Kamil
Kamil Zaigler poprawił niewygodny kołnierz białej koszuli. Podrapał się po podrażnionej skórze na karku, kolejny raz żałując, że jednak nie wyciął szorstkiej metki. Zdążył już przewiesić czarną marynarkę od swojego garnituru na krześle. W namiocie, w którym jego kuzynka postanowiła zorganizować swoje wesele, było nieznośnie duszno i gorąco. Chwilę temu zauważył dwa duże wiatraki rozstawione po przeciwnych stronach, ale jak widać, na nic się zdawały. Postanowił jednak pokryć grymas na swojej twarzy bladym uśmiechem. Chwycił w dwa palce winietkę, która stała obok pustego kieliszka, po jego prawej stronie. Podniósł wzrok na pozostałych gości, przy swoim stole. Wszyscy kierowali rozczulone spojrzenia w stronę pary młodej, która kolejny już raz w odpowiedzi na "Gorzko, gorzko!" całowała się w czułym uścisku. Zgniótł w palcach winietkę, z nazwiskiem jego byłej już dziewczyny i schował w zamkniętej pięści. Wiedział, że wyrzuci papierek przy pierwszej lepszej okazji, gdy tylko wyjdzie z tego dusznego namiotu.
Zespół zaczął wygrywać pierwsze nuty kolejnej romantycznej piosenki, a część gości razem z Laurą i Louisem ruszyła na podwyższony podest. Kamil podniósł znudzony wzrok w górę i utkwił go na chwilę w puszystych lampionach. Nie miał zamiaru skrzyżować spojrzenia z żadną z obecnych tam kobiet. Ostatnią rzeczą, na którą miał ochotę, to tańczyć do piosenki opowiadającej o wiecznej miłości. Zaśmiał się w duchu. Miłość nie istnieje. Przekonał się o tym na własnej skórze. Lecz nie był do tego stopnia nierozważny, by dzielić się swoimi przemyśleniami z kimkolwiek. Wszyscy przecież świętowali wraz z Laurą i jej mężem początek ich wspólnej drogi przez życie.
Kelnerki dyskretnie manewrowały pomiędzy stolikami, zbierając brudne talerze. Z pewnością na stołach miały pojawić się lada moment kolejne polskie przysmaki, za którymi - na co dzień mieszkając w Dortmundzie - czasem tęsknił. Jednak w tej chwili kompletnie nie miał na nie ochoty. Właściwie to w ogóle nie chciał tu być - w przepełnionej sali, w której z każdej strony do jego uszu dobiegały szepty zachwyconych gości. A co drugie słowo wpadające w jego ucho to "miłość".
Miłość, miłość, wszędzie miłość.
Nawet w tym dusznym powietrzu czuć jej nieznośny zapach.
Kamil wiedział, że musi szybko stamtąd wyjść, inaczej zabraknie mu tlenu.
To dopiero połowa wieczoru. Nie miał pojęcia, jak przebrnie przez dalszą jego część, nie myśląc o Melissie w ramionach tego palanta, który przecież miał być Adrianą.
Rzekomo umówiły się na wspólne oglądanie ostatniego odcinka serialu, którego tytułu nie pamiętał. Jednak Adriana okazała się Mathiasem. A z nim Melissa z pewnością nie miała zamiaru oglądać perypetii filmowych bohaterów. Pewnie nawet nie chwyciłaby w dłoń pilota do telewizora. Już przed budynkiem, w którym mieściło się jej mieszkanie, jej palce za bardzo zajęte były przeczesywaniem jego włosów, kiedy usta Mathiasa najpierw trafiły na jej szyję, a później sięgnęły jej warg.
Dość. Kamil jeszcze mocniej ścisnął winietkę w pięści.
Chwila zmiany nakrycia stołu wydała się mu dobrym momentem na opuszczenie weselnego namiotu. Niewiele myśląc, chwycił ze stołu butelkę ze schłodzonym w coolerze szampanem i wyszedł z namiotu wprost na dróżkę wyłożoną plastrami drewna.
Na zewnątrz jego rozgrzane policzki owiał przyjemny wietrzyk, a płuca wypełniły się świeżym powietrzem. W końcu mógł odetchnąć. Rozejrzał się wkoło. Dróżka prowadziła do pensjonatu gościnnego, a tam Kamil nie miał ochoty się udać. Wszyscy goście kierowali się w tę stronę, kiedy zamierzali skorzystać z toalety, a nie chciał spotkać kogoś, kto zaciągnie go z powrotem na dalszą część weselnej zabawy.
To na pewno nie wchodziło w grę. Rozejrzał się po ogrodzie. Za namiotem rozciągał się widok na jezioro. Kamil postanowił pójść właśnie w tę stronę. Trzymając za szyjkę pełną butelkę szampana, zszedł z wyłożonej drewnem dróżki na trawę i udał się nad brzeg. Przy wąskiej, piaszczystej plaży dostrzegł wejście na niewielki pomost uroczo przyozdobiony lampionami i białymi dyniami, jednak zdecydował się zająć ławkę tuż przy wysoko rosnących pałkach szerokolistnych. Choć daleko było mu do myśliciela, postanowił resztę wieczoru spędzić w towarzystwie szampana i rodziny kaczek, którą dojrzał pomiędzy wysokimi zaroślami. Usłyszał też cichy rechot żab.
Doborowe towarzystwo, pomyślał z przekąsem, otwierając z hukiem szampana.
Weselna muzyka i wesoły gwar dobiegał nawet nad spokojne jezioro, lecz po opróżnieniu niemal całej butelki szampana nie wydawały się Kamilowi już tak denerwujące. Oparł łopatki o drewnianą ławkę i odchylił głowę w tył. Spojrzał w niebo. Mieniło się niezliczoną ilością gwiazd. Kamil nie mógł oderwać wzroku od migoczącego nieba.
W centrum Dortmundu nocne światła miasta skutecznie odbierały mu ten widok. A tu, w jakiejś małej wsi, w Polsce niebo było niesamowicie piękne. Na chwilę zapomniał nawet o Melissie i o tym, jak skończył się ich związek. Przez chwilę był po prostu... Spokojny. Nie myślał o niczym innym, tylko o tym, że widok ten nie mógłby mu się nigdy znudzić.
Szelest szybkich kroków i trzask złamanego pod naciskiem patyka zmusiły go, by oderwał wzrok od gwieździstego nieba. Kamil chwycił się dłonią za ścierpnięty kark i rozmasował obolałe miejsce. Spojrzał przed siebie. W słabym świetle rozstawionych w ogrodzie i na pomoście lampionów dostrzegł drobną postać. Parę metrów przed sobą. Dziewczyna wbiegła na plażę, a kiedy się na niej znalazła, przyłożyła dłonie do policzków. Po chwili przeniosła je na włosy, zbierając niesforne kosmyki, które wyswobodziły się z końskiego ogona.
- Niech to się już skończy - wymamrotała do siebie, lecz na tyle głośno, by Kamil zdołał ją usłyszeć. Uśmiechnął się do siebie na myśl, że nie jest jedyną osobą, która wyczekiwała końca tego wesela.
- Masz już dość? - odezwał się nagle, nim zdążył ugryźć się w język. Dziewczyna odwróciła się energicznie w jego stronę i zmrużyła oczy.
- Słucham? - Poprawiła fartuszek, który miała przewiązany w pasie. Była z obsługi. - Och, przepraszam. Nie zauważyłam pana - dodała wyraźnie zmieszana, kiedy go dostrzegła.
- Spokojnie. Nic nie szkodzi - odpowiedział szybko. Nie chciał wprowadzić jej w zakłopotanie. - Chcesz, żeby to wesele dobiegło już końca? No to jest nas dwoje - dodał, a potem się uśmiechnął.
- Nie o to mi chodziło - odparła wymijająco. - Myślę, że wesele jest bardzo udane - dodała i nabrała powietrza w płuca. - Ja po prostu jestem już bardzo zmęczona - wyznała ciszej.
Kamil uśmiechnął się blado. Nie musiał pracować w gastronomii, by rozumieć, że obsługa przyjęcia weselnego to wyczerpujące zajęcie.
- W takim razie chyba potrzebujesz chwili przerwy - odparł, odrywając plecy od oparcia ławki. Plaża przy jeziorze była naprawdę bardzo wąska, wystarczyło, że dziewczyna zrobiła dwa kroki i już znalazła się praktycznie przed nim. - Siadaj - zaproponował i poklepał miejsce po swojej prawej stronie. - Spokojnie. Nie powiem nikomu, że urwałaś się z pracy, jeśli ty nie powiesz nikomu, że się tu zaszyłem - dodał żartobliwie. Dziewczyna zaśmiała się krótko, słysząc jego słowa, i przyjęła zaproszenie.
- Ale bolą mnie nogi - wymamrotała, nie patrząc w jego stronę, i cicho westchnęła. Kamil obserwował, jak nachyliła się, by rozmasować obolałą łydkę.
- Pewnie jesteś w pracy od samego rana? - zagadnął.
- Jeśli chodzi o to wesele, jestem w pracy od kilku tygodni. - Dziewczyna spojrzała na niego i zaśmiała się krótko. - To pensjonat mojej babci i mamy - wyjaśniła, prostując się. - Pomagałam im w organizacji wszystkiego, a dziś obsługuję gości.
Kamil machnął dłonią w powietrzu, chcąc odgonić natrętnego komara, który pojawił się między nimi, irytująco bzycząc. Aż dziwne, że na początku października wciąż latały.
- Pięknie tu macie. Bardzo zielono i... spokojnie.
- Jak to na wsi. - Wzruszyła ramionami i znów się zaśmiała. - Ale cieszę się, że się panu podoba.
Kamil lustrował dziewczynę przez chwilę w milczeniu, szacując w głowie jej wiek. Ciemne kręcone włosy związała w koński ogon, policzki miała mocno zaczerwienione od zmęczenia, a rzęsy starannie wytuszowane. Nos pokrywały nieliczne piegi. Może miała ich więcej, lecz w słabym świetle nie był w stanie tego stwierdzić. Była młoda, lecz rysy jej twarzy nie pozwalały mu myśleć, by miała mniej niż osiemnaście lat. A jeśli szacował poprawnie, była niewiele od niego młodsza.
- Mam na imię Kamil - odezwał się w końcu. Podejrzewał, że i ona dostrzegła niewielką różnicę wieku między nimi, lecz z racji tego, iż była w pracy, zwracała się do niego oficjalnie. Teraz jednak wyciągnęła dłoń.
- Ania, miło mi.
Kamil znów się uśmiechnął, uścisnął jej rękę, po czym oderwał wzrok od jej twarzy i spojrzał w stronę jeziora.
- Mnie zachwyca ten widok - wrócił do rozpoczętego tematu. - W Dortmundzie tego nie mam. - Wskazał na gwieździste niebo, a potem zatrzymał wzrok na rozłożystej wierzbie płaczącej, której długie gałązki sięgały tafli jeziora.
- Ale z pewnością Dortmund ma wiele do zaoferowania - odparła Ania.
Kamil zamyślił się chwilę nad tym, co powiedziała.
Tak, duże miasto dawało wiele możliwości i z pewnością nie brakowało w nim atrakcji. A jednak musiał stwierdzić, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i zawsze zachwycać będzie to, czego nie ma się na co dzień. W Dortmundzie uwagę Ani z pewnością skradłoby Westfalenhalle, tam zawsze coś się dzieje. Jak nie koncert, to tłumne wydarzenie sportowe. Melissa lubiła robić tam zakupy... Kamil potrząsnął głową. Nie chciał myśleć o byłej dziewczynie. Ale co mógł poradzić na to, że wszystko w Dortmundzie sprowadzało jego myśli właśnie do jej osoby? Może dlatego tak zachwycił się prostotą tego miejsca? Bo szelest smaganych pierwszym jesiennym wiatrem trzcin uspokajał go i nie pchał myśli w niepożądaną stronę?
- Znalazłoby się parę ciekawych miejsc - odparł po chwili. - Co nie zmienia faktu, że jest tu naprawdę uroczo.
- Okej. Nie będę się sprzeczać. Tak naprawdę ja też lubię tu przychodzić, kiedy muszę coś przemyśleć.
Jego brew sama powędrowała ku górze, a kiedy ich spojrzenia skrzyżowały się, znów się uśmiechnął.
- Czyli zająłem twoją miejscówkę?
- Nie. Spokojnie. Możesz tu siedzieć, ile potrzebujesz. - Wzruszyła ramionami, już na niego nie patrząc. - Ale za chwilę może cię ktoś szukać - dodała i zerknęła na niego ukradkiem. Lecz kiedy zmarszczył mocno brwi, znów uciekła gdzieś wzrokiem.
- Kto niby?
- Rodzina? Goście weselni? Osoba towarzysząca?
- To ostatnie na pewno nie - odparł z przekąsem i zmrużył oczy. Nie chciał ciągnąć niewygodnego tematu. Szczęśliwie dla niego dziewczyna nie drążyła. Przygryzła delikatnie dolną wargę i umilkła.
- Bardzo dobrze mówisz po polsku - odezwała się po chwili.
- Dzięki. Moi rodzice są Polakami, ale ja urodziłem się już w Niemczech. W Polsce mamy bliską rodzinę.
- Czyli jesteś gościem weselnym ze strony panny młodej?
- Matka Laury i mój ojciec są rodzeństwem. Jestem kuzynem Laury - odpowiedział, dyskretnie potrząsając butelką szampana, którą trzymał tuż przy ziemi. Była niemal pusta. W tej samej chwili w namiocie rozległo się głośne: "Gorzko, gorzko!", więc oboje zwrócili głowy w jego stronę.
- Zbieram się już - odezwała się Ania i wstała. - Powinnam wracać do pracy.
- Ja też pójdę na chwilę do namiotu. - Kamil podniósł się z ławki. Nie zrobił jednak kroku, dopóki nie upewnił się, że szampan nie zawładnął w całości jego błędnikiem. - Zorganizuję sobie kolejną butelkę, oczywiście jeśli mnie nie wydasz - dodał i puścił oczko do dziewczyny.
Ania uśmiechnęła się i wzruszyła ramionami.
- Spędzisz cały wieczór na tej ławce?
- Taki mam plan - przytaknął. - Jeśli znowu będziesz potrzebowała przerwy, zapraszam.
Ania kolejny raz się zaśmiała i założyła za ucho ciemny lok, który wydostał się z jej końskiego ogona.
- Zapamiętam.
Wyprawa do weselnego namiotu okazała się nie lada wyzwaniem. Aby dostać się do małego baru z alkoholami, zatoczył dwa pełne koła z kuzynką w rytm tanecznej muzyki. Na szczęście w polu widzenia miał wujka Staszka, króla parkietu rodzinnych imprez. Tanecznym krokiem zbliżył się do niego i zręcznie wsunął w jego rękę dłoń kuzynki. Przeciskając się między tańczącymi parami, obrócił się za siebie i rzucił okiem w stronę kuzynki. Uśmiech na twarzy Elizy świadczył o tym, że nie miała mu za złe tej małej ucieczki. Odetchnął z ulgą, a wtedy z impetem na kogoś wpadł. Spojrzał przed siebie i w ostatniej chwili przytrzymał za ramiona drobną blondynkę, by nie upadła. Dziewczyna zmrużyła kilka razy powieki i instynktownie zacisnęła palce na jego przedramionach.
- Przepraszam! - Kamil nachylił się i niemal krzyknął tuż przy jej uchu, by przedrzeć się głosem przez głośną muzykę.
- Keine Sorgen[1] - odparła i uśmiechnęła się lekko.
Piosenka dobiegła końca i zespół zaczął grać jakiś wolny kawałek, a ona wciąż trzymała dłonie na jego przedramionach. Kamil nie miał ochoty na tańce, a tym bardziej na taniec w rytm powolnej piosenki opowiadającej o miłości. Przełknął ciężko ślinę. Dziewczyna wpatrywała się w niego, a jej oczy wciąż się śmiały. Jasne blond włosy ułożone w fale spływały kaskadą po jej ramionach, mimowolnie ściągając wzrok na głęboko wycięty dekolt w kwiecistej sukience. Pomyślał gorzko, że Melissa lubiła układać swoje jasne włosy w ten sposób. Wrócił wzrokiem do twarzy dziewczyny i otworzył usta, by grzecznie ją przeprosić, a potem zejść z parkietu. Wtedy ktoś mocno trącił go w ramię.
- Odbijany!
Usłyszał przy swoim uchu niewyraźny bełkot. Obrócił się i dojrzał brata znacząco unoszącego brwi ku górze. Miał zaczerwienione od alkoholu i tanecznych pląsów policzki. Zdążył też odpiąć dwa guziki koszuli. Wyglądało na to, że świetnie się bawił tego wieczoru i... Nieświadomie zrobił Kamilowi przysługę. Daniel zręcznie przejął blondynkę w ramiona i oddalił się z nią na parkiecie. Choć brat szybko zniknął z pola widzenia Kamila, ten zdążył uchwycić wzrokiem jego figlarny uśmieszek. Znał brata na tyle dobrze, by wiedzieć, że dziewczyna wpadła mu w oko. W normalnych okolicznościach, jemu na złość, ostrzegłby ją i rzucił jakimś zabawnym żartem, by zniechęcić nowo poznaną dziewczynę do brata. Dziś jednak dziękował w duchu Danielowi za jego towarzyski temperament.
Odetchnął z ulgą, kiedy dotarł do baru ustawionego w rogu namiotu. Rzucił okiem na butelki z polską wódką przyozdobione na szyjkach wstążkami z malutkimi jabłuszkami i serduszkami. Mimo iż butelki z alkoholem chłodziły się w coolerach, Kamil skrzywił się na ich widok. Nie miał ochoty na wódkę. Jeśli chodzi o alkohole, zdecydowanie nie płynęła w nim polska krew. Preferował inne trunki. Przesunął wzrokiem po kolejnym rzędzie butelek i dojrzał to, czego szukał. Niebieska butelka ginu Bombay Sapphire wylądowała w jego dłoni. Z cieniem uśmiechu na ustach oddalił się od baru, nim ktoś z rodziny zdążyłby go zaczepić i namówić do wspólnej zabawy. Przechodząc obok jednego z pustych stolików, chwycił jeszcze butelkę toniku. Przez myśl przebiegło mu, że w końcu szczęście tego wieczoru zaczęło dopisywać i jemu. Podniósł wzrok na bawiących się razem członków rodziny. Wszyscy w szampańskich nastrojach tańczyli w koło, trzymając się za ręce, a w środku okręgu, w ramionach męża tańczyła roześmiana Laura w przepięknej koronkowej sukni.
Poczuł ukłucie w sercu. Miał żal do siebie o to, że nie potrafił tak po prostu zapomnieć na ten jeden wieczór o Melissie i świętować razem z kuzynką w najważniejszym dla niej dniu. A potem przeniósł wzrok w głąb sali i dojrzał Anię. Układała na wózku kelnerskim brudne talerze, które podawała jej koleżanka. Nim się zorientował, kąciki jego ust uniosły się ku górze.
Może stało się tak, dlatego że - choć nie znali się wcale - połączyła ich mała tajemnica? Albo z tego powodu, że patrząc na nią, nie doszukiwał się w jej wyglądzie Melissy? Ciemne loki Ani nie przypominały długich jasnych fal jego byłej dziewczyny. Była też drobniejsza. Melissa ociekała seksapilem i wiedziała, jak to podkreślać. Swego czasu jak głupi wodził wzrokiem za jej nęcąco kołyszącymi się biodrami. Ania swoje skryła pod ciemnym fartuszkiem. Nawet białą koszulę miała zapiętą pod samą szyję. Nie musiał jej znać, by wiedzieć, że była skromna. Pewnie też nieśmiała, a to kolejna cecha, która odróżniała ją od Melissy, pomyślał.
Wtedy właśnie Ania uniosła wzrok znad wózka i spojrzała wprost w jego oczy. Kamil nie odwrócił wzroku, wpatrywał się w nią przez chwilę i kolejny raz się uśmiechnął, gdy dojrzał uśmiech na jej ustach. Obserwował, jak Ania przesuwa wzrok na butelkę ginu, którą trzymał w dłoni, a potem kręci głową z wyraźną dezaprobatą. Kamil nie wiedział dlaczego, ale jej udawana sroga mina rozbawiła go. Kolejny raz uśmiechnął się do niej i wzruszył ramionami, udając, że nie rozumie, co tak naprawdę próbują mu powiedzieć te zielone oczy.
Tak jak Kamil przypuszczał, butelka ginu okazała się dobrym pomysłem, by przetrwać resztę wieczoru. Październikowy wiatr przywiewał chłód jesieni, szeleszcząc pożółkłymi liśćmi pobliskich drzew. Noc - mimo iż usłana tysiącem gwiazd na niebie - zapowiadała się na chłodną i Kamil żałował, że zostawił swoją marynarkę przewieszoną na krześle przy stole. Zegarek, który dostał w prezencie od Melissy, dawno schował na dnie szuflady w mieszkaniu, w Dortmundzie. Nie wiedział więc, która była godzina, ale słysząc cichnące odgłosy dochodzące z namiotu, szacował, że było dawno po północy. Może druga w nocy? Być może wesele w końcu miało się ku końcowi?
- Przyniosłam ci coś do jedzenia.
Usłyszał za plecami jej głos. Odwrócił się energicznie, lecz Ania zdążyła już obejść ławkę i stanęła tuż przed nim z tacą w dłoniach.
- Nie jestem głodny - odpowiedział automatycznie, choć tak naprawdę skręcał się mu żołądek. Kamil miał świadomość tego, że wlewanie w siebie alkoholu na pusty żołądek nie było dobrym pomysłem, ale przestał się tym martwić już po drugiej wypitej szklance ginu z tonikiem.
- Nie wygłupiaj się - skarciła go Ania. - Zbierałam cały wieczór twoje czyste talerze. Nic nie zjadłeś. Tylko piłeś - dodała.
- Nic mi nie będzie.
- Mam pierogi z mięsem mojej babci. I...
- Mogłaś mówić tak od razu - wpadł jej nagle w słowo, poprawiając się na ławce. - Uwielbiam pierogi - dodał, a potem się uśmiechnął.
Ania stłumiła śmiech i usiadła obok niego, stawiając tacę między nimi. Pierogi, które przyniosła, były jeszcze ciepłe i pachniały tak, że ślinka sama napływała do ust. Ania przyniosła też krem z dyni w kubeczku i małe paszteciki z grzybami. Kamil, widząc, co przygotowano na ostatni ciepły posiłek dla gości weselnych, aż bał się pomyśleć, jakie pyszności ominęły go w ciągu całego dnia. Był szczerze wdzięczny Ani, że pomyślała o nim.
- No spróbuj! - ponagliła go, kiedy tak siedział i tylko patrzył. - Zacznij właśnie od pierogów. To moje ulubione - dodała i uśmiechnęła się szeroko, gdy Kamil podniósł wzrok na nią, a on pomyślał nagle, że Ania przepięknie się uśmiecha. Sposób, w jaki to robiła, nie był niczym podszyty. Był naturalny, szczery. Nie kokieteryjny, jak często u Melissy.
- Więc zjedz ze mną - odpowiedział.
Choć zaskoczyła go ta myśl, wypowiedziana na głos, to wiedział, dlaczego tak właśnie się stało. Przez cały dzień tylko przy tej nowo poznanej dziewczynie nie czuł się przybity. To, jak bardzo różniła się od Melissy, pozwalało mu odetchnąć. Chciał, by po prostu została z nim chwilę dłużej. Obserwował, jak jej zielone oczy robią się duże i nerwowo zakłada ciemny lok za ucho.
Wprawił ją w zakłopotanie? Wcale tego nie chciał. Już miał jej powiedzieć, że nic nie szkodzi, jeśli chce po prostu pójść. W końcu kiedy on ukrywał się na ławce przed światem, ona była cały dzień w pracy. Ale nim zdążył się odezwać, Ania usiadła bokiem na drewnianej ławce i chwyciła w palce pasztecik, odpowiadając, że chętnie z nim zje.
[1] Keine Sorgen (niem.) - bez obaw.