- Na co czekasz? - krzyknęła moja młodsza przyjaciółka do synka.
A akurat przeszedł przez Polskę silny wiatr, nazwany tym razem, żeby nie drażnić feministek, wdzięcznym i niekonfliktowym imieniem męskim Ksawery, i byliśmy tutaj na wsi bez prądu już drugą dobę.
W domu było zimno, bo mieszkanie poza miastem ma to do siebie, że taki męski wiatr od razu pozbawia nas ogrzewania, a w efekcie i ciepła rodzinnego.
Z gorących rzeczy na gazie stała wyłącznie gorąca pomidorowa, którą moja przyjaciółka próbowała wmusić swojemu męskiemu potomkowi, tyle że ów męski potomek miał zupełnie inne pomysły na zagospodarowanie tych cennych chwil, które spędzał na bawieniu się jej telefonem komórkowym. Telefon komórkowy odczuwał skutki wichury, bo nie dostał jeść w wyniku wyżej wspomnianej awarii prądu, a na zupę pomidorową nie mógł się załapać.
Wbrew znakowi zapytania na końcu nie było to pytanie. To był rozkaz.
Jak świst bata nad głową.
Jak ostatnia zapowiedź pospiesznego. Jak JUŻ! NATYCHMIAST zrób to! Dlaczego się zastanawiasz??? Wykonać!!!
Same wykrzykniki, przysięgam.
Co prawda, moja przyjaciółka prosiła swojego synka już z siedemdziesiąt razy, żeby usiadł do stołu, ku mojemu zdziwieniu.
Ja bym przestała strzępić język po próżnicy po trzecim wezwaniu, a potem sama zjadła coś ciepłego, według zasady, że jak dziecko zgłodnieje, to się samo zgłosi do lodówki, ale nie jestem matką synka mojej przyjaciółki. Na szczęście. Dla obojga.
Z zaciekawieniem, jak też mały zechce wyjaśnić powody swojej głęboko uzasadnionej zwłoki, czekałam.
I nic.
Dziecko milczało z nosem w dogorywającej komórce.
Na co czekasz - zabrzmiało mi jakoś znacząco.
Ja na przykład mam stałą tendencję, żeby sobie coś obiecywać. No i życzyć, rzecz jasna. Nie czekać na nowy rok, nowy tydzień itd.
W taki oto pogodny dzień zaczęłam się zastanawiać: na co czekamy?
Moja przyjaciółka czekała, aż synek odłoży komórkę.
Zadzwoniłam do swojego wnuka i szybko zapytałam (dziecku nie można zawracać głowy), na co on czeka.
- Po co ci to? Znowu coś piszesz? - zapytał mój wnuczek, albowiem jest miłym, inteligentnym dzieckiem i wie, że bez bardzo ważnego powodu nie zadaję takich pytań.
- No - potwierdziłam.
- No to najbardziej czekam na wakacje. Ale właściwie czekam na dzień, kiedy w ogóle przestanę chodzić do szkoły. W ogóle. Na zawsze. I będę dorosły.
- I będziesz chodził do pracy?
- Jeszcze o tym nie myślałem, mam dopiero dwanaście lat, chyba rozumiesz - wyjaśnił spokojnie. - To cześć.
Nie dyskutowałam z nim, znam to marzenie z własnego dzieciństwa.
Ja od trzech dni czekałam na natchnienie.
Moja sąsiadka czeka, aż jej córka przejdzie przez okres burzy hormonalnej, niezwykle bolesny, szczególnie dla matek. Ma w tym pewne doświadczenie, bo ma też starszą córkę, i liczy, że tej młodszej też minie.
Moi sąsiedzi z naprzeciwka czekają, aż dzieci wyjdą z domu. Nie w sensie, że wyjdą i wrócą, bo te dzieci do nich wracają (czasem o trzeciej nad ranem), ale że w ogóle wyjdą z domu. Gdzieś się wyprowadzą w końcu. Znajdą sobie jakieś mieszkanie. Szczególnie że ich córka jest prawnikiem, a syn prezesem dużej firmy.
I mogą sobie iść, ale nie chcą.
Za to moja druga przyjaciółka czeka, aż jej dziecko wróci do domu. Z Anglii. Wyjechało biedactwo na dwa miesiące sześć lat temu i nie może trafić z powrotem, choć adres zna. Poznało ono w owej mglistej Anglii pewnego mężczyznę i zakochało się na zabój. Mężczyzna jest Polakiem. Ona więc nie może przeboleć, że jej córka z Warszawy spotkała faceta z Warszawy w Londynie.
Inna moja koleżanka czeka na okres wyprzedaży. Wiosną czeka na wyprzedaż letnią, jesienią na zimową, a zimą na wiosenną. Tak od paru lat.
Pomyślałam sobie, że zawsze czekamy, aż będziemy mieli:
- dość czasu;
- więcej pieniędzy;
- nową kartę kredytową;
- lepszego partnera;
- jakiegokolwiek partnera;
- grzeczniejsze dzieci.
Zdarza się, że się doczekujemy. Ale to nie jest koniec czekania. Wtedy zaczynamy czekać na zupełnie inne rzeczy:
- aż on się zmieni;
- aż ona coś wreszcie pojmie;
- aż szef coś zrozumie;
- aż poczucie naszej własnej wartości wzrośnie.
Czekamy uparcie, aż nabierzemy odwagi.
I rzecz jasna - na lepszy moment.
Na urlop.
Na zmianę rządu, partii, przepisów, podatków, prawa.
Czekamy na zielone światło, wolną drogę i żeby w końcu nikt nam nie przeszkadzał.
Czekamy, aż spłacimy kredyt, alimenty, długi, czekamy na lepszy horoskop, lepszy rok, lepsze czasy.
Czekamy na znak z nieba, sprzyjające okoliczności, pokój na świecie, na jutro, na koniec tygodnia, aż nam się zaparzy herbata.
Czekamy na lekarstwo na raka, na spadek, aż ktoś nam da dobry przykład.
I na tym czekaniu spędzamy godzinę, dzień, tydzień, miesiąc, rok, życie.
- Gdybym tylko mógł sobie pozwolić na urlop, natychmiast bym pojechał - powiedział mi wczoraj mój znajomy, inspektor ruchu lotniczego, bardzo wspaniały mężczyzna, lekko przyprószony siwizną.
- To przykre, że już wykorzystałeś urlop.
- Wcale nie wykorzystałem - obruszył się. - Mam jeszcze z zeszłego roku ponad dwa tygodnie.
- To cudownie! - ucieszyłam się. - Ja w ogóle nie mam urlopu, bo nie mam posady.
- Jakie cudownie? - zdenerwował się, nie troszcząc się o mój brak urlopu i posady. - W grudniu? Zwariowałaś? Przed świętami? Przed sylwestrem? Wszędzie tłumy.
Przed sklepem spotkałam znajomego z sąsiedniej wsi.
Wysiadał z supernowej bryki w kolorze bordo. Wszystko automatyczne, jak drzwi nie zamknie, to samochód na niego krzyczy, tyle że po angielsku. I sam parkuje. Pokazał mi auto, ale jakoś mało był zadowolony.
- Ale cudo - westchnęłam, choć nie uważam, by samochód powinien jeździć bez kierowcy, i wolę swój, który daje się prowadzić, jak chcę ja, a nie zestaw automatycznych pilotów i komputerów.
- Gdybym mógł, tobym kupił porsche - powiedział sąsiad, którego akurat stać nie tylko na porsche, ale na wszystko.
- Przecież mogłeś - stwierdziłam i w ogóle już nie chciałam stać na tym parkingu, bo byłam umówiona w domu, a zakupy czekały.
- Żartujesz chyba. Nie ma dróg w tym kraju. Ani pogody. Krawężniki za wysokie. Człowiek nie ma jak się poruszać.
Zostawiłam go na parkingu przy tym gracie i poszłam kupić śmietanę, pierś kurzą oraz ziemniaki, bo po piątej miała przyjechać moja ciocia, może bliżej szóstej, tak zapowiedziała, a z obiadem chciałam zdążyć przed jej przybyciem.
Szybciutko zrobiłam zakupy i podjechałam pod dom.
Przed domem stała moja ciocia.
- Miałaś być po piątej, a jest piętnaście po - powiedziała z pretensją. - Czekam tu i czekam.
- Nie mogłaś zaczekać u sąsiadów?
- Gdybym mogła, tobym zaczekała - stwierdziła lekko wyniosłym tonem.
Spojrzałam na zegarek. Było dwanaście po i ugryzłam się w język. Choć korciło mnie, żeby poczekać te trzy minuty przed własnymi drzwiami razem z ciocią, żeby wszystko się zgadzało.
- Na co czekasz? - Trąciła mnie w ramię. - Gdybym wiedziała, że sprawiam ci kłopot, tobym cię nie absorbowała swoją osobą.
- Ciociu - powiedziałam serdecznie - po co się denerwujesz?
- Gdybym się mogła nie denerwować, tobym się nie denerwowała. Ale to niemożliwe w dzisiejszym świecie.
Przy herbatce lekko odtajała i oznajmiła:
- Zupełnie zapomniałam! Wiesz, gdybym wiedziała, że masz obiad, tobym nie dźwigała tego słoika z leczo, myślałam, że odgrzejesz i po kłopocie. Postawiłam siatkę przy lodówce. No, ale skoro okoliczności nam sprzyjają... - Odprężyła się. - Kanasta? Na co czekasz? Gdzie masz karty?
Wyjęłam karty.
I otworzyły się przede mną nowe przestrzenie.
To gdybym...
Gdybym, gdybym, gdybym... tobym... pojechał, ożenił się, zakochał, nie był taki smutny, nie martwił się, zrobił, odłożył, odpoczął, zaczął, skończył i tak dalej.
Gdyby tylko były sprzyjające okoliczności, tobym zmienił dużo. Przestał pić. Palić. Martwić się. Zadbałbym o siebie.
Ale w tej sytuacji?
Mam dla wszystkich kapitalny prezent.
N a j l e p s z e O k o l i c z n o ś c i.
Najlepsze Okoliczności do wszystkiego.
Od tej chwili na zawsze. Niezwracalne. Niepodlegające reklamacji. Nieopodatkowane. Niekłopotliwe. Nieobciążające. Niezwykłe i niewyczerpane. Pomnażające się. Im więcej ich wykorzystasz, tym obficiej będą pączkować. Niezbywalne i prawnie dozwolone. Niezależne od pogody, władzy, zasobów finansowych.
Najlepsza Okoliczność istnieje właśnie w tej chwili.
Delikatna jak leciutki powiew wiatru i zupełnie przezroczysta.
Prawie niezauważalna.
Nie ma śmiałości sama podejść.
Nie przepycha się łokciami i nie jest agresywna.
Cierpliwie ci towarzyszy, w nadziei, że w końcu ją dostrzeżesz.
Chce być pomocna, ale nie za wszelką cenę. Siedzi cichutko jak mysz pod miotłą. Ale w pełnej gotowości, jeśli ją zaprosisz do swojego życia.
Nie zniechęca się tak łatwo. Ona będzie czekać na ciebie.
Jest tuż-tuż. Zaufaj jej.
Najlepsza Okoliczność tak bardzo chce uczestniczyć w twoim życiu. Nie odpychaj jej. Zobacz, jak tęskni za tobą.
Na co czekasz...?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki