p

Paryżanka - Kate Hewitt

Kup ebooka

11.99 zł
9.83 zł (9,83 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ PIERWSZY

- Olivio, jesteś mi potrzebna.

Olivia Ellis starała się opanować uczucia wywołane słowami szejka Aziza al Bakira. Nic niezwykłego, że jej potrzebował, skoro zmieniała pościel, czyściła srebra i utrzymywała jego paryski dom na Ile de la Cité w stałej gotowości.

Po co jednak wezwał ją do królewskiego pałacu w Kadar?

Niecałe osiem godzin wcześniej osoba z otoczenia Aziza wprowadziła ją na pokład królewskiego samolotu zmierzającego do Siyadu, stolicy Kadaru, gdzie Aziz niedawno wstąpił na tron.

Z Paryża wyjeżdżała niechętnie, bo bardzo jej odpowiadało spokojne życie, jakie tu wiodła: poranna kawa z konsjerżką w pobliskiej kafejce, popołudniowe przycinanie róż w ogrodzie. Spokojne bytowanie, pozbawione pasji czy namiętności, za to jej własne. Czuła się na tyle dobrze, by nie chcieć nic zmieniać.

- Czego wasza wysokość ode mnie oczekuje? - zapytała.

Długi lot do Kadaru spędziła, wymyślając niezliczone powody, dla których nie powinna była opuszczać Paryża. Przede wszystkim tamtejsze uporządkowane życie dawało jej poczucie bezpieczeństwa.

- Zważywszy na okoliczności, powinnaś zacząć mówić mi po imieniu. - Aziz uśmiechnął się czarująco, ale Olivia pozostała niewzruszona.

Nie pierwszy raz zauważała emanujący z niego wdzięk i słuchała pochlebnych słów, wcześniej kierowanych do kobiet odwiedzających paryski apartament. Jakże często zbierała porzuconą na schodach bieliznę i parzyła kawę kobietom, które wymykały się z sypialni przed śniadaniem, z potarganymi włosami i wargami obrzmiałymi od pocałunków.

Była przekonana, że jest odporna na uwodzicielski urok swojego gospodarza. Tabloidy nadały mu przydomek Playboya Dżentelmena i chyba rzeczywiście odznaczał się pewną charyzmą. Wyraźniejszą chyba teraz, kiedy otaczały ich pokryte freskami ściany i kosztowne wyposażenie przepysznego pałacu.

- Dobrze. W czym ci mogę pomóc?

Mówiła takim tonem, jakby chodziło o wymianę dachówki czy też listę zaproszonych gości, choć to sam na sam z szejkiem w nowym otoczeniu budziło w niej niepewność.

Aziz był niewątpliwie atrakcyjnym mężczyzną, choć chyba nie w jej typie. Atramentowoczarne włosy spadające w uroczym nieładzie na czoło, srebrzystoszare oczy, zaskakująco pełne wargi, często uwodzicielsko uśmiechnięte. Ciało doskonale smukłe, ale mocne, bez grama zbędnego tłuszczu.

Milczał, podpierając brodę na dłoniach, a Olivia czekała.

- Pracujesz dla mnie już sześć lat - powiedział w końcu.

- Owszem.

- Od początku byłem z twojej pracy bardzo zadowolony.

Przerażona, że chce ją zwolnić, czekała na ciąg dalszy. Czego też mógł od niej tak bardzo potrzebować tutaj, w Kadarze? Nie znosiła niespodzianek. Przez sześć lat budowała sobie bezpieczny, mały świat, i teraz nagle zawisła nad nią groźba jego utraty.

- W Paryżu wykonywałaś świetną pracę, utrzymując porządek w moim domu - powiedział. - Tutaj mam dla ciebie zupełnie inne zadanie, nie potrwa to jednak długo i wierzę, że znakomicie sobie poradzisz.

Nie domyślała się, o czym mówi, ale skoro chodziło o niedługi czas, mogła mieć nadzieję, że szybko się z tym uwinie.

- Wciąż nie rozumiem, dlaczego mnie tu wezwałeś.

- Wszystko swoim czasie.

W odpowiedzi tylko się uśmiechnął i podszedł do orzechowego biurka. Wcisnął jakiś guzik i po zaledwie sekundach zapukano do drzwi. Do pokoju wszedł ten sam mężczyzna, który ją tu wcześniej przyprowadził.

- Wasza wysokość?

- Jak myślisz, Malik? Da radę?

Mężczyzna uważnie przyjrzał się Olivii.

- Włosy...

- Z tym sobie poradzimy.

- Oczy?

- Nieistotne.

Malik pokiwał głową.

- Wzrost pasuje.

- Owszem.

- Dyskrecja?

Mężczyźni spotkali się wzrokiem.

- Absolutna - zapewnił Aziz.

- W takim razie jest szansa.

- To coś więcej niż szansa. To konieczność. Za godzinę mam konferencję prasową.

Malik pokręcił głową.

- Godzina to za mało.

- Musi wystarczyć. Nie mogę ryzykować dalszej destabilizacji.

Jego twarz przybrała twardy wyraz, zmieniając go w kogoś zupełnie innego niż znany jej, roześmiany, pogodny i beztroski playboy.

- W tym momencie wystarczy iskra, by wywołać pożar.

- To prawda, wasza wysokość. Przygotuję co trzeba.

- Dziękuję ci.

- Możesz mi wyjaśnić, o co chodzi? - spytała Olivia.

- Przepraszam cię za tę rozmowę. Rozumiem, że mogła być dla ciebie nieprzyjemna.

Rzeczywiście, nie podobał jej się sposób, w jaki o niej rozmawiali. Zupełnie jakby była przedmiotem.

- Uspokój się - poprosił, unosząc w górę obie dłonie. - Nasza dalsza rozmowa nie miałaby sensu, gdyby Malik cię nie zaaprobował.

- Zaaprobował?

- Uznał za odpowiednią.

- Odpowiednią? Do czego?

Westchnął ciężko.

- Rozumiem - rzekł, wzdychając - że nie znasz warunków postawionych w testamencie mojego ojca?

- Oczywiście, że nie. Przecież wiesz, że nie mam dostępu do takich informacji.

- Zawsze może się zdarzyć jakiś wyciek. No i sporo spekulowano na ten temat.

- Z zasady nie słucham plotek.

Nie miała o niczym pojęcia, zresztą nie czytywała plotkarskich magazynów ani tabloidów.

- Ale wiesz, że jestem zaręczony z królową Eleną z Tallii?

- Wiem.

Zaręczyny pary ogłoszono publicznie w poprzednim tygodniu, ślub miał się odbyć za kilka dni w Kadarze.

- Mogła cię zaskoczyć szybkość tych zaręczyn - zauważył i czekał na jej reakcję.

Olivia wzruszyła ramionami. Jej pracodawca był przede wszystkim playboyem. Świadczyła o tym choćby liczba kobiet sprowadzanych do paryskiego domu. Standardowym prezentem pożegnalnym była brylantowa bransoletka i bukiet lilii.

- Przypuszczam, że skoro masz zostać szejkiem, będziesz chciał się ożenić - powiedziała.

W odpowiedzi parsknął urywanym śmiechem i przez chwilę milczał, jakby ważąc następne słowa.

- Mój ojciec nigdy nie akceptował moich wyborów - powiedział w końcu. - Mnie zresztą też nie. Sformułował testament tak, żeby zatrzymać mnie w Kadarze i skrępować dawną tradycją. - Wyruszył ramionami. - Może chciał mnie ukarać? To też bardzo prawdopodobne. - Mówił lekkim tonem, ale w jego oczach dostrzegła chłód i chyba ból.

Zaciekawiła się przelotnie, ale zaraz nakazała sobie obojętność. Nie potrzebowała znać szczegółów jego relacji z ojcem czy kimkolwiek innym. Nie była ciekawa, jakie skrywał uczucia, jeżeli w ogóle jakieś.

- Jakie to warunki? - spytała beznamiętnie.

- Żeby zostać szejkiem, muszę się ożenić w ciągu sześciu tygodni od jego śmierci. - Cyniczny grymas i twardy wyraz oczu nadały mu zgorzkniały wygląd.

- Miesiąc już minął.

- Właściwie pięć tygodni i cztery dni. A mój ślub z królową Eleną powinien się odbyć pojutrze.

- W takim razie ożenisz się dokładnie w wymaganym czasie.

- Niestety jest pewien problem. - Jego głos był niebezpiecznie jedwabisty. - I to poważny, bo Elena znikła.

- Znikła?

- Dwa dni temu została porwana przez buntownika.

- Nie miałam pojęcia, że takie rzeczy wciąż się zdarzają w cywilizowanym świecie.

- Zdziwiłabyś się, do czego może dojść, gdy w grę wchodzi władza. Jakie tajemnice ludzie skrywają i jakie kłamstwa opowiadają.

Odwrócił się od niej i przez moment miała wrażenie, że on też coś przed nią ukrywa. Może prawdziwego siebie?

Przez sześć lat wydawał się dokładnie tym, kim był na pierwszy rzut oka: czarującym, beztroskim playboyem. Teraz jednak zaczęła się domyślać jakiegoś mrocznego sekretu.

Znała to z własnego doświadczenia.

- Wiesz, gdzie przetrzymują królową Elenę? - spytała.

- Prawdopodobnie gdzieś na pustyni.

- Szukasz jej?

- Robię, co mogę. Ale nie byłem w Kadarze od pięciu lat, a wcześniej starałem się spędzać tu jak najmniej czasu. Ludzie mnie nie znają. W takiej sytuacji trudno oczekiwać od nich lojalności. Przynajmniej dopóki sobie na nią nie zasłużę.

- Chcesz powiedzieć... - zaczęła, ale przerwał jej niemal od razu.

- Niełatwo będzie znaleźć królową Elenę na pustyni. Jej porywacz ma wsparcie Beduinów, którzy ukryją ich oboje. Dopóki jej nie znajdę lub nie dojdę z nim do porozumienia, muszę się postarać o rozwiązanie alternatywne.

Milczała, porażona nagłym przypuszczeniem. Czyżby chciał ją w to zaangażować?

- Nikt nie wie, że Elena została porwana. Gdyby wiedziano, sytuacja stałaby się jeszcze bardziej niestabilna.

- Niestabilna? Pod jakim względem?

- Niektóre pustynne plemiona wspierają buntowników. Na przykład Khalila.

Mówił pozornie bez emocji, ale wyczuwała coś kipiącego pod powierzchnią. Kim mógł być Khalil?

- Co to za Khalil? Przecież to ty jesteś legalnym dziedzicem.

- Doceniam twoje zaufanie, niestety jednak to wszystko jest dużo bardziej skomplikowane.

Znów przybrał lekki ton, ale nie dała się oszukać.

- Jak bardzo? I co ja mam z tym wszystkim wspólnego?

- Nie mogę przyznać publicznie, że porwano mi narzeczoną - powiedział, nie odrywając od niej wzroku. - Potrzebuję więc kogoś, kto ją zastąpi.

Miała wrażenie, że lodowata dłoń ścisnęła ją za gardło. Na chwilę zabrakło jej tchu. Otworzyła usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk.

- Kogoś, kogo przedstawię jako moją narzeczoną - wyjaśnił dobitniej.

- Ale...

- I właśnie to jest zadanie dla ciebie - kontynuował, nie pozwalając jej dojść do słowa.

W jego oczach lśniły iskry rozbawienia. Wpatrywała się w niego, obezwładniona niedowierzaniem.

- Chcę, żebyś została moją narzeczoną.