­za­nymi z ma­fią bo­ha­te­rami.

Uści­ski z ca­łego serca

Par­ker

Roz­dział pierw­szy

Nash

Mia­łem w na­wyku do­ty­kać rze­czy, które nie na­le­żały do mnie. Bo­gate za­mężne ko­biety z Eastridge w Ka­ro­li­nie Pół­noc­nej, ty­powe żony ze Step­ford, wprost bła­gały, żeby za­ba­wić się z bad boyem po­cho­dzą­cym ze złej czę­ści mia­sta. Gdy­bym do­sta­wał do­lara za każ­dym ra­zem, kiedy dwu­dzie­sto­kil­ku­let­nia tro­phy wife rzu­cała się na mnie, kiedy jej sześć­dzię­się­cio­kil­ku­letni mąż wy­jeż­dżał "w in­te­re­sach", nie zna­la­zł­bym się w tej sy­tu­acji.

Cza­sami, gdy po­czu­łem iry­ta­cję na myśl o lu­dziach ku­pu­ją­cych te wszyst­kie eks­klu­zywne, de­si­gner­skie bzdety, pod­czas gdy ja mu­sia­łem pra­co­wać dzie­sięć go­dzin dzien­nie, aby opła­cić stu­denc­kie po­życzki, a moja mama cho­dziła w zno­szo­nych new ba­lance'ach - cho­ciaż za­wsze uda­wało jej się odło­żyć kilka do­la­rów na tacę w ko­ściele - po­sta­na­wia­łem roz­pie­ścić kilka bo­ga­tych żo­nek. (Naj­wła­ściw­szym okre­śle­niem tego zja­wi­ska był seks z nie­na­wi­ści; ni­gdy nie twier­dzi­łem, że je­stem po­rząd­nym fa­ce­tem).

Ich pa­sier­bice, naj­czę­ściej w po­dob­nym wieku, przy­cho­dziły do mnie mo­kre i chętne, szu­ka­jąc fa­ceta, któ­rym mo­głyby się prze­chwa­lać ko­le­żan­kom.

Je rów­nież za­do­wa­la­łem, cho­ciaż ro­bi­łem to z o wiele mniej­szą przy­jem­no­ścią. Te dziew­czyny szu­kały roz­rywki, pod­czas gdy ich ma­co­chom za­le­żało na ucieczce. Te pierw­sze były nie­okieł­znane, dru­gie na­to­miast - bar­dzo za­cho­waw­cze.

Mimo że nie­na­wi­dzi­łem tego mia­sta i jego miesz­kań­ców, któ­rzy mieli się za współ­cze­snych Mi­da­sów, ni­gdy nie prze­kro­czy­łem gra­nicy i nie pró­bo­wa­łem za­trzy­mać tego, czego tkną­łem.

Aż do dzi­siaj, gdy ukra­dłem coś Gi­de­onowi Win­th­ro­powi, sze­fowi mo­ich ro­dzi­ców.

Gi­deon Win­th­rop - mi­liar­der, biz­nes­men, czło­wiek, który nie­mal rzą­dził w Eastridge, i naj­więk­szy par­szy­wiec.

Za­kradł­szy się do re­zy­den­cji Gi­de­ona, ukry­łem się za srebr­nym po­są­giem Dio­ni­zosa, który ujeż­dżał ty­grysa wy­rzeź­bio­nego z elek­trum i złota. Ar­ty­sta wy­kuł w no­gach zwie­rzę­cia grupę wy­znaw­ców, któ­rzy przy­wo­dzili na myśl kult bo­gac­twa w Eastridge.

Z rę­kami ukry­tymi w kie­sze­niach znisz­czo­nych dżin­sów przy­słu­chi­wa­łem się roz­mo­wie Gi­de­ona Win­th­ropa z jego part­ne­rem biz­ne­so­wym Bal­tha­za­rem Van Do­re­nem.

Mimo że prze­sia­dy­wali w ga­bi­ne­cie, pa­ląc luk­su­sowe cy­gara, głos Gi­de­ona roz­no­sił się echem po foyer po­sia­dło­ści, gdzie opie­ra­łem się o ty­grysi zad. A ukry­wa­łem się dla­tego, że se­krety ucho­dziły w Eastridge za naj­cen­niej­szą wa­lutę.

Nie pla­no­wa­łem szpie­go­stwa w trak­cie mo­jej co­ty­go­dnio­wej wi­zyty u ro­dzi­ców, ale żona Gi­de­ona lu­biła gro­zić mo­jej ma­mie i ta­cie zwol­nie­niem. Miło by było cho­ciaż raz mieć nad nimi prze­wagę.

- Stra­ci­li­śmy za dużo pie­nię­dzy. - Gi­deon wziął łyk drinka. - Win­th­rop Te­xti­les upad­nie. Może nie dzi­siaj ani nie ju­tro, ale to nie­uchronne.

- Gi­de­onie.

Bal­tha­zar wszedł mu w słowo.

- Kiedy firma upad­nie, wszy­scy nasi pra­cow­nicy stracą pracę, a wraz z nimi ucierpi to całe prze­klęte mia­sto. Stracą oszczęd­no­ści, które w nas za­in­we­sto­wali. Wszystko.

W wol­nym tłu­ma­cze­niu: Zo­staną bez pracy, domu i pie­nię­dzy.

- Póki nie ma żad­nych do­wo­dów na de­frau­da­cję... - za­czął Bal­tha­zar, ale nie po­cze­ka­łem, żeby wy­słu­chać reszty.

Co za szu­mo­winy.

Mama i tata wpa­ko­wali wszyst­kie oszczęd­no­ści w ak­cje Win­th­rop Te­xti­les. Je­śli firma upad­nie, ich przy­szłość zo­sta­nie prze­kre­ślona.

Opu­ści­łem foyer tak ci­cho, jak się tu za­kra­dłem, omi­ną­łem kuch­nię i wsze­dłem do pralni Win­th­ropa, gdzie mama zo­sta­wiła stary gar­ni­tur, który Gi­deon po­da­ro­wał mi na dzi­siej­szy bal de­biu­tan­tek.

Wło­ży­łem ubra­nie, za­trzy­ma­łem się przy skła­dziku i wci­sną­łem skręta, skon­fi­sko­wa­nego w ze­szłym ty­go­dniu dziew­czy­nie mo­jego brata Re­eda ma­ją­cej ob­se­sję na punk­cie ro­bie­nia sel­fie, do ze­wnętrz­nej kie­szeni wa­lizki Gi­de­ona, którą za­bie­rał w de­le­ga­cje. Mały pre­zen­cik dla ochrony lot­ni­ska. A lu­dzie mó­wią, że nie umiem się dzie­lić.

Gi­deon w końcu wy­szedł, aby do­trzeć na bal swo­jej córki, a ja bez wa­ha­nia za­kra­dłem się do jego ga­bi­netu, aby go prze­trzą­snąć. Osiem lat temu, kiedy moja ro­dzina wpro­wa­dziła się do domu znaj­du­ją­cego się na te­re­nie po­sia­dło­ści Win­th­ro­pów, ob­ra­łem so­bie za punkt ho­noru, aby wejść w po­sia­da­nie każ­dego klu­cza, każ­dego kodu i każ­dego se­kretu trzy­ma­nego w tej re­zy­den­cji.

Mama za­rzą­dzała do­mem, a tata dbał o te­reny wo­kół. Pod­ro­bie­nie klu­czy to była bułka z ma­słem. Ale zdo­by­cie ha­sła do sejfu w ga­bi­ne­cie wy­ma­gało stwo­rze­nia wia­ry­god­nej gry, w któ­rej wzięli udział Reed i jego naj­lep­sza przy­ja­ciółka, a za­ra­zem córka Gi­de­ona Emery.

Wpi­sa­łem kod do sejfu i przej­rza­łem jego za­war­tość. Pasz­porty, akty uro­dze­nia i karty do­stępu do klu­bów. Nuda. W biurku nie znaj­do­wało się nic cie­ka­wego poza do­ku­men­ta­cją pra­cow­ni­czą. Wy­szarp­ną­łem górną szu­fladę z szyn i po­ma­ca­łem po­zo­sta­wiony przez nią otwór.

Gdy już mia­łem koń­czyć re­wi­zję, moje palce otarły się o gładką skórę.

Po­cią­gną­łem za ta­śmy i od­kle­iłem przed­miot od ściany biurka. Kiedy unio­słem go do świa­tła, na okładce dzien­nika nie zo­ba­czy­łem żad­nego na­zwi­ska, marki ani loga.

Przej­rza­łem go i na­tra­fi­łem na rzędy li­ter i nu­me­rów. Ktoś spo­rzą­dził dro­bia­zgowe za­pi­ski.

To była księga ra­chun­kowa.

Mia­łem na niego haka.

To był do­wód.

Znisz­cze­nie.

Gdy kra­dłem przed­miot, który nie na­le­żał do mnie, nie to­wa­rzy­szyło mi żadne po­czu­cie winy, a to dla­tego, że jego wła­ści­ciel miał moc znisz­cze­nia, a moi ro­dzice stali na li­nii ognia. Wy­cho­dząc z po­sia­dło­ści, z księgą ukrytą w we­wnętrz­nej kie­szeni gar­ni­turu Gi­de­ona, wy­glą­da­łem jak praw­dziwy miesz­ka­niec Eastridge.

Kiedy mama za­dzwo­niła, w mil­cze­niu słu­cha­łem jej ka­za­nia.

- Pro­szę cię, Nash. Tylko nie zrób dzi­siaj sceny. Bę­dziesz mu­siał od­wieźć Re­eda do domu, je­śli sprawy wy­mkną się spod kon­troli. Do­brze wiesz, ja­kie są te dzie­ciaki z Eastridge Prep. Chyba nie chcesz, żeby twój brat miał nie­przy­jem­no­ści.

W wol­nym tłu­ma­cze­niu: bo­gate na­sto­latki się na­walą, na­roz­ra­biają, a winę po­nie­sie za to chło­pak w mun­durku z dru­giej ręki i ze sty­pen­dium na­uko­wym. Śpiewka stara jak świat.

Mo­głem wtedy się przy­znać, po­in­for­mo­wać mamę o prze­stęp­stwie Gi­de­ona.

Ale tego nie zro­bi­łem.

By­łem jak Sy­zyf.

Sprytny.

Pod­stępny.

Zło­dziej.

Za­miast oszu­kać śmierć, okra­dłem Win­th­ropa. Tylko że moje prze­wi­nie­nie oka­zało się o wiele nie­bez­piecz­niej­sze. I w prze­ci­wień­stwie do Sy­zyfa nie za­mie­rza­łem cier­pieć wiecz­nej kary za swoje czyny.

Księga ra­chun­kowa nie wa­żyła wię­cej niż prze­ciętna książka w mięk­kiej opra­wie, ale cią­żyła w mo­jej kie­szeni, kiedy la­wi­ro­wa­łem mię­dzy sto­li­kami w sali ba­lo­wej Eastridge Ju­nior So­ciety, za­sta­na­wia­jąc się, co zro­bić ze zdo­by­tymi in­for­ma­cjami.

Mógł­bym prze­ka­zać ją wła­ści­wym or­ga­nom wła­dzy i znisz­czyć Win­th­ro­pów, ostrzec ro­dzi­ców, żeby zna­leźli nowe po­sady i sprze­dali ak­cje Win­th­rop Te­xti­les albo za­cho­wali tę wie­dzę dla sie­bie.

Na ra­zie jed­nak po­sta­no­wi­łem trzy­mać to w ta­jem­nicy, do­póki nie ułożę ja­kie­goś planu.

Zo­ba­czy­łem mo­rze ubra­nych w gar­ni­tury męż­czyzn i od­sta­wio­nych ko­biet - po­cho­dzące z Eastridge w Pół­noc­nej Ka­ro­li­nie kan­dy­datki, które zo­stały wy­cho­wane, aby zo­stać ty­pową thro­phy wife. Żadna z nich nie wzbu­dziła mo­jego za­in­te­re­so­wa­nia.

Mimo to prze­su­ną­łem dło­nią po od­sło­nię­tych ple­cach jed­nej z ta­kich ko­biet, aby ode­rwać my­śli od faktu, że wła­śnie okra­dłem naj­po­tęż­niej­szego czło­wieka w ca­łej Ka­ro­li­nie Pół­noc­nej i jed­nego z naj­po­tęż­niej­szych w Ame­ryce.

Ka­trina roz­chy­liła wargi na mój do­tyk i wy­pu­ściła drżący od­dech, na któ­rego dźwięk Vir­gi­nia Win­th­rop rzu­ciła mi lo­do­wate spoj­rze­nie. Sie­dząca przy sto­liku Ba­sil, pa­sier­bica Ka­triny, agre­syw­nie wbiła wi­de­lec w stek z bia­łymi tru­flami, sku­piw­szy spoj­rze­nie na mo­ich pal­cach gła­dzą­cych gołe plecy Ka­triny.

Stek przy­po­mi­nał mi mo­jego młod­szego brata - był lśniący na ze­wnątrz, krwi­sty i mógł eks­plo­do­wać przy naj­mniej­szym roz­cię­ciu. Ale to nie Ba­sil, jego dziew­czyna, z którą co chwilę zry­wał i się scho­dził, go po­ha­rata.

Gdy tylko Reed się ogar­nie i zro­zu­mie, że Emery Win­th­rop jest w nim za­ko­chana, na za­wsze odda jej swoje serce.

Ta­kie la­ski jak Ba­sil Berk­shire są jak sta­cje ben­zy­nowe. Po­ma­gają ci na­peł­nić zbior­nik i dają siłę, aby je­chać da­lej, ale nie są twoim ce­lem.

Na­to­miast dziew­czyny w ty­pie Emery Win­th­rop są twoją metą, ma­rze­niem, na które pra­co­wa­łeś, miej­scem, do któ­rego dą­ży­łeś z uśmie­chem, który wi­dzisz za każ­dym ra­zem, gdy za­my­kasz oczy i za­sta­na­wiasz się, dla­czego w ogóle pró­bu­jesz z in­nymi.

Reed miał do­piero pięt­na­ście lat i mnó­stwo czasu, by się tego wszyst­kiego do­wie­dzieć.

- Przy stole dla mło­dzieży jest wolne miej­sce - za­ofe­ro­wała Vir­gi­nia, trzy­ma­jąc w dłoni lampkę szam­pana Krug Brut Vin­tage.

Ko­bieta ko­ja­rzyła mi się z po­są­giem Hery, który ka­zała mo­jemu ta­cie po­sta­wić po­środku la­bi­ryntu z drzew na te­re­nie po­sia­dło­ści Win­th­ro­pów.

Vir­gi­nia miała blond włosy, pro­ste jak druty, się­ga­jące ra­mion. Lśniące ko­smyki fa­lo­wały, kiedy kiw­nęła głową na sto­lik, przy któ­rym sie­działa jej córka. Córka zaś wy­glą­dała jak skóra zdjęta z matki. Jed­nak Emery wy­ka­zy­wała prze­jawy oso­bli­wych za­cho­wań, które prze­bi­jały się przez sztywną po­stawę, ni­czym pro­mie­nie słońca prze­ci­ska­jące się do wię­zie­nia przez szcze­linę w mu­rze.

Jej twarz była eks­pre­syjna. Oczy duże. Jedną tę­czówkę miała szarą i dało się to do­strzec tylko z bli­ska. Kie­dyś usły­sza­łem, jak Vir­gi­nia żąda od córki, aby ta no­siła szkło kon­tak­towe pa­su­jące do dru­giej, nie­bie­skiej tę­czówki.

Vir­gi­nia, sie­dząca na­prze­ciwko Ka­triny, spoj­rzała na ko­biety z po­gardą i rzu­ciła w moją stronę:

- Mo­żesz usiąść przy stole dla dzieci.

Moje palce drgnęły. Ku­siło mnie, żeby zro­bić Ka­tri­nie pal­cówkę przy "stole dla do­ro­słych", żeby ją spro­wo­ko­wać, bo nie mia­łem wąt­pli­wo­ści co do tego, że Vir­gi­nia brała udział w de­frau­da­cji swo­jego męża. Je­śli Gi­deon Win­th­rop był głową Win­th­rop Te­xti­les, to Vir­gi­nia Win­th­rop była szyją, która po­ru­szała głową we wszyst­kich kie­run­kach we­dle uzna­nia.

Mimo to za­pa­no­wa­łem nad od­ru­chem ręki, bo usły­sza­łem w gło­wie echo bła­gal­nych słów mamy.

Tylko nie rób sceny.

Ła­two jej mó­wić.

Ob­ró­ci­łem się bez słowa i za­ją­łem miej­sce po­mię­dzy Re­edem a Able'em Car­tw­ri­gh­tem, chło­pa­kiem, z któ­rym dzi­siaj przy­szła tu Emery. Able wy­da­wał się rów­nie śli­ski co jego oj­ciec praw­nik. Miał czarne, pa­cior­ko­wate oczy i blond włosy za­cze­sane do tyłu, jakby do­piero co wy­szedł z prze­słu­cha­nia do roli sępa w pod­rzęd­nym fil­mie Lau­rence'a Hun­ting­tona.

- Bra­ciszku. Emery. - Kiw­ną­łem głową Re­edowi i Emery, a po­tem z unie­sioną brwią po­wio­dłem wzro­kiem po po­zo­sta­łych oso­bach sie­dzą­cych przy stole. Więk­szość na­sto­la­tek, które le­d­wie we­szły w okres po­kwi­ta­nia, roz­pacz­li­wie pró­bo­wała ukryć się pod pię­cioma ki­lo­gra­mami ta­pety.

Ma­ło­laty.

Za­czer­wie­nione po­liczki Ba­sil gry­zły się z nie­mal bia­łym od­cie­niem jej blond wło­sów. Wy­psi­kała się per­fu­mami do tego stop­nia, że mo­głaby za­cza­dzić całą salę. Kiedy na­chy­liła się w moją stronę i za­chi­cho­tała w dłoń, moje re­cep­tory wę­chu nie­mal ob­umarły.

- Och, Nash, ale ty je­steś za­bawny.

Od­wró­ci­łem się do niej ple­cami, efek­tyw­nie koń­cząc roz­mowę. Przyj­rza­łem się Emery, która sie­działa jedno krze­sło da­lej. Marsz­czyła brwi, a jej dło­nie spo­czy­wały na ko­la­nach. Pró­bo­wała roz­pa­ko­wać Snic­kersa, sta­ra­jąc się ukryć za­ka­zany ba­to­nik.

Cie­kawe, czy wie­działa, co knują jej ro­dzice.

Pew­nie nie.

Mama kie­dyś po­wie­działa mi, że lu­dzie są stwo­rzeni do czy­nie­nia do­bra.

"By­cie uczci­wym, za­do­wa­la­nie in­nych i sze­rze­nie ra­do­ści leży w ludz­kiej na­tu­rze", ma­wiała.

Słodka, na­iwna Betty Pre­scott.

Córka pa­stora, która w trak­cie do­ra­sta­nia po­świę­cała wolny czas na stu­dio­wa­nie Bi­blii, a po­tem wy­szła za mi­ni­stranta. Ży­łem w praw­dzi­wym świe­cie, gdzie bo­gate dupki ru­chają bied­nych - w dupę, bez po­śli­zgu - i jesz­cze każą so­bie za to dzię­ko­wać.

A oj­ciec Emery? Dbał o po­zory. Brał udział w ga­lach cha­ry­ta­tyw­nych, zgła­szał się do po­mocy w wo­lon­ta­ria­tach, po­ra­żał pro­mien­nym uśmie­chem. My­śla­łem, że Gi­deon jest inny. Jak bar­dzo się my­li­łem.

Na­to­miast Emery Win­th­rop... Za­sta­na­wia­łem się, co zro­bić z księgą ra­chun­kową spo­czy­wa­jącą w mo­jej kie­szeni. Ta dziew­czyna wszystko kom­pli­ko­wała.

Nie by­łem do niej zbyt­nio przy­wią­zany. Przez ostat­nie osiem lat wy­mie­ni­li­śmy może parę zdań, ale ko­cha­łem Re­eda, a Emery ko­chała mo­jego brata bar­dziej niż kto­kol­wiek.

W dzie­ciń­stwie dzie­liła się z nim pie­niędzmi na lunch i to­wa­rzy­szyła mu na ko­re­pe­ty­cjach, na które wcale nie mu­siała cho­dzić. Po kosz­mar­nej szkole, z któ­rej się prze­nie­śli­śmy, Reed był nie­mal dwie klasy do tyłu. Emery już na­wet jako dziecko ro­zu­miała, że mój brat może sko­rzy­stać z po­mocy ko­re­pe­ty­tora tylko wtedy, je­śli ona za­cznie uda­wać, że po­trze­buje do­dat­ko­wych lek­cji, bo jej ro­dzice bez wa­ha­nia sypną kasą.

Gdy­bym zra­nił Emery, wy­rzą­dził­bym krzywdę rów­nież Re­edowi. To pro­sta ma­te­ma­tyka. Może i cho­wa­łem w so­bie urazę, ale cho­ciaż nie­na­wi­dzi­łem Eastridge i lu­dzi obec­nych na tej sali ba­lo­wej, nie ży­wi­łem złych emo­cji w sto­sunku do dziew­czyny, która była nie­mal do prze­sady lo­jalna, która w wieku pięt­na­stu lat po­sia­dała całe po­kłady mą­dro­ści, która ko­chała mo­jego młod­szego brata.

- Emery - za­częła Ba­sil, gdy zi­gno­ro­wa­łem jej ko­men­tarz. - Sły­sza­łam, że za­wa­li­łaś za­ję­cia Schnau­zera. Co za lipa.

Schnau­zer. Dla­czego to na­zwi­sko brzmiało tak zna­jomo?

Reed po­chy­lił się w stronę Ba­sil i wy­szep­tał tak, że wszy­scy go sły­szeli:

- To nie było miłe, ko­cha­nie. - Miał silny ak­cent, cha­rak­te­ry­styczny dla Ka­ro­liny Pół­noc­nej, i ja­kimś cu­dem jesz­cze bar­dziej po­gor­szył sy­tu­ację.

- Sły­szy­cie ten dźwięk? - Emery prze­krzy­wiła głowę na bok i zmarsz­czyła brwi, uda­jąc kon­cen­tra­cję.

Able przy­su­nął się do Emery.

- Jaki?

- To iry­tu­jące bzy­cze­nie.

- Brzmi jak upier­dliwy ko­mar - stwier­dzi­łem. Po­chy­li­łem się nad Car­tw­ri­gh­tem, żeby wy­cią­gnąć mi­ni­snic­kersa z pal­ców Emery i wrzu­ci­łem go do ust.

- Nie, to nie to. - Po­dzię­ko­wała mi z bły­skiem w oczach i prze­lot­nie za­sa­lu­to­wała na znak so­li­dar­no­ści, a po­tem od­wró­ciła się w stronę Ba­sil. I za­dała cios osta­teczny. - To tylko Ba­sil.

Dziew­czyna drgnęła, jakby ją spo­licz­ko­wano, a ja w tym mo­men­cie przy­po­mnia­łem so­bie, kim jest Schnau­zer, i po­sta­no­wi­łem uciąć wszel­kie bred­nie, które miały paść z jej ust.

- Czy Dick Schnau­zer to nie ten na­uczy­ciel za­awan­so­wa­nej che­mii? Ten skur­wiel, który wy­maga loda w za­mian za piątkę? A ci, któ­rzy tego nie ro­bią, cóż... - Unio­słem brew, przy­glą­da­jąc się Ba­sil. - Hej, a ty przy­pad­kiem nie do­sta­łaś piątki?

Ba­sil prze­nio­sła wzrok na Re­eda. Cze­kała, aż za­cznie jej bro­nić. On na­to­miast spoj­rzał na mnie, po­tem na Ba­sil i Emery, a na jego twa­rzy ma­lo­wała się taka bez­rad­ność, że za­czą­łem wąt­pić, czy w ogóle je­ste­śmy ze sobą spo­krew­nieni. Ale może czu­wała nad nim ja­kaś siła wyż­sza, bo w tym mo­men­cie do na­szego sto­lika po­de­szła Vir­gi­nia.

Prze­su­nęła wzro­kiem po nie­tknię­tej zu­pie z ko­pru wło­skiego na zimno, jakby urą­gała jej umie­jęt­no­ściom jako prze­wod­ni­czą­cej Eastridge Ju­nior So­ciety. I może tak było, bo żadna zdrowa na umy­śle osoba nie spoj­rza­łaby na menu i nie po­wie­działa: "Pro­szę za­ser­wo­wać chłod­nik z ko­pru wło­skiego".

- Emery, ko­cha­nie. - Od­wró­ciła się do swo­jej córki i za­ło­żyła luźny ko­smyk wło­sów za jej ucho. Vir­gi­nia za­trud­niła ekipę sty­li­stów, aby zmie­nili Emery na jej po­do­bień­stwo, ni­czym w se­qu­elu In­wa­zji po­ry­wa­czy ciał.

Za­nim wy­je­cha­łem z Eastridge na ma­gi­sterkę, miesz­ka­łem w domu ra­zem z moją ro­dziną przez wiele lat, od pierw­szego roku w Eastridge Prep aż po czte­ro­let­nie stu­dia na sta­no­wej uczelni, na które jeź­dzi­łem au­to­bu­sem, żeby za­osz­czę­dzić pie­nią­dze.

Mia­łem więc mnó­stwo czasu, by za­ob­ser­wo­wać trwa­jące go­dzi­nami za­biegi de­pi­lo­wa­nia, upięk­sza­nia i far­bo­wa­nia Emery tak, aby zmie­nić córkę w samą sie­bie... czy co tam dla niej za­pla­no­wała. Może chciała, aby elita Eastridge do­pro­wa­dziła ją na skraj wy­trzy­ma­ło­ści.

- Tak, mamo? - Emery nie spoj­rzała na Vir­gi­nię z mi­ło­ścią, tylko re­zy­gna­cją. Tak samo jak pa­trzy się na po­li­cjanta, który za­trzy­muje cię za to, że prze­kro­czy­łeś li­mit pręd­ko­ści o je­de­na­ście ki­lo­me­trów. Po­garda odziana w uprzej­mość.

Przy­się­gam, Reed wy­ho­do­wał jaja do­piero po spę­dze­niu wielu lat w to­wa­rzy­stwie Emery.

- Bądź tak do­bra i po­bie­gnij dla mnie do ga­bi­netu. - Vir­gi­nia ob­li­zała kciuk i od­gar­nęła splą­tany ko­smyk z czoła córki. - Po­trzebna mi jest tiara na ko­ro­na­cję de­biu­tantki roku.

De­biu­tantka roku. Jakby ktoś po­trze­bo­wał ta­kiego ty­tułu.

Emery prze­sko­czyła wzro­kiem od Re­eda do Ba­sil. Jej wa­ha­nie było tak wy­raźne, że nie zdo­ła­łem po­wstrzy­mać śmie­chu. Zmie­rzyła mnie gniew­nym wzro­kiem, a po­tem zwró­ciła się do matki.

- A nie mo­żesz po­pro­sić ko­goś z ob­sługi?

- Och. - Vir­gi­nia cmok­nęła z dez­apro­batą i zła­pała się za perły uci­ska­jące jej szyję. - Nie bądź nie­mą­dra. Prze­cież nie po­wie­rzy­ła­bym kodu do sejfu ko­muś z ob­sługi.

- Ale...

- Emery, czy na­prawdę mam cię wy­słać do panny Chut­ney na za­ję­cia z ety­kiety?

Panna Chut­ney była ko­bietą, która szko­liła dziew­częta z Eastridge i zmie­niała je w sza­no­wane oby­wa­telki mia­sta, wy­ko­rzy­stu­jąc w tym celu me­tody za­kra­wa­jące na znę­ca­nie się. Co prawda nie zo­sta­wiała na kur­sant­kach si­nia­ków, ale krą­żyły plotki, że cho­dziła z li­nijką i sma­gała je po nad­garst­kach, szy­jach i in­nych wraż­li­wych czę­ściach ciała, które mo­gła do­się­gnąć.

Able od­su­nął krze­sło od stołu.

- Ja po nią pójdę.

- Cóż za wspa­niały po­mysł! - za­chwy­ciła się Vir­gi­nia. - Able bę­dzie ci to­wa­rzy­szyć, Emery. No już, zmy­kaj. - Twarz Vir­gi­nii wy­da­wała się nie­mal za­mro­żona, jak u ko­goś, kto prze­sa­dził z bo­tok­sem.

W oczach Emery za­pło­nęła iry­ta­cja. Szare oko po­ciem­niało, nie­bie­skie się roz­ja­śniło. Wy­mam­ro­tała kilka słów, któ­rych nie zro­zu­mia­łem, ale wy­czu­łem w nich złość. Przez se­kundę wy­da­wało mi się, że mnie za­sko­czy.

Ja­kaś część mnie chciała, aby ta dziew­czyna wzbu­dziła we mnie zdu­mie­nie, dzięki czemu od­zy­skał­bym wiarę w świat, w któ­rym lu­dzie tacy jak Gi­deon mo­gli wy­ko­rzy­sty­wać osoby po­kroju Hanka i Betty Pre­scot­tów.

Nie­stety Emery od­su­nęła krze­sło i po­zwo­liła, by Able zła­pał ją pod ra­mię, jakby żyła w osiem­na­stym wieku i po­trze­bo­wała eskorty. Opór wy­pa­ro­wał z jej spoj­rze­nia.

W tym mo­men­cie zu­peł­nie nie przy­po­mi­nała ośmio­latki, która przy­ło­żyła Able­?owi w twarz za to, że ukradł Re­edowi lunch.

Znu­dzony ob­ser­wo­wa­łem, jak Emery pod­po­rząd­ko­wuje się woli Vir­gi­nii.

Była taka sama jak reszta miesz­kań­ców tego pie­przo­nego mia­sta.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki