p

Partnerstwo bliskości. Jak teoria więzi pomoże ci stworzyć szczęśliwy związek - Amir Levine, Rachel Heller

Kup ebooka

44.99 zł
35.09 zł (35,09 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1. Droga do zrozumienia zachowań ludzi w związkach

1.

Droga do zro­zu­mie­nia zacho­wań ludzi w związ­kach

Spo­ty­kam się z nim zale­d­wie od dwóch tygo­dni, a już się zamar­twiam, że nie uważa mnie za dość atrak­cyjną, i wariuję, zasta­na­wia­jąc się, czy do mnie jesz­cze zadzwoni! Jestem pewna, że znów speł­nią się wszyst­kie moje obawy co do tego, że nie jestem dosta­tecz­nie dobra. Na wła­sne życze­nie zaprze­pasz­czę kolejną szansę na zwią­zek! Co jest ze mną nie tak? Jestem inte­li­gent­nym, przy­stoj­nym face­tem. Mam dobrą pracę i wiele do zaofe­ro­wa­nia. Spo­ty­ka­łem się z kil­koma naprawdę wspa­nia­łymi kobie­tami, ale w któ­rymś momen­cie zawsze zaczy­na­łem tra­cić nimi zain­te­re­so­wa­nie i czu­łem się schwy­tany w pułapkę. Nie wiem, dla­czego tak trudno mi zna­leźć kogoś, kto by do mnie paso­wał. Jestem mężatką od wielu lat, ale czuję się w tym związku zupeł­nie sama. Mąż ni­gdy nie był osobą, która chęt­nie roz­ma­wia o rela­cjach czy emo­cjach, ale z cza­sem jest coraz gorzej. Nie­mal każ­dego dnia pra­cuje do późna, a w week­endy albo jest na kur­sie golfa z przy­ja­ciółmi, albo ogląda jakiś sport w tele­wi­zji. Nic nas nie łączy. Może lepiej by mi było samej.

Wszyst­kie opi­sane powy­żej sytu­acje są bole­sne dla osób, któ­rych doty­czą, bo każda z nich dotyka naj­istot­niej­szych ludz­kich potrzeb. Na pierw­szy rzut oka wydaje się, że nie da się zna­leźć jed­nego wyja­śnie­nia, które paso­wa­łoby do wszyst­kich tych przy­pad­ków; każdy z nich wygląda bowiem na wyjąt­kowy i indy­wi­du­alny, i poten­cjal­nie każdy może mieć nie­skoń­cze­nie wiele przy­czyn, któ­rych pozna­nie wyma­ga­łoby głę­bo­kiej zna­jo­mo­ści zaan­ga­żo­wa­nych w nie osób, ich histo­rii, poprzed­nich związ­ków, typów oso­bo­wo­ści - by wymie­nić tylko kilka ście­żek, które tera­peuta obrałby w pracy z tymi oso­bami. Tak przy­naj­mniej nas - spe­cja­li­stów w dzie­dzi­nie zdro­wia psy­chicz­nego - uczono. W pew­nym momen­cie odkry­li­śmy jed­nak coś, co dało nam pro­stą odpo­wiedź na wszyst­kie opi­sane powy­żej pro­blemy - i nie tylko na nie. Histo­ria tego odkry­cia i zwią­za­nych z nim korzy­ści jest wła­śnie tema­tem niniej­szej książki.

CZY MIŁOŚĆ WYSTARCZY?

Kilka lat temu nasza bli­ska przy­ja­ciółka Tamara poznała męż­czy­znę i zaczęła się z nim spo­ty­kać.

Grega pozna­łam na przy­ję­ciu u przy­ja­ciół. Zwró­ci­łam na niego uwagę, bo był nie­sa­mo­wi­cie przy­stojny. Fakt, że on rów­nież mnie zauwa­żył, bar­dzo mi pochle­biał. Kilka dni póź­niej poszli­śmy na kola­cję z grupą zna­jo­mych; nie mogłam oprzeć się temu bły­skowi pod­nie­ce­nia, jakie dostrze­ga­łam w jego oczach, gdy na mnie patrzył. Naj­bar­dziej kusząca była jed­nak pobrzmie­wa­jąca w jego sło­wach obiet­nica, że odtąd nie będę samotna, że będziemy razem. Mówił na przy­kład: "Nie musisz prze­cież sie­dzieć w domu. Czemu nie przyj­dziesz do mnie? Możesz pra­co­wać też w moim miesz­ka­niu". "Możesz do mnie dzwo­nić, kiedy tylko chcesz". W tych zda­niach było cie­pło i obiet­nica, że oto nie jestem już sama na świe­cie - mam kogoś, kto chce być przy mnie. Gdy­bym tylko słu­chała uważ­niej, może usły­sza­ła­bym w nich też inny komu­ni­kat: że Greg boi się zbyt­niej bli­sko­ści i zaan­ga­żo­wa­nie się przy­cho­dzi mu z trud­no­ścią. Kilka razy wspo­mniał, że ni­gdy nie był w dłuż­szym związku - z jakie­goś powodu zawsze po jakimś cza­sie, znu­żony kolejną dziew­czyną, czuł, że musi odejść.

Docie­rały do mnie te słowa, wie­dzia­łam, że jest to coś, co poten­cjal­nie może być pro­ble­mem, ale w tam­tym cza­sie nie umia­łam jesz­cze oce­nić, jak wiel­kim. Kie­ro­wało mną zresztą prze­ko­na­nie, w któ­rym wzra­sta wielu z nas - że miłość może wszystko poko­nać. Pozwo­li­łam jej więc poko­nać sie­bie. Nic nie miało dla mnie takiego zna­cze­nia, jak bycie z nim. Na­dal docie­rały do mnie wszyst­kie wysy­łane przez niego komu­ni­katy, że nie jest w sta­nie się zaan­ga­żo­wać, ale blo­ko­wa­łam je w prze­ko­na­niu, że ze mną będzie ina­czej. Oka­zało się oczy­wi­ście, że się myli­łam. Im bli­żej byli­śmy, tym bar­dziej sprzeczne gene­ro­wał infor­ma­cje. Wszystko zaczęło się roz­pa­dać; mówił, że nie ma czasu, żeby się spo­tkać tego czy innego wie­czora, że w tygo­dniu jest tak "zawa­lony pracą", iż nie może spo­tkać się przed week­en­dem. Godzi­łam się na to, ale w środku czu­łam, że coś jest bar­dzo nie tak, jak być powinno.

Zaczę­łam odczu­wać cią­gły nie­po­kój. Bez prze­rwy zasta­na­wia­łam się, gdzie Greg jest, i z prze­sadną podejrz­li­wo­ścią zaczę­łam wypa­try­wać sygna­łów świad­czą­cych o tym, że może chcieć ze mną zerwać. Ale on, mimo że swoim zacho­wa­niem jasno dawał mi do zro­zu­mie­nia, iż nie jest zado­wo­lony z naszego związku, od czasu do czasu - zamiast mnie odpy­chać - oka­zy­wał mi na tyle dużo uczu­cia i skru­chy, że powstrzy­my­wało mnie to przed odej­ściem.

Po jakimś cza­sie wzloty i upadki, które prze­ży­wa­łam w tej rela­cji, zaczęły odci­skać na mnie piętno i prze­sta­łam kon­tro­lo­wać emo­cje. Nie wie­dzia­łam, jak mam się zacho­wać. Mimo że czu­łam, że jest to droga doni­kąd, zaczę­łam uni­kać uma­wia­nia się z przy­ja­ciółmi, na wypa­dek gdyby Greg jed­nak zadzwo­nił. Wszystko, co wcze­śniej było dla mnie ważne, zupeł­nie prze­stało mnie inte­re­so­wać. Nie minęło wiele czasu, a nasz zwią­zek zała­mał się pod cię­ża­rem tego cią­głego napię­cia i roz­padł z hukiem.

Jako przy­ja­ciele Tamary począt­kowo cie­szy­li­śmy się, że poznała kogoś, kim tak się zain­te­re­so­wała. Jed­nak w miarę roz­woju tej rela­cji coraz więk­sze zaab­sor­bo­wa­nie Tamary Gre­giem zaczęło nas mar­twić. Jej radość życia zupeł­nie się ulot­niła. Zastą­piły ją lęk i poczu­cie nie­pew­no­ści. Przez więk­szość czasu albo cze­kała na tele­fon od Grega, albo tak była zaab­sor­bo­wana swoim związ­kiem z nim, że spę­dza­nie z nami czasu wyraź­nie nie spra­wiało jej tyle przy­jem­no­ści, co wcze­śniej. Także praca naszej przy­ja­ciółki ucier­piała na zna­jo­mo­ści z Gre­giem, bo ta zaczęła się mar­twić, że może ją stra­cić. Zawsze uwa­ża­li­śmy Tamarę za bar­dzo wywa­żoną, odporną na stresy osobę, a teraz zaczę­li­śmy się zasta­na­wiać, czy cza­sem nie popeł­ni­li­śmy błędu, zakła­da­jąc, że jest silna. Mimo że Tamara dobrze znała histo­rię Grega i wie­działa, że w prze­szło­ści oka­zał się już nie­zdolny do utrzy­ma­nia poważ­nej rela­cji z kobietą, mimo że zda­wała sobie sprawę, iż bywał już nie­prze­wi­dy­walny, a nawet przy­zna­wała, że naj­praw­do­po­dob­niej byłoby jej lepiej bez niego, na­dal nie potra­fiła zna­leźć w sobie dosta­tecz­nie dużo siły, by od niego odejść.

Mimo że jeste­śmy doświad­czo­nymi spe­cja­li­stami w dzie­dzi­nie zdro­wia psy­chicz­nego, mie­li­śmy trud­no­ści z zaak­cep­to­wa­niem faktu, że tak inte­li­gentna i obyta kobieta jak Tamara mogła się tak bar­dzo zmie­nić. Zazwy­czaj silna i sku­teczna, w rela­cji z Gre­giem oka­zy­wała zupełną bez­rad­ność. Jak ktoś, kogo zna­li­śmy jako osobę dobrze odnaj­du­jącą się w więk­szo­ści trud­nych życio­wych sytu­acji, mógł nagle tak bar­dzo sobie nie radzić? Druga strona tego rów­na­nia była dla nas tak samo zasta­na­wia­jąca. Dla­czego Greg wysy­łał nie­ja­sne sygnały, mimo że nawet dla nas było oczy­wi­ste, że ją kochał? Psy­cho­lo­gia mia­łaby do zaofe­ro­wa­nia wiele skom­pli­ko­wa­nych wyja­śnień, trafne oka­zało się jed­nak takie, które przy­szło z zupeł­nie nie­spo­dzie­wa­nej strony.

OD TERAPEUTYCZNEGO PRZEDSZKOLA DO PRAKTYCZNEJ NAUKI NA TEMAT MIŁOŚCI DOROSŁYCH

Mniej wię­cej w tym samym cza­sie, gdy Tamara spo­ty­kała się z Gre­giem, Amir pra­co­wał w przed­szkolu tera­peu­tycz­nym przy Colum­bia Uni­ver­sity. Sto­su­jąc tera­pię opartą na teo­rii przy­wią­za­nia, sta­rał się pomóc mat­kom stwo­rzyć bez­piecz­niej­szą więź z ich dziećmi. Nie­zwy­kła sku­tecz­ność tej tera­pii zachę­ciła go wów­czas do głęb­szego zain­te­re­so­wa­nia tym tema­tem, a to dopro­wa­dziło go do fascy­nu­ją­cej lek­tury wyni­ków badań prze­pro­wa­dzo­nych przez Cindy Hazan i Phil­lipa Sha­vera. Wyni­kało z nich, że doro­śli w swo­ich roman­tycz­nych związ­kach wyka­zują podobne wzorce przy­wią­za­nia, jak dzieci w sto­sunku do swo­ich rodzi­ców. Zgłę­bia­jąc temat jesz­cze bar­dziej, Amir zaczął dostrze­gać prze­jawy tego typu zacho­wań wszę­dzie wokół sie­bie. Wów­czas zdał sobie sprawę, że wie­dza ta może mieć zdu­mie­wa­jące prze­ło­że­nie na życie codzienne i pomóc wielu ludziom w ich rela­cjach uczu­cio­wych.

Gdy tylko Amir zro­zu­miał poten­cjalne korzy­ści pły­nące z moż­li­wo­ści wyko­rzy­sta­nia teo­rii przy­wią­za­nia w pracy z doro­słymi, zadzwo­nił do swo­jej wie­lo­let­niej przy­ja­ciółki Rachel. Opo­wie­dział jej, jak sku­tecz­nie teo­ria więzi potrafi wyja­śnić wiele róż­nego rodzaju zacho­wań, do któ­rych docho­dzi w związ­kach pomię­dzy doro­słymi, i popro­sił ją, żeby pomo­gła mu prze­ło­żyć aka­de­micką wie­dzę i dane naukowe na prak­tyczne wska­zówki i rady, z któ­rych ludzie mogliby sko­rzy­stać, aby odmie­nić swoje życie. I w ten spo­sób wła­śnie powstała ta książka.

STYLE PRZYWIĄZANIA: BEZPIECZNY, LĘKOWY I UNIKAJĄCY

Style przy­wią­za­nia u doro­słych okre­ślają ich sto­su­nek do bli­sko­ści i spo­soby, w jakie na nią reagują w roman­tycz­nej rela­cji. Podob­nie jak u dzieci, wyróż­niamy tutaj trzy główne style przy­wią­za­nia: bez­pieczny, lękowy i uni­ka­jący. Naj­kró­cej mówiąc: ludzie prze­ja­wia­jący styl bez­pieczny czują się dobrze w bli­skich rela­cjach i są zwy­kle cie­pli i kocha­jący; ci o stylu lęko­wym bar­dzo pra­gną bli­sko­ści, czę­sto są prze­sad­nie zaan­ga­żo­wani w swoje rela­cje i mar­twią się o to, na ile part­ner odwza­jem­nia ich uczu­cia; dla osób o stylu uni­ka­jącym, bli­skość jest rów­no­znaczna z utratą nie­za­leż­no­ści i dla­tego sta­rają się ją mini­ma­li­zo­wać. Poza tym każdy z tych sty­lów różni się także pod wzglę­dem:

postrze­ga­nia bli­sko­ści i wspól­noty z dru­gim czło­wie­kiem, spo­sobu radze­nia sobie z kon­flik­tami, podej­ścia do seksu, umie­jęt­no­ści komu­ni­ko­wa­nia pra­gnień i potrzeb, ocze­ki­wań od part­nera i rela­cji.

Wszyst­kich ludzi, nie­ważne, czy dopiero zaczęli się z kimś spo­ty­kać, czy też od czter­dzie­stu lat pozo­stają w związku, można przy­pi­sać do jed­nej z tych trzech kate­go­rii albo (rza­dziej) do kate­go­rii sta­no­wią­cej połą­cze­nie dwóch ostat­nich (cho­dzi o osoby wyka­zu­jące jed­no­cze­śnie cechy lękowe i uni­ka­jące). Do kate­go­rii "bez­pieczni" zali­cza się nieco ponad 50% popu­la­cji: "lękowi" sta­no­wią około 20%, pod­czas gdy uni­ka­jący 25%; pozo­stałe 3-5% to osoby nale­żące do rzad­szej kate­go­rii sta­no­wią­cej połą­cze­nie sty­lów lęko­wego i uni­ka­jącego.

Bada­nia nad przy­wią­za­niem u doro­słych zaowo­co­wały set­kami prac i dzie­siąt­kami ksią­żek, które dokład­nie nakre­ślają spo­soby zacho­wań w bli­skich roman­tycz­nych związ­kach. Ist­nie­nie wspo­mnia­nych sty­lów przy­wią­za­nia u doro­słych w wielu kra­jach i kul­tu­rach zostało już wie­lo­krot­nie potwier­dzone, a świa­do­mość ich ist­nie­nia to pro­sty i spraw­dzony spo­sób, by zro­zu­mieć i prze­wi­dzieć zacho­wa­nia ludzi we wszel­kiego rodzaju rela­cjach uczu­cio­wych. Jed­nym z głów­nych zało­żeń tej teo­rii jest to, że każdy z nas jest z góry zapro­gra­mo­wany na okre­ślony spo­sób zacho­wa­nia w roman­tycz­nej sytu­acji.

Skąd biorą się style przy­wią­za­nia?

Począt­kowo sądzono, że style przy­wią­za­nia są przede wszyst­kim wyni­kiem spo­sobu wycho­wa­nia dzieci przez rodzi­ców. Stąd wzięła się hipo­teza, że aktu­alny styl przy­wią­za­nia danej osoby jest zde­ter­mi­no­wany spo­so­bem, w jaki zaj­mo­wano się nią w dzie­ciń­stwie. Jeśli twoi rodzice byli współ­czu­jący, dostępni i reago­wali na twoje potrzeby, powi­nie­neś pre­zen­to­wać styl bez­pieczny; jeśli oka­zy­wali ci ambi­wa­len­cję, wów­czas zapewne roz­wi­nął się u cie­bie styl lękowy; jeśli zaś zacho­wy­wali dystans, byli sztywni i nie reago­wali na twoje potrzeby, wów­czas naj­pew­niej wykształ­cił się u cie­bie styl uni­ka­jący. Dziś wiemy jed­nak, że na zacho­wa­nia doro­słych w rela­cjach uczu­cio­wych ma wpływ wiele róż­nych czyn­ni­ków - to, jak zaj­mo­wali się nami nasi rodzice, ma co prawda zna­cze­nie, ale liczą się także na przy­kład nasze życiowe doświad­cze­nia. Wię­cej na ten temat piszemy w roz­dziale 7.

TAMARA I GREG - SPOJRZENIE Z NOWEJ PERSPEKTYWY

Gdy spoj­rze­li­śmy na zwią­zek Tamary i Grega z per­spek­tywy sty­lów przy­wią­za­nia, zoba­czy­li­śmy go nagle w zupeł­nie innym świe­tle. W bada­niach nad tym zagad­nie­niem zna­leź­li­śmy model Grega, który paso­wał do niego w naj­drob­niej­szym szcze­góle, dosko­nale pod­su­mo­wu­jąc to, jak męż­czy­zna myślał, zacho­wy­wał się i reago­wał na swoje oto­cze­nie. Model ten prze­wi­dy­wał dystan­so­wa­nie się od Tamary, szu­ka­nie w niej wad, wsz­czy­na­nie kłótni, które niwe­czyły cały postęp, jaki zdą­żył doko­nać się w ich rela­cji, jak rów­nież una­ocz­niał nie­sa­mo­witą trud­ność, z jaką przy­cho­dziło mu powie­dzieć "kocham cię". Intry­gu­jące było to, że teo­ria więzi wyja­śniała fakt, iż Greg chciał być bli­sko Tamary, ale jed­no­cze­śnie czuł potrzebę odpy­cha­nia jej. Nie działo się to jed­nak dla­tego, że nie był w niej zako­chany albo że myślał, że nie jest dla niego dosta­tecz­nie dobra (czego oba­wiała się Tamara). Wręcz prze­ciw­nie - Greg odpy­chał ją, bo czuł, że bli­skość, która się pomię­dzy nimi zro­dziła, wzra­sta.

Oka­zało się, że także prze­ży­cia Tamary nie były wyjąt­kowe. Teo­ria więzi z nie­spo­ty­kaną pre­cy­zją potra­fiła wyja­śnić rów­nież jej zacho­wa­nia, myśli i spo­soby reago­wa­nia. Były one typowe dla osoby o lęko­wym stylu przy­wią­za­nia. Zgod­nie z teo­rią przy­wią­za­nia Tamara, w odpo­wie­dzi na dystan­su­jące dzia­ła­nia Grega, coraz bar­dziej do niego lgnęła. Typowa oka­zała się także jej nie­umie­jęt­ność skon­cen­tro­wa­nia się na pracy, cią­głe myśle­nie o związku i ogólne prze­wraż­li­wie­nie na tle wszyst­kiego, co robił Greg. Teo­ria więzi prze­wi­działa nawet to, że mimo iż Tamara zde­cy­do­wała się w końcu na zerwa­nie, nie mogła zna­leźć w sobie siły, by odejść; wyja­śniała, dla­czego - mimo że Tamara dokład­nie wie­działa, jak powinna postą­pić, i zga­dzała się z radami przy­ja­ciół - zro­bi­łaby nie­mal wszystko, żeby być bli­sko Grega. Przede wszyst­kim jed­nak teo­ria ta tłu­ma­czyła, dla­czego tej parze tak trudno było się doga­dać, mimo że naprawdę się kochali. Mówili po pro­stu dwoma róż­nymi języ­kami, potę­gu­jąc w sobie nawza­jem swoje natu­ralne ten­den­cje - jej do szu­ka­nia fizycz­nej i emo­cjo­nal­nej bli­skości, jego do wybie­ra­nia nie­za­leż­no­ści i uni­ka­nia intym­no­ści. Traf­ność tego opisu była nie­sa­mo­wita. Tak jakby bada­cze zaj­mu­jący się teo­rią przy­wią­za­nia znali najbar­dziej intymne szcze­góły z życia tej pary i ich najbar­dziej oso­bi­ste myśli. Inter­pre­ta­cje psy­cho­lo­giczne bywają cza­sem dość mgli­ste, pozo­sta­wia­jąc wiele miej­sca na domy­sły. Tymcza­sem teo­ria więzi oka­zała się dostar­czać dokład­nych, zba­da­nych infor­ma­cji na temat dzia­ła­nia rela­cji, która wcze­śniej wyda­wała się zupeł­nie wyjąt­kowa.

Zmiana stylu przy­wią­za­nia nie jest nie­moż­liwa - ten zmie­nia się śred­nio u jed­nej na cztery osoby w okre­sie czte­rech lat. Jed­nak więk­szość ludzi w ogóle nie zdaje sobie z tego sprawy, więc takie zmiany zacho­dzą bez ich świa­do­mo­ści, a tym bar­dziej bez wni­ka­nia w przy­czyny. Czy nie byłoby wspa­niale, gdy­by­śmy mogli pomóc ludziom osią­gnąć pewien poziom kon­troli nad tymi jakże istot­nymi dla życia trans­for­ma­cjami? Ileż pozy­tyw­nych zmian mogłaby wnieść w nie świa­doma praca nad osią­gnię­ciem bez­piecz­niej­szego stylu przy­wią­za­nia?

Dla nas pozna­wa­nie trzech sty­lów przy­wią­za­nia oka­zało się praw­dzi­wym obja­wie­niem: wszę­dzie odkry­wa­li­śmy ich dzia­ła­nie. Dzięki teo­rii przy­wią­za­nia zoba­czy­li­śmy w nowym świe­tle wła­sne rela­cje emo­cjo­nalne, jak rów­nież związki innych ludzi. Okre­śla­jąc styl przy­wią­za­nia pacjen­tów, kole­gów i przy­ja­ciół, mogli­śmy ina­czej zin­ter­pre­to­wać ich zacho­wa­nia i znacz­nie lepiej je zro­zu­mieć. Prze­stały one wyda­wać nam się nie­zro­zu­miałe i skom­pli­ko­wane; prze­ciw­nie - stały się raczej prze­wi­dy­walne w oko­licz­no­ściach, w jakich te osoby się zna­la­zły.

WPŁYW EWOLUCJI

Teo­ria więzi opiera się na zało­że­niu, że potrzeba bycia w bli­skiej rela­cji jest wpi­sana w nasze geny. To błysk geniu­szu Johna Bowlby'ego pozwo­lił mu zro­zu­mieć, że ewo­lu­cja zapro­gra­mo­wała nas tak, byśmy wybie­rali w życiu kilka kon­kret­nych osób i nada­wali im szcze­gólną war­tość. Jeste­śmy zapro­gra­mo­wani do pozo­sta­wa­nia w rela­cji zależ­no­ści z waż­nymi dla nas oso­bami. Potrzeba ta zaczyna się jesz­cze przed naszym naro­dze­niem i koń­czy dopiero wraz ze śmier­cią. Bowlby twier­dził, że w toku ewo­lu­cji selek­cja natu­ralna wybie­rała te osob­niki, które przy­wią­zy­wały się do innych, ponie­waż przy­wią­za­nie ozna­czało prze­wagę uła­twia­jącą prze­ży­cie. W cza­sach pre­hi­sto­rycz­nych ludzie, któ­rzy pole­gali jedy­nie na sobie i nie mieli nikogo, kto by ich obro­nił, łatwiej padali ofiarą róż­nych nie­szczęść, pod­czas gdy ci, któ­rzy byli w rela­cji z osobą, która o nich dbała, czę­ściej prze­ży­wali i prze­ka­zy­wali skłon­ność do two­rze­nia bli­skich więzi swoim potom­kom. W rze­czy samej, potrzeba posia­da­nia bli­skiej osoby jest tak ważna, że w naszych mózgach wykształ­cił się osobny bio­lo­giczny mecha­nizm odpo­wie­dzialny wyłącz­nie za two­rze­nie i regu­lo­wa­nie rela­cji z ludźmi, do któ­rych jeste­śmy przy­wią­zani (rodzi­cami, dziećmi, part­ne­rami). Nazywa się on "sys­te­mem przy­wią­zania" i składa z emo­cji oraz zacho­wań, które zapew­niają nam poczu­cie bez­pie­czeń­stwa i ochrony pły­nące z samego tylko faktu prze­by­wa­nia bli­sko kocha­nej osoby. Mecha­nizm ten tłu­ma­czy, dla­czego dziecko roz­dzie­lone z matką wpada w roz­pacz, panicz­nie jej szuka albo zaczyna w nie­kon­tro­lo­wany spo­sób pła­kać i nie prze­staje, aż matka znów się pojawi. Tego typu reak­cje nazy­wamy zacho­wa­niami pro­te­sta­cyj­nymi; wszy­scy, nawet jako doro­śli, cza­sem je wyka­zu­jemy. W cza­sach pre­hi­sto­rycz­nych obec­ność waż­nej osoby mogła się oka­zać kwe­stią życia lub śmierci, więc nasz sys­tem przy­wią­zania roz­wi­nął się w taki spo­sób, że trak­tuje bli­skość jako abso­lutną koniecz­ność.

Wyobraź sobie, że sły­szysz w wia­do­mo­ściach o kata­stro­fie samo­lo­to­wej, do któ­rej doszło na tra­sie, jaką miał tego wie­czora lecieć twój part­ner. Z pew­no­ścią możesz nie­mal fizycz­nie odczuć to prze­ra­ża­jące uczu­cie, ten ścisk żołądka i wzbie­ra­jącą histe­rię - wszystko to byłyby objawy dzia­ła­nia sys­temu przy­wią­za­nia, a paniczne tele­fony do infor­ma­cji lot­ni­sko­wej byłyby w tej sytu­acji tzw. zacho­wa­niami pro­te­sta­cyj­nymi.

Nie­zwy­kle waż­nym aspek­tem ewo­lu­cji jest hete­ro­ge­nicz­ność. Ludzie są bar­dzo hete­ro­ge­nicz­nym gatun­kiem - poszcze­gólne osob­niki znacz­nie róż­nią się od sie­bie wyglą­dem, kon­struk­cją psy­chiczną i zacho­wa­niem. Tę róż­no­rod­ność tłu­ma­czy się naszą ogromną liczeb­no­ścią, jak rów­nież wyso­kimi umie­jęt­no­ściami adap­ta­cyj­nymi, które pozwa­lają nam żyć w nie­mal każ­dej eko­lo­gicz­nej stre­fie na Ziemi. Gdy­by­śmy byli iden­tyczni, ist­nie­niu naszego gatunku zagra­ża­łaby każda poje­dyn­cza zmiana śro­do­wi­skowa. Odmien­ność pod­nosi nasze szanse na prze­trwa­nie - zawsze znaj­dzie się jakaś część popu­la­cji, która będzie w pewien spo­sób wyjąt­kowa i prze­trwa, gdy inni zginą. Style przy­wią­za­nia nie róż­nią się pod tym wzglę­dem od innych ludz­kich cech. Mimo że wszy­scy mamy pod­sta­wową potrzebę two­rze­nia bli­skich więzi, róż­nimy się pod wzglę­dem spo­sobu, w jaki to robimy. W bar­dzo nie­bez­piecz­nym śro­do­wi­sku inten­sywne inwe­sto­wa­nie czasu i ener­gii tylko w jedną osobę jest mniej korzystne ze względu na niskie praw­do­po­do­bień­stwo, że taki czło­wiek pozo­sta­nie z nami na dłu­żej; sen­sow­niej jest wów­czas nie przy­wią­zy­wać się aż tak bar­dzo, by w miarę łatwo przy­sto­so­wać się do koniecz­no­ści życia bez niego (w takich warun­kach wykształ­cił się styl uni­ka­jący). Innym spo­so­bem na prze­trwa­nie w trud­nym oto­cze­niu jest dzia­ła­nie prze­ciwne - prze­wraż­li­wie­nie na punk­cie pozo­sta­wa­nia bli­sko obiektu przy­wią­za­nia i nie­ustę­pli­wość w tym wzglę­dzie (styl lękowy). W spo­koj­niej­szych oko­licz­no­ściach bli­skie więzi two­rzyły się na zasa­dzie kon­se­kwent­nego inwe­sto­wa­nia w kon­kretną osobę, które prze­kła­dało się na korzy­ści dla zarówno jed­nostki, jak i jej potom­stwa (tak powstał bez­pieczny styl przy­wią­za­nia).

Oczy­wi­ście nam, ludziom żyją­cym we współ­cze­snym spo­łe­czeń­stwie, nie zagra­żają już dzi­kie zwie­rzęta, któ­rych mogli oba­wiać się nasi przod­ko­wie. Jed­nak w sen­sie ewo­lu­cyj­nym od sta­rych wzor­ców dzielą nas zale­d­wie setne sekundy. Nasz emo­cjo­nalny mózg dosta­li­śmy w spadku od homo sapiens, któ­rzy żyli w zupeł­nie innych cza­sach, a nasze emo­cje wciąż dzia­łają podob­nie jak wów­czas i wciąż są gotowe poma­gać nam mie­rzyć się z podob­nymi do tam­tych pro­ble­mami. Uczu­cia i zacho­wa­nia, które obec­nie prze­ży­wamy w bli­skich rela­cjach, nie róż­nią się zbyt­nio od tych, jakich doświad­czali nasi odle­gli przod­ko­wie.

ZACHOWANIA PROTESTACYJNE W ERZE CYFROWEJ

Wypo­sa­żeni w nową wie­dzę na temat wpływu sty­lów przy­wią­za­nia na nasze codzienne życie, zaczę­li­śmy zupeł­nie ina­czej postrze­gać dzia­ła­nia ludzi. Zacho­wa­nia, które wcze­śniej przy­pi­sy­wa­li­śmy czy­imś cechom oso­bo­wo­ści, albo takie, które opi­sy­wa­li­śmy jako prze­sa­dzone, z per­spek­tywy teo­rii przy­wią­za­nia oka­zy­wały się zupeł­nie zro­zu­miałe. Nasze odkry­cia zwią­zane z tym zagad­nie­niem pozwo­liły nam spoj­rzeć ina­czej na nie­zdol­ność Tamary do porzu­ce­nia Grega, mimo że była przez niego nie­szczę­śliwa. Nagle stało się jasne, że zacho­wa­nie naszej przy­ja­ciółki wcale nie musi wyni­kać ze sła­bo­ści, że może raczej być skut­kiem dzia­ła­nia pod­sta­wo­wych instynk­tów, które naka­zują Tama­rze za wszelką cenę utrzy­mać kon­takt z obiek­tem przy­wią­za­nia, przy czym dzia­ła­nie tychże instynk­tów jest w dużej mie­rze wzmac­niane przez lękowy styl przy­wią­za­nia naszej kole­żanki.

W przy­padku Tamary potrzeba bycia bli­sko Grega była wyzwa­lana przez naj­mniej­szy znak świad­czący o zagro­że­niu, pole­ga­ją­cym na tym, że jej uko­chany znaj­do­wał się poza jej zasię­giem, nie reago­wał na nią, być może miał kło­poty. W sen­sie ewo­lu­cyj­nym rezy­gna­cja byłaby w takiej sytu­acji sza­leń­stwem. Ucie­ka­nie się do zacho­wań pro­te­sta­cyj­nych, takich jak dzwo­nie­nie kilka razy dzien­nie czy próby wywo­ła­nia jego zazdro­ści, wyda­wało się w tym nowym świe­tle zupeł­nie zro­zu­miałe.

W teo­rii więzi szcze­gól­nie spodo­bało nam się to, że została ona sfor­mu­ło­wana w opar­ciu o dużą liczbę danych. W prze­ci­wień­stwie do wielu innych teo­rii psy­cho­lo­gicz­nych, które powstały w opar­ciu o roz­mowy z parami przy­cho­dzą­cymi na tera­pię, ta czer­pie infor­ma­cje od ogółu popu­la­cji - od tych, któ­rzy żyją w szczę­śli­wych związ­kach, i tych, któ­rzy takich związ­ków nie mają, od tych, któ­rzy ni­gdy nie brali udziału w tera­pii, i tych, któ­rzy aktyw­nie szu­kali tego rodzaju pomocy. Teo­ria ta pozwo­liła nam zro­zu­mieć nie tylko to, co się w rela­cjach emo­cjo­nal­nych nie udaje, ale także to, co działa popraw­nie, oraz dotrzeć do całej grupy ludzi, o któ­rych w więk­szo­ści ksią­żek o związ­kach prak­tycz­nie się nie pisze. Co wię­cej, teo­ria więzi nie ety­kie­tuje zacho­wań, okre­śla­jąc je jako zdrowe lub nie­zdrowe. Żaden ze sty­lów przy­wią­za­nia sam w sobie nie jest tu postrze­gany jako "pato­lo­giczny". Wręcz prze­ciw­nie, roman­tyczne zacho­wa­nia, które wcze­śniej uwa­żano za dziwne lub błędne, w świe­tle tej teo­rii wydają się zro­zu­miałe, prze­wi­dy­walne, a nawet ocze­ki­wane. Jesteś z kimś, mimo że on nie jest pewien swo­ich uczuć do cie­bie? Rozu­miemy. Mówisz, że chcesz odejść, ale kilka minut póź­niej zmie­niasz zda­nie i stwier­dzasz, że roz­pacz­li­wie chcesz zostać? Też rozu­miemy.

Czy takie zacho­wa­nia są sku­teczne i czy warto je sto­so­wać? To już zupeł­nie inna histo­ria. Ludzie o bez­piecz­nym stylu przy­wią­za­nia wie­dzą, jak komu­ni­ko­wać swoje ocze­ki­wa­nia i sku­tecz­nie reago­wać na potrzeby part­nera, nie ucie­ka­jąc się jed­no­cze­śnie do zacho­wań pro­te­sta­cyj­nych. Dla całej reszty zro­zu­mie­nie to dopiero począ­tek.

OD TEORII DO PRAKTYKI - TWORZENIE KONKRETNYCH INTERWENCJI PSYCHOLOGICZNYCH W OPARCIU O TEORIĘ PRZYWIĄZANIA

Przy­no­sząc ze sobą zro­zu­mie­nie tego, że ludzie znacz­nie róż­nią się od sie­bie w kwe­stii potrzeb zwią­za­nych z intym­no­ścią i bli­sko­ścią oraz że te róż­nice mogą powo­do­wać spię­cia, teo­ria więzi zaofe­ro­wała nam nowe spoj­rze­nie na roman­tyczne rela­cje. Jed­nak mimo że bada­nia uła­twiły nam ich zro­zu­mie­nie, nie dały jed­no­znacz­nej odpo­wie­dzi na to, jak można tę wie­dzę prak­tycz­nie wyko­rzy­stać. Teo­ria więzi zawiera w sobie obiet­nicę popra­wie­nia uczu­cio­wych związ­ków mię­dzy ludźmi, konieczne było jed­nak prze­ło­że­nie wie­dzy labo­ra­to­ryj­nej na dostępny prze­wod­nik, zawie­ra­jący dające się wyko­rzy­stać w praw­dzi­wym życiu rady. Ponie­waż jed­nak byli­śmy prze­ko­nani, że w teo­rii więzi leży klucz do lep­szych rela­cji mię­dzy ludźmi, sku­pi­li­śmy się na dal­szym posze­rza­niu naszej wie­dzy o trzech sty­lach przy­wią­za­nia i tego, w jaki spo­sób oddzia­łują na sie­bie w codzien­nych inte­rak­cjach.

Zaczę­li­śmy prze­pro­wa­dzać roz­mowy z ludźmi, któ­rych zna­li­śmy z róż­nych śro­do­wisk: z naszymi współ­pra­cow­ni­kami i pacjen­tami, ale rów­nież z laikami w dzie­dzi­nie psy­cho­lo­gii, posia­da­ją­cymi wie­dzę z innych dzie­dzin. Roz­ma­wia­li­śmy z ludźmi w róż­nym wieku. Spi­sy­wa­li­śmy skró­cone histo­rie ich związ­ków i roman­tycz­nych doświad­czeń, któ­rymi zechcieli się z nami podzie­lić. Prze­pro­wa­dza­li­śmy też obser­wa­cje na żywo. Oce­nia­li­śmy style przy­wią­za­nia, ana­li­zu­jąc to, co dane osoby mówiły, jakie wyra­żały podej­ście do związ­ków, jak się zacho­wy­wały; od czasu do czasu pro­po­no­wa­li­śmy też kon­kretne roz­wią­za­nia róż­nych pro­ble­mów w opar­ciu o teo­rię przy­wią­za­nia. Opra­co­wa­li­śmy tech­nikę samo­dziel­nego oce­nia­nia - w sto­sun­kowo krót­kim cza­sie - stylu przy­wią­za­nia dru­giej osoby. Uczy­li­śmy ludzi, w jaki spo­sób wyko­rzy­sty­wać, a nie zwal­czać, swoje zwią­zane z przy­wią­za­niem instynkty - nie tylko po to by uni­kać wcho­dze­nia w nie­szczę­śliwe rela­cje, ale także po to, by odkry­wać w innych "skarby", które warto pie­lę­gno­wać. I zadzia­łało!

Zauwa­ży­li­śmy, że w prze­ci­wień­stwie do innych inter­wen­cji tera­peu­tycz­nych, które sku­piają się głów­nie albo na sin­glach, albo na oso­bach pozo­sta­ją­cych w związ­kach, teo­ria więzi nadaje się do opisu wielu obsza­rów rela­cji emo­cjo­nal­nych i można ją wyko­rzy­stać nie­za­leż­nie od etapu życia uczu­cio­wego, na jakim dana osoba aktu­al­nie się znaj­duje. Ist­nieją kon­kretne zasto­so­wa­nia tej teo­rii w przy­padku ludzi, któ­rzy są na eta­pie spo­ty­ka­nia się z róż­nymi oso­bami, tych we wcze­snych fazach związku, jak rów­nież tych, któ­rzy od dawna trwają w jakiejś rela­cji, oraz tych, któ­rzy wła­śnie prze­ży­wają roz­sta­nie - nie­za­leż­nie od tego, czy same ode­szły, czy zostały porzu­cone. Wszyst­kie te sytu­acje łączy to, że daje się zasto­so­wać do nich teo­rię przy­wią­za­nia, nio­sąc ludziom na wszyst­kich eta­pach życia pomoc w two­rze­niu lep­szych związ­ków.

TEORIA A ŻYCIE

Po jakimś cza­sie wszyst­kie osoby zaan­ga­żo­wane w nasz pro­jekt zaczęły w natu­ralny spo­sób sto­so­wać żar­gon zwią­zany z teo­rią przy­wią­za­nia. Pod­czas sesji tera­peu­tycz­nych albo lun­chu zda­rzało nam się sły­szeć: "Nie mogę się z nim spo­ty­kać. To oczy­wi­ste, że jest uni­ka­jący". Albo: "Znasz mnie, jestem lękowa, krótki romans to ostat­nie, czego potrze­buję". Aż trudno było uwie­rzyć, że do nie­dawna wszyst­kie te osoby nie wie­działy nawet o ist­nie­niu trzech sty­lów przy­wią­za­nia.

Oczy­wi­ście rów­nież Tamara, gdy dowie­działa się wszyst­kiego na temat teo­rii przy­wią­za­nia i naszych odkryć, pod­no­siła ten temat w nie­mal każ­dej roz­mo­wie z nami. Wresz­cie zebrała w sobie dosta­tecz­nie dużo siły, by zerwać swoją luźną rela­cję z Gre­giem i krótko potem - z chęci odwetu - zaczęła znów cho­dzić na randki. Wypo­sa­żona w nową wie­dzę na temat teo­rii przy­wią­za­nia, potra­fiła teraz ele­gancko wymy­kać się ado­ra­to­rom, któ­rzy repre­zen­to­wali styl uni­ka­jący; wie­działa już, że takie osoby nie są dla niej odpo­wied­nie. Kie­dyś zamę­cza­łaby się całymi dniami, ana­li­zu­jąc, co mogą myśleć, czy zadzwo­nią, czy mają wobec niej poważne zamiary. Teraz sama szybko ich odrzu­cała, świa­do­mie szu­ka­jąc męż­czy­zny zdol­nego do bli­sko­ści i kocha­nia jej w taki spo­sób, w jaki chciała być kochana.

Po jakimś cza­sie poznała Toma, który repre­zen­to­wał zde­cy­do­wa­nie bez­pieczny styl przy­wią­za­nia. Ich zwią­zek roz­wi­jał się tak gładko, że Tamara nie­mal o nim nie mówiła. Nie cho­dziło o to, że nie chciała dzie­lić się z nami intym­nymi szcze­gó­łami. Po pro­stu zna­la­zła bez­pieczną przy­stań, omi­janą przez kry­zysy i dra­maty, które musia­łaby z kimś omó­wić. Jeśli o czymś opo­wia­dała, to o tym, jak miło spę­dzają razem czas, o wspól­nych pla­nach na przy­szłość i o pracy, w któ­rej znów zaczęła odno­sić suk­cesy.

ZASTOSOWANIE PRAKTYCZNE

Ta książka jest wyni­kiem prze­ło­że­nia naszych badań nad teo­rią przy­wią­za­nia na prak­tyczne wska­zówki. Mamy nadzieję, że nasi czy­tel­nicy, podob­nie jak wielu naszych przy­ja­ciół, współ­pra­cow­ni­ków oraz pacjen­tów, sko­rzy­stają z przed­sta­wio­nej tu wie­dzy i rad i że pomogą im one podej­mo­wać lep­sze decy­zje w życiu oso­bi­stym. Z kolej­nych roz­dzia­łów dowiesz się wię­cej na temat każ­dego z trzech sty­lów przy­wią­za­nia oraz ich wpływu na podej­ście do miło­ści i zacho­wa­nia w roman­tycz­nych sytu­acjach. Ta nowa wie­dza pozwoli ci ina­czej spoj­rzeć na dotych­cza­sowe porażki w tej dzie­dzi­nie; dzięki niej lepiej zro­zu­miesz moty­wa­cje zarówno swoje, jak i innych; dowiesz się, jakie masz potrzeby i z kim masz szansę stwo­rzyć szczę­śliwy zwią­zek. Jeśli już jesteś w związku z part­ne­rem, któ­rego styl przy­wią­za­nia stoi w kon­flik­cie z twoim wła­snym, zro­zu­miesz lepiej, dla­czego oboje myśli­cie i dzia­ła­cie w okre­ślony spo­sób, a także poznasz stra­te­gie na pod­nie­sie­nie swo­jego poziomu satys­fak­cji ze związku. Tak czy ina­czej, zaczniesz doświad­czać zmiany. I będzie to oczy­wi­ście zmiana na lep­sze!

2. Potrzeba bliskości nie jest niczym złym

2.

Potrzeba bli­sko­ści nie jest niczym złym

Kilka lat temu w tele­wi­zji można było oglą­dać reality show, w któ­rym kilka par brało udział w wyścigu dookoła świata, wyko­nu­jąc przy tym różne wyma­ga­jące zada­nia. Wśród nich zna­leźli się też Karen i Tim - para ide­alna: oboje piękni, sek­sowni, inte­li­gentni i odno­szący suk­cesy. Różne wyzwa­nia, któ­rym musieli sta­wić czoła w pro­gra­mie, ujaw­niły też pewne intymne szcze­góły doty­czące ich związku: Karen chciała wyjść za mąż, Tim był temu nie­chętny. Ona pra­gnęła więk­szej bli­sko­ści, on cenił sobie swoją nie­za­leż­ność. Pod­czas szcze­gól­nie stre­su­ją­cych momen­tów wyścigu, jak rów­nież czę­sto po kłótni, Karen potrze­bo­wała, żeby Tim wziął ją za rękę. On jed­nak robił to nie­chęt­nie: gest ten wyda­wało mu się prze­sad­nym oka­zy­wa­niem bli­sko­ści, poza tym nie chciał pod­da­wać się każ­demu kapry­sowi part­nerki.

Tim i Karen długo pro­wa­dzili w wyścigu i nie­mal wygrali dużą nagrodę pie­niężną. Aż do ostat­niego odcinka, w któ­rym zostali poko­nani. Gdy na koniec zapy­tano ich, czy patrząc wstecz, dostrze­gają coś, co mogli byli zro­bić ina­czej, Karen powie­działa: "Myślę, że prze­gra­li­śmy, bo byłam za mało samo­dzielna. Z per­spek­tywy widzę, że moje zacho­wa­nie było prze­sa­dzone. Pod­czas wyścigu wiele razy potrze­bo­wa­łam, żeby Tim wziął mnie za rękę. Nie wiem, czemu było to dla mnie takie ważne. Ale wycią­gnę­łam z tej sytu­acji lek­cję i zde­cy­do­wa­łam, że w przy­szło­ści nie będę się tak zacho­wy­wać. Dla­czego tak czę­sto potrze­bo­wa­łam jego dotyku? To głu­pie. Powin­nam była zacho­wać zimną krew i nie doma­gać się od niego tego gestu." Tim mówił bar­dzo nie­wiele: "Wyścig w żaden spo­sób nie przy­po­mina praw­dzi­wego życia. Nie mie­li­śmy nawet czasu, żeby się porząd­nie pokłó­cić. Prze­ska­ki­wa­li­śmy tylko z jed­nego zada­nia w dru­gie".

Oboje pomi­nęli w tych pod­su­mo­wa­niach jeden ważny fakt: Tim bar­dzo się zestre­so­wał przed sko­kiem na bun­gee i nie­mal zre­zy­gno­wał z dal­szej rywa­li­za­cji. Mimo zachęt ze strony Karen i jej zapew­nień, że sko­czy z nim, po pro­stu nie był w sta­nie tego zro­bić; w pew­nym momen­cie nawet zdjął z sie­bie cały sprzęt i chciał odejść. Wresz­cie zebrał się na odwagę, żeby wyko­nać zada­nie, ale wła­śnie to kon­kretne waha­nie spra­wiło, że para stra­ciła pro­wa­dze­nie.

Teo­ria więzi w przy­padku doro­słych uczy nas, iż pod­sta­wowe zało­że­nie Karen, że powinna sama kon­tro­lo­wać swoje emo­cjo­nalne potrzeby i samo­dziel­nie uspo­ka­jać się w stre­su­ją­cych sytu­acjach, jest po pro­stu nie­praw­dziwe. Dziew­czyna doznała za pro­blem swoje "prze­sadne" potrzeby. Bada­nia nad przy­wią­za­niem dostar­czają jed­nak argu­men­tów za zupeł­nie prze­ciwną tezą. To, że się do kogoś przy­wią­zu­jemy, ozna­cza, że nasz mózg zostaje zapro­gra­mo­wany na szu­ka­nie w tej oso­bie wspar­cia poprzez upew­nia­nie się o jej fizycz­nej i psy­chicz­nej bli­sko­ści. Jeśli nie otrzy­mu­jemy zapew­nie­nia od niej od wybranka, nasz mecha­nizm przy­wią­za­nia naka­zuje nam sta­rać się o nie tak długo, aż je otrzy­mamy. Gdyby Karen i Tim to rozu­mieli, ona nie czu­łaby się zawsty­dzona swoją potrzebą zła­pa­nia go za rękę w stre­su­ją­cym momen­cie pod­czas wyścigu, który jest trans­mi­to­wany przez tele­wi­zję na cały kraj. Z kolei Tim rozu­miałby, że ten pro­sty gest może dać im prze­wagę, któ­rej potrze­bują, żeby wygrać. Gdyby wie­dział, że reagu­jąc dosta­tecz­nie wcze­śnie na potrzebę Karen, oszczę­dza czas, który i tak musiał póź­niej poświę­cić na "gasze­nie poża­rów" wywo­ła­nych przez spo­tę­go­wany stres, być może sam doty­kałby dłoni part­nerki, zauwa­żyw­szy, że dziew­czyna zaczyna się dener­wo­wać, i nie cze­kał nawet, aż o to poprosi. Co wię­cej, gdyby sam potra­fił przy­jąć wspar­cie, które ofe­ro­wała mu Karen, pew­nie wcze­śniej zde­cy­do­wałby się sko­czyć na bun­gee.

Z teo­rii przy­wią­za­nia wynika, że w przy­padku więk­szo­ści ludzi "prze­sadna" potrzeba bli­sko­ści znika, gdy tylko się ją zaspo­koi, a im wcze­śniej się to dzieje, tym lepiej. Osoby, u któ­rych emo­cjo­nalna potrzeba bli­sko­ści zostaje zaspo­ko­jona, zwy­kle kie­rują swoją uwagę na zewnątrz. W lite­ra­tu­rze poświę­co­nej teo­rii przy­wią­za­nia zja­wi­sko to nazywa się cza­sem "para­dok­sem zależ­no­ści": im bar­dziej ludzie zależą od sie­bie nawza­jem, tym bar­dziej nie­za­leżni i odważni się stają. Karen i Tim nie rozu­mieli, jak mogą wyko­rzy­stać łączącą ich emo­cjo­nalną więź, by zwy­cię­żyć w wyścigu.

PRZESZLIŚMY DŁUGĄ DROGĘ (ALE NADAL NIE JESTEŚMY U CELU)

Samo­obwi­nia­nie się Karen, która postrze­gała sie­bie jako prze­sad­nie potrze­bu­jącą, i nie­świa­do­mość Tima, jeśli cho­dzi o jego rolę w tym związku, nie są zaska­ku­jące i wła­ści­wie ani jej, ani jego nie można za nie winić. Osta­tecz­nie w naszej kul­tu­rze nie­chęt­nie patrzy się na pod­sta­wowe potrzeby zwią­zane z bli­sko­ścią, intym­no­ścią, a zwłasz­cza zależ­no­ścią, wyno­sząc nie­za­leż­ność ponad wszystko. Wydaje nam się, że to wła­ściwe podej­ście, gdy tym­cza­sem czę­sto nas ono uniesz­czę­śli­wia.

Błędne prze­ko­na­nie, że ludzie powinni być emo­cjo­nal­nie samo­wy­star­czalni, nie jest niczym nowym. Jesz­cze nie tak dawno temu w spo­łe­czeń­stwach zachod­nich wie­rzono, że dzie­ciom dobrze robi zosta­wia­nie ich samych, że powinno się uczyć je, by same się uspo­ka­jały. Teo­ria więzi oba­liła to podej­ście - przy­naj­mniej w sto­sunku do dzieci. W latach czter­dzie­stych ubie­głego stu­le­cia eks­perci ostrze­gali, że prze­sadne "piesz­cze­nie się" z dziec­kiem pie­lę­gnuje w nim brak samo­dziel­no­ści i pew­no­ści sie­bie i że takie dziecko wyra­sta póź­niej na osobę nie­zrów­no­wa­żoną, nie­do­sto­so­waną do życia. Rodzi­ców nie­mow­ląt uczono, że nie powinni "prze­sa­dzać" w oka­zy­wa­niu zain­te­re­so­wa­nia swoim dzie­ciom, że powinni pozwa­lać im pła­kać godzi­nami i uczyć je jedze­nia jedy­nie o wyzna­czo­nych godzi­nach. Dzieci w szpi­ta­lach były izo­lo­wane od bli­skich, któ­rzy mogli je oglą­dać jedy­nie przez prze­szklone ściany. Pra­cow­nicy socjalni przy naj­mniej­szych ozna­kach pro­ble­mów zabie­rali dzieci z domów i umiesz­czali je w pla­ców­kach opieki zastęp­czej.

Do nie­da­wana jesz­cze w teo­riach na temat wycho­wa­nia domi­no­wało prze­ko­na­nie o koniecz­no­ści zacho­wa­nia odpo­wied­niego dystansu pomię­dzy rodzi­cami a dziećmi i oszczęd­nego daw­ko­wa­nia fizycz­nej bli­sko­ści. W popu­lar­nym w latach dwu­dzie­stych XX wieku porad­niku dla rodzi­ców autor­stwa Johna Bro­adusa Wat­sona (Psy­cho­lo­gi­cal Care of Infant and Child) ostrze­gano przed nie­bez­pie­czeń­stwami "nad­mier­nej mat­czy­nej miło­ści". Swoją książkę autor zade­dy­ko­wał "pierw­szej matce, któ­rej uda się wycho­wać szczę­śliwe dziecko". Szczę­śliwe czyli samo­dzielne, odważne, umie­jące na sobie pole­gać, łatwo adap­to­wać się do zmian oto­cze­nia i roz­wią­zy­wać pro­blemy; takie dziecko nie powinno pła­kać, chyba że z powodu fizycz­nego cier­pie­nia; powinno zaj­mo­wać się pracą i zabawą i nie przy­wią­zy­wać się prze­sad­nie ani do ludzi, ani do miejsc.

Przed powsta­niem prze­ło­mo­wych prac Mary Ain­sworth i Johna Bowlby'ego, twór­ców teo­rii przy­wią­za­nia z lat pięć­dzie­sią­tych i sześć­dzie­sią­tych ubie­głego stu­le­cia, psy­cho­lo­dzy nie doce­niali wagi więzi pomię­dzy rodzi­cami a dziećmi. Przy­wią­za­nie dziecka do matki było postrze­gane jako uboczny pro­dukt faktu, że otrzy­muje ono od niej pokarm i utrzy­ma­nie; wie­rzono po pro­stu, iż dziecko szuka bli­sko­ści matki dla­tego, że koja­rzy mu się ona z poży­wie­niem. Bowlby jed­nakże, obser­wu­jąc dzieci, które stra­ciły rodzi­ców w wyniku dru­giej wojny świa­to­wej i wycho­wy­wane były w insty­tu­cjach opie­kuń­czych, zauwa­żył, że nie roz­wi­jają się one pra­wi­dłowo nawet wów­czas, wszyst­kie speł­niane są ich fizyczne potrzeby. Pozba­wione obiektu przy­wią­za­nia dzieci wyka­zy­wały opóź­nie­nia w roz­woju fizycz­nym, inte­lek­tu­al­nym, emo­cjo­nal­nym i spo­łecz­nym. Bada­nia Ain­sworth i Bowlby'ego jasno poka­zały, że bli­skość jest dla dziecka tak samo nie­odzowna jak picie i jedze­nie.

POTRZEBA PRZYWIĄZANIA - NIE TYLKO DLA DZIECI

Bowlby zawsze twier­dził, że przy­wią­za­nie jest inte­gralną czę­ścią zacho­wa­nia czło­wieka przez całe jego życie. Potem Mary Main odkryła, że rów­nież doro­słych da się przy­pi­sać do kon­kret­nych kate­go­rii w opar­ciu o to, jak wyglą­dały ich wcze­sne rela­cje z bli­skimi oso­bami, co z kolei ma wpływ na ich wła­sne rodzi­ciel­skie zacho­wa­nia. Nie­za­leż­nie od pracy tej badaczki, Cindy Hazan i Phi­lip Sha­ver rów­nież odkryli, że doro­śli posia­dają kon­kretne style przy­wią­za­nia, które ujaw­niają się w ich związ­kach uczu­cio­wych. Po raz pierw­szy odkryli to, publi­ku­jąc w dzien­niku "Rocky Moun­tain News" tak zwany quiz miło­sny, w któ­rym popro­sili ochot­ni­ków o zazna­cze­nie jed­nego z trzech twier­dzeń, które naj­le­piej opi­suje ich uczu­cia i nasta­wie­nie do związku. Każde z nich kore­spon­do­wało z jed­nym z trzech sty­lów przy­wią­za­nia i brzmiało tak:

Sto­sun­kowo łatwo przy­cho­dzi mi nawią­za­nie bli­skich rela­cji z innymi, czuję się dobrze, mając poczu­cie, że mogę na kimś pole­gać i że ktoś polega na mnie. Raczej nie boję się porzu­ce­nia ani tego, że ktoś mógłby zbyt­nio się do mnie zbli­żyć. (Miara bez­piecz­nego stylu przy­wią­za­nia). Bli­skość z innymi jest dla mnie nieco kło­po­tliwa; trudno mi w pełni komuś zaufać i pozwo­lić sobie na zależ­ność. Stre­suje mnie, gdy ktoś prze­kra­cza mojej gra­nice; osoby, z któ­rymi do tej pory się spo­ty­ka­łem/spo­ty­ka­łam, czę­sto doma­gały się ode mnie więk­szej bli­sko­ści niż ta, z którą czu­łem się/czu­łam się dobrze. (Miara uni­ka­ją­cego stylu przy­wią­za­nia). Mam poczu­cie, że inni nie­chęt­nie nawią­zują ze mną tak bli­skie rela­cje, jak bym chciał/chciała. Będąc w związku, czę­sto mar­twię się, że nie jestem dosta­tecz­nie kochany/kochana i mogę zostać porzu­cony/porzu­cona. Chciał­bym/chcia­ła­bym total­nej bli­sko­ści i to pra­gnie­nie cza­sem odstra­sza ludzi. (Miara lęko­wego stylu przy­wią­za­nia.)

Zaska­ku­jące oka­zało się to, że wyniki poka­zały podobną dys­try­bu­cję sty­lów przy­wią­za­nia u doro­słych i u dzieci: więk­szość doro­słych bio­rą­cych udział w bada­niu czuła, że należy do kate­go­rii "bez­pieczny", pod­czas gdy pozo­stali dzie­lili się albo na "uni­ka­ją­cych", albo na "lęko­wych". Bada­cze odkryli także, że każdy ze sty­lów przy­wią­za­nia wią­zał się z wyzna­wa­niem odmien­nych, kon­kret­nych prze­ko­nań i podejść do sie­bie samego, part­nera, rela­cji i bli­sko­ści w ogóle.

Dal­sze bada­nia, prze­pro­wa­dzone mię­dzy innymi przez Hazan i Sha­vera, potwier­dziły te odkry­cia. Oka­zało się, że - tak jak przy­pusz­czał Bowlby - przy­wią­za­nie odgrywa zna­czącą rolę nie tylko w dzie­ciń­stwie, ale przez całe życie czło­wieka. Róż­nica polega jedy­nie na tym, że doro­śli są zdolni do wyż­szego poziomu abs­trak­cji, więc nasza potrzeba sta­łej fizycz­nej obec­no­ści obiektu przy­wią­za­nia może być cza­sami przej­ściowo zastą­piona świa­do­mo­ścią, że ta osoba jest dla nas dostępna psy­chicz­nie i emo­cjo­nal­nie. Koniec koń­ców cho­dzi jed­nak cały czas o tę samą potrzebę bli­sko­ści z dru­gim czło­wie­kiem i pew­no­ści, że jest on dla nas dostępny.

Nie­stety, tak samo jak w prze­szło­ści igno­ro­wana była waga rela­cji dziecko-rodzic, dzi­siaj nie­do­ce­niane jest zna­cze­nie przy­wią­za­nia w doro­sło­ści. Pośród doro­słych wciąż prze­waża prze­ko­na­nie, że "zbyt­nia" wza­jemna zależ­ność part­ne­rów w związku jest czymś złym.

MIT WSPÓŁUZALEŻNIENIA

Teo­ria współ­uza­leż­nie­nia i inne popu­larne współ­cze­śnie podej­ścia, na które możemy natknąć się w porad­ni­kach psy­cho­lo­gicz­nych, przed­sta­wiają związki w spo­sób odzwier­cie­dla­jący poglądy doty­czące rela­cji rodzic-dziecko, jakie prze­wa­żały w pierw­szej poło­wie XX wieku (pamię­tasz "szczę­śliwe dziecko" wolne od "zbęd­nego" przy­wią­za­nia?). Dzi­siejsi eks­perci ofe­rują rady, które brzmią mniej wię­cej tak: "Twoje szczę­ście powinno pocho­dzić z two­jego wnę­trza i powi­nie­neś go uza­leż­niać od osoby, z którą jesteś. Twój part­ner nie ma obo­wiązku dbać o twoje dobre samo­po­czu­cie, a ty nie jesteś odpo­wie­dzialny za jego nastroje. Każdy powi­nien sam dbać o sie­bie. Naucz się nie dopusz­czać do tego, by kto­kol­wiek, nawet naj­bliż­sza ci osoba, był w sta­nie zakłó­cić twój wewnętrzny spo­kój. Jeśli ta osoba zacho­wuje się w spo­sób, który pod­waża twoje poczu­cie bez­pie­czeń­stwa, powi­nie­neś być w sta­nie zdy­stan­so­wać się emo­cjo­nal­nie od tej sytu­acji, sku­pić się na sobie i nie dać się wytrą­cić z rów­no­wagi. Jeśli tego nie potra­fisz, coś może być z tobą nie tak. Być może jesteś z tą osobą zbyt­nio zwią­zany - współ­uza­leż­niony - i musisz się nauczyć sta­wiać gra­nice".

Pod­sta­wowe zało­że­nie, które kryje się za tym spo­so­bem myśle­nia, brzmi: ide­alny zwią­zek to rela­cja dwojga samo­wy­star­czal­nych ludzi, któ­rzy łączą się w doj­rzały, pełen sza­cunku spo­sób, jed­no­cze­śnie utrzy­mu­jąc jasne gra­nice. Jeśli roz­wi­jasz w sobie silną zależ­ność od part­nera, ozna­cza to, że jesteś w jakiś spo­sób wybra­ko­wany i powi­nie­neś pra­co­wać nad wyzna­cza­niem wła­snych gra­nic i "lep­szą świa­do­mo­ścią samego sie­bie". Przy takim podej­ściu wizja, że ktoś może potrze­bo­wać swo­jego part­nera, to naj­gor­szy moż­liwy sce­na­riusz; potrzeba ta jest porów­ny­wana z uza­leż­nie­niem, a wszy­scy wiemy, jak nie­bez­piecz­nie jest się od cze­goś uza­leż­niać.

Wie­dza na temat współ­uza­leż­nie­nia oka­zała się nie­sa­mo­wi­cie pomocna, gdy cho­dzi o człon­ków rodzin osób cier­pią­cych na uza­leż­nie­nie od nar­ko­ty­ków czy alko­holu (ponie­waż to w tym obsza­rze teo­ria współ­uza­leż­nie­nia miała począt­kowo swoje zasto­so­wa­nie), gdy jed­nak pró­bu­jemy bez­kry­tycz­nie zasto­so­wać ją do wszyst­kich rela­cji, może nas pro­wa­dzić na manowce, a nawet oka­zać się poten­cjal­nie szko­dliwa. Karen, uczest­niczka tele­wi­zyj­nego show, o któ­rej wcze­śniej wspo­mnie­li­śmy, była zapewne pod wpły­wem tej wła­śnie szkoły myśle­nia, gdy kry­ty­ko­wała się za swoją "prze­sadną" potrzebę bli­sko­ści. Zupeł­nie co innego na temat związ­ków mówi nam bio­lo­gia.

PRAWDA BIOLOGICZNA

Liczne bada­nia poka­zują, że przy­wią­za­nie pro­wa­dzi do fizjo­lo­gicz­nej jed­no­ści z daną osobą. Obec­ność part­nera regu­luje nasze ciśnie­nie krwi, tętno, oddech i poziom hor­mo­nów we krwi. Wią­żąc się z kimś, prze­sta­jemy być osob­nymi bytami. Pod­kre­śla­nie tej osob­no­ści w związ­kach pomię­dzy doro­słymi przez więk­szość współ­cze­snych popu­lar­nych szkół psy­cho­lo­gicz­nych nie wytrzy­muje kry­tyki z per­spek­tywy bio­lo­gii. Zależ­ność jest fak­tem, a nie wybo­rem czy skłon­no­ścią.

Szcze­gól­nie dużo świa­tła rzuca na to bada­nie prze­pro­wa­dzone przez dok­tora Jamesa Coana, dyrek­tora ośrodka badaw­czego Affec­tive Neu­ro­science Labo­ra­tory przy Uni­ver­sity of Vir­gi­nia. Zaj­muje się on bada­niami mecha­ni­zmów, poprzez które bli­skie spo­łeczne związki i szer­sze sieci regu­lują nasze reak­cje emo­cjo­nalne. W tym kon­kret­nym bada­niu, które Coan prze­pro­wa­dził we współ­pracy z Richar­dem David­so­nem i Hilary Scha­efer, wyko­rzy­stano rezo­nans magne­tyczny MRI do prze­ska­no­wa­nia mózgów zamęż­nych kobiet w sztucz­nie wywo­ła­nej stre­su­ją­cej sytu­acji (kobiety bio­rące udział w bada­niu były infor­mo­wane o tym, że za chwilę zostaną lekko pora­żone prą­dem).

W stre­su­ją­cych sytu­acjach akty­wuje się część mózgu zwana pod­wzgó­rzem. Gdy kobiety cze­kały na zapo­wie­dziane raże­nie prą­dem w samot­no­ści, na rezo­nan­sie widać było w tym obsza­rze pod­wyż­szoną aktyw­ność. Następ­nie jed­nak spraw­dzano reak­cje uczest­ni­czek eks­pe­ry­mentu na tę samą sytu­ację, gdy pod­czas ocze­ki­wa­nia na raże­nie prą­dem mogły trzy­mać za rękę obcą osobę. Tym razem bada­nie wyka­zało nieco niż­szą niż poprzed­nio aktyw­ność pod­wzgó­rza. Nato­miast, gdy dłoń, którą kobieta mogła ści­skać, nale­żała do jej męża, wów­czas reak­cja jej mózgu oka­zy­wała się jesz­cze mniej zauwa­żalna - na tym eta­pie eks­pe­ry­mentu stres led­wie dawał się zare­je­stro­wać. Co wię­cej, te kobiety, które wcze­śniej naj­le­piej oce­niły jakość swo­ich mał­żeństw, rów­nież najwię­cej zyski­wały na moż­li­wo­ści trzy­ma­nia mał­żonka za rękę pod­czas bada­nia. Do tego jed­nak jesz­cze wró­cimy.

Eks­pe­ry­ment ten poka­zuje, że gdy dwoje ludzi two­rzy zwią­zek uczu­ciowy, wpły­wają wza­jem­nie na swoje fizyczne i psy­chiczne samo­po­czu­cie. Fizyczna bli­skość i dostęp­ność part­nera regu­lują naszą reak­cję na stres. Skoro nasz part­ner ma tak wielki wpływ na nasze pod­sta­wowe reak­cje bio­lo­giczne, jak można od nas ocze­ki­wać, że utrzy­mamy wysoki poziom odręb­no­ści w związku?

Wspo­mniana już tutaj Karen to przy­kład osoby, która zda­wała się instynk­tow­nie rozu­mieć uzdra­wia­jący wpływ dotyku dłoni part­nera w stre­su­ją­cej sytu­acji. Nie­stety póź­niej pod­dała się popu­lar­nym błęd­nym wyobra­że­niom i zaczęła postrze­gać swoje instynk­towne reak­cje jako wyraz wsty­dli­wej sła­bo­ści.

PARADOKS ZALEŻNOŚCI

Jesz­cze na długo przed tym, zanim powstała tech­no­lo­gia umoż­li­wia­jąca ska­no­wa­nie mózgu, John Bowlby rozu­miał, że potrzeba posia­da­nia kogoś, z kim możemy dzie­lić życie, jest czę­ścią naszego wypo­sa­że­nia gene­tycz­nego i nie ma nic wspól­nego z tym, jak bar­dzo kochamy samych sie­bie albo czy czu­jemy się speł­nieni. Odkrył, że w chwili, gdy zaczy­namy postrze­gać jakąś osobę jako szcze­gólną, do gry wkra­czają potężne i czę­sto nie­kon­tro­lo­wane siły. Nie­za­leż­nie od tego, jak nie­za­leżni byli­śmy do tej pory, a cza­sem nawet wbrew naszej świa­do­mej woli, zaczy­namy zacho­wy­wać się ina­czej. Gdy już wybie­rzemy part­nera, zależ­ność od dru­giej osoby staje się fak­tem. Zawsze tak jest. Ele­gancka współ­eg­zy­sten­cja, która nie wią­za­łaby się z nie­wy­god­nym uczu­ciem bez­bron­no­ści i lęku przed stratą, brzmi nie­źle, ale bio­lo­gia zapro­gra­mo­wała nas zupeł­nie ina­czej. W toku ewo­lu­cji oka­zało się, że naj­więk­sze korzy­ści przy­nosi jed­nak sytu­acja, w któ­rej dwoje ludzi zaczyna two­rzyć fizjo­lo­giczną jed­ność: jeśli ona na coś reaguje, on też nie pozo­staje obo­jętny; jeśli on jest zde­ner­wo­wany, ta emo­cja udziela się rów­nież jej. Druga osoba staje się czę­ścią nas i zro­bimy wszystko, żeby ją oca­lić. Uczu­cie, że dobro dru­giej osoby jest naszym żywot­nym inte­re­sem, prze­kłada się na bar­dzo ważną korzyść, jaką jest prze­trwa­nie obu zaan­ga­żo­wa­nych w rela­cję osob­ni­ków.

***

Mimo odmien­nych spo­so­bów, w jakie osoby o róż­nych sty­lach przy­wią­za­nia uczą się radzić sobie z tymi potęż­nymi siłami - typy bez­pieczny i lękowy przyj­mują je z otwar­tymi ramio­nami, pod­czas gdy typ uni­ka­jący sta­rają się je tłu­mić - wszy­scy jeste­śmy zapro­gra­mo­wani na to, by wcho­dzić w bli­ski zwią­zek z wybraną osobą. W roz­dziale 6. przed­sta­wiamy serię eks­pe­ry­men­tów, które dowio­dły, że nawet osoby o stylu uni­ka­jącym wyka­zują potrzeby zwią­zane z przy­wią­za­niem, ale aktyw­nie je tłu­mią.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki