Rozdział 1
Judyta
"Sprawiedliwość jest ostoją mocy i trwałości Rzeczypospolitej". Od zawsze byłam ciekawa, co tak naprawdę oznaczał ten napis na gzymsie sądu okręgowego w naszej pięknej, jakże zatłoczonej, przesiąkniętej pracoholizmem stolicy. Rażąco rzucał mi się w oczy, ilekroć miałam okazję bywać w tamtym sądzie. Bo według mnie albo ta ostoja mocy i trwałości była jednak mocno zachwiana, albo nie rozumiałam pojęcia sprawiedliwości. W każdym razie dzisiejszy wyrok na pewno jej nie gwarantował. Po pięciu latach pracy, a wcześniej trzech na aplikacji, powinnam już wiedzieć, jak działa system. Mogłabym wyryć na ścianie kancelarii motto, by klienci od początku wiedzieli, że do sądu idzie się po wyrok, nie po sprawiedliwość. Gdzieś to kiedyś usłyszałam i tak mi się spodobało, że teraz serwowałam to zdanie każdemu, kto był niezadowolony z rozstrzygnięcia swojej sprawy. Bo sprawiedliwość moich klientów zawsze miała znamię mocno subiektywne. Dzisiaj jednak nawet ja uważałam, że orzeczenie jest mocno krzywdzące i rażąco niesprawiedliwe, a przynajmniej niewspółmierne do tego, co zrobił mój klient. Możliwe, że byłam bardziej stronnicza niż zwykle, bo w końcu chodziło o mojego brata. Przyrodniego, do bólu głupiego, ale jednak brata.
- Chyba tak tego nie zostawimy, co, siostra? - zasugerował, gdy tylko wyszliśmy z sądu.
A potem sięgnął do kieszeni i chwilę później odpalał papierosa.
- Od kiedy ty palisz? - zapytałam z wyrzutem, wyrwałam mu szluga i wyrzuciłam do śmietnika stojącego obok.
Oburzenie i przekleństwo, które zaserwował mi braciszek, podkreślając, że to był jego ostatni, nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia.
- Od gimnazjum - odpyskował.
- A twoja matka o tym wie?
- Z pewnością. - Michał wzruszył obojętnie ramionami.
Spojrzałam na niego zdziwiona. Cóż, nie bardzo obchodziło mnie, jak Krystyna wychowywała swojego syna. W końcu to ona użerała się z nim przez całe życie. No i teraz trochę ja. A łatwym przypadkiem to on zdecydowanie nie był. Może dlatego, że nie miał prawidłowego męskiego wzorca. Ojciec był z Krystyną znacznie dłużej niż z moją mamą, ale rzadko bywał w domu. Częściej go nie było, niż był. Może dlatego Michał wplątał się w kłopoty już jako nastolatek. Żeby zwrócić na siebie jego uwagę.
- Nie, nie zostawimy - westchnęłam zrezygnowana. - Choć mógłbyś dostać te trzy lata, posiedziałbyś trochę w zakładzie z chłopakami, to może poszedłbyś po rozum do głowy.
- A to nie ty mówiłaś, że resocjalizacja to bujda i z zakładu wychodzi się jeszcze bardziej skrzywionym? - powiedział złośliwie.
Możliwe, że kiedyś coś takiego mi się przy nim wyrwało. Ale ogólnie uważałam, że była to kwestia bardzo indywidualna, zależała od predyspozycji skazanego i przede wszystkim jego motywacji popełnienia przestępstwa, za które siedział. W przypadku mojego brata sprawa była jasna - palił trawkę, dał się złapać z suszem i ewidentnie nie miał go jedynie na własny użytek, a już z pewnością był wszystkiego bardzo świadomy. Ale to była wersja dla mnie, jego obrońcy. Przed sądem mieliśmy nieco inne argumenty. Nie oznaczało to jednak, że nie przydałoby mu się trochę utrzeć nosa i dać nauczkę. Zwłaszcza że nie był to jego pierwszy wyskok w ostatnim czasie.
- Ojciec wie, że wywalili cię ze studiów? - zapytałam w końcu, kiedy szliśmy do mojego samochodu.
- Ja mu nie powiedziałem. Ale zapewne wie. - Michał popatrzył na mnie znacząco.
Ja też nie powiedziałam ojcu, ale nie o to Michałowi chodziło. Ojciec miał swoje sposoby, by obojga nas inwigilować. I nie było to przesadne określenie. Jakiś czas temu wydawało mi się, że zmiana nazwiska na panieńskie mojej mamy wystarczy, by ukrócić jego manię kontrolowania życia innych. Niestety, to było zbyt naiwne z mojej strony. Tak samo jak wtedy gdy wykrzyczawszy mu wszystkie żale z dzieciństwa, jakim to był beznadziejnym ojcem, myślałam, że da mi spokój. Cóż, myliłam się. Był jak skała. I nie, że twardy. Choć może to też. Po prostu nic do niego nie docierało. Gdyby usłyszał cokolwiek z tego, co do niego mówiłam, może miałabym z nim nieco lepszy kontakt. I częstszy niż tylko kawa w święta. Nawet mimo tego, że zostawił mnie i mamę.
- Dobra, powiedz, gdzie cię zawieźć. Ucieszyłoby mnie, gdybyś powiedział, że do jakiejś pracy - odezwałam się, gdy odpaliłam silnik i wyjechałam z parkingu.
- Sorry, siostra, nie tym razem.
- Z roboty też cię zwolnili? - Wcale nie byłam tym zaskoczona.
- Nie lubię, gdy coś mi się narzuca - odparł tym swoim luzackim tonem i rozparł się na siedzeniu, ustawiając je pod siebie.
Nie znosiłam, gdy ktoś przestawiał mi rzeczy w samochodzie, zwłaszcza fotel pasażera, który zwykle po wizycie mojego brata wyglądał jak loża dla VIP-a w kinie, a Michał bynajmniej nim nie był. Brakowało tylko, żeby wywalił nogi na tapicerkę z przodu i...
- Nawet o tym nie myśl! - Zainterweniowałam w ostatniej chwili, gdy zobaczyłam, że podnosi swój znoszony trampek z takim właśnie zamiarem. Odwrócił się w moją stronę, przewrócił oczami i skrzyżował ramiona na piersi. - Wiesz co, zdradzę ci pewną życiową prawdę. Dopóki nie zajmiesz najwyższego kierowniczego stanowiska w jakiejkolwiek pracy, zawsze ktoś będzie ci coś narzucał. I uwaga: z twoim doświadczeniem, wykształceniem, a przede wszystkim z zapałem do pracy długo po ten najwyższy stołek nie sięgniesz.
- Strasznie się spinasz. - Ziewnął.
- Za to ty jesteś nad wyraz wyluzowany jak na bezrobotnego, który właśnie dostał trzy lata i dziesięć tysięcy nawiązki.
Popatrzył na mnie znacząco z tym swoim leniwym uśmieszkiem. No tak, tatuś zapłaci i zapewni utrzymanie. Od lat na tym właśnie polegał jego udział w wychowaniu dzieci - brak relacji nadrabiał pieniędzmi. Na mnie to nie działało, ale młody czuł się z tym bardzo komfortowo. I zupełnie nie myślał o tym, że ojca kiedyś zabraknie, a w jego... branży mogło to nastąpić niespodziewanie szybko. Nie miałam jednak zamiaru zastępować gówniarzowi matki. Może kiedyś dostanie porządną nauczkę.
- Chyba, że ty coś zdziałasz. Wierzę w ciebie - dodał. - Masz jakiś pomysł?
- Jakiś mam.
- Powiesz coś więcej?
- Jak sobie to przemyślę i upewnię się, że to najlepsza podstawa do apelacji.
- No ale cokolwiek chyba możesz mi powiedzieć. Jest szansa, że zmienią mi ten wyrok? Każdemu swojemu klientowi serwujesz takie ogólniki?
- Tylko tym, którzy nie płacą.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Kątem oka zauważyłam, że Michał wykrzywił się do mnie, a potem wlepił wzrok w telefon. Cieszyło mnie, że czasem jednak zastanawiał się, z jaką kartoteką skończy. Ale nie łudziłam się, że czegoś go ta sytuacja nauczy. Nie ten charakter. Zbyt długo żył w przeświadczeniu, że zawsze spadnie na cztery łapy. Czytaj: ojciec wyciągnie go z tarapatów. Albo ja. Albo Krystyna.
Podrzuciłam Michała do domu, a potem wróciłam do kancelarii. Lubiłam to swoje biuro, w starej kamienicy na Pięknej, które wynajęłam zaraz po zdaniu egzaminu, dokładnie pięć lat temu. Podobało mi się to miejsce. Urządzając je, czułam się jak prawdziwa architektka wnętrz, puściłam wodze fantazji i do tej pory byłam z siebie dumna. Stare mieszkanie w wiekowej kamienicy udało mi się przekształcić w prawdziwie industrialne wnętrze. Odkryta stara cegła na kilku ścianach, wysokie okna, przez które wpadało mnóstwo światła, i nowoczesne meble z czarnymi kutymi nogami oraz drewnianymi blatami. Włożyłam w tę aranżację całe swoje serce i przede wszystkim mnóstwo pieniędzy, by czuć się komfortowo. Zaryzykowałam, choć nie sądziłam, że zabawię tutaj tak długo. W ogóle miałam pewne wątpliwości, czy przy tak przesyconym rynku uda mi się pociągnąć biznes dłużej niż trzy lata. Wolałam się jednak nie zastanawiać, czemu zawdzięczałam takie powodzenie. Bo w sprzyjający los raczej nie wierzyłam. Ani w siebie chyba też.
- Czołem pracy! - powiedziałam, przechodząc przez sekretariat.
- Już po rozprawie? - Anita popatrzyła na mnie mocno zdziwiona.
- Taa...
- Odroczona?
- Chciałabym.
- No nie mów, że zapadł dziś wyrok.
Wzruszyłam ramionami i nie zatrzymując się, poszłam do swojego gabinetu. Położyłam aktówkę na biurku, które było moim centrum dowodzenia w tym pomieszczeniu, togę rzuciłam na wieszak, po czym usiadłam w swoim wygodnym biurowym fotelu, wyłożyłam nogi na blat, tu mogłam sobie na to pozwolić, i opierając głowę o mięciutki zagłówek, zamknęłam na moment oczy. Tak, czułam się zmęczona, mimo że była dopiero dwunasta, ale ta rozprawa pozbawiła mnie energii. Nie potrafiłam się nie przejmować, w końcu broniłam swojego brata i zależało mi, żeby sprawa zakończyła się jak najbardziej pomyślnie. A dziś niestety poległam.
- No ale jaki wyrok? - Anita najwyraźniej weszła za mną.
- Trzy lata, dziesięć tysięcy nawiązki i koszty - powiedziałam, nie otwierając oczu.
- Co? - Anita aż pisnęła.
Dopiero wtedy na nią popatrzyłam.
- "Co, kurwa?", to jest poprawna reakcja.
- Tylko mi nie mów, że tak zwróciłaś się do sędziego. - Anita zaśmiała się, po czym usiadła na krześle naprzeciwko mojego biurka. - Jak mniemam, będziesz apelować.
- Jeśli mam być szczera, to dla mnie ten wyrok jest satysfakcjonujący. Ktoś w końcu utarłby nosa temu rozwydrzonemu bachorowi. Ale ambicja nie pozwalała mi tego tak zostawić. - Ściągnęłam nogi z blatu i wyprostowałam się. - Tak, będę pisać apelację i mam zamiar pozwolić sobie na trochę prywaty. Korzecki ewidentnie jest uprzedzony do młodych gniewnych, bo nikt inny nie przywaliłby takiej kary. Młody trochę pyskował na rozprawie, a sędziemu się to nie spodobało. Tylko zamiast ukarać go karą porządkową, upomniał mnie, żebym zdyscyplinowała klienta, a młodemu przyklepał z górnej półki.
- Czyli pójdziesz w niewspółmierność?
- Oczywiście. I uważam, że siądzie. Na Korzeckiego już nie trafi. Ale to jest właśnie dodawanie ludziom pracy, gdzie mogliby się zająć czymś o wiele poważniejszym. - Pokręciłam głową i popatrzyłam na stos teczek piętrzących się na stoliku obok.
Skrzywiłam się na samą myśl o tym, ile mnie jeszcze czekało pracy. A najgorsze były te terminowe urzędówki. Kasa za nie była licha, a jeden maleńki błąd czy nieusatysfakcjonowany klient i można było wylądować w sądzie dyscyplinarnym. Westchnęłam na samą myśl o swojej krótkiej, ale jakże barwnej prawniczej karierze. Na szczęście tylko raz dostałam upomnienie, pozostałe postępowania umorzono.
- Krzewickiego zabrałam, pójdę jurto na rozprawę, odwołali nam zajęcia - powiedziała nagle Anita, jak gdyby czytając mi w myślach, a ja poczułam, jakbym miała jeden ciężar mniej na plecach.
- Jesteś aniołem. Nie potrafię się dogadać z tym gościem.
- Wyraźnie mu się spodobałaś.
Moja aplikantka uśmiechnęła się do mnie wymownie. Tylko przewróciłam oczami. Wiedziałam, że wpadłam mu w oko, ślepy by zauważył. Niestety niczego poza formalną relacją i zbywaniem go za każdym razem, gdy próbował zaprosić mnie na kawę, nie mogłam mu zaproponować. Może gdyby miał czterdzieści, a nie sześćdziesiąt lat... Nie. Nie umawiałam się ze swoimi klientami. Raz popełniłam ten błąd i słono za to zapłaciłam.