p

Pod lodem - Joanna Jurewicz

Kup ebooka

25.20 zł
22.13 zł (18,40 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
 
 

Składam się z ciała i z lodu. Ciało nie topi lodu, lód mrozi ciało. Ale tylko trochę. Na wierzchu jest ciało, a ściślej - skóra zbudowana z kilku warstw, nie pamiętam ilu. Moim zdaniem w miejscu, gdzie kończy się skóra właściwa, zaczyna się lód. W nim są zamarznięte moje wnętrzności, choć jakimś cudem wykonują swoją pracę odwieczną. Mózg myśli, płuca oddychają, trawię i wydalam, mówię i chodzę. Serce bije. W głowie też jest lód. A w nim umysł - zatopiony jak komar w bursztynie.

Jest jeszcze trzecia warstwa mnie. Nie wiem, z czego się składa, choć pewnie z ciała, jak wszystko w człowieku. Tam w środku. To przerażone zwierzę - żadna mała dziewczynka w białej sukience, którą kiedyś odkryłam podczas jednej z kolejnych terapii. Towarzyszyła mi jakiś czas, starałam się nią opiekować. Była motylem rozkładającym skrzydła, młodym ptakiem uczącym się latać. Mówiłam do niej czule. Rozbiła się o skały. Nie, nie martwcie się, nic się nie stało. Nie było jej nigdy. Tam zawsze było przerażone zwierzę. A ja nie umiem do niego podejść. Nie to, żeby atakowało, gryzło; nic z tych rzeczy. Po prostu jest we mnie, pod warstwą lodu. A ja nie wiem, jak je oswoić. Ale wiem tyle - cokolwiek bym zrobiła, ono zawsze będzie się bało.

To właśnie je niosę w lodzie przez całe życie. Ono się boi i jest stale w napięciu. Potem jest już lód. Aż do skóry właściwej. Która stara się, jak może, mówić mi, co się dzieje. Ale nie ma szans.

*

Tak bardzo chciałabym się nie bać. Nie słyszeć lęku. Jest jak struna fortepianu w niskich rejestrach (czy to A w kontrze?), która nie przestaje wydawać dźwięku, mimo iż nikt jej nie trąca, nie musi. Jest jak koło indyjskie, które kręci się cały czas, choć nikt go nie wprawia już w ruch. Nawet leki tego nie zagłuszą. Sprawiają, że to tylko ciągły dźwięk jednej struny, a nie wielu akordów, ale ona wciąż jest we mnie, ta struna napięta po wielokroć - z góry na dół, z lewa na prawo, z dłoni wyciągniętej w dół do stopy przeciwnej, owija mnie jak koło człowieka witruwiańskiego, rozpina. To mój szkielet prawdziwy. Widzę to teraz.

*

Mam milion lat. Oczywiście nie dosłownie, w rzeczywistości prawie sześćdziesiąt, ale dla mnie to milion. Milion lat wysiłku, by nikt nie poznał, że składam się z lodu i tego zwierzęcia. Na jeden rok słoneczny tysiące moich. Chyba mi się udało, bo kiedy teraz mówię o lodzie i zwierzęciu, nikt mi nie wierzy. "Ty?! - pytają zaskoczeni. - A pamiętasz ten upał? Nic z ciebie nie płynęło, inni umierali z gorąca, a ty z nami żartowałaś. Przecież lód topi się w cieple". Albo: "Zwierzę? Oswojone?". Jak mówię, że nie wiem, to kręcą głowami: "No co ty! Syn mojej koleżanki, ten to ma zwierzę!" - i tu padają nazwy tygrysa albo osła. "Nie masz pojęcia, co się dzieje, jak w kimś jest naprawdę nieoswojone zwierzę".

No nie mam. Moje zwierzę nie jest tak bardzo nieoswojone jak innych podobnych do mnie. To nie znaczy, że go nie mam. Ale to ja wiem, nie oni. W dodatku od niedawna. Nie wiem, po co im to mówię.

To może zacznę od środka.

*

Od zwierzęcia. Może powinnam nazywać je czulej? Zwierzątko? Raczej nie, to jest po prostu nieoswojone zwierzę. Mieliście z takim do czynienia? Próbowaliście oswoić psa ze schroniska? Albo szczeniaka? O koty nie spytam, bo się nie znam. Takie coś, co jest u was od kilku dni, kiedy jeszcze tego nie kochacie, bo się za mało zdarzyło między wami. Takie bez kontaktu, zajęte głównie swoim futrzastym życiem.

Ze zwierzęciem jestem od zawsze, choć między nami nic się nie zdarzyło, żeby je pokochać. Albo znienawidzić. Po prostu jest ze mną. Albo mną. Odkąd pamiętam. Jest bardziej, niż ja jestem. Stale czujne. Nigdy nie śpi - choć czasem drzemie. Ma długie pazury. Broni się w środku mnie. Nie przebija się przez lód. Ale cała czuję, że się broni. Wydrapuje lód. To boli. Choć na zewnątrz nikt tego nie widzi. Na zewnątrz uśmiecham się i dygam grzecznie. W rękę całuję. Każdego. Nawet oprawcę. Choć oprawcy potem mówią, że byłam jakaś... Zła. Nieczuła. Może to nie byli oprawcy?

"Na pewno nie wszyscy byli oprawcami - mówi moja psychoterapeutka. - To pani tak ich widziała". Ja? Ja nie wiem, co widzę. Wiem, co widzi zwierzę. A ono, wiadomo, jak to nieoswojone, zamknięte. W pomieszczeniu z lodu. Na tyle przejrzystym, że coś tam widzi. Na tyle grubym, że nie umie rozpoznać, co jest na zewnątrz. Więc dla niego prawie wszyscy są oprawcami.

Mój umysł też mówi, że większość to nie oprawcy. Że przecież na ogół ludzie potrzebują siebie, więc muszą być mili. A niektórzy nawet chcą. Widzę, że żyją w stadach, w rodzinach, w parach. Ale umysłowi nie mogę w tych sprawach ufać. On jest też zamknięty w lodowych ścianach. Widzi przez nie jak przez kryształ i to, czy dobrze to robi, zależy od rzeczy, na którą patrzy. No i od załamań w krysztale. W pewnych sprawach jest świetny. Tylko że to są sprawy mało potrzebne na co dzień. Ludzie mu się rozmazują, jakby zbyt blisko miał soczewkę... lub zbyt daleko. Umysł nie ma kontaktu ze zwierzęciem. Próbował je oswoić, wytresować przez lata. Udało mu się tylko pogrubić lodowe ściany. Zwierzę zakopało się głębiej i tam ryło jamę. Czasami naprawdę myślałam, że uciekło, że jestem taka jak inni, a nawet lepsza. Bardzo się starałam, zwłaszcza skórę właściwą garbowałam we wrzątku wiele razy, aż stwardniała na mur.

Teraz wiem, że to było na nic. Tylko ogień zmarnowałam.

*

Z lodem, w którym siedzi mój umysł, i ze zwierzęciem nic nie mogę zrobić. W pewnych miejscach lód jest lity, w innych ma strukturę fraktali, pięknie przezeń słońce prześwieca. Są przestrzenie, w których przenika barwą: jest zielony wszystkimi odcieniami zieleni - mchu, igieł sosnowych, młodych pól. Las zatapia się w nim gładko. Podobnie morze z odcieniami błękitu i szarości. Napełnia się dźwiękami rozszczepianymi po wielokroć - szumem wiatru i fal, piskiem piasku pod stopami, śpiewem ptaków. Umysł spokojnie układa pasjanse z kolorów, kształtów, dźwięków, dotknięć. Zwierzę układa się do snu zwinięte w kłębek, obsypane gwiazdami, których jest taka cudowna mnogość, albo stukotem kropel deszczu o namiot. Ale jedno oko ma zawsze lekko otwarte.

*

Kończę pierwszą w życiu terapię. Trwała siedem lat. Zaczęłam się leczyć późno, dopiero gdy skończyłam trzydzieści trzy lata. Poza odwieczną kontrolą zwierzęcia przeżywam w tym okresie trzyletnią depresję poporodową. Terapeuta nie rozpoznał ani zwierzęcia, ani depresji, choć nawet ja ją widzę teraz w moich studziennych oczach na zdjęciach z tamtego okresu. Ale wtedy o nich nie wiedziałam - może to go usprawiedliwia?

Sesje odbywają się w znanym ośrodku psychoterapii na Saskiej Kępie, w przedwojennej willi. Okno pokoju na piętrze, w którym się przez te wszystkie lata spotykaliśmy, wychodzi na ogród, w nim rośnie ogromna jabłoń. Co wiosnę rozkwita i niemalże wchodzi przez otwarty balkon swymi gałęziami zdobionymi w białe kwiaty jak w pierścionki, każdy z nich to skończona doskonałość. Wydaje mi się, że chce mi powiedzieć coś dobrego w swoim języku - języku drzew, który rozumiem lepiej niż język ludzki. Co wiosnę zapominam wziąć aparat, by zrobić jej zdjęcie. Wreszcie w ostatnim roku terapii - pamiętam! Jestem przeszczęśliwa.

Wchodzę do budynku i ze zdumieniem widzę terapeutę w hallu. Mówi mi, że dzisiaj sesję mamy wyjątkowo gdzie indziej. "Nasz pokój był potrzebny na sesję grupową" - wyjaśnia. I prowadzi mnie do ciemnej klitki na parterze. Okna okratowane przed złodziejami. Zapadam się w sobie. Nie biorę wtedy jeszcze leków, więc zjazd jest koncertowy - jak na nartach z Kasprowego Wierchu. Wyjaśniam terapeucie, skąd i dokąd zjeżdżam, ale mam poczucie, że on nie rozumie rozmiaru tragedii.

Po sesji wychodzę na brukowany placyk przed willą. Nie umiem albo nie wiem, jak wejść do ogrodu na tyłach. Nie umiem albo nie wiem, jak o to zapytać. Wychodzę na ulicę i w końcu udaje mi się ją dostrzec. Widzę jej pień, gałęzie, kwiaty - wszystko osobno. Jest piękna jak każde kwitnące wiosną drzewo. Przyciskam twarz do prętów żelaznego ogrodzenia, by znaleźć się choć trochę bliżej, wpycham między nie rękę z aparatem. Ale stąd jabłoń jest niedostępna.

Robię kilka nieudanych zdjęć. Zalewam się łzami. Płaczę całą drogę do domu.

*

Muzyka, zwłaszcza klasyczna, sprawia, że lód zaczyna się topić pod wpływem ciepła jej tonów. Zwierzę wtedy płacze, aż pękam, rozpadam się na kawałki, więc pozwalam sobie na to tylko na koncertach. Nie byłam na żadnym chyba od dwudziestu lat. Dlaczego? Nie mam czasu, pieniędzy. No i trzeba wyjść z domu. Czasem... czasem, jak się odważę, szukam wykonań jednego utworu przez różnych wykonawców. Błękitnej Rapsodii. IV koncertu fortepianowego Rachmaninowa. Jakiegoś mazurka Chopina. Nigdy na trzeźwo, nie jestem na tyle odważna. Muzyka wkręca mnie coraz bardziej, rosnę w crescendach, przy piano znikam, urywa mi głowę, lecimy w formie obłoku zmieniającego kształty pod podmuchami wiatru. Mogłoby być tak pięknie. Mogłabym być taka szczęśliwa. I wtedy je widzę. Jak na mnie czeka samotne w lodowym pałacu mego ciała. Wyłączam laptop i z hukiem spadam na ziemię. Znów się połamałam do szczętu.

*

Hałas uliczny, przeboje w supermarketach, nagły dzwonek telefonu czy do drzwi, huk wiertarki kruszącej płyty chodnikowe albo rury wydechowej rozpędzającego się samochodu czy motocykla, warkot kosiarek koszących trawę. Rozbijają lód w ostre kryształy świecące mi w oczach, wbijają się w policzki, w komory serca, w pęcherzyki płucne, ich ostre drobiny tam zostają, niekiedy na zawsze. Mój umysł się wtedy zatrzymuje, zwierzę zamiera ze strachu, w uszach mi dzwoni, ale inaczej niż zwykle, wszystko zlewa się w jeden dźwięk na tej samej nucie, to chyba fis w dwukreślnej, jak od kabli elektryczności - biegnie po niebie długimi prostymi liniami, powolne wwiercające się w szpik kości crescendo, widzę, a jakbym nie widziała, bo lód rozbity na kawałki mętnieje wzdłuż spoin, zalewa go krew, gdy zwierzę zaczyna drapać. Przez mgłę słyszę głos rodziny na ruchomych schodach:

- To jak? Ocknij się! Co teraz robimy? Dokąd teraz idziemy?

Nie wiem, nie wiem, chciałabym wyjść stąd natychmiast. Nie mogę. Nie umiem. Pomyśli, że jestem wariatką. Będzie mną zmęczona. Rozczaruję go. Będzie na mnie zła. Będzie na mnie zły. Uśmiecham się słodko:

- To jak chcecie - mówię bez sensu, co tylko pogarsza sytuację.

*

Kłócą się. Dzieje się ze mną to wszystko, co przed chwilą. A potem jakby mnie peleryna okrywała, przyklejona do skóry właściwej, której krańce ciągną, każdy w swoją stronę. Stoję bez ruchu, bo boję się, że się przerwę na pół i będę na zawsze tylko tą przerwą - tym strasznym powietrznym bólem rozdarcia między dwojgiem, których kocham. Oboje mają rację. Żadne nie ma racji. Oboje są na mnie źli. Nie umiem im pomóc. Nie wiem, co robić. Przerwa mnie zasysa coraz głębiej. Lód się rozdziera pod wpływem przemożnej rozpierającej siły, zwierzę wrzeszczy, po prostu wrzeszczy. A może to oni?

- No zrób coś! - woła ona.

- Weź się w garść i zareaguj! - woła on.

- Przecież widzisz, co on mi robi!

- Przecież widzisz, co ona robi!

Rozdzieram się dokładnie po połowie - jeden przedsionek i jedna komora do jednego, drugi przedsionek i druga komora do drugiego. Lód pęka i rozpada się na szpikulce przeszywające aortę, ale nie ma krwi - widać chłód kriokomory mojego serca ją tamuje. A ja staję się przerwą coraz bardziej. Nie wiem, gdzie jest zwierzę w tym momencie. I tak wróci, gdy zestalę się w siebie. Bo w końcu to robię. Zawsze.

*

Wiersze Szymborskiej, matematyka, jedzenie słonecznika, lepienie pierogów - malutkie obiekty, które idą w równym tempie, które trzeba robić tak samo, uważać na każdy z nich. Po kolei, z bezwzględną logiką, jak łańcuch rowerowy na zębatce: nie pojedziesz, jeśli ominiesz choćby jedno oczko. Okazuje się, że świat jest podzielny w nieskończoność, a ja muszę w tej podzielności uczestniczyć. Biorę okrągły placuszek, wkładam znaczenie, choć w cyfrach znaczenia nie widzę w ogóle, są cienkimi kończynami pająka akrobaty układającymi się w najfantastyczniejsze figury, ale i tak zawijam, potem palcami dociskam brzegi, odkładam, ale już jest kolejny, mały, okrągły, czeka, farsz łyska białkiem sera, znaczenie wciska się w mózg, choć poprzedniego już nie pamiętam, bo moje życie staje się tym małym obecnym przedmiocikiem, za którym stoją miliony kolejnych. Nie ma żadnej nadziei, że to się skończy, że zrozumiem, o co w tym chodzi, bo oto znowu kolejny mały placuszek wypełza na stolnicę, kolejny wyraz, liczba, wracam do miski, liczę zrobione, już trzysta dwadzieścia pięć tysięcy pierogów leży, ale ja nie pamiętam, który był pierwszy, macam oślepła w misce, rozpadają mi się źle zlepione wyrazy, byle jak je sklejam, bo przecież muszę zrozumieć. Przecież to musi mieć sens. Tyle osób lubi matematykę, Szymborską i pierogi.

*

Stare zegary, stare maszyny do szycia, silniki starych samochodów, no i najlepsze: szklane kulki toczące się po torach kulodromów. Cudowne mechanizmy, gdzie koła się poruszają, kulki zderzają i w ten sposób wprawiają inne koła, inne kulki w ruch, mogę patrzeć na nie w nieskończoność, obserwować, jak pracuje mechanizm. Między kołami są prowadnice przenoszące energię z koła na koło, obrót pierwszego powoduje obrót drugiego, ten z kolei trzeciego i tak dalej, aż cały mechanizm chodzi nieomylnie, kulki płynnie przechodzą przez przeszkody, nieważne, od którego miejsca zacznę obserwację, zawsze doprowadzi mnie do całości. Nie muszę rozumieć sensu, on się dzieje w tym ruchu wskazówek, igły, tłoków silnika i kulek obnażających jego istotę, pac, pac, leci kulka, otwiera szczelinę czasu, nie zdąży wpaść w kolejny korytarz, a już następna kulka otwiera zapadnię, podczas gdy kolejna... Zegar wybija dwunastą, igła zawraca, silnik chodzi.

*

Ach, tak, miałam zacząć od początku. To może od głodu? Ledwie mnie przytuliła, już mnie jej zabierano. Była śliczną czarnowłosą lalką z czerwonymi ustami. Z jej piersi płynęło takie pyszne mleko, skondensowane, słodzone, którego dziś całą puszkę potrafię za jednym posiedzeniem wypić. Ale wtedy lód jeszcze był tak zbity, tak zimny, że mleko rozlewało się mi po ustach, grzęzło w przełyku. A żołądek miałam zaszyty. Nie wiem, nie wiem, mamo, jak się je. Nie umiem. Lód nie potrafi jeść. Zwierzę wyło z głodu. Szarpało moje wnętrzności, próbując wybić choć maleńki tunelik, którym mleko mogłoby popłynąć. W końcu zabrali mnie od niej na zawsze. Nie, oczywiście, że nie, po dziesięciu dniach do niej wróciłam i zwierzę w końcu mogło się napić do woli, choć pozostało na zawsze nienasycone.

Ci, co zabrali mnie od niej na zawsze, byli ubrani na biało. Zamiast oczu mieli błyszczące szklane nakładki świecące odblaskiem jarzeniówek i krążyli wokół mnie jak głodne wilki. Mówili grubym, niskim głosem, chyba H w subkontrze. Kiedy jeden kończył, podejmował drugi, i tak w nieskończoność, gdy leżałam na zimnym metalowym białym stole. Czasem wisiałam w zimnych metalowych rurach - wtedy ich przy mnie nie było. Aż wracali i znowu warczeli jeden po drugim. Podnosili do światła czarne zdjęcia pokryte przejrzystą pleśnią. Zimny biały blask wypełniał mi oczy, przenikał przez lód jak zmarznięte mleko, oślepiał płaczące zwierzę. Ból, jaki mu zadali, nie da się do niczego porównać. Ja go nie pamiętam, ale ono świetnie. No, ale jak mówiłam, z nim nie mam kontaktu.

 

[...]