Rozdział pierwszy
Nash
Miałem w nawyku dotykać rzeczy, które nie należały do mnie. Bogate zamężne kobiety z Eastridge w Karolinie Północnej, typowe żony ze Stepford, wprost błagały, żeby zabawić się z bad boyem pochodzącym ze złej części miasta. Gdybym dostawał dolara za każdym razem, kiedy dwudziestokilkuletnia trophy wife rzucała się na mnie, kiedy jej sześćdzięsięciokilkuletni mąż wyjeżdżał "w interesach", nie znalazłbym się w tej sytuacji.
Czasami, gdy poczułem irytację na myśl o ludziach kupujących te wszystkie ekskluzywne, designerskie bzdety, podczas gdy ja musiałem pracować dziesięć godzin dziennie, aby opłacić studenckie pożyczki, a moja mama chodziła w znoszonych new balance'ach - chociaż zawsze udawało jej się odłożyć kilka dolarów na tacę w kościele - postanawiałem rozpieścić kilka bogatych żonek. (Najwłaściwszym określeniem tego zjawiska był seks z nienawiści; nigdy nie twierdziłem, że jestem porządnym facetem).
Ich pasierbice, najczęściej w podobnym wieku, przychodziły do mnie mokre i chętne, szukając faceta, którym mogłyby się przechwalać koleżankom.
Je również zadowalałem, chociaż robiłem to z o wiele mniejszą przyjemnością. Te dziewczyny szukały rozrywki, podczas gdy ich macochom zależało na ucieczce. Te pierwsze były nieokiełznane, drugie natomiast - bardzo zachowawcze.
Mimo że nienawidziłem tego miasta i jego mieszkańców, którzy mieli się za współczesnych Midasów, nigdy nie przekroczyłem granicy i nie próbowałem zatrzymać tego, czego tknąłem.
Aż do dzisiaj, gdy ukradłem coś Gideonowi Winthropowi, szefowi moich rodziców.
Gideon Winthrop - miliarder, biznesmen, człowiek, który niemal rządził w Eastridge, i największy parszywiec.
Zakradłszy się do rezydencji Gideona, ukryłem się za srebrnym posągiem Dionizosa, który ujeżdżał tygrysa wyrzeźbionego z elektrum i złota. Artysta wykuł w nogach zwierzęcia grupę wyznawców, którzy przywodzili na myśl kult bogactwa w Eastridge.
Z rękami ukrytymi w kieszeniach zniszczonych dżinsów przysłuchiwałem się rozmowie Gideona Winthropa z jego partnerem biznesowym Balthazarem Van Dorenem.
Mimo że przesiadywali w gabinecie, paląc luksusowe cygara, głos Gideona roznosił się echem po foyer posiadłości, gdzie opierałem się o tygrysi zad. A ukrywałem się dlatego, że sekrety uchodziły w Eastridge za najcenniejszą walutę.
Nie planowałem szpiegostwa w trakcie mojej cotygodniowej wizyty u rodziców, ale żona Gideona lubiła grozić mojej mamie i tacie zwolnieniem. Miło by było chociaż raz mieć nad nimi przewagę.
- Straciliśmy za dużo pieniędzy. - Gideon wziął łyk drinka. - Winthrop Textiles upadnie. Może nie dzisiaj ani nie jutro, ale to nieuchronne.
- Gideonie.
Balthazar wszedł mu w słowo.
- Kiedy firma upadnie, wszyscy nasi pracownicy stracą pracę, a wraz z nimi ucierpi to całe przeklęte miasto. Stracą oszczędności, które w nas zainwestowali. Wszystko.
W wolnym tłumaczeniu: Zostaną bez pracy, domu i pieniędzy.
- Póki nie ma żadnych dowodów na defraudację... - zaczął Balthazar, ale nie poczekałem, żeby wysłuchać reszty.
Co za szumowiny.
Mama i tata wpakowali wszystkie oszczędności w akcje Winthrop Textiles. Jeśli firma upadnie, ich przyszłość zostanie przekreślona.
Opuściłem foyer tak cicho, jak się tu zakradłem, ominąłem kuchnię i wszedłem do pralni Winthropa, gdzie mama zostawiła stary garnitur, który Gideon podarował mi na dzisiejszy bal debiutantek.
Włożyłem ubranie, zatrzymałem się przy składziku i wcisnąłem skręta, skonfiskowanego w zeszłym tygodniu dziewczynie mojego brata Reeda mającej obsesję na punkcie robienia selfie, do zewnętrznej kieszeni walizki Gideona, którą zabierał w delegacje. Mały prezencik dla ochrony lotniska. A ludzie mówią, że nie umiem się dzielić.
Gideon w końcu wyszedł, aby dotrzeć na bal swojej córki, a ja bez wahania zakradłem się do jego gabinetu, aby go przetrząsnąć. Osiem lat temu, kiedy moja rodzina wprowadziła się do domu znajdującego się na terenie posiadłości Winthropów, obrałem sobie za punkt honoru, aby wejść w posiadanie każdego klucza, każdego kodu i każdego sekretu trzymanego w tej rezydencji.
Mama zarządzała domem, a tata dbał o tereny wokół. Podrobienie kluczy to była bułka z masłem. Ale zdobycie hasła do sejfu w gabinecie wymagało stworzenia wiarygodnej gry, w której wzięli udział Reed i jego najlepsza przyjaciółka, a zarazem córka Gideona Emery.
Wpisałem kod do sejfu i przejrzałem jego zawartość. Paszporty, akty urodzenia i karty dostępu do klubów. Nuda. W biurku nie znajdowało się nic ciekawego poza dokumentacją pracowniczą. Wyszarpnąłem górną szufladę z szyn i pomacałem pozostawiony przez nią otwór.
Gdy już miałem kończyć rewizję, moje palce otarły się o gładką skórę.
Pociągnąłem za taśmy i odkleiłem przedmiot od ściany biurka. Kiedy uniosłem go do światła, na okładce dziennika nie zobaczyłem żadnego nazwiska, marki ani loga.
Przejrzałem go i natrafiłem na rzędy liter i numerów. Ktoś sporządził drobiazgowe zapiski.
To była księga rachunkowa.
Miałem na niego haka.
To był dowód.
Zniszczenie.
Gdy kradłem przedmiot, który nie należał do mnie, nie towarzyszyło mi żadne poczucie winy, a to dlatego, że jego właściciel miał moc zniszczenia, a moi rodzice stali na linii ognia. Wychodząc z posiadłości, z księgą ukrytą w wewnętrznej kieszeni garnituru Gideona, wyglądałem jak prawdziwy mieszkaniec Eastridge.
Kiedy mama zadzwoniła, w milczeniu słuchałem jej kazania.
- Proszę cię, Nash. Tylko nie zrób dzisiaj sceny. Będziesz musiał odwieźć Reeda do domu, jeśli sprawy wymkną się spod kontroli. Dobrze wiesz, jakie są te dzieciaki z Eastridge Prep. Chyba nie chcesz, żeby twój brat miał nieprzyjemności.
W wolnym tłumaczeniu: bogate nastolatki się nawalą, narozrabiają, a winę poniesie za to chłopak w mundurku z drugiej ręki i ze stypendium naukowym. Śpiewka stara jak świat.
Mogłem wtedy się przyznać, poinformować mamę o przestępstwie Gideona.
Ale tego nie zrobiłem.
Byłem jak Syzyf.
Sprytny.
Podstępny.
Złodziej.
Zamiast oszukać śmierć, okradłem Winthropa. Tylko że moje przewinienie okazało się o wiele niebezpieczniejsze. I w przeciwieństwie do Syzyfa nie zamierzałem cierpieć wiecznej kary za swoje czyny.
Księga rachunkowa nie ważyła więcej niż przeciętna książka w miękkiej oprawie, ale ciążyła w mojej kieszeni, kiedy lawirowałem między stolikami w sali balowej Eastridge Junior Society, zastanawiając się, co zrobić ze zdobytymi informacjami.
Mógłbym przekazać ją właściwym organom władzy i zniszczyć Winthropów, ostrzec rodziców, żeby znaleźli nowe posady i sprzedali akcje Winthrop Textiles albo zachowali tę wiedzę dla siebie.
Na razie jednak postanowiłem trzymać to w tajemnicy, dopóki nie ułożę jakiegoś planu.
Zobaczyłem morze ubranych w garnitury mężczyzn i odstawionych kobiet - pochodzące z Eastridge w Północnej Karolinie kandydatki, które zostały wychowane, aby zostać typową throphy wife. Żadna z nich nie wzbudziła mojego zainteresowania.
Mimo to przesunąłem dłonią po odsłoniętych plecach jednej z takich kobiet, aby oderwać myśli od faktu, że właśnie okradłem najpotężniejszego człowieka w całej Karolinie Północnej i jednego z najpotężniejszych w Ameryce.
Katrina rozchyliła wargi na mój dotyk i wypuściła drżący oddech, na którego dźwięk Virginia Winthrop rzuciła mi lodowate spojrzenie. Siedząca przy stoliku Basil, pasierbica Katriny, agresywnie wbiła widelec w stek z białymi truflami, skupiwszy spojrzenie na moich palcach gładzących gołe plecy Katriny.
Stek przypominał mi mojego młodszego brata - był lśniący na zewnątrz, krwisty i mógł eksplodować przy najmniejszym rozcięciu. Ale to nie Basil, jego dziewczyna, z którą co chwilę zrywał i się schodził, go poharata.
Gdy tylko Reed się ogarnie i zrozumie, że Emery Winthrop jest w nim zakochana, na zawsze odda jej swoje serce.
Takie laski jak Basil Berkshire są jak stacje benzynowe. Pomagają ci napełnić zbiornik i dają siłę, aby jechać dalej, ale nie są twoim celem.
Natomiast dziewczyny w typie Emery Winthrop są twoją metą, marzeniem, na które pracowałeś, miejscem, do którego dążyłeś z uśmiechem, który widzisz za każdym razem, gdy zamykasz oczy i zastanawiasz się, dlaczego w ogóle próbujesz z innymi.
Reed miał dopiero piętnaście lat i mnóstwo czasu, by się tego wszystkiego dowiedzieć.
- Przy stole dla młodzieży jest wolne miejsce - zaoferowała Virginia, trzymając w dłoni lampkę szampana Krug Brut Vintage.
Kobieta kojarzyła mi się z posągiem Hery, który kazała mojemu tacie postawić pośrodku labiryntu z drzew na terenie posiadłości Winthropów.
Virginia miała blond włosy, proste jak druty, sięgające ramion. Lśniące kosmyki falowały, kiedy kiwnęła głową na stolik, przy którym siedziała jej córka. Córka zaś wyglądała jak skóra zdjęta z matki. Jednak Emery wykazywała przejawy osobliwych zachowań, które przebijały się przez sztywną postawę, niczym promienie słońca przeciskające się do więzienia przez szczelinę w murze.
Jej twarz była ekspresyjna. Oczy duże. Jedną tęczówkę miała szarą i dało się to dostrzec tylko z bliska. Kiedyś usłyszałem, jak Virginia żąda od córki, aby ta nosiła szkło kontaktowe pasujące do drugiej, niebieskiej tęczówki.
Virginia, siedząca naprzeciwko Katriny, spojrzała na kobiety z pogardą i rzuciła w moją stronę:
- Możesz usiąść przy stole dla dzieci.
Moje palce drgnęły. Kusiło mnie, żeby zrobić Katrinie palcówkę przy "stole dla dorosłych", żeby ją sprowokować, bo nie miałem wątpliwości co do tego, że Virginia brała udział w defraudacji swojego męża. Jeśli Gideon Winthrop był głową Winthrop Textiles, to Virginia Winthrop była szyją, która poruszała głową we wszystkich kierunkach wedle uznania.
Mimo to zapanowałem nad odruchem ręki, bo usłyszałem w głowie echo błagalnych słów mamy.
Tylko nie rób sceny.
Łatwo jej mówić.
Obróciłem się bez słowa i zająłem miejsce pomiędzy Reedem a Able'em Cartwrightem, chłopakiem, z którym dzisiaj przyszła tu Emery. Able wydawał się równie śliski co jego ojciec prawnik. Miał czarne, paciorkowate oczy i blond włosy zaczesane do tyłu, jakby dopiero co wyszedł z przesłuchania do roli sępa w podrzędnym filmie Laurence'a Huntingtona.
- Braciszku. Emery. - Kiwnąłem głową Reedowi i Emery, a potem z uniesioną brwią powiodłem wzrokiem po pozostałych osobach siedzących przy stole. Większość nastolatek, które ledwie weszły w okres pokwitania, rozpaczliwie próbowała ukryć się pod pięcioma kilogramami tapety.
Małolaty.
Zaczerwienione policzki Basil gryzły się z niemal białym odcieniem jej blond włosów. Wypsikała się perfumami do tego stopnia, że mogłaby zaczadzić całą salę. Kiedy nachyliła się w moją stronę i zachichotała w dłoń, moje receptory węchu niemal obumarły.
- Och, Nash, ale ty jesteś zabawny.
Odwróciłem się do niej plecami, efektywnie kończąc rozmowę. Przyjrzałem się Emery, która siedziała jedno krzesło dalej. Marszczyła brwi, a jej dłonie spoczywały na kolanach. Próbowała rozpakować Snickersa, starając się ukryć zakazany batonik.
Ciekawe, czy wiedziała, co knują jej rodzice.
Pewnie nie.
Mama kiedyś powiedziała mi, że ludzie są stworzeni do czynienia dobra.
"Bycie uczciwym, zadowalanie innych i szerzenie radości leży w ludzkiej naturze", mawiała.
Słodka, naiwna Betty Prescott.
Córka pastora, która w trakcie dorastania poświęcała wolny czas na studiowanie Biblii, a potem wyszła za ministranta. Żyłem w prawdziwym świecie, gdzie bogate dupki ruchają biednych - w dupę, bez poślizgu - i jeszcze każą sobie za to dziękować.
A ojciec Emery? Dbał o pozory. Brał udział w galach charytatywnych, zgłaszał się do pomocy w wolontariatach, porażał promiennym uśmiechem. Myślałem, że Gideon jest inny. Jak bardzo się myliłem.
Natomiast Emery Winthrop... Zastanawiałem się, co zrobić z księgą rachunkową spoczywającą w mojej kieszeni. Ta dziewczyna wszystko komplikowała.
Nie byłem do niej zbytnio przywiązany. Przez ostatnie osiem lat wymieniliśmy może parę zdań, ale kochałem Reeda, a Emery kochała mojego brata bardziej niż ktokolwiek.
W dzieciństwie dzieliła się z nim pieniędzmi na lunch i towarzyszyła mu na korepetycjach, na które wcale nie musiała chodzić. Po koszmarnej szkole, z której się przenieśliśmy, Reed był niemal dwie klasy do tyłu. Emery już nawet jako dziecko rozumiała, że mój brat może skorzystać z pomocy korepetytora tylko wtedy, jeśli ona zacznie udawać, że potrzebuje dodatkowych lekcji, bo jej rodzice bez wahania sypną kasą.
Gdybym zranił Emery, wyrządziłbym krzywdę również Reedowi. To prosta matematyka. Może i chowałem w sobie urazę, ale chociaż nienawidziłem Eastridge i ludzi obecnych na tej sali balowej, nie żywiłem złych emocji w stosunku do dziewczyny, która była niemal do przesady lojalna, która w wieku piętnastu lat posiadała całe pokłady mądrości, która kochała mojego młodszego brata.
- Emery - zaczęła Basil, gdy zignorowałem jej komentarz. - Słyszałam, że zawaliłaś zajęcia Schnauzera. Co za lipa.
Schnauzer. Dlaczego to nazwisko brzmiało tak znajomo?
Reed pochylił się w stronę Basil i wyszeptał tak, że wszyscy go słyszeli:
- To nie było miłe, kochanie. - Miał silny akcent, charakterystyczny dla Karoliny Północnej, i jakimś cudem jeszcze bardziej pogorszył sytuację.
- Słyszycie ten dźwięk? - Emery przekrzywiła głowę na bok i zmarszczyła brwi, udając koncentrację.
Able przysunął się do Emery.
- Jaki?
- To irytujące bzyczenie.
- Brzmi jak upierdliwy komar - stwierdziłem. Pochyliłem się nad Cartwrightem, żeby wyciągnąć minisnickersa z palców Emery i wrzuciłem go do ust.
- Nie, to nie to. - Podziękowała mi z błyskiem w oczach i przelotnie zasalutowała na znak solidarności, a potem odwróciła się w stronę Basil. I zadała cios ostateczny. - To tylko Basil.
Dziewczyna drgnęła, jakby ją spoliczkowano, a ja w tym momencie przypomniałem sobie, kim jest Schnauzer, i postanowiłem uciąć wszelkie brednie, które miały paść z jej ust.
- Czy Dick Schnauzer to nie ten nauczyciel zaawansowanej chemii? Ten skurwiel, który wymaga loda w zamian za piątkę? A ci, którzy tego nie robią, cóż... - Uniosłem brew, przyglądając się Basil. - Hej, a ty przypadkiem nie dostałaś piątki?
Basil przeniosła wzrok na Reeda. Czekała, aż zacznie jej bronić. On natomiast spojrzał na mnie, potem na Basil i Emery, a na jego twarzy malowała się taka bezradność, że zacząłem wątpić, czy w ogóle jesteśmy ze sobą spokrewnieni. Ale może czuwała nad nim jakaś siła wyższa, bo w tym momencie do naszego stolika podeszła Virginia.
Przesunęła wzrokiem po nietkniętej zupie z kopru włoskiego na zimno, jakby urągała jej umiejętnościom jako przewodniczącej Eastridge Junior Society. I może tak było, bo żadna zdrowa na umyśle osoba nie spojrzałaby na menu i nie powiedziała: "Proszę zaserwować chłodnik z kopru włoskiego".
- Emery, kochanie. - Odwróciła się do swojej córki i założyła luźny kosmyk włosów za jej ucho. Virginia zatrudniła ekipę stylistów, aby zmienili Emery na jej podobieństwo, niczym w sequelu Inwazji porywaczy ciał.
Zanim wyjechałem z Eastridge na magisterkę, mieszkałem w domu razem z moją rodziną przez wiele lat, od pierwszego roku w Eastridge Prep aż po czteroletnie studia na stanowej uczelni, na które jeździłem autobusem, żeby zaoszczędzić pieniądze.
Miałem więc mnóstwo czasu, by zaobserwować trwające godzinami zabiegi depilowania, upiększania i farbowania Emery tak, aby zmienić córkę w samą siebie... czy co tam dla niej zaplanowała. Może chciała, aby elita Eastridge doprowadziła ją na skraj wytrzymałości.
- Tak, mamo? - Emery nie spojrzała na Virginię z miłością, tylko rezygnacją. Tak samo jak patrzy się na policjanta, który zatrzymuje cię za to, że przekroczyłeś limit prędkości o jedenaście kilometrów. Pogarda odziana w uprzejmość.
Przysięgam, Reed wyhodował jaja dopiero po spędzeniu wielu lat w towarzystwie Emery.
- Bądź tak dobra i pobiegnij dla mnie do gabinetu. - Virginia oblizała kciuk i odgarnęła splątany kosmyk z czoła córki. - Potrzebna mi jest tiara na koronację debiutantki roku.
Debiutantka roku. Jakby ktoś potrzebował takiego tytułu.
Emery przeskoczyła wzrokiem od Reeda do Basil. Jej wahanie było tak wyraźne, że nie zdołałem powstrzymać śmiechu. Zmierzyła mnie gniewnym wzrokiem, a potem zwróciła się do matki.
- A nie możesz poprosić kogoś z obsługi?
- Och. - Virginia cmoknęła z dezaprobatą i złapała się za perły uciskające jej szyję. - Nie bądź niemądra. Przecież nie powierzyłabym kodu do sejfu komuś z obsługi.
- Ale...
- Emery, czy naprawdę mam cię wysłać do panny Chutney na zajęcia z etykiety?
Panna Chutney była kobietą, która szkoliła dziewczęta z Eastridge i zmieniała je w szanowane obywatelki miasta, wykorzystując w tym celu metody zakrawające na znęcanie się. Co prawda nie zostawiała na kursantkach siniaków, ale krążyły plotki, że chodziła z linijką i smagała je po nadgarstkach, szyjach i innych wrażliwych częściach ciała, które mogła dosięgnąć.
Able odsunął krzesło od stołu.
- Ja po nią pójdę.
- Cóż za wspaniały pomysł! - zachwyciła się Virginia. - Able będzie ci towarzyszyć, Emery. No już, zmykaj. - Twarz Virginii wydawała się niemal zamrożona, jak u kogoś, kto przesadził z botoksem.
W oczach Emery zapłonęła irytacja. Szare oko pociemniało, niebieskie się rozjaśniło. Wymamrotała kilka słów, których nie zrozumiałem, ale wyczułem w nich złość. Przez sekundę wydawało mi się, że mnie zaskoczy.
Jakaś część mnie chciała, aby ta dziewczyna wzbudziła we mnie zdumienie, dzięki czemu odzyskałbym wiarę w świat, w którym ludzie tacy jak Gideon mogli wykorzystywać osoby pokroju Hanka i Betty Prescottów.
Niestety Emery odsunęła krzesło i pozwoliła, by Able złapał ją pod ramię, jakby żyła w osiemnastym wieku i potrzebowała eskorty. Opór wyparował z jej spojrzenia.
W tym momencie zupełnie nie przypominała ośmiolatki, która przyłożyła Able?owi w twarz za to, że ukradł Reedowi lunch.
Znudzony obserwowałem, jak Emery podporządkowuje się woli Virginii.
Była taka sama jak reszta mieszkańców tego pieprzonego miasta.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki