Rozdział I
Pod schodami nie było za wiele miejsca, zazwyczaj znajdowało się tam wiadro i miotły, które Marianna odstawiała, kiedy tylko kończyła pracę. Małe drzwi zamykały się cicho i nie posiadały dodatkowego zabezpieczenia, dzięki temu nie bali się, że nagle jakiś dowcipniś zamknie je na skobel. Zresztą mieli nadzieję, że o tej porze nikomu nie przyjdzie do głowy myszkowanie po zakamarkach domu.
Mimo ciasnoty nie przepychali się, siedzieli blisko siebie i bali się poruszyć. Jeden gwałtowny gest i mogli narobić zbędnego hałasu. Przewracające się kije od miotły, metalowe wiadra albo balia postawiłyby na nogi cały dom.
- Zapal świeczkę, Rączka - szepnęła cicho dziewczyna najbliżej balii i odruchowo poprawiła blond loki. W ciemnościach nikt nie mógł jej zobaczyć, ale wolała sprawdzić, czy żaden niepotrzebny kosmyk nie wymknął się spod chusteczki, którą zakładała do spania.
Chłopiec nazwany Rączką po omacku wymacał skrytkę, w której chował zapałki i świeczkę. Zawsze je tu zostawiał, teraz wystarczyło wyciągnąć rękę i wymacać dziurę w ścianie. Marianna nie mogła o niej nie wiedzieć, zasłaniała ją miotłami, żeby nikt inny nie dojrzał i nie zrobił użytku ze znaleziska. Na wszelki wypadek przeganiała stamtąd maluchy, mówiąc, że to nie miejsce dla nich. Kiedy zostawał naprawdę mały ogarek świecy, stawiała nową, żeby znowu mieli zapas. Dobrze wiedziała o ich komitywie i niejeden raz wymiatała ze schowka pozostawione tam okruchy. Bała się, że zalegną się myszy, których szczerze nie cierpiała. Tylko raz widziała jedną w spiżarni i narobiła takiego pisku, że postawiła na nogi wszystkich. Wolała dmuchać na zimne i sprzątać od razu, żeby nie było gryzoni.
O tej skrytce opowiedziała tylko siostrze Benedykcie i nikomu więcej. Inne siostry zaraz narobiłyby niepotrzebnego rabanu, że dzieciaki coś podpalą, a przecież to już nie były maluchy i odrobina zaufania im się należała. Może i Marianna bałaby się tego samego, gdyby nie to, że był z nimi Jurek, nad wiek poważny, zamyślony, zawsze pilnujący całego towarzystwa. On z pewnością nie zostawiłby zapalonej świecy, nie było takiej możliwości.
Rączka zapalił zapałkę i po chwili mały płomyk świecy rozświetlił skrytkę. Ineza rozłożyła na podłodze czystą chusteczkę, a chłopak położył na niej zdobyte skarby: dwie skibki chleba, kawałek kiełbasy i kilka sucharków.
- Mało dzisiaj... - Jurek westchnął. Był z nich najwyższy i apetyt zawsze mu dopisywał.
- I więcej nie będzie - odpowiedział Rączka. - Sam wiesz, Juruś, że nie tak łatwo zdobyć coś do żarcia, jak się nie ma floty. Pójdę jutro na Kercelak, to może przyniosę coś więcej.
Rączka był w tym mistrzem, organizowanie jedzenia przychodziło mu tak łatwo, jak siostrze Benedykcie rachunki. Ilekroć potrzebowali pomocy w lekcjach, siostra błyskawicznie wykonywała stosowne działania w pamięci, a potem cierpliwie tłumaczyła, jak należy się wziąć do tego. Tak samo szybko Rączka zdobywał rarytasy, które normalnie nie były dla nich dostępne.
Chłopiec od zawsze wiedział, że z Kercelakiem coś go łączy, to miejsce przyciągało go jak skibka chleba z miodem muchy. Miał wyjątkową smykałkę do przywłaszczania sobie rzeczy ze straganu. Wystarczał mu pięciominutowy spacer i jeden, góra dwa ruchy ręką, od razu miał pełne kieszenie. Lądowały tam rumiane jabłka, dojrzałe śliwki, zimą pierniki, nadziewane konfiturą rożki albo obwarzanki. Wszystkie skarby przynosił, żeby w ciemnym schowku podzielić się nimi z przyjaciółmi. Oczywiście kiedy reszta dzieciaków spała, bo głodnych było wielu a jedzenia zawsze za mało. Podział odbywał się wyłącznie w małym gronie zaufanych przyjaciół i w tajemnicy przed siostrami. Schowek na miotły nadawał się do tego idealnie.
Prawdziwego powodu wizyt na Kercelaku Rączka nigdy nie zdradzał, nawet im. Dowiedział się od kogoś, że właśnie tam został znaleziony, a jako że nie był obrzezany, uznano, że jest nieślubnym dzieckiem katolików i oddano go do katolickiego domu sierot. Przy każdej wizycie na bazarze chłopiec wytężał wzrok i przyglądał się napotykanym handlarzom i klientom. Miał nadzieję, że ktoś go rozpozna i może cudem uda się odnaleźć zaginionych rodziców. Wracał z tych wojaży z łupami, ale dziwnie zamyślony, a czasem smutny. Widział, że cieszą się jedzeniem, więc udawał radość, lecz był nieswój.
Ineza położyła dłoń na jego ramieniu i szepnęła:
- Rączka, boję się, że kiedyś cię złapią, może lepiej nie idź?
- Głupiaś, Inka. - Siedząca obok Inezy dziewczyna wzruszyła ramionami i wyciągnęła dłoń po swój plasterek kiełbasy. - Jego nigdy nikt nie złapie...
- E, do czasu, Zosiu. - Jurek zawsze miał sporo zdrowego rozsądku. - Inka dobrze radzi, tylko że wtedy będziemy głodni. A tak w ogóle kradzież to grzech.
- Kradzież, zaraz kradzież, dzielą się z sierotami, bo mają nadmiar. A zresztą co mi zrobią? - spytał Rączka, łamiąc sucharek na równe kawałki.
- W sumie nic, co najwyżej siostra wlepi ci karę. - Jurek z ochotą sięgnął po swoją porcję i raz jeszcze powtórzył: - To kradzież, mówię ci. Ksiądz Kołodziej nie da ci rozgrzeszenia.
Księdza kapelana ani siostry Benedykty się nie bali, bardziej groźna była Efrema. Nigdy nie biła, nie krzyczała, ale jej przeszywający wzrok sprawiał, że największy gagatek stawał na baczność i przyznawał się do popełnionego występku. A bez wątpienia kradzież była występkiem, który siostra potępiała, podobnie jak ksiądz. Ten drugi dosadnie potrafił mówić o ciężkim grzechu złodziejstwa i zadawał pokutę, którą długo pamiętali. Ale nawet to nie powstrzymywało Rączki.
Byli głodni łakoci. Na co dzień jadali chleb ze smalcem i kartofle z rozcieńczanym wodą mlekiem, dlatego w tajemnicy organizowali jedzenie. Tęsknili za słodkim smakiem karmelka albo kawalątkiem kruchego ciasteczka. Zjadali zdobycze Rączki po kryjomu, a potem po cichu wracali do łóżek. W brzuchu burczało trochę mniej, sumienie gryzło, ale zakazany owoc smakował wybornie i nie umieli się powstrzymać.
Sierociniec utrzymywał się z datków. Wychowankowie przez cały rok malowali obrazki i pisali listy, które wysyłali do zamożnych obywateli miasta z prośbą o wsparcie. Wcale tego nie lubili, ale wiedzieli, że to konieczność, ręcznie malowane widoczki i kwiatowe laurki otwierały serca i portfele, a siostry, dzięki dobroczyńcom, mogły utrzymać to miejsce.
Za popisami artystycznymi nikt z nich nie przepadał, no, może jedna Ineza. Dziewczynka uwielbiała recytacje i teatrzyki, potrafiła sprawić, że żeńska publiczność miała w oczach łzy. Przy tym poprawiała swoje blond loki i uśmiechała się z dziecięcym wdziękiem, aż paniom z Towarzystwa Dobroczynności miękły serca i chętnie sięgały do haftowanych torebek po pieniądze. Inka marzyła o tym, żeby zostać aktorką i wszyscy o tym wiedzieli. Siostry nie do końca pochwalały ten wybór i tłumaczyły jej już kilka razy, że nauczycielka jest dużo lepszym zawodem, jednak Ineza uparcie twierdziła, że zdania nie zmieni, będzie grała w filmach tak samo jak jej matka.
Kiedyś zaciekawiona Marianna spytała siostrę Benedyktę, czy ta matka aktorka czasem odwiedza tu Inezę, ale ta spojrzała smutnym wzrokiem i odpowiedziała:
- Marianna wierzy we wszystko to, co usłyszy? Dzieci konfabulują, to znaczy zmyślają, żeby ubarwić swoje szare życie. Matka Jadwigi nie jest żadną aktorką, tak naprawdę nikt nie wie, kim ona jest. Zostawiła dziecko i więcej się nie pojawiła.
- Ale mnie nie o żadną Jadwigę chodzi - tłumaczyła się Marianna. - Tylko o naszą Inezę.
Już chciała dokładnie opisać siostrze, którą dziewczynkę ma na myśli, ale ta pokiwała głową z wyrozumiałością.
- Tak, i mnie o nią chodzi. Ona naprawdę ma na imię Jadzia, wymyśliła sobie tę Inezę, żeby chociaż imieniem się wyróżnić. Biedne dziecko...
Marianna nie spytała o nic więcej, sama nie wiedziała, czy to kłamstwo, czy jednak nie. Benedykta nie wyglądała na szczególnie oburzoną i sama do Jadzi mówiła "Ineza". Na wszelki wypadek zmieniła temat.
- To ja może refektarz umyję?
Nie czekając na odpowiedź, ucięła rozmowę i złapała wiadro z wodą. Przystanęła chwilę oparta o miotłę i intensywnie myślała. Była już tu jakiś czas i wciąż nie mogła pojąć, jak można oddać własne dziecko. A przecież poznała już te dzieci, coby nie mówić, to one były dobre i pomocne, wystarczyło im okazać trochę serca, a same chętnie rwały się do pracy. Czasem miały aż za dużo zapału, przeszkadzały jej w kuchni i w pralni, psociły i dogadywały, ale pomagały, jak umiały.
Do pomocy w sierocińcu Marianna trafiła ze wsi. Na początku sama nie wiedziała, czy chce być zakonnicą, czy jednak nie. Zdawała sobie sprawę, że jak nie wniesie posagu, to nie będzie miała lekko, a nie posiadała ani grosza. Dlatego postanowiła najpierw zostać pomocą przy dzieciach, a potem podejmować decyzje dotyczące życia konsekrowanego. Musiała się rozeznać, jak to klasztorne życie wygląda.
Prała dziecięce ubranka, ścieliła małe łóżeczka i czekała na jakiś znak z nieba, że powinna to robić w zakonnym habicie. Znaku nie było, za to ona coraz bardziej przywiązywała się do dzieci. Słuchając ich opowieści, miała nadzieję, że przyjdzie taki dzień, że po Rączkę, Inezę czy Zosię przyjdą prawdziwi rodzice. Niestety pracowała tu już dość długo i nigdy nic takiego nie miało miejsca. Dzieci rosły, kończyły szkołę, szły na naukę zawodu, lecz nigdy nie pojawił się tu żaden rodzic.
Marianna modliła się, pościła i pracowała razem z siostrami, za swoją pracę dostawała niewielkie pieniądze i wciąż chodziła we własnej sukience, a nie w zakonnym habicie. Nie składała żadnych ślubów, bo w głębi serca miała nadzieję, że może kiedyś sama będzie matką i założy rodzinę. Oczywiście jak sobie wszystko poukłada w sercu. Z biegiem czasu wierzyła w to coraz mniej, za to kochała sieroty coraz bardziej, całkiem jak swoje. Przyzwyczaiła się do uwag sióstr, które tłumaczyły, że tu potrzebny rygor i więcej dyscypliny, bo różdżką dziateczki Duch Święty bić każe, ale wiedziała swoje. Od rygoru były Benedykta i Efrema, Marianna była od wsparcia i pocieszenia. Po prawdzie siostry dużo mówiły o tej dyscyplinie, ale same także nie biły. Kary były, ale nigdy nie widziała, żeby surowe. Benedykta otwarcie mówiła, że brzydzi się karą fizyczną, bo nie ma niczego pouczającego w tym, że silny bije słabszego. To było dla Marianny nowe, w jej domu ojciec miał ciężką rękę i nie przejmował się tym, że bite dzieci były słabe jak muchy. Dlatego słuchała rad siostry i nie chciała karać, Duchem Świętym nie była, to i bić nie powinna. Bicie to brak poszanowania godności tych dzieci. Tak mówiła o dzieciakach Benedykta, że mają godność i nietykalność. A w mądrość życiową Benedykty Marianna wierzyła równie mocno jak w dobroć najświętszej Panienki.
Benedykta prawie każde popołudnie spędzała w szwalni. Przeglądała ubrania podopiecznych, ale myślami była zupełnie gdzie indziej. Bardzo się martwiła o Rączkę, który ostatnio nie miał zapału do nauki. Nauczyciele skarżyli się, że chłopiec znika z lekcji albo przychodzi nieprzygotowany. Sama nie wiedziała, co z nim zrobić. Kiedy go karała, to zupełnie nie skutkowało, zamykał się w sobie i z nikim nie rozmawiał. A kiedy tylko poczuł odrobinę wolności, znikał na całe godziny, a potem wracał z wypchanymi kieszeniami. Benedykta dobrze wiedziała, skąd pochodzą zjadane w skrytce pod schodami wiktuały. Była dobrym obserwatorem, widziała wiele, chociaż udawała, że tak nie jest. W głębi serca wspierała ten ich układ, nie kradzież, rzecz jasna, ale zawarty przez dzieciaki sojusz. Trzymały się razem, a ona popierała to całym sercem.
Myśląc o nich, westchnęła ciężko i pochyliła się nad cerowaniem. Najmłodsza grupa dzieci darła ubrania wyjątkowo szybko, a nowe sztuki odzieży nie trafiały się często. Siostry wysyłały listy do towarzystw dobroczynnych, ale zawsze wszystkiego było za mało, szczególnie ubrań i jedzenia.
- Dziewczęta, skupcie się na pracy - poprosiła cicho i oderwała wzrok od cerowanej skarpetki. Znowu to samo, najbardziej rozgadana Ineza i cicha zazwyczaj Zosia coś do siebie szeptały zamiast szyć.
- Kiedy to nudne, ja nie lubię cerowania. - Ineza westchnęła, a Zosia skwapliwie potwierdziła.
- Wiele rzeczy w życiu jest nudnych, a mimo to musimy je wykonywać. Skupcie się, to szybciej skończycie.
- Ech, losie zapchlony, jak bym ja chciała po łące pląsać, z rozwianych włosów krople rosy strącać... - wyrecytowała Ineza teatralnie, przesłaniając dłonią oczy.
- Jadziu. - Benedykta westchnęła raz jeszcze.
- Nie jestem Jadzia, jestem Ineza, już siostrę prosiłam. Przecież do siostry nie mówimy Marysiu, Kasiu czy jak tam siostrze dali na chrzcie. Bo na pewno nie dali Benedykta, takiego imienia u nas nie ma - wymądrzała się, przewracając oczami.
Siostra musiała przyznać smarkuli rację, na chrzcie dali jej Lucyna. Najzwyklejsze imię pod słońcem, dobrze że przynajmniej w klasztorze mogła wybrać inne. Za murem zmieniła imię i życie, tylko czasem wracała myślami do poprzedniego. A skoro dziewczynka chciała być Inezą, niech jej będzie, Benedykta musi uszanować jej prośbę. Tylko tak może ją nauczyć słuchania innych.
- Inezo, bardzo proszę starannie zakończyć swoją pracę. Na dzisiaj wystarczy - rzekła, zmieniając temat.
- Przecież i Zośka nie lubi swojego imienia, woli jak mówimy Zi. A Rączce to nawet nie wiem, jak naprawdę dali - kontynuowała Ineza, głucha na jej prośby.
- Roman - odpowiedziała Benedykta, sięgając po nożyczki. - Tylko zupełnie nie wiem, dlaczego nazywamy go Rączka.
Wiedziała bardzo dobrze, była tylko ciekawa, co jej odpowiedzą.
Jak na komendę Ineza i Zi pochyliły się nad swoją pracą i nagle zaczęły udawać skupienie. Nie chciały opowiadać siostrze o zdolnościach Rączki, któremu wszystko samo pchało się w ręce. No prawie samo, bo czasem musiał szczęściu pomóc. A dzięki jego umiejętnościom ich sieroce życie było odrobinę słodsze i bardziej owocowe. Milczały, a Benedykta udawała, że jest zajęta pracą i nie drążyła tematu. Poza tym naprawdę lubiła tego uśmiechniętego łobuziaka, którego wszędzie było pełno. Gdyby tylko lepiej się uczył!
W końcu Ineza odłożyła swoją robotę na stół.
- Kończ to szycie, Zi, niedługo kolacja. Marianna miała dla nas zrobić owsiane kakao. Znowu przyszły dary i pewnie trzeba jej pomóc rozpakować. Możemy już iść?
- Przecież to nie wasz dyżur? - odpowiedziała Benedykta pytaniem.
- Ale każda pomoc w kuchni się przyda, Marianna ma zawsze pełne ręce roboty. - Zosia uśmiechała się łagodnie i wpatrywała się w nią wyczekująco.
Było w tej dziewczynie coś, co wzbudzało niepokój Benedykty: zawsze była cicha i ugodowa, nigdy przy niczym się nie upierała, a mimo to zawsze umiała postawić na swoim. Benedykta czuła, że z tej pozornej ciszy może kiedyś powstać gwałtowna burza.
- Dobrze, Zosiu, sprawdźcie, jak kuchnia sobie radzi, a my spotkamy się na kolacji. Dziękuję za waszą pracę.
Nie trzeba im było dwa razy powtarzać. Zaraz za drzwiami szwalni Zosia poprawiła włosy i kilka razy szczypnęła policzki, żeby były bardziej zaróżowione.
- Jak wyglądam? - Wpatrywała się w przyjaciółkę, oczekując prawdy.
- Normalnie, jak podrzutek. - Ineza zachichotała. - Ale i tak podobasz się Jurkowi, naprawdę cię lubi.
- E tam, zaraz lubi, zwykły kolega - tłumaczyła się zarumieniona.
- Na Rączkę tak nie patrzysz, przecież widzę. Przy Jurku oczy robią ci się maślane, a w swoim zeszycie malowałaś serduszka i pisałaś jego imię, widziałam.
W odpowiedzi Zosia potargała loki Inezy i pobiegła do kuchni. Wpadła tam jak burza i o mało nie przewróciła Marianny.
- Hola, co to za bieganie? Po kuchni nie biegamy! - Marianna udawała oburzenie.
- Siostra nas przysłała, mamy pomóc przy kolacji - skłamała gładko. Nie przyznała się, że same chciały tu przyjść, żeby jak najszybciej skończyć szycie.
- A chłopcy gdzie? Znowu ich gdzieś licho nosi? - Marianna zdziwiła się, że dziewczynki przyszły same, zazwyczaj pojawiała się cała czwórka i pod pretekstem pomocy myszkowała w zakamarkach kuchni, szukając czegoś do jedzenia.
- Pewnie jeszcze w sali lekcyjnej, Rączka miał zrobić zadania, a siostra Efrema pewnie go pilnuje. Marianna wie, że do lekcji to on ma niewiele zapału. Jak go nie upilnują, to zaraz zeszyty rzuci w kąt i tyle tego. - Zosia utyskiwała tonem dorosłego.
- Zosiu, tak to bywa, że młokosy wiatr mają w spodniach, daj mu czas. - Marianna starała się mieć dla nich dużo wyrozumiałości, a Benedykta była dla niej niedoścignionym wzorem w tej kwestii.
- Ten wiatr to po grochówce. - Ineza zachichotała, a Zosia wzruszyła ramionami i nawet się nie uśmiechnęła.
- Głupoty Ineza mówi, chodzi mi, że szałaputy - tłumaczyła się Marianna.
- Przecież wiem, moja mama, Jadwiga Smosarska[1], też tak mówi, że szałaputy to mają w życiu ciężko, nad książką nie przysiądą, za porządną robotę się nie wezmą i ciągle ich gdzieś gna - odpowiedziała poważnym tonem.
Marianna już gdzieś słyszała to nazwisko, lecz nie dociekała gdzie. Po rozmowie z Benedyktą wiedziała, że żadna Smosarska, czy jak jej tam, nie mogła być matką Inezy. Ot bajdurzyła, żeby dodać sobie ważności.
- Że kto? - spytała za nią Zosia.
- No Smosarska, po niej mam imię i urodę - wyjaśniła Ineza z uśmiechem.
Marianna udała, że nie słyszy. Pochyliła się i z kuchennej szafki wyjęła dwa biszkopty i położyła przed nimi.
- Jedzcie, a potem do roboty. Zróbcie kakao owsiane i pokrójcie chleb, tylko do mleka dolejcie wody, żeby więcej wyszło!
Zajęła się swoją robotą, ale kątem oka widziała, że obie schowały ciasteczka w kieszeni fartuszków. Domyśliła się, że chcą się podzielić z resztą. Od dawna wiedziała o ich cichej komitywie i wcale jej to nie przeszkadzało. Te sieroty nie miały nikogo, dobrze, że chociaż na siebie mogły liczyć.
[1] Polska aktorka (1898-1971).