1. Droga do zrozumienia zachowań ludzi w związkach
1.
Droga do zrozumienia zachowań ludzi w związkach
Spotykam się z nim zaledwie od dwóch tygodni, a już się
zamartwiam, że nie uważa mnie za dość atrakcyjną, i wariuję,
zastanawiając się, czy do mnie jeszcze zadzwoni! Jestem pewna, że znów
spełnią się wszystkie moje obawy co do tego, że nie jestem
dostatecznie dobra. Na własne życzenie zaprzepaszczę kolejną szansę na
związek!
Co jest ze mną nie tak? Jestem inteligentnym, przystojnym facetem.
Mam dobrą pracę i wiele do zaoferowania. Spotykałem się z
kilkoma naprawdę wspaniałymi kobietami, ale w którymś momencie
zawsze zaczynałem tracić nimi zainteresowanie i czułem się
schwytany w pułapkę. Nie wiem, dlaczego tak trudno mi znaleźć
kogoś, kto by do mnie pasował.
Jestem mężatką od wielu lat, ale czuję się w tym związku zupełnie
sama. Mąż nigdy nie był osobą, która chętnie rozmawia o relacjach
czy emocjach, ale z czasem jest coraz gorzej. Niemal każdego dnia
pracuje do późna, a w weekendy albo jest na kursie golfa z
przyjaciółmi, albo ogląda jakiś sport w telewizji. Nic nas nie
łączy. Może lepiej by mi było samej.Wszystkie opisane powyżej sytuacje są bolesne dla osób, których dotyczą,
bo każda z nich dotyka najistotniejszych ludzkich potrzeb. Na pierwszy
rzut oka wydaje się, że nie da się znaleźć jednego wyjaśnienia, które
pasowałoby do wszystkich tych przypadków; każdy z nich wygląda bowiem na
wyjątkowy i indywidualny, i potencjalnie każdy może mieć nieskończenie
wiele przyczyn, których poznanie wymagałoby głębokiej znajomości
zaangażowanych w nie osób, ich historii, poprzednich związków, typów
osobowości - by wymienić tylko kilka ścieżek, które terapeuta obrałby w pracy z tymi osobami. Tak przynajmniej nas - specjalistów w dziedzinie
zdrowia psychicznego - uczono. W pewnym momencie odkryliśmy jednak coś,
co dało nam prostą odpowiedź na wszystkie opisane powyżej problemy - i nie tylko na nie. Historia tego odkrycia i związanych z nim korzyści
jest właśnie tematem niniejszej książki.
CZY MIŁOŚĆ WYSTARCZY?
Kilka lat temu nasza bliska przyjaciółka Tamara poznała mężczyznę i zaczęła się z nim spotykać.
Grega poznałam na przyjęciu u przyjaciół. Zwróciłam na niego uwagę, bo
był niesamowicie przystojny. Fakt, że on również mnie zauważył, bardzo
mi pochlebiał. Kilka dni później poszliśmy na kolację z grupą znajomych;
nie mogłam oprzeć się temu błyskowi podniecenia, jakie dostrzegałam w jego oczach, gdy na mnie patrzył. Najbardziej kusząca była jednak
pobrzmiewająca w jego słowach obietnica, że odtąd nie będę samotna, że
będziemy razem. Mówił na przykład: "Nie musisz przecież siedzieć w domu.
Czemu nie przyjdziesz do mnie? Możesz pracować też w moim mieszkaniu".
"Możesz do mnie dzwonić, kiedy tylko chcesz". W tych zdaniach było
ciepło i obietnica, że oto nie jestem już sama na świecie - mam kogoś,
kto chce być przy mnie. Gdybym tylko słuchała uważniej, może
usłyszałabym w nich też inny komunikat: że Greg boi się zbytniej
bliskości i zaangażowanie się przychodzi mu z trudnością. Kilka razy
wspomniał, że nigdy nie był w dłuższym związku - z jakiegoś powodu
zawsze po jakimś czasie, znużony kolejną dziewczyną, czuł, że musi
odejść.
Docierały do mnie te słowa, wiedziałam, że jest to coś, co potencjalnie
może być problemem, ale w tamtym czasie nie umiałam jeszcze ocenić, jak
wielkim. Kierowało mną zresztą przekonanie, w którym wzrasta wielu z nas
- że miłość może wszystko pokonać. Pozwoliłam jej więc pokonać siebie.
Nic nie miało dla mnie takiego znaczenia, jak bycie z nim. Nadal
docierały do mnie wszystkie wysyłane przez niego komunikaty, że nie jest
w stanie się zaangażować, ale blokowałam je w przekonaniu, że ze mną
będzie inaczej. Okazało się oczywiście, że się myliłam. Im bliżej
byliśmy, tym bardziej sprzeczne generował informacje. Wszystko zaczęło
się rozpadać; mówił, że nie ma czasu, żeby się spotkać tego czy innego
wieczora, że w tygodniu jest tak "zawalony pracą", iż nie może spotkać
się przed weekendem. Godziłam się na to, ale w środku czułam, że coś
jest bardzo nie tak, jak być powinno.
Zaczęłam odczuwać ciągły niepokój. Bez przerwy zastanawiałam się, gdzie
Greg jest, i z przesadną podejrzliwością zaczęłam wypatrywać sygnałów
świadczących o tym, że może chcieć ze mną zerwać. Ale on, mimo że swoim
zachowaniem jasno dawał mi do zrozumienia, iż nie jest zadowolony z naszego związku, od czasu do czasu - zamiast mnie odpychać - okazywał mi
na tyle dużo uczucia i skruchy, że powstrzymywało mnie to przed
odejściem.
Po jakimś czasie wzloty i upadki, które przeżywałam w tej relacji,
zaczęły odciskać na mnie piętno i przestałam kontrolować emocje. Nie
wiedziałam, jak mam się zachować. Mimo że czułam, że jest to droga
donikąd, zaczęłam unikać umawiania się z przyjaciółmi, na wypadek gdyby
Greg jednak zadzwonił. Wszystko, co wcześniej było dla mnie ważne,
zupełnie przestało mnie interesować. Nie minęło wiele czasu, a nasz
związek załamał się pod ciężarem tego ciągłego napięcia i rozpadł z hukiem.
Jako przyjaciele Tamary początkowo cieszyliśmy się, że poznała kogoś,
kim tak się zainteresowała. Jednak w miarę rozwoju tej relacji coraz
większe zaabsorbowanie Tamary Gregiem zaczęło nas martwić. Jej radość
życia zupełnie się ulotniła. Zastąpiły ją lęk i poczucie niepewności.
Przez większość czasu albo czekała na telefon od Grega, albo tak była
zaabsorbowana swoim związkiem z nim, że spędzanie z nami czasu wyraźnie
nie sprawiało jej tyle przyjemności, co wcześniej. Także praca naszej
przyjaciółki ucierpiała na znajomości z Gregiem, bo ta zaczęła się
martwić, że może ją stracić. Zawsze uważaliśmy Tamarę za bardzo
wyważoną, odporną na stresy osobę, a teraz zaczęliśmy się zastanawiać,
czy czasem nie popełniliśmy błędu, zakładając, że jest silna. Mimo że
Tamara dobrze znała historię Grega i wiedziała, że w przeszłości okazał
się już niezdolny do utrzymania poważnej relacji z kobietą, mimo że
zdawała sobie sprawę, iż bywał już nieprzewidywalny, a nawet
przyznawała, że najprawdopodobniej byłoby jej lepiej bez niego, nadal
nie potrafiła znaleźć w sobie dostatecznie dużo siły, by od niego
odejść.
Mimo że jesteśmy doświadczonymi specjalistami w dziedzinie zdrowia
psychicznego, mieliśmy trudności z zaakceptowaniem faktu, że tak
inteligentna i obyta kobieta jak Tamara mogła się tak bardzo zmienić.
Zazwyczaj silna i skuteczna, w relacji z Gregiem okazywała zupełną
bezradność. Jak ktoś, kogo znaliśmy jako osobę dobrze odnajdującą się w większości trudnych życiowych sytuacji, mógł nagle tak bardzo sobie nie
radzić? Druga strona tego równania była dla nas tak samo zastanawiająca.
Dlaczego Greg wysyłał niejasne sygnały, mimo że nawet dla nas było
oczywiste, że ją kochał? Psychologia miałaby do zaoferowania wiele
skomplikowanych wyjaśnień, trafne okazało się jednak takie, które
przyszło z zupełnie niespodziewanej strony.
OD TERAPEUTYCZNEGO PRZEDSZKOLA DO PRAKTYCZNEJ NAUKI NA TEMAT MIŁOŚCI DOROSŁYCH
Mniej więcej w tym samym czasie, gdy Tamara spotykała się z Gregiem,
Amir pracował w przedszkolu terapeutycznym przy Columbia University.
Stosując terapię opartą na teorii przywiązania, starał się pomóc matkom
stworzyć bezpieczniejszą więź z ich dziećmi. Niezwykła skuteczność tej
terapii zachęciła go wówczas do głębszego zainteresowania tym tematem, a to doprowadziło go do fascynującej lektury wyników badań
przeprowadzonych przez Cindy Hazan i Phillipa Shavera. Wynikało z nich,
że dorośli w swoich romantycznych związkach wykazują podobne wzorce
przywiązania, jak dzieci w stosunku do swoich rodziców. Zgłębiając temat
jeszcze bardziej, Amir zaczął dostrzegać przejawy tego typu zachowań
wszędzie wokół siebie. Wówczas zdał sobie sprawę, że wiedza ta może mieć
zdumiewające przełożenie na życie codzienne i pomóc wielu ludziom w ich
relacjach uczuciowych.
Gdy tylko Amir zrozumiał potencjalne korzyści płynące z możliwości
wykorzystania teorii przywiązania w pracy z dorosłymi, zadzwonił do
swojej wieloletniej przyjaciółki Rachel. Opowiedział jej, jak skutecznie
teoria więzi potrafi wyjaśnić wiele różnego rodzaju zachowań, do których
dochodzi w związkach pomiędzy dorosłymi, i poprosił ją, żeby pomogła mu
przełożyć akademicką wiedzę i dane naukowe na praktyczne wskazówki i rady, z których ludzie mogliby skorzystać, aby odmienić swoje życie. I w ten sposób właśnie powstała ta książka.
STYLE PRZYWIĄZANIA: BEZPIECZNY, LĘKOWY I UNIKAJĄCY
Style przywiązania u dorosłych określają ich stosunek do bliskości i sposoby, w jakie na nią reagują w romantycznej relacji. Podobnie jak u dzieci, wyróżniamy tutaj trzy główne style przywiązania: bezpieczny,
lękowy i unikający. Najkrócej mówiąc: ludzie przejawiający styl
bezpieczny czują się dobrze w bliskich relacjach i są zwykle ciepli i kochający; ci o stylu lękowym bardzo pragną bliskości, często są
przesadnie zaangażowani w swoje relacje i martwią się o to, na ile
partner odwzajemnia ich uczucia; dla osób o stylu unikającym, bliskość
jest równoznaczna z utratą niezależności i dlatego starają się ją
minimalizować. Poza tym każdy z tych stylów różni się także pod
względem:
postrzegania bliskości i wspólnoty z drugim człowiekiem,
sposobu radzenia sobie z konfliktami,
podejścia do seksu,
umiejętności komunikowania pragnień i potrzeb,
oczekiwań od partnera i relacji.
Wszystkich ludzi, nieważne, czy dopiero zaczęli się z kimś spotykać, czy
też od czterdziestu lat pozostają w związku, można przypisać do jednej z tych trzech kategorii albo (rzadziej) do kategorii stanowiącej
połączenie dwóch ostatnich (chodzi o osoby wykazujące jednocześnie cechy
lękowe i unikające). Do kategorii "bezpieczni" zalicza się nieco ponad
50% populacji: "lękowi" stanowią około 20%, podczas gdy unikający 25%;
pozostałe 3-5% to osoby należące do rzadszej kategorii stanowiącej
połączenie stylów lękowego i unikającego.
Badania nad przywiązaniem u dorosłych zaowocowały setkami prac i dziesiątkami książek, które dokładnie nakreślają sposoby zachowań w bliskich romantycznych związkach. Istnienie wspomnianych stylów
przywiązania u dorosłych w wielu krajach i kulturach zostało już
wielokrotnie potwierdzone, a świadomość ich istnienia to prosty i sprawdzony sposób, by zrozumieć i przewidzieć zachowania ludzi we
wszelkiego rodzaju relacjach uczuciowych. Jednym z głównych założeń tej
teorii jest to, że każdy z nas jest z góry zaprogramowany na określony
sposób zachowania w romantycznej sytuacji.
Skąd biorą się style przywiązania?
Początkowo sądzono, że style przywiązania są przede wszystkim wynikiem
sposobu wychowania dzieci przez rodziców. Stąd wzięła się hipoteza, że
aktualny styl przywiązania danej osoby jest zdeterminowany sposobem, w jaki zajmowano się nią w dzieciństwie. Jeśli twoi rodzice byli
współczujący, dostępni i reagowali na twoje potrzeby, powinieneś
prezentować styl bezpieczny; jeśli okazywali ci ambiwalencję, wówczas
zapewne rozwinął się u ciebie styl lękowy; jeśli zaś zachowywali
dystans, byli sztywni i nie reagowali na twoje potrzeby, wówczas
najpewniej wykształcił się u ciebie styl unikający. Dziś wiemy jednak,
że na zachowania dorosłych w relacjach uczuciowych ma wpływ wiele
różnych czynników - to, jak zajmowali się nami nasi rodzice, ma co
prawda znaczenie, ale liczą się także na przykład nasze życiowe
doświadczenia. Więcej na ten temat piszemy w rozdziale 7.
TAMARA I GREG - SPOJRZENIE Z NOWEJ PERSPEKTYWY
Gdy spojrzeliśmy na związek Tamary i Grega z perspektywy stylów
przywiązania, zobaczyliśmy go nagle w zupełnie innym świetle. W badaniach nad tym zagadnieniem znaleźliśmy model Grega, który pasował do
niego w najdrobniejszym szczególe, doskonale podsumowując to, jak
mężczyzna myślał, zachowywał się i reagował na swoje otoczenie. Model
ten przewidywał dystansowanie się od Tamary, szukanie w niej wad,
wszczynanie kłótni, które niweczyły cały postęp, jaki zdążył dokonać się
w ich relacji, jak również unaoczniał niesamowitą trudność, z jaką
przychodziło mu powiedzieć "kocham cię". Intrygujące było to, że teoria
więzi wyjaśniała fakt, iż Greg chciał być blisko Tamary, ale
jednocześnie czuł potrzebę odpychania jej. Nie działo się to jednak
dlatego, że nie był w niej zakochany albo że myślał, że nie jest dla
niego dostatecznie dobra (czego obawiała się Tamara). Wręcz przeciwnie -
Greg odpychał ją, bo czuł, że bliskość, która się pomiędzy nimi
zrodziła, wzrasta.
Okazało się, że także przeżycia Tamary nie były wyjątkowe. Teoria więzi
z niespotykaną precyzją potrafiła wyjaśnić również jej zachowania, myśli
i sposoby reagowania. Były one typowe dla osoby o lękowym stylu
przywiązania. Zgodnie z teorią przywiązania Tamara, w odpowiedzi na
dystansujące działania Grega, coraz bardziej do niego lgnęła. Typowa
okazała się także jej nieumiejętność skoncentrowania się na pracy,
ciągłe myślenie o związku i ogólne przewrażliwienie na tle wszystkiego,
co robił Greg. Teoria więzi przewidziała nawet to, że mimo iż Tamara
zdecydowała się w końcu na zerwanie, nie mogła znaleźć w sobie siły, by
odejść; wyjaśniała, dlaczego - mimo że Tamara dokładnie wiedziała, jak
powinna postąpić, i zgadzała się z radami przyjaciół - zrobiłaby niemal
wszystko, żeby być blisko Grega. Przede wszystkim jednak teoria ta
tłumaczyła, dlaczego tej parze tak trudno było się dogadać, mimo że
naprawdę się kochali. Mówili po prostu dwoma różnymi językami, potęgując
w sobie nawzajem swoje naturalne tendencje - jej do szukania fizycznej i emocjonalnej bliskości, jego do wybierania niezależności i unikania
intymności. Trafność tego opisu była niesamowita. Tak jakby badacze
zajmujący się teorią przywiązania znali najbardziej intymne szczegóły z życia tej pary i ich najbardziej osobiste myśli. Interpretacje
psychologiczne bywają czasem dość mgliste, pozostawiając wiele miejsca
na domysły. Tymczasem teoria więzi okazała się dostarczać dokładnych,
zbadanych informacji na temat działania relacji, która wcześniej
wydawała się zupełnie wyjątkowa.
Zmiana stylu przywiązania nie jest niemożliwa - ten zmienia się średnio
u jednej na cztery osoby w okresie czterech lat. Jednak większość ludzi
w ogóle nie zdaje sobie z tego sprawy, więc takie zmiany zachodzą bez
ich świadomości, a tym bardziej bez wnikania w przyczyny. Czy nie byłoby
wspaniale, gdybyśmy mogli pomóc ludziom osiągnąć pewien poziom kontroli
nad tymi jakże istotnymi dla życia transformacjami? Ileż pozytywnych
zmian mogłaby wnieść w nie świadoma praca nad osiągnięciem
bezpieczniejszego stylu przywiązania?
Dla nas poznawanie trzech stylów przywiązania okazało się prawdziwym
objawieniem: wszędzie odkrywaliśmy ich działanie. Dzięki teorii
przywiązania zobaczyliśmy w nowym świetle własne relacje emocjonalne,
jak również związki innych ludzi. Określając styl przywiązania
pacjentów, kolegów i przyjaciół, mogliśmy inaczej zinterpretować ich
zachowania i znacznie lepiej je zrozumieć. Przestały one wydawać nam się
niezrozumiałe i skomplikowane; przeciwnie - stały się raczej
przewidywalne w okolicznościach, w jakich te osoby się znalazły.
WPŁYW EWOLUCJI
Teoria więzi opiera się na założeniu, że potrzeba bycia w bliskiej
relacji jest wpisana w nasze geny. To błysk geniuszu Johna Bowlby'ego
pozwolił mu zrozumieć, że ewolucja zaprogramowała nas tak, byśmy
wybierali w życiu kilka konkretnych osób i nadawali im szczególną
wartość. Jesteśmy zaprogramowani do pozostawania w relacji zależności z ważnymi dla nas osobami. Potrzeba ta zaczyna się jeszcze przed naszym
narodzeniem i kończy dopiero wraz ze śmiercią. Bowlby twierdził, że w toku ewolucji selekcja naturalna wybierała te osobniki, które
przywiązywały się do innych, ponieważ przywiązanie oznaczało przewagę
ułatwiającą przeżycie. W czasach prehistorycznych ludzie, którzy
polegali jedynie na sobie i nie mieli nikogo, kto by ich obronił,
łatwiej padali ofiarą różnych nieszczęść, podczas gdy ci, którzy byli w relacji z osobą, która o nich dbała, częściej przeżywali i przekazywali
skłonność do tworzenia bliskich więzi swoim potomkom. W rzeczy samej,
potrzeba posiadania bliskiej osoby jest tak ważna, że w naszych mózgach
wykształcił się osobny biologiczny mechanizm odpowiedzialny wyłącznie za
tworzenie i regulowanie relacji z ludźmi, do których jesteśmy
przywiązani (rodzicami, dziećmi, partnerami). Nazywa się on "systemem
przywiązania" i składa z emocji oraz zachowań, które zapewniają nam
poczucie bezpieczeństwa i ochrony płynące z samego tylko faktu
przebywania blisko kochanej osoby. Mechanizm ten tłumaczy, dlaczego
dziecko rozdzielone z matką wpada w rozpacz, panicznie jej szuka albo
zaczyna w niekontrolowany sposób płakać i nie przestaje, aż matka znów
się pojawi. Tego typu reakcje nazywamy zachowaniami protestacyjnymi;
wszyscy, nawet jako dorośli, czasem je wykazujemy. W czasach
prehistorycznych obecność ważnej osoby mogła się okazać kwestią życia
lub śmierci, więc nasz system przywiązania rozwinął się w taki sposób,
że traktuje bliskość jako absolutną konieczność.
Wyobraź sobie, że słyszysz w wiadomościach o katastrofie samolotowej, do
której doszło na trasie, jaką miał tego wieczora lecieć twój partner. Z pewnością możesz niemal fizycznie odczuć to przerażające uczucie, ten
ścisk żołądka i wzbierającą histerię - wszystko to byłyby objawy
działania systemu przywiązania, a paniczne telefony do informacji
lotniskowej byłyby w tej sytuacji tzw. zachowaniami protestacyjnymi.
Niezwykle ważnym aspektem ewolucji jest heterogeniczność. Ludzie są
bardzo heterogenicznym gatunkiem - poszczególne osobniki znacznie różnią
się od siebie wyglądem, konstrukcją psychiczną i zachowaniem. Tę
różnorodność tłumaczy się naszą ogromną liczebnością, jak również
wysokimi umiejętnościami adaptacyjnymi, które pozwalają nam żyć w niemal
każdej ekologicznej strefie na Ziemi. Gdybyśmy byli identyczni,
istnieniu naszego gatunku zagrażałaby każda pojedyncza zmiana
środowiskowa. Odmienność podnosi nasze szanse na przetrwanie - zawsze
znajdzie się jakaś część populacji, która będzie w pewien sposób
wyjątkowa i przetrwa, gdy inni zginą. Style przywiązania nie różnią się
pod tym względem od innych ludzkich cech. Mimo że wszyscy mamy
podstawową potrzebę tworzenia bliskich więzi, różnimy się pod względem
sposobu, w jaki to robimy. W bardzo niebezpiecznym środowisku intensywne
inwestowanie czasu i energii tylko w jedną osobę jest mniej korzystne ze
względu na niskie prawdopodobieństwo, że taki człowiek pozostanie z nami
na dłużej; sensowniej jest wówczas nie przywiązywać się aż tak bardzo,
by w miarę łatwo przystosować się do konieczności życia bez niego (w takich warunkach wykształcił się styl unikający). Innym sposobem na
przetrwanie w trudnym otoczeniu jest działanie przeciwne -
przewrażliwienie na punkcie pozostawania blisko obiektu przywiązania i nieustępliwość w tym względzie (styl lękowy). W spokojniejszych
okolicznościach bliskie więzi tworzyły się na zasadzie konsekwentnego
inwestowania w konkretną osobę, które przekładało się na korzyści dla
zarówno jednostki, jak i jej potomstwa (tak powstał bezpieczny styl
przywiązania).
Oczywiście nam, ludziom żyjącym we współczesnym społeczeństwie, nie
zagrażają już dzikie zwierzęta, których mogli obawiać się nasi
przodkowie. Jednak w sensie ewolucyjnym od starych wzorców dzielą nas
zaledwie setne sekundy. Nasz emocjonalny mózg dostaliśmy w spadku od
homo sapiens, którzy żyli w zupełnie innych czasach, a nasze emocje
wciąż działają podobnie jak wówczas i wciąż są gotowe pomagać nam
mierzyć się z podobnymi do tamtych problemami. Uczucia i zachowania,
które obecnie przeżywamy w bliskich relacjach, nie różnią się zbytnio od
tych, jakich doświadczali nasi odlegli przodkowie.
ZACHOWANIA PROTESTACYJNE W ERZE CYFROWEJ
Wyposażeni w nową wiedzę na temat wpływu stylów przywiązania na nasze
codzienne życie, zaczęliśmy zupełnie inaczej postrzegać działania ludzi.
Zachowania, które wcześniej przypisywaliśmy czyimś cechom osobowości,
albo takie, które opisywaliśmy jako przesadzone, z perspektywy teorii
przywiązania okazywały się zupełnie zrozumiałe. Nasze odkrycia związane
z tym zagadnieniem pozwoliły nam spojrzeć inaczej na niezdolność Tamary
do porzucenia Grega, mimo że była przez niego nieszczęśliwa. Nagle stało
się jasne, że zachowanie naszej przyjaciółki wcale nie musi wynikać ze
słabości, że może raczej być skutkiem działania podstawowych instynktów,
które nakazują Tamarze za wszelką cenę utrzymać kontakt z obiektem
przywiązania, przy czym działanie tychże instynktów jest w dużej mierze
wzmacniane przez lękowy styl przywiązania naszej koleżanki.
W przypadku Tamary potrzeba bycia blisko Grega była wyzwalana przez
najmniejszy znak świadczący o zagrożeniu, polegającym na tym, że jej
ukochany znajdował się poza jej zasięgiem, nie reagował na nią, być może
miał kłopoty. W sensie ewolucyjnym rezygnacja byłaby w takiej sytuacji
szaleństwem. Uciekanie się do zachowań protestacyjnych, takich jak
dzwonienie kilka razy dziennie czy próby wywołania jego zazdrości,
wydawało się w tym nowym świetle zupełnie zrozumiałe.
W teorii więzi szczególnie spodobało nam się to, że została ona
sformułowana w oparciu o dużą liczbę danych. W przeciwieństwie do wielu
innych teorii psychologicznych, które powstały w oparciu o rozmowy z parami przychodzącymi na terapię, ta czerpie informacje od ogółu
populacji - od tych, którzy żyją w szczęśliwych związkach, i tych,
którzy takich związków nie mają, od tych, którzy nigdy nie brali udziału
w terapii, i tych, którzy aktywnie szukali tego rodzaju pomocy. Teoria
ta pozwoliła nam zrozumieć nie tylko to, co się w relacjach
emocjonalnych nie udaje, ale także to, co działa poprawnie, oraz dotrzeć
do całej grupy ludzi, o których w większości książek o związkach
praktycznie się nie pisze. Co więcej, teoria więzi nie etykietuje
zachowań, określając je jako zdrowe lub niezdrowe. Żaden ze stylów
przywiązania sam w sobie nie jest tu postrzegany jako "patologiczny".
Wręcz przeciwnie, romantyczne zachowania, które wcześniej uważano za
dziwne lub błędne, w świetle tej teorii wydają się zrozumiałe,
przewidywalne, a nawet oczekiwane. Jesteś z kimś, mimo że on nie jest
pewien swoich uczuć do ciebie? Rozumiemy. Mówisz, że chcesz odejść, ale
kilka minut później zmieniasz zdanie i stwierdzasz, że rozpaczliwie
chcesz zostać? Też rozumiemy.
Czy takie zachowania są skuteczne i czy warto je stosować? To już
zupełnie inna historia. Ludzie o bezpiecznym stylu przywiązania wiedzą,
jak komunikować swoje oczekiwania i skutecznie reagować na potrzeby
partnera, nie uciekając się jednocześnie do zachowań protestacyjnych.
Dla całej reszty zrozumienie to dopiero początek.
OD TEORII DO PRAKTYKI - TWORZENIE KONKRETNYCH INTERWENCJI PSYCHOLOGICZNYCH W OPARCIU O TEORIĘ PRZYWIĄZANIA
Przynosząc ze sobą zrozumienie tego, że ludzie znacznie różnią się od
siebie w kwestii potrzeb związanych z intymnością i bliskością oraz że
te różnice mogą powodować spięcia, teoria więzi zaoferowała nam nowe
spojrzenie na romantyczne relacje. Jednak mimo że badania ułatwiły nam
ich zrozumienie, nie dały jednoznacznej odpowiedzi na to, jak można tę
wiedzę praktycznie wykorzystać. Teoria więzi zawiera w sobie obietnicę
poprawienia uczuciowych związków między ludźmi, konieczne było jednak
przełożenie wiedzy laboratoryjnej na dostępny przewodnik, zawierający
dające się wykorzystać w prawdziwym życiu rady. Ponieważ jednak byliśmy
przekonani, że w teorii więzi leży klucz do lepszych relacji między
ludźmi, skupiliśmy się na dalszym poszerzaniu naszej wiedzy o trzech
stylach przywiązania i tego, w jaki sposób oddziałują na siebie w codziennych interakcjach.
Zaczęliśmy przeprowadzać rozmowy z ludźmi, których znaliśmy z różnych
środowisk: z naszymi współpracownikami i pacjentami, ale również z laikami w dziedzinie psychologii, posiadającymi wiedzę z innych
dziedzin. Rozmawialiśmy z ludźmi w różnym wieku. Spisywaliśmy skrócone
historie ich związków i romantycznych doświadczeń, którymi zechcieli się
z nami podzielić. Przeprowadzaliśmy też obserwacje na żywo. Ocenialiśmy
style przywiązania, analizując to, co dane osoby mówiły, jakie wyrażały
podejście do związków, jak się zachowywały; od czasu do czasu
proponowaliśmy też konkretne rozwiązania różnych problemów w oparciu o teorię przywiązania. Opracowaliśmy technikę samodzielnego oceniania - w stosunkowo krótkim czasie - stylu przywiązania drugiej osoby. Uczyliśmy
ludzi, w jaki sposób wykorzystywać, a nie zwalczać, swoje związane z przywiązaniem instynkty - nie tylko po to by unikać wchodzenia w nieszczęśliwe relacje, ale także po to, by odkrywać w innych "skarby",
które warto pielęgnować. I zadziałało!
Zauważyliśmy, że w przeciwieństwie do innych interwencji
terapeutycznych, które skupiają się głównie albo na singlach, albo na
osobach pozostających w związkach, teoria więzi nadaje się do opisu
wielu obszarów relacji emocjonalnych i można ją wykorzystać niezależnie
od etapu życia uczuciowego, na jakim dana osoba aktualnie się znajduje.
Istnieją konkretne zastosowania tej teorii w przypadku ludzi, którzy są
na etapie spotykania się z różnymi osobami, tych we wczesnych fazach
związku, jak również tych, którzy od dawna trwają w jakiejś relacji,
oraz tych, którzy właśnie przeżywają rozstanie - niezależnie od tego,
czy same odeszły, czy zostały porzucone. Wszystkie te sytuacje łączy to,
że daje się zastosować do nich teorię przywiązania, niosąc ludziom na
wszystkich etapach życia pomoc w tworzeniu lepszych związków.
TEORIA A ŻYCIE
Po jakimś czasie wszystkie osoby zaangażowane w nasz projekt zaczęły w naturalny sposób stosować żargon związany z teorią przywiązania. Podczas
sesji terapeutycznych albo lunchu zdarzało nam się słyszeć: "Nie mogę
się z nim spotykać. To oczywiste, że jest unikający". Albo: "Znasz mnie,
jestem lękowa, krótki romans to ostatnie, czego potrzebuję". Aż trudno
było uwierzyć, że do niedawna wszystkie te osoby nie wiedziały nawet o istnieniu trzech stylów przywiązania.
Oczywiście również Tamara, gdy dowiedziała się wszystkiego na temat
teorii przywiązania i naszych odkryć, podnosiła ten temat w niemal
każdej rozmowie z nami. Wreszcie zebrała w sobie dostatecznie dużo siły,
by zerwać swoją luźną relację z Gregiem i krótko potem - z chęci odwetu
- zaczęła znów chodzić na randki. Wyposażona w nową wiedzę na temat
teorii przywiązania, potrafiła teraz elegancko wymykać się adoratorom,
którzy reprezentowali styl unikający; wiedziała już, że takie osoby nie
są dla niej odpowiednie. Kiedyś zamęczałaby się całymi dniami,
analizując, co mogą myśleć, czy zadzwonią, czy mają wobec niej poważne
zamiary. Teraz sama szybko ich odrzucała, świadomie szukając mężczyzny
zdolnego do bliskości i kochania jej w taki sposób, w jaki chciała być
kochana.
Po jakimś czasie poznała Toma, który reprezentował zdecydowanie
bezpieczny styl przywiązania. Ich związek rozwijał się tak gładko, że
Tamara niemal o nim nie mówiła. Nie chodziło o to, że nie chciała
dzielić się z nami intymnymi szczegółami. Po prostu znalazła bezpieczną
przystań, omijaną przez kryzysy i dramaty, które musiałaby z kimś
omówić. Jeśli o czymś opowiadała, to o tym, jak miło spędzają razem
czas, o wspólnych planach na przyszłość i o pracy, w której znów zaczęła
odnosić sukcesy.
ZASTOSOWANIE PRAKTYCZNE
Ta książka jest wynikiem przełożenia naszych badań nad teorią
przywiązania na praktyczne wskazówki. Mamy nadzieję, że nasi czytelnicy,
podobnie jak wielu naszych przyjaciół, współpracowników oraz pacjentów,
skorzystają z przedstawionej tu wiedzy i rad i że pomogą im one
podejmować lepsze decyzje w życiu osobistym. Z kolejnych rozdziałów
dowiesz się więcej na temat każdego z trzech stylów przywiązania oraz
ich wpływu na podejście do miłości i zachowania w romantycznych
sytuacjach. Ta nowa wiedza pozwoli ci inaczej spojrzeć na dotychczasowe
porażki w tej dziedzinie; dzięki niej lepiej zrozumiesz motywacje
zarówno swoje, jak i innych; dowiesz się, jakie masz potrzeby i z kim
masz szansę stworzyć szczęśliwy związek. Jeśli już jesteś w związku z partnerem, którego styl przywiązania stoi w konflikcie z twoim własnym,
zrozumiesz lepiej, dlaczego oboje myślicie i działacie w określony
sposób, a także poznasz strategie na podniesienie swojego poziomu
satysfakcji ze związku. Tak czy inaczej, zaczniesz doświadczać zmiany. I będzie to oczywiście zmiana na lepsze!
2. Potrzeba bliskości nie jest niczym złym
2.
Potrzeba bliskości nie jest niczym złym
Kilka lat temu w telewizji można było
oglądać reality show, w którym kilka par brało udział w wyścigu dookoła
świata, wykonując przy tym różne wymagające zadania. Wśród nich znaleźli
się też Karen i Tim - para idealna: oboje piękni, seksowni, inteligentni
i odnoszący sukcesy. Różne wyzwania, którym musieli stawić czoła w programie, ujawniły też pewne intymne szczegóły dotyczące ich związku:
Karen chciała wyjść za mąż, Tim był temu niechętny. Ona pragnęła
większej bliskości, on cenił sobie swoją niezależność. Podczas
szczególnie stresujących momentów wyścigu, jak również często po kłótni,
Karen potrzebowała, żeby Tim wziął ją za rękę. On jednak robił to
niechętnie: gest ten wydawało mu się przesadnym okazywaniem bliskości,
poza tym nie chciał poddawać się każdemu kaprysowi partnerki.
Tim i Karen długo prowadzili w wyścigu i niemal wygrali dużą nagrodę
pieniężną. Aż do ostatniego odcinka, w którym zostali pokonani. Gdy na
koniec zapytano ich, czy patrząc wstecz, dostrzegają coś, co mogli byli
zrobić inaczej, Karen powiedziała: "Myślę, że przegraliśmy, bo byłam za
mało samodzielna. Z perspektywy widzę, że moje zachowanie było
przesadzone. Podczas wyścigu wiele razy potrzebowałam, żeby Tim wziął
mnie za rękę. Nie wiem, czemu było to dla mnie takie ważne. Ale
wyciągnęłam z tej sytuacji lekcję i zdecydowałam, że w przyszłości nie
będę się tak zachowywać. Dlaczego tak często potrzebowałam jego dotyku?
To głupie. Powinnam była zachować zimną krew i nie domagać się od niego
tego gestu." Tim mówił bardzo niewiele: "Wyścig w żaden sposób nie
przypomina prawdziwego życia. Nie mieliśmy nawet czasu, żeby się
porządnie pokłócić. Przeskakiwaliśmy tylko z jednego zadania w drugie".
Oboje pominęli w tych podsumowaniach jeden ważny fakt: Tim bardzo się
zestresował przed skokiem na bungee i niemal zrezygnował z dalszej
rywalizacji. Mimo zachęt ze strony Karen i jej zapewnień, że skoczy z nim, po prostu nie był w stanie tego zrobić; w pewnym momencie nawet
zdjął z siebie cały sprzęt i chciał odejść. Wreszcie zebrał się na
odwagę, żeby wykonać zadanie, ale właśnie to konkretne wahanie sprawiło,
że para straciła prowadzenie.
Teoria więzi w przypadku dorosłych uczy nas, iż podstawowe założenie
Karen, że powinna sama kontrolować swoje emocjonalne potrzeby i samodzielnie uspokajać się w stresujących sytuacjach, jest po prostu
nieprawdziwe. Dziewczyna doznała za problem swoje "przesadne" potrzeby.
Badania nad przywiązaniem dostarczają jednak argumentów za zupełnie
przeciwną tezą. To, że się do kogoś przywiązujemy, oznacza, że nasz mózg
zostaje zaprogramowany na szukanie w tej osobie wsparcia poprzez
upewnianie się o jej fizycznej i psychicznej bliskości. Jeśli nie
otrzymujemy zapewnienia od niej od wybranka, nasz mechanizm przywiązania
nakazuje nam starać się o nie tak długo, aż je otrzymamy. Gdyby Karen i Tim to rozumieli, ona nie czułaby się zawstydzona swoją potrzebą
złapania go za rękę w stresującym momencie podczas wyścigu, który jest
transmitowany przez telewizję na cały kraj. Z kolei Tim rozumiałby, że
ten prosty gest może dać im przewagę, której potrzebują, żeby wygrać.
Gdyby wiedział, że reagując dostatecznie wcześnie na potrzebę Karen,
oszczędza czas, który i tak musiał później poświęcić na "gaszenie
pożarów" wywołanych przez spotęgowany stres, być może sam dotykałby
dłoni partnerki, zauważywszy, że dziewczyna zaczyna się denerwować, i nie czekał nawet, aż o to poprosi. Co więcej, gdyby sam potrafił przyjąć
wsparcie, które oferowała mu Karen, pewnie wcześniej zdecydowałby się
skoczyć na bungee.
Z teorii przywiązania wynika, że w przypadku większości ludzi
"przesadna" potrzeba bliskości znika, gdy tylko się ją zaspokoi, a im
wcześniej się to dzieje, tym lepiej. Osoby, u których emocjonalna
potrzeba bliskości zostaje zaspokojona, zwykle kierują swoją uwagę na
zewnątrz. W literaturze poświęconej teorii przywiązania zjawisko to
nazywa się czasem "paradoksem zależności": im bardziej ludzie zależą od
siebie nawzajem, tym bardziej niezależni i odważni się stają. Karen i Tim nie rozumieli, jak mogą wykorzystać łączącą ich emocjonalną więź, by
zwyciężyć w wyścigu.
PRZESZLIŚMY DŁUGĄ DROGĘ (ALE NADAL NIE JESTEŚMY U CELU)
Samoobwinianie się Karen, która postrzegała siebie jako przesadnie
potrzebującą, i nieświadomość Tima, jeśli chodzi o jego rolę w tym
związku, nie są zaskakujące i właściwie ani jej, ani jego nie można za
nie winić. Ostatecznie w naszej kulturze niechętnie patrzy się na
podstawowe potrzeby związane z bliskością, intymnością, a zwłaszcza
zależnością, wynosząc niezależność ponad wszystko. Wydaje nam się, że to
właściwe podejście, gdy tymczasem często nas ono unieszczęśliwia.
Błędne przekonanie, że ludzie powinni być emocjonalnie samowystarczalni,
nie jest niczym nowym. Jeszcze nie tak dawno temu w społeczeństwach
zachodnich wierzono, że dzieciom dobrze robi zostawianie ich samych, że
powinno się uczyć je, by same się uspokajały. Teoria więzi obaliła to
podejście - przynajmniej w stosunku do dzieci. W latach czterdziestych
ubiegłego stulecia eksperci ostrzegali, że przesadne "pieszczenie się" z dzieckiem pielęgnuje w nim brak samodzielności i pewności siebie i że
takie dziecko wyrasta później na osobę niezrównoważoną, niedostosowaną
do życia. Rodziców niemowląt uczono, że nie powinni "przesadzać" w okazywaniu zainteresowania swoim dzieciom, że powinni pozwalać im płakać
godzinami i uczyć je jedzenia jedynie o wyznaczonych godzinach. Dzieci w szpitalach były izolowane od bliskich, którzy mogli je oglądać jedynie
przez przeszklone ściany. Pracownicy socjalni przy najmniejszych
oznakach problemów zabierali dzieci z domów i umieszczali je w placówkach opieki zastępczej.
Do niedawana jeszcze w teoriach na temat wychowania dominowało
przekonanie o konieczności zachowania odpowiedniego dystansu pomiędzy
rodzicami a dziećmi i oszczędnego dawkowania fizycznej bliskości. W popularnym w latach dwudziestych XX wieku poradniku dla rodziców
autorstwa Johna Broadusa Watsona (Psychological Care of Infant and
Child) ostrzegano przed niebezpieczeństwami "nadmiernej matczynej
miłości". Swoją książkę autor zadedykował "pierwszej matce, której uda
się wychować szczęśliwe dziecko". Szczęśliwe czyli samodzielne, odważne,
umiejące na sobie polegać, łatwo adaptować się do zmian otoczenia i rozwiązywać problemy; takie dziecko nie powinno płakać, chyba że z powodu fizycznego cierpienia; powinno zajmować się pracą i zabawą i nie
przywiązywać się przesadnie ani do ludzi, ani do miejsc.
Przed powstaniem przełomowych prac Mary Ainsworth i Johna Bowlby'ego,
twórców teorii przywiązania z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych
ubiegłego stulecia, psycholodzy nie doceniali wagi więzi pomiędzy
rodzicami a dziećmi. Przywiązanie dziecka do matki było postrzegane jako
uboczny produkt faktu, że otrzymuje ono od niej pokarm i utrzymanie;
wierzono po prostu, iż dziecko szuka bliskości matki dlatego, że kojarzy
mu się ona z pożywieniem. Bowlby jednakże, obserwując dzieci, które
straciły rodziców w wyniku drugiej wojny światowej i wychowywane były w instytucjach opiekuńczych, zauważył, że nie rozwijają się one prawidłowo
nawet wówczas, wszystkie spełniane są ich fizyczne potrzeby. Pozbawione
obiektu przywiązania dzieci wykazywały opóźnienia w rozwoju fizycznym,
intelektualnym, emocjonalnym i społecznym. Badania Ainsworth i Bowlby'ego jasno pokazały, że bliskość jest dla dziecka tak samo
nieodzowna jak picie i jedzenie.
POTRZEBA PRZYWIĄZANIA - NIE TYLKO DLA DZIECI
Bowlby zawsze twierdził, że przywiązanie jest integralną częścią
zachowania człowieka przez całe jego życie. Potem Mary Main odkryła, że
również dorosłych da się przypisać do konkretnych kategorii w oparciu o to, jak wyglądały ich wczesne relacje z bliskimi osobami, co z kolei ma
wpływ na ich własne rodzicielskie zachowania. Niezależnie od pracy tej
badaczki, Cindy Hazan i Philip Shaver również odkryli, że dorośli
posiadają konkretne style przywiązania, które ujawniają się w ich
związkach uczuciowych. Po raz pierwszy odkryli to, publikując w dzienniku "Rocky Mountain News" tak zwany quiz miłosny, w którym
poprosili ochotników o zaznaczenie jednego z trzech twierdzeń, które
najlepiej opisuje ich uczucia i nastawienie do związku. Każde z nich
korespondowało z jednym z trzech stylów przywiązania i brzmiało tak:
Stosunkowo łatwo przychodzi mi nawiązanie bliskich relacji z innymi,
czuję się dobrze, mając poczucie, że mogę na kimś polegać i że ktoś
polega na mnie. Raczej nie boję się porzucenia ani tego, że ktoś
mógłby zbytnio się do mnie zbliżyć. (Miara bezpiecznego stylu
przywiązania).
Bliskość z innymi jest dla mnie nieco kłopotliwa; trudno mi w pełni
komuś zaufać i pozwolić sobie na zależność. Stresuje mnie, gdy ktoś
przekracza mojej granice; osoby, z którymi do tej pory się
spotykałem/spotykałam, często domagały się ode mnie większej bliskości
niż ta, z którą czułem się/czułam się dobrze. (Miara unikającego stylu
przywiązania).
Mam poczucie, że inni niechętnie nawiązują ze mną tak bliskie relacje,
jak bym chciał/chciała. Będąc w związku, często martwię się, że nie
jestem dostatecznie kochany/kochana i mogę zostać porzucony/porzucona.
Chciałbym/chciałabym totalnej bliskości i to pragnienie czasem
odstrasza ludzi. (Miara lękowego stylu przywiązania.)
Zaskakujące okazało się to, że wyniki pokazały podobną dystrybucję
stylów przywiązania u dorosłych i u dzieci: większość dorosłych
biorących udział w badaniu czuła, że należy do kategorii "bezpieczny",
podczas gdy pozostali dzielili się albo na "unikających", albo na
"lękowych". Badacze odkryli także, że każdy ze stylów przywiązania
wiązał się z wyznawaniem odmiennych, konkretnych przekonań i podejść do
siebie samego, partnera, relacji i bliskości w ogóle.
Dalsze badania, przeprowadzone między innymi przez Hazan i Shavera,
potwierdziły te odkrycia. Okazało się, że - tak jak przypuszczał Bowlby
- przywiązanie odgrywa znaczącą rolę nie tylko w dzieciństwie, ale przez
całe życie człowieka. Różnica polega jedynie na tym, że dorośli są
zdolni do wyższego poziomu abstrakcji, więc nasza potrzeba stałej
fizycznej obecności obiektu przywiązania może być czasami przejściowo
zastąpiona świadomością, że ta osoba jest dla nas dostępna psychicznie i emocjonalnie. Koniec końców chodzi jednak cały czas o tę samą potrzebę
bliskości z drugim człowiekiem i pewności, że jest on dla nas dostępny.
Niestety, tak samo jak w przeszłości ignorowana była waga relacji
dziecko-rodzic, dzisiaj niedoceniane jest znaczenie przywiązania w dorosłości. Pośród dorosłych wciąż przeważa przekonanie, że "zbytnia"
wzajemna zależność partnerów w związku jest czymś złym.
MIT WSPÓŁUZALEŻNIENIA
Teoria współuzależnienia i inne popularne współcześnie podejścia, na
które możemy natknąć się w poradnikach psychologicznych, przedstawiają
związki w sposób odzwierciedlający poglądy dotyczące relacji
rodzic-dziecko, jakie przeważały w pierwszej połowie XX wieku (pamiętasz
"szczęśliwe dziecko" wolne od "zbędnego" przywiązania?). Dzisiejsi
eksperci oferują rady, które brzmią mniej więcej tak: "Twoje szczęście
powinno pochodzić z twojego wnętrza i powinieneś go uzależniać od osoby,
z którą jesteś. Twój partner nie ma obowiązku dbać o twoje dobre
samopoczucie, a ty nie jesteś odpowiedzialny za jego nastroje. Każdy
powinien sam dbać o siebie. Naucz się nie dopuszczać do tego, by
ktokolwiek, nawet najbliższa ci osoba, był w stanie zakłócić twój
wewnętrzny spokój. Jeśli ta osoba zachowuje się w sposób, który podważa
twoje poczucie bezpieczeństwa, powinieneś być w stanie zdystansować się
emocjonalnie od tej sytuacji, skupić się na sobie i nie dać się wytrącić
z równowagi. Jeśli tego nie potrafisz, coś może być z tobą nie tak. Być
może jesteś z tą osobą zbytnio związany - współuzależniony - i musisz
się nauczyć stawiać granice".
Podstawowe założenie, które kryje się za tym sposobem myślenia, brzmi:
idealny związek to relacja dwojga samowystarczalnych ludzi, którzy łączą
się w dojrzały, pełen szacunku sposób, jednocześnie utrzymując jasne
granice. Jeśli rozwijasz w sobie silną zależność od partnera, oznacza
to, że jesteś w jakiś sposób wybrakowany i powinieneś pracować nad
wyznaczaniem własnych granic i "lepszą świadomością samego siebie". Przy
takim podejściu wizja, że ktoś może potrzebować swojego partnera, to
najgorszy możliwy scenariusz; potrzeba ta jest porównywana z uzależnieniem, a wszyscy wiemy, jak niebezpiecznie jest się od czegoś
uzależniać.
Wiedza na temat współuzależnienia okazała się niesamowicie pomocna, gdy
chodzi o członków rodzin osób cierpiących na uzależnienie od narkotyków
czy alkoholu (ponieważ to w tym obszarze teoria współuzależnienia miała
początkowo swoje zastosowanie), gdy jednak próbujemy bezkrytycznie
zastosować ją do wszystkich relacji, może nas prowadzić na manowce, a nawet okazać się potencjalnie szkodliwa. Karen, uczestniczka
telewizyjnego show, o której wcześniej wspomnieliśmy, była zapewne pod
wpływem tej właśnie szkoły myślenia, gdy krytykowała się za swoją
"przesadną" potrzebę bliskości. Zupełnie co innego na temat związków
mówi nam biologia.
PRAWDA BIOLOGICZNA
Liczne badania pokazują, że przywiązanie prowadzi do fizjologicznej
jedności z daną osobą. Obecność partnera reguluje nasze ciśnienie krwi,
tętno, oddech i poziom hormonów we krwi. Wiążąc się z kimś, przestajemy
być osobnymi bytami. Podkreślanie tej osobności w związkach pomiędzy
dorosłymi przez większość współczesnych popularnych szkół
psychologicznych nie wytrzymuje krytyki z perspektywy biologii.
Zależność jest faktem, a nie wyborem czy skłonnością.
Szczególnie dużo światła rzuca na to badanie przeprowadzone przez
doktora Jamesa Coana, dyrektora ośrodka badawczego Affective
Neuroscience Laboratory przy University of Virginia. Zajmuje się on
badaniami mechanizmów, poprzez które bliskie społeczne związki i szersze
sieci regulują nasze reakcje emocjonalne. W tym konkretnym badaniu,
które Coan przeprowadził we współpracy z Richardem Davidsonem i Hilary
Schaefer, wykorzystano rezonans magnetyczny MRI do przeskanowania mózgów
zamężnych kobiet w sztucznie wywołanej stresującej sytuacji (kobiety
biorące udział w badaniu były informowane o tym, że za chwilę zostaną
lekko porażone prądem).
W stresujących sytuacjach aktywuje się część mózgu zwana podwzgórzem.
Gdy kobiety czekały na zapowiedziane rażenie prądem w samotności, na
rezonansie widać było w tym obszarze podwyższoną aktywność. Następnie
jednak sprawdzano reakcje uczestniczek eksperymentu na tę samą sytuację,
gdy podczas oczekiwania na rażenie prądem mogły trzymać za rękę obcą
osobę. Tym razem badanie wykazało nieco niższą niż poprzednio aktywność
podwzgórza. Natomiast, gdy dłoń, którą kobieta mogła ściskać, należała
do jej męża, wówczas reakcja jej mózgu okazywała się jeszcze mniej
zauważalna - na tym etapie eksperymentu stres ledwie dawał się
zarejestrować. Co więcej, te kobiety, które wcześniej najlepiej oceniły
jakość swoich małżeństw, również najwięcej zyskiwały na możliwości
trzymania małżonka za rękę podczas badania. Do tego jednak jeszcze
wrócimy.
Eksperyment ten pokazuje, że gdy dwoje ludzi tworzy związek uczuciowy,
wpływają wzajemnie na swoje fizyczne i psychiczne samopoczucie. Fizyczna
bliskość i dostępność partnera regulują naszą reakcję na stres. Skoro
nasz partner ma tak wielki wpływ na nasze podstawowe reakcje
biologiczne, jak można od nas oczekiwać, że utrzymamy wysoki poziom
odrębności w związku?
Wspomniana już tutaj Karen to przykład osoby, która zdawała się
instynktownie rozumieć uzdrawiający wpływ dotyku dłoni partnera w stresującej sytuacji. Niestety później poddała się popularnym błędnym
wyobrażeniom i zaczęła postrzegać swoje instynktowne reakcje jako wyraz
wstydliwej słabości.
PARADOKS ZALEŻNOŚCI
Jeszcze na długo przed tym, zanim powstała technologia umożliwiająca
skanowanie mózgu, John Bowlby rozumiał, że potrzeba posiadania kogoś, z kim możemy dzielić życie, jest częścią naszego wyposażenia genetycznego
i nie ma nic wspólnego z tym, jak bardzo kochamy samych siebie albo czy
czujemy się spełnieni. Odkrył, że w chwili, gdy zaczynamy postrzegać
jakąś osobę jako szczególną, do gry wkraczają potężne i często
niekontrolowane siły. Niezależnie od tego, jak niezależni byliśmy do
tej pory, a czasem nawet wbrew naszej świadomej woli, zaczynamy
zachowywać się inaczej. Gdy już wybierzemy partnera, zależność od
drugiej osoby staje się faktem. Zawsze tak jest. Elegancka
współegzystencja, która nie wiązałaby się z niewygodnym uczuciem
bezbronności i lęku przed stratą, brzmi nieźle, ale biologia
zaprogramowała nas zupełnie inaczej. W toku ewolucji okazało się, że
największe korzyści przynosi jednak sytuacja, w której dwoje ludzi
zaczyna tworzyć fizjologiczną jedność: jeśli ona na coś reaguje, on też
nie pozostaje obojętny; jeśli on jest zdenerwowany, ta emocja udziela
się również jej. Druga osoba staje się częścią nas i zrobimy wszystko,
żeby ją ocalić. Uczucie, że dobro drugiej osoby jest naszym żywotnym
interesem, przekłada się na bardzo ważną korzyść, jaką jest przetrwanie
obu zaangażowanych w relację osobników.
***
Mimo odmiennych sposobów, w jakie osoby o różnych stylach przywiązania
uczą się radzić sobie z tymi potężnymi siłami - typy bezpieczny i lękowy
przyjmują je z otwartymi ramionami, podczas gdy typ unikający starają
się je tłumić - wszyscy jesteśmy zaprogramowani na to, by wchodzić w bliski związek z wybraną osobą. W rozdziale 6. przedstawiamy serię
eksperymentów, które dowiodły, że nawet osoby o stylu unikającym
wykazują potrzeby związane z przywiązaniem, ale aktywnie je tłumią.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki