p

Panie na Koborowie Wenecjanka - Bogna Ziembicka

-
Proszę czekać

Prolog

Pierścionek ze szmaragdem

Znowu śniła mu się Rosja - pola i lasy pokryte oślepiająco białym śniegiem, a nad nimi ognista kula słońca, które świeciło jasno, ale nie grzało wcale. W powietrzu wirowały drobinki lodu błyszczące jak brylanty i raniące twarz jak igły. Wijąca się po horyzont pstra kolumna przypominała karnawałowy pochód przebierańców, w którym - w jego śnie - obok ludzi szły kościotrupy. Tak zresztą było w Rosji. Życie nieustannie mieszało się tam ze śmiercią.

Ludzie szli prędko, prawie jakby biegli na wyścigi. Krew żywiej krążyła wtedy w żyłach i mróz nie mógł tak śmiało sobie poczynać, malując najpierw na czerwono, a potem na sino zapadłe twarze, lecz jeszcze większą podnietą była chęć wydostania się z tej nieskrojonej na ludzką miarę ziemi, w której bezkresie człowiek czuł się maleńki jak mrówka. Kto przysiadł na chwilę, żeby odpocząć, albo idąc, nagle zaczynał się zataczać jak pijany, by w końcu osunąć się na ziemię, był zgubiony. Ciała tych, którzy padli w marszu lub w potyczkach, odarte z odzienia, odcinały się od śniegu innym odcieniem bieli. Z daleka przypominały stada owiec odpoczywających na lodowych łąkach.

Wstrząsnął się, choć noc była parna, i podciągnął prześcieradło aż do brody. Zamknął oczy, lecz sen nie przychodził.

Wtedy też nie spał całymi nocami. Wycie wilków przejmowało grozą, ale straszniejsi od wilków byli ludzie. Jeśli któryś Francuz zasnął samotnie przy ognisku, już się nie budził. Wiele razy widział ciała przybite do ziemi widłami, nadziane na pal albo poćwiartowane. Rosyjscy chłopi byli jeszcze okrutniejsi niż Hiszpanie. Czego się zresztą spodziewać po barbarzyńcach, którzy do pilnowania obejścia trzymali na łańcuchach niedźwiedzie.

Przez niedosunięte zasłony wlewało się szare światło. Świtało. Letnie noce w Pensylwanii są krótkie.

Jeszcze przez chwilę przewracał się z boku na bok, w końcu odrzucił prześcieradło, wsunął stopy w domowe trzewiki i w samej koszuli wyszedł na taras z sosnowych bali. Bezbarwne niebo robiło się coraz bardziej niebieskie, jakby ktoś do szarej farby dolewał błękitu. Żaden powiew nie ochładzał poranka.

Spojrzał na pokryte lasami góry rysujące się liliową kreską na horyzoncie. W drugiej połowie lipca rzadko padał deszcz, a jeśli przychodził, to zwykle stamtąd. Ale niebo na północnym zachodzie było czyste.

Nic, tylko mokradła, góry i lasy, a w nich czarne niedźwiedzie, łosie, jelenie, grzechotniki oraz niedobitki Susquehannocków i Irokezów. Dopiero za kataraktami na Schuylkill, tam gdzie rzeka niosła wypełnione węglem barki, zaczynały się pola kukurydzy, kopalnie i ziemia ludzi, którzy nosowym głosem, przesuwając językiem prymkę tytoniu w kierunku policzka, mówili o sobie "Yankee". Mieszkały tam płaskie jak deska kobiety o wielkich stopach i ich praktyczni mężowie, którzy wszystko robili prędko: prędko budowali, prędko żyli, a zawsze najpierw myśleli o użyteczności.

Amerykanie przypominali mu jego osiemnastoletniego syna - byli tak samo szlachetni, odważni, śmiali, szybcy i jak on zarozumiali, niedoświadczeni i nieostrożni. Adam wróci do niego jesienią, przed porą sztormów na Atlantyku. Teraz spaceruje sobie z matką po Paryżu, pod szafirowym niebem, którego on już nigdy nie zobaczy.

Serce boleśnie zakłuło go w piersiach. Skrzyżował ramiona, pochylił się, oddychając głęboko, i po chwili ból minął. Lekarz dawał mu jeszcze dwa lata, ale on wiedział, że to rokowanie obliczone na pocieszenie pacjenta.

Tu dokona żywota. Nie odetchnie już słodkim powietrzem Francji. Trzeba się spieszyć i nie zwlekać z tym, co jeszcze musi zrobić. Nie odkładać zemsty na później.

Napoleon, który na wniosek generała Sauniera podpisał jego degradację i konfiskatę majątku, zdechł jak pies na zapomnianej przez Boga i ludzi wyspie. Saunier miał szczęście i wylizał się z postrzału w lędźwie i z innych ran zadanych mu pod Możajskiem, za to nigdy więcej nie zakosztuje przyjemności, jaką daje kobiece ciało. Jego rozkapryszona córeczka wyszła za mąż za łajdaka, szulera i łowcę posagów, który wcześniej - w zamian za pieniądze na spłatę karcianych długów - ją uwiódł, by tatuś nie mógł zaprotestować przeciwko temu niefortunnemu ożenkowi. Tak, Flandin, niedoszły zięć pana generała, umiał się mścić.

A dwa dni temu w "Le Courrier des États-Unis" przeczytał, że Napoleon II, nazwany przez ojca Orlątkiem, leży w Wiedniu złożony śmiertelną chorobą. Ucieszyła go już wcześniejsza wieść, że Święte Przymierze pozbawiło ekscesarzową Marię Ludwikę dziedzicznych praw do Parmy, odzierając w ten sposób jej syna z nazwiska, tytułu i dziedzictwa. "Ród cesarza wkrótce wygaśnie" - pomyślał mściwie, składając gazetę.

- I od północy do południa trąbka wojenna gra godzinę walki: drżyjcie wrogowie Francji - zanucił cicho, dodając w refrenie własne słowa: - Drżyjcie wrogowie Flandina!

Teraz pewnie Józef, który jako najstarszy syn uważał się za głowę rodu Bonapartów, wsiądzie na statek i popłynie do Europy jako pretendent do tronu Francji. Ciekawe, jak go przyjmie bratanek ekscesarza Ludwik Napoleon, który też ostrzy sobie zęby na koronę.

"Chciałabym zobaczyć, jak rzucają się sobie do gardła" - pomyślał.

Żadnemu z Bonapartów nie chodziło o Francję. I trudno, żeby było inaczej - w końcu byli włoskimi dzikusami z Korsyki, biedakami o lepkich rękach, marzącymi tylko o bogactwie i władzy. Napoleon zwoził do Paryża skarby zagrabione w całej Europie, ale niedługo się nimi cieszył, w przeciwieństwie do swego najstarszego brata. Pepe Botella, Józio Flaszka, jak nazywali niechcianego króla Hiszpanie, opuszczając Madryt, wziął sobie na pamiątkę hiszpańskie klejnoty koronne.

Flandin przymknął oczy, przypominając sobie La Peregrinę, perłę o kształcie kropli, wielkości gołębiego jajka. Pielgrzymka. Dobra nazwa dla perły, którą indiański niewolnik wyłowił w Zatoce Panamskiej i którą z Nowego Świata zawieziono do Hiszpanii jako dar dla króla Ferdynanda V, potem zaś do Anglii jako prezent ślubny Filipa Hiszpańskiego dla Marii Tudor. Szkoda, że po śmierci Krwawej Marii perła wróciła do Madrytu, bo w końcu wpadła w łapy jednego z Bonapartów, który teraz pokazywał ją swoim gościom w Point Breeze, tak jakby La Peregrina była własnością rodziny od pokoleń. Józek Flaszka, złodziej i pijak, który przybrał miano hrabiego de Survilliers.

"Hrabia! - Flandin zaśmiał się szyderczo. - To ja mógłbym się nazwać księciem, bo jestem od niego bogatszy".

Wszyscy Francuzi, którzy mieli łeb na karku i dość pieniędzy, po Waterloo porzucili Europę i przenieśli się do Nowego Świata. Wszyscy prócz Napoleona, przekonanego o swej omnipotencji i nietykalności - tak, już przed wyprawą na Rosję pycha zagłuszyła w nim przebłyski geniuszu. Józef nigdy nie był pewny siebie, dlatego wsiadł na statek załadowany po brzegi zrabowanymi w Hiszpanii skarbami oraz najdroższymi francuskimi koniakami i szampanami, które w Ameryce sprzedał z ogromnym zyskiem. A teraz zgrywał hrabiego, pisał pamiętniki i udawał brak zainteresowania polityką, lecz czujnie śledził wydarzenia w Europie, czekając na stosowny moment, by jako głowa rodu Bonapartów upomnieć się o francuski tron, którego tak zazdrościł młodszemu bratu.

Błazen! Nigdy nie będzie cesarzem, bo jest na to za słaby i za głupi, a wódz z niego żaden. Umiał działać tylko pod dyktando brata. Robił, co tamten mu kazał, a zostawiony sam sobie, zawsze zawodził. Wykazywał się inicjatywą jedynie wtedy, kiedy trzeba było brać nogi za pas, tak jak w Hiszpanii, gdy dwa razy uciekał z Madrytu, żeby ratować skórę, i potem z Paryża oblężonego przez wojska cara Aleksandra i króla Fryderyka Wilhelma. Nawet ciemni Hiszpanie poznali się na nim - woleli swego króla półgłówka od niedołężnego, tchórzliwego Józka Flaszki. Może sobie śnić o potędze w swoim wielkim amerykańskim domu, a koronę Francji będzie miał, jeśli ją ukradnie, bo jedynie do tego ma talent. Bóg pokarał go nawet żoną - chudą, brzydką, chorowitą, na dodatek pobożną. Była tylko jedna rzecz, której Flandin mu zazdrościł - Józef miał wnuki. Adam kiedyś się ożeni i będzie miał dzieci, jednak on już tego nie doczeka.

Zszedł z tarasu i ruszył ścieżką przez łąkę, zostawiając ciemny ślad na pokrytej rosą trawie. Łąka nie pachniała tak mocno jak we Francji, owady brzęczały ciszej. Wszystko tu było gorsze.

Nad rzeką unosił się białawy opar mgły. Schuylkill była tu znacznie węższa niż sto mil dalej, w Point Breeze, gdzie wpadała do Delaware. Tam, na zachodnim brzegu Delaware, Józef Bonaparte postawił swój wielki dom. Wykupił cały teren w widłach dwóch rzek, zbudował groblę wzdłuż Crosswicks Creek, tworząc jezioro z kilkoma wyspami, które kazał obsadzić rzadkimi europejskimi drzewami i krzewami. Łabędzie cicho sunęły po tafli, a wierzby płaczące zanurzały w wodzie zielone gałęzie, tworząc tło dla białych i żółtych nenufarów.

"Z małej winnicy pod Ajaccio na tron Neapolu, a potem Hiszpanii. To się nazywa kariera! Tak awansować może tylko polityk, nigdy szeregowy żołnierz, choćby był nie wiadomo jak odważny, obowiązkowy, wierny i oddany oficerom" - pomyślał Flandin.

Długą chwilę poruszał językiem, a gdy miał już usta pełne śliny, zamaszyście splunął do rzeki. Patrzył, jak plwocina przez chwilę kręci się na wodzie, zanim porwał ją nurt, a gdy znikła mu z oczu, ruszył przez łąkę z powrotem do domu.

Pewnego dnia kucharz Józka Flaszki zaczerpnie wody i ekskról wypije kawę ze śliną majora Fabrice'a Flandina, któremu kiedyś odmówił posłuchania, odbierając mu możliwość wyjaśnienia, że w Wandei, owszem, gwałcił i mordował, ale wszystko to robił dla Francji. To Konwent kazał zrównać z ziemią zbuntowaną przeciw rewolucyjnemu rządowi prowincję, zabić każdego Wandejczyka - mężczyzn, kobiety i dzieci, a ich domy spalić. Przecież żołnierz nie ma własnej woli. Jest jak marionetka poruszana ręką, o której ani widz, ani tym bardziej lalka nie ma pojęcia, do kogo należy. Kuglarz pociąga za sznurki i żołnierze maszerują, zadają ciosy. Czy kto widział, by sądzić żołnierza, który sumiennie zabija, spełniając swój podstawowy obowiązek? A jak potraktowano jego, majora Fabrice'a Flandina? Skonfiskowano mu majątek, zdegradowano go, wtrącono do więzienia. Gdyby Napoleon nie napadł na Rosję i nie okazało się, że każdy doświadczony oficer jest na wagę złota, pewnie skończyłby na szafocie. Królowie i cesarze mogą gwałcić, zabijać, kraść, prostemu majorowi wara!

Tak silnie pchnął ażurowe drzwiczki w balustradzie tarasu, że wyłamał jeden zawias.

- Napraw to! - warknął do Murzyna, który wyjrzał z domu.

Znad rzeki widział dym sączący się z komina. Służba wiedziała już, że pan się obudził, i kucharz gotował kawę.

Przeciął taras i przez francuskie okno wszedł do sypialni. Usiadł na łóżku, zrzucił trzewiki. Stopy miał lodowate - rosa była zimna, tak samo jak poranna mgła nad rzeką. Sięgnął po pled, podciągnął wyżej poduszki i oparł się na nich.

Od wyprawy na Rosję mijało właśnie dwadzieścia lat, a pamięta wszystko, jakby to było wczoraj.

Wielka Armia naprawdę była wielka. Lecz ceną za tę wielkość była mnogość słabo wyszkolonych rekrutów i młodych oficerów, którzy brak doświadczenia nadrabiali ślepą wiarą w szczęśliwą gwiazdę cesarza. Gdyby Napoleon kazał im szturmować księżyc, zawołaliby tylko "naprzód!" do swoich oddziałów. Jedyne, czego się bali, to żeby Rosjanie nie zawarli pokoju i nie odjęli im sposobności okrycia się wojenną chwałą.

Uśmiechnął się krzywo, przypominając sobie ich przechwałki. Żółtodzioby! Gdy tylko oddziały stanęły gdzieś obozem, zamiast na ćwiczenia i musztrę woleli spożytkować energię podwładnych na zdobycie prowiantu - armijne dostawy szwankowały, bo wyżywienie takiej masy ludzi i koni nie było łatwe. Głupcy! Nie mieli pojęcia, że najważniejszymi zaletami żołnierza są dyscyplina i wytrwałość, odwaga jest dopiero na trzecim miejscu.

Z łupieżczych wypraw oddziały przywoziły żywność dla ludzi i obrok dla koni, a poza tym wszystko, co wpadło im w ręce: garnki, stołki, kotły, kożuchy. Wokół obozu jak spod ziemi natychmiast wyrastali starcy, staruchy i Żydzi, którzy kupowali wszystko, jakby nie wiedzieli, że te rzeczy pochodzą z rabunku.

Patrzył na to z politowaniem zmieszanym z pogardą, przyrzekając sobie, że nigdy nie tknie zapchlonego rosyjskiego kożucha. Szybko przyszło mu złamać tę obietnicę. Kilka miesięcy później, w grudniu, niemal oślepiony zadymką dowlókł się do jakiejś cudem ocalałej szopy. Otarł twarz z oblepiającego ją śniegu, włożył rękę za pazuchę, gdzie miał ukryty pistolet, ostrożnie pchnął skrzypiące drzwi i w smudze światła zobaczył człowieka mocującego się z chłopskim kożuchem, w którego rękawie nie mieściło się owinięte zakrwawionymi szmatami lewe ramię. Tamten znieruchomiał, zmrużył oczy i krzyknął: "Hinaus, verfluchter Bastard!". W pierwszym momencie Flandin się zdziwił, skąd ten Bawarczyk czy Saksończyk wie, że ma do czynienia z bękartem. Dopiero po chwili pojął, że to tylko niemiecka obelga, i spostrzegł leżące na ziemi ciało w przepasanej kawałkiem sznurka rubaszce. Rosjanina zabił wytrawny szermierz - głowa była niemal oddzielona od tułowia. Krew już zakrzepła na mrozie, lecz w powietrzu ciągle unosił się jej zapach zmieszany z wonią strachu i furii. Rosjanin musiał zginąć przed chwilą.

"Nie chciał oddać kożucha, bo kożuch oznacza życie. Co za ironia losu!" - pomyślał i ruszył w stronę Niemca, wyjmując pistolet zza pazuchy. Zobaczył, jak wargi tamtego wyginają się w drwiącym uśmiechu, jak sięga do szabli, nie wiedząc, że Flandin zawsze ma pistolet gotowy do strzału i nie musi tracić czasu nie tylko na jego ładowanie, ale nawet na podsypywanie prochu na panewkę.

Flandin wyciągnął rękę, niemal przykładając mu pistolet do twarzy, odwiódł kurek i pociągnął za cyngiel. Kurek uderzył o krzesiwo, błysnęły iskry spadające na panewkę i rozległ się huk wystrzału. Kula rozłupała Niemcowi czaszkę, a jego mózg rozlał się po baraniej skórze. Flandin oczyścił potem nad ogniem kożuch z robactwa, ale tłusta plama została. Nawet śnieg inaczej się na niej układał.

Baranie futro grzało jak piec i idący wytrwale na zachód żołnierze, pozawijani w kawałki dywanów, pstre szlafroki, chusty, nawet suknie niewieście i ornaty, spod których powiewały strzępy mundurów, patrzyli na niego z zawiścią.

Nikt, kto nie był w Rosji, nie potrafi sobie wyobrazić tamtejszych przestrzeni, śniegów i mrozu w zimie, upałów i kurzu w lecie.

W sierpniu, gdy długie linie wojska posuwały się szerokim, wysadzanym brzozami gościńcem z Tołoczyna do Smoleńska i dalej, do Moskwy, kurz otaczał piechurów ze wszystkich stron, leżał na mundurach na grubość palca. Żołnierze wprawiali w płótno kawałki szkła, robiąc sobie okulary, albo owijali głowy chustkami, zostawiając tylko szparkę na wysokości oczu, a kaszkiety nieśli w rękach. Jeszcze bardziej niż kurz i upał dawało się wszystkim we znaki pragnienie - od przejścia Dniepru nie spotkali żadnej rzeki ani strumienia. Żucie liści niewiele pomagało. Pocieszali się jedynie tym, że są coraz bliżej celu - na każdej wiorście stały murowane słupy, na których wypisano odległość do najbliższego miasta gubernialnego i do Moskwy. "Domy i cerkwie są tam kryte złotą albo srebrną blachą, a ściany paradnych pokoi wykładane masą perłową i diamentami. Nawet zwykły mieszczanin ma kosztowności, futra, perskie dywany, a moskiewskie pałace to istne sezamy ze skrzyniami złota i klejnotów" - opowiadali sobie przy obozowych ogniskach, przeklinając tchórzostwo Rosjan, którzy nie przyjmowali bitwy, cofali się nieustannie, zostawiając za sobą tylko zgliszcza.

Gdzieś za Smoleńskiem zobaczyli kolejną pustą wieś. Musiała być bogata, bo wszystkie domy były w niej murowane. Teraz leżały w gruzach. Po spichlerzach zostały zwęglone belki i resztki czarnej od ognia pszenicy. Wieśniacy spalili nawet stogi siana na łąkach, a studnie zatruli, wrzucając do nich truchła zwierząt. Na prawo od gościńca kupa osmalonych gruzów znaczyła miejsce, gdzie stał pałac właściciela tych ziem. Ocalały tylko mury otaczające zniszczony ogród i kuta brama, na której był przyczepiony papier z napisanym po francusku zdaniem: "Podłożyłem ogień pod mój zamek, który kosztował mnie milion, aby żaden francuski pies w nim nie zamieszkał".

Widząc taką zaciętość, Flandin zaczął myśleć ze strachem, że ci barbarzyńcy są gotowi podpalić swą dawną stolicę i łupy, na które liczył, pójdą z dymem. Kiedy jednak w połowie września jego oddział stanął u rogatek Moskwy i ze wzgórza spojrzał na miasto, zobaczył obrazek jak ze wschodniej baśni: pola, sady, ogrody i błyszczącą wstęgę rzeki, a dalej morze dachów, setki wież i cerkiewnych kopuł, złotych, srebrnych, niebieskich, zielonych, czerwonych.

Nie napotkali żadnej deputacji oznajmiającej poddanie się miasta, ale też nikt go nie bronił, choć miejsce było dogodne, a świeżo uczynione szańce wskazywały, że Rosjanie początkowo mieli taki zamiar. Wojsko swobodnie minęło rogatki. Przy szerokich niebrukowanych ulicach stały drewniane domki kryte gontem, z okiennicami i drzwiami zamkniętymi na głucho. Przed wejściem do miasta oddziałom odczytano rozkaz, w którym nakazano łagodnie obchodzić się z mieszkańcami, lecz na ulicach nie było żywego ducha - Moskwa wyglądała jak wymarła.

Ulice stopniowo się zwężały, były coraz bardziej kręte, za to domy stały przy nich coraz bogatsze i piękniejsze. W ogrodach szemrały fontanny, przez szklane ściany oranżerii widać było egzotyczne kwiaty, palmy, nawet niebieskie, żółte i zielone papugi siedzące na drążkach lub w otwartych żelaznych klatkach.

Noc już zapadła i księżyc świecił na niebie, gdy rozkładali się obozem za bramą Siemienowską. Następny ranek wstał pogodny, obóz się budził, kucharze rozpalali ogień pod kotłami, gdy nagle koło bramy pojawili się polscy lansjerzy, którzy przejeżdżając mimo, wołali, że Moskwa zostanie wydana wojsku na rabunek. Wieść lotem błyskawicy obiegła obóz. Nie dało się już myśleć o utrzymaniu porządku. Żołnierze, którzy nie byli na służbie, pod rozmaitymi pretekstami wymykali się do miasta i wracali objuczeni prowiantem, winem, wódką, arakiem i kosztownościami. Na ten widok nawet warty i patrole stopniały, kucharze porzucili kotły, obóz się wyludnił, a fala rabusiów zalała miasto.

Flandin ograbił w Wandei setki domów, ale takie bogactwo widział po raz pierwszy w życiu. Żołnierze brali wszystko, co im wpadło w ręce: perskie dywany, futra, porcelanowe talerze, samowary, srebrne łyżki, wysadzane drogimi kamieniami kielichy mszalne i cerkiewne świeczniki. Niektórzy upychali w tornistrach nawet kobiece suknie, by je zawieźć w podarku swoim żonom.

On brał tylko złoto i klejnoty, a potem złoto wymieniał na diamenty, perły, rubiny, szmaragdy. W grudniu, gdy w śnieżnej zadymce widmowa Wielka Armia wlokła się z powrotem ku Polsce - ohydnemu krajowi, gdzie na drogach błoto miejscami sięgało kolan, francuszczyzna urzędników przejmowała dreszczem, a nędzne chałupy były brudniejsze niż francuski chlewik - żołnierze porzucali wszystko, co im ciążyło w marszu, lecz on wytrwale niósł tornister ze swoim skarbem, który przewyższał wszystko, co kiedykolwiek miał.

Właściwie to majątek i życie zawdzięczał wrogom, którzy go oczernili. Gdyby go nie zdegradowano, gdyby w Rosji - jak miał w zwyczaju - szedł zawsze na czele swoich ludzi, dawno by nie żył. To generałowie poświęcają swych żołnierzy, majorzy starają się, by uszli cało. A jako szeregowy żołnierz miał prawo, ba, obowiązek, myśleć przede wszystkim o sobie.

Ktoś zapukał do drzwi.

- Wejść!

Drzwi się otworzyły i do sypialni wszedł służący z tacą.

- Daj ją tutaj! - Flandin poklepał pled, którym był przykryty.

Stopy przyjemnie mu się rozgrzały i nie chciało mu się przenosić na fotel koło okrągłego stolika, przy którym zwykle pił poranną kawę. Śniadanie w łóżku jest dobre dla młodej mężatki, nie dla starego wiarusa, dziś jednak zrobi wyjątek.

Gestem odprawił Murzyna, który chciał nalać kawy do filiżanki. Gdy tamten był już w drzwiach, Flandin przypomniał sobie, że musi się zobaczyć z Nicolasem.

- Jedź do domu dla gości i powiedz panu de Belloy, żeby przyszedł na obiad.

Flandin miał dobrze wyćwiczoną służbę. Nie musiał dodawać, by Murzyn zawiadomił kucharza o gościu na obiedzie. Amerykanie z Południa twierdzili, że czarni są bezrozumni i nawet najprostsze polecenia trzeba im wbijać do głowy kijem. Prawda, byli niemili dla oka - jeszcze bardziej niż czarna skóra i wełniste włosy przeszkadzały mu ich grube wargi i usta, które otwierały głowę niemal na pół, leniwi, jeśli im się na to pozwoliło, lecz swój rozum mieli.

Popijał kawę, w zamyśleniu obracając w palcach klucz zawieszony na szyi. Plan zemsty na Muriel i jej bliskich układał już w więzieniu, a tu, w Ameryce, nabrał on konkretnych kształtów. Wahał się tylko co do osoby wykonawcy. To musiał być ktoś z jego krwi, kto go nie zawiedzie, nie zdradzi, a przede wszystkim nie cofnie się przed niczym. Długo się zastanawiał, za długo, bo gdy w końcu przed dwoma laty podjął decyzję, dostał list z wiadomością o śmierci Gastona Lavala.

Gaston, wierny druh od Austerlitz aż do kampanii hiszpańskiej, odwrócił się od niego, opętany przez tę czarownicę, tę wywłokę, Muriel de Voss. Oby piekło ją pochłonęło!

Odstawił filiżankę na tacę tak gwałtownie, że porcelanowe uszko zostało mu w dłoni.

Nie poznał tej wiedźmy, gdy los ponownie skrzyżował ich drogi pod Saragossą. Nic dziwnego, bo wyglądała jak chłopka, opalona, z rękami zgrubiałymi od pracy. Poza tym tyle było tych wandejskich szlachcianek, które wziął siłą... Kto by je spamiętał!

Nawet w to upiorne popołudnie, kiedy Gaston zszył mu ranę na głowie i gdy potem się ocknął z narkotycznego snu w furgonie sanitarnym, i zobaczył siedzącą tuż obok Muriel de Voss ze szklanym weneckim sztyletem w ręce, nie wiedział, z kim naprawdę ma do czynienia. Udawał nieprzytomnego, modląc się w duchu, by ktoś nadszedł i go uratował, zanim ta obłąkana kobieta wbije mu w ciało zatrute ostrze. Bóg wysłuchał prośby, bo nagle Flandin poczuł powiew powietrza, gdy drzwi cicho się otworzyły. Chciał wołać o pomoc, ale miał tylko tyle sił, by uchylić powieki.

W drzwiach stał Gaston. Flandinowi kamień spadł z serca. Był uratowany!

Kobieta odwróciła głowę i patrzyła na Gastona, a ten znieruchomiał jak zahipnotyzowany przez węża, potem zaś odwrócił się i wyszedł bez słowa. Powieki Flandina opadły i naprawdę zemdlał.

Ocknął się dopiero, gdy Gaston, nie bacząc na jego świeżą ranę, brutalnie zrzucił go z łóżka i wypędził z furgonu, szarpiąc go i w kółko powtarzając: "Co jej zrobiłeś, łajdaku?!". Co jej zrobił?! Nic! To ona chciała go zabić! I jeszcze opętała Lavala! Czarownica! Diabelski pomiot! Służka szatana! Powinna spłonąć na stosie!

Półprzytomny, z pomocą sanitariusza dowlókł się wtedy do swojej kwatery, z trudem składając słowa, kazał ordynansowi zaryglować drzwi i nikogo nie wpuszczać. Dwa dni później zaś, nadal nic nie rozumiejąc z tego, co się stało w furgonie, był już w drodze do Francji, wysłany jako dowódca eskorty hiszpańskich jeńców.

Nigdy się nie dowiedział, dlaczego wtedy go oszczędziła. Przestraszyła się? A może uznała, że trucizna jest zbyt łagodną karą, że powinien zostać odarty z honoru i oficerskich szlifów, wtrącony do więzienia, a gdy już wszystko straci, wsadzony na katowski wózek i zawieziony prosto na szafot, tak by ostatnią rzeczą, jaką w życiu usłyszy, był świst ostrza gilotyny. Dziwka!

Poczuł ogień w gardle, potem smak żółci w ustach. Serce waliło mu jak młotem. Jedną ręką przycisnął żołądek, drugą serce, bo się bał, że rozsadzi mu pierś. Na koszuli wykwitła plama z krwi - uszko od filiżanki skaleczyło mu dłoń.

- Zapłacisz mi za wszystko, ty kurwo! Ty i twoje bękarty!

Szkoda, że nie zatłukł jej wtedy w Wandei, jak jej teściową. Za to teraz ta żmija, ta wiedźma poczuje, że umiera.

Zakłuło go w piersiach, jakby ktoś ścisnął mu serce dłonią w kolczastej rękawicy. Jęknął, potem ostrożnie starał się wyrównać oddech. Nie może się tak ekscytować, musi oszczędzać siły, nie wolno mu umrzeć, póki nie doprowadzi swego planu do końca.

Leżał z zamkniętymi oczami, a gdy ból minął, po omacku sięgnął na stojącą przy łóżku komódkę i nacisnął repetier zegarka. "Dong, dong, dong..." - zegarek wybił ósmą, a później "ding-dong, ding-dong" - dwa kwadranse.

Flandin usiadł na łóżku. Żołądek ćmił jak zawsze, lecz serce pracowało prawie normalnie i pot na czole obeschnął, wstał więc z westchnieniem i suwając nogami, poczłapał do garderoby.

Gardził ludźmi, którzy przy porannej toalecie potrzebują dwóch służących. Prawdziwy mężczyzna myje się, goli i ubiera sam. Oczywiście kiedyś przychodzi moment, gdy ręka tak się trzęsie, że nie sposób utrzymać w niej brzytwy. Na szczęście on tego nie doczeka.

Już ubrany, w angielskim surducie i spodniach ze strzemiączkami, które lubił, bo nadawały spodniom idealnie gładką linię, zawrócił od progu i podszedł do zwierciadła. Dawno się sobie nie przyglądał, chociaż co rano widział w lustrze swoją twarz.

Czoło miał teraz wysokie, lecz włosy, choć siwe, były jeszcze bujne, a bokobrodów i wąsów mógłby mu pozazdrościć niejeden czterdziestolatek. Nikt by nie zgadł, że za miesiąc zacznie dźwigać na barkach siódmy krzyżyk. Tylko musi więcej jeść, nabrać ciała, bo zapadnięte policzki nie wyglądają zdrowo. Pan Bóg źle urządził świat - w młodości, gdy mógł zjeść konia z kopytami, często nie miał nawet kawałka chleba, a dziś, kiedy stać go na frykasy, apetyt gdzieś uleciał.

Zbliżył twarz do lustra i spróbował się uśmiechnąć. Gdy uniósł kąciki ust, bruzdy wokół nich zarysowały się wyraźniej.

- Pomarszczony stary dziad w kółko opowiadający historie o wojnie, których nikt nie chce słuchać - powiedział do swego odbicia. - Tak, masz wszystko, tylko na co ci to teraz?

Odwrócił twarz od lustra i powiódł wzrokiem po garderobie - po szafach pełnych ubrań od najlepszych krawców, komodach wypełnionych delikatną bielizną, po marmurowym blacie, na którym obok kryształowych flakonów z perfumami leżały ciężkie srebrne szczotki, szylkretowe grzebienie i brzytwy oprawione w masę perłową.

- No, już dobrze, Flandin, stary żołnierzu - mruknął. - Nie bądź niewdzięcznikiem. Przypomnij sobie uczty w oberży Pod Czerwonym Kogutem. Ile wtedy miałeś? Trzydzieści lat! I stać cię było na obiady dla przyjaciół i na dwie kochanki!

Jeszcze raz spojrzał w lustro, przygładził wąsy, obciągnął surdut i poszedł do jadalni. Konstancja nie lubiła, gdy czarni kręcili się tu w czasie śniadania, bo ranek uważała za najintymniejszą porę dnia, i wprowadziła angielski zwyczaj - bufet. Choć od roku ona i Adam byli we Francji, służba codziennie stawiała na kredensie srebrne rynienki z jajecznicą, kiełbaskami, bekonem, duszoną fasolą, czajniki z herbatą i kawą, dzbanki z mlekiem i śmietanką.

Nałożył sobie trochę bekonu i jajecznicy, lecz po pierwszym kęsie odsunął talerz. Oddałby wszystko za pieczone kurczęta, jakie podawano w Czerwonym Kogucie. Przymknął oczy, przypominając sobie półmrok panujący tam nawet w południe, trociny na podłodze, długie stoły poplamione tłuszczem i winem, gwar rozmów, śmiech, zapachy dochodzące z kuchni, kelnerów przepasanych długimi fartuchami i dziewczęta roznoszące dzbanki z winem... Piękne czasy!

To właśnie tam poznał Eugenię, matkę Nicolasa. Pochodziła z Marsylii i była typową Prowansalką o ciemnych włosach, nieregularnych rysach, zadartym nosku, pełnych ustach, orzechowych oczach.

"Kapryśna, sentymentalna i głupia, jak to kobieta, za to przymilna jak kotka" - pomyślał, przypominając sobie zapach jej ciała, bujność włosów i temperamentu.

Mówiła, że jej ojciec handlował suknem z Lewantem, że jego majątek był solą w oku marsylskich jakobinów, a ponieważ nie lubił się dzielić pieniędzmi, skończył na szafocie jako wróg ludu, ona zaś, ratując głowę, uciekła do Paryża, gdzie właściciel oberży dał jej pracę i kąt do spania. W pięknym roku 1802, gdy Robespierre od ośmiu lat leżał w grobie, a Napoleon Bonaparte został dożywotnim konsulem, zawarł pokój z Anglią, rwących się do walki Polaków wysłał na Santo Domingo i wojna - tak jak przedtem rewolucja - wreszcie się skończyła, wszystkie paryżanki twierdziły, że pochodzą z dobrych domów i w czasach jakobinów straciły majątek, siedziały w więzieniu albo tylko cudem go uniknęły. Jak było, tak było, nigdy nie sprawdził pochodzenia Eugenii, lecz jedno wiedział na pewno - umiała czytać i pisać. Kiedyś w łóżku dla zabawy napisała mu palcem na plecach, że go kocha, potem, widząc jego zachwyt, zaczęła do niego pisać miłosne liściki, a gdy się przyznał, że nie umie ich przeczytać, została jego nauczycielką. Słono liczyła sobie za lekcje, za to była dyskretna. Kiedy pod Austerlitz dostał Legię Honorową i awans z sierżanta od razu na kapitana, potrafił przeczytać w armijnym biuletynie, że wyróżniono go za nadzwyczajną odwagę.

Legię też mu odebrali! Pies drapał związaną z nią rentę, ale ta chwila, gdy zerwali mu gwiazdę Legii z munduru... Niech piekło pochłonie Muriel de Voss!

Z rumorem odsunął krzesło, rzucił serwetkę na stół i poszedł do swego gabinetu. To było jego królestwo. Nikomu nie wolno tu było wchodzić bez zezwolenia. Nawet Adam, któremu pozwalał prawie na wszystko, szybko zrozumiał, że to zakazany ląd.

Gaston powiedział mu kiedyś, że na starych mapach, w miejscach, o których nic nie wiedziano, pisano: "Hic sunt leones", i że to znaczy "tu są lwy". W jego domu gabinet był takim lądem, a on lwem.

Zdjął z szyi klucz i otworzył szafę żelazną. Kiedyś otwierał ją po to, by nacieszyć oczy złotem i klejnotami, jednak szybko mu się to znudziło. Odsunął woreczki pełne złotych monet, włożył ręce głębiej, namacał stalową kasetkę, wyjął ją i położył na biurku.

Przez chwilę przyglądał się wzorowi z drobnych gałązek splecionych z ciałem węża. Toledański rzemieślnik, który ją zrobił, był mistrzem w swoim fachu. Wąż oplatał kasetkę, a w jego otwartej paszczy umieszczono zamek. Biada jednak złodziejowi, który wyjąłby klucz tkwiący w splocie wężowego ciała, włożył go do zamka i przekręcił. Nie otworzyłby kasetki, lecz uruchomił mechanizm wysuwający z wężowego pyska zatruty kolec.

Flandin na własne oczy widział, jak to działa. Gdy na jego rozkaz służący przekręcił klucz i ostrze wbiło się w czarną dłoń, Murzyn krzyknął z bólu, a ręka dosłownie spuchła mu w oczach. Biegał w kółko, wrzeszcząc jak opętany, dopóki nie runął na ziemię, wijąc się w konwulsjach. Stopniowo cichł, bo brakowało mu tchu, charczał, oczy wyszły mu z orbit, z ust ciekła krwawa piana, wreszcie skonał.

"Trzeba ją zniszczyć, bo co będzie, jeśli jad nadal działa, a po mojej śmierci spróbuje ją otworzyć Konstancja albo, co gorsza, Adam?" - pomyślał, naciskając przeciwległe rogi kasetki.

Krótsza ścianka odskoczyła, Flandin pociągnął za uszko i wysunął hebanową szkatułkę. W środku była paczka listów, a pod nią owalny portrecik.

Znał te listy na pamięć, mimo to usiadł przy biurku, brał jeden za drugim i czytał. Gdy skończył, ułożył je w stosik, przewiązał wstążką i schował do kieszeni. Potem przysunął sobie portrecik, oparł głowę na dłoni i zapatrzył się na twarz kobiety, która kiedyś miała zostać jego żoną. Z zamyślenia wyrwał go dopiero dzwonek na obiad.

W jadalni czekał Nicolas. Nie usiadł przy stole, nie wziął sobie nic do picia, po prostu czekał, oparty o kominek.

- Good morning, Sir - rzekł na widok Flandina.

- Bonjour, Nicolas. Ça va?

- Ça va bien - odrzekł Nicolas, prostując się z uśmiechem.

To była ich gierka - zawsze witał się po angielsku, a Flandin przywoływał go do porządku: "W tym domu mówi się po francusku". Czy retoryczne "jak się masz?" przypominało mu utraconą ojczyznę, czy raczej chodziło o to, że choć od siedemnastu lat mieszkał w Ameryce, słabo mówił po angielsku?

Stare drzewo niełatwo przesadzić - trzeba je wykopać z całym dookolnym gruntem, takim jak choćby ten obiad o dwunastej, gdy Jankesi przekąszali coś w biegu, a w tym domu ceremonialnie zasiadało się do stołu. "Moi dziadkowie jedli w południe i ja też jem o tej porze" - powtarzał Flandin.

- Dziękuję panu za zaproszenie.

Flandin machnął ręką.

- Darujmy sobie te grzeczności. Czego się napijesz? Absyntu?

Nie czekając na odpowiedź, nalał do dwóch kieliszków i dopełnił je wodą z lodem.

Nicolas spojrzał na ażurową łyżeczkę do cukru, przez który zwykle wlewało się wodę, by osłabić piołunową goryczkę, ale nie poprosił o cukier.

To był jedyny znany mu dom w Pensylwanii, w którym przed posiłkiem podawano absynt. Jankesi go nie znali albo się go bali - powtarzali za Francuzami, że mieszkająca w nim Zielona Wróżka pragnie zawładnąć ludzką duszą. Może rzeczywiście tego chciała, ale w zamian dawała zapomnienie o bólu.

"Oto ja nakarmię ten lud piołunem i napoję je wodą żółci - przyszły mu na myśl słowa proroka Jeremiasza, gdy bez mrugnięcia okiem popijał gorzki trunek. - Może słodycz osłabia przeciwbólowe działanie absyntu i dlatego Flandin nie dodaje do niego cukru?"

Od dawna wiedział, że jest jego synem i powinien się nazywać Flandin, nie Belloy, nigdy jednak nie myślał ani tym bardziej nie mówił o nim "ojciec". Matka umarła, gdy Nicolas miał jedenaście lat, a wcześniej dała mu zapieczętowany list i kazała w paryskich koszarach odszukać majora Fabrice'a Flandina. Otworzył list, choć mu zabroniła, i wtedy się dowiedział, że zanim wyszła za człowieka, którego uważał za ojca, była kochanką Flandina i to z nim poczęła dziecko.

Nieraz się zastanawiał, czemu wyszła za Michela de Belloy, głupca i nieroba, który gdy miał coś do zrobienia, od razu czuł, że to przechodzi jego siły, okręcał głowę chustką i kładł się do łóżka. Może chciała męża, który się nie domyśli, że dziecko nie jest jego?

Flandin nalał sobie zupy, zanurzył w niej łyżkę, lecz nie jadł, tylko znowu sięgnął po absynt.

- Kazałem kucharzowi przygotować pieczone kurczęta, a ten łotr mi na to, że wiosną jastrzębie porwały wszystkie pisklęta i trzeba by po nie posyłać do Filadelfii. Gospodarstwo się rozprzęga bez kobiecej ręki... Zjadłbym pieczyste, takie jak kiedyś w oberży Pod Czerwonym Kogutem. Wiesz, że tam poznałem twoją matkę?

- Tak, sir.

- Była dobrą kobietą, ale nie miałem wyboru, musiałem ją zostawić. Rozkaz to rozkaz. Pomaszerowaliśmy wtedy na Hanower i wróciłem do Paryża dopiero jesienią osiemset czwartego, tuż przed koronacją Bonapartego. Była już mężatką, z rocznym dzieckiem na ręku.

"Twoim dzieckiem" - pomyślał Nicolas.

- Podobno do mnie pisała, ale nie dostałem żadnego listu. Wiesz, jak jest na wojnie.

"Nie wiem, stary łgarzu. A co byś zrobił, gdybyś dostał ten list? Ożeniłbyś się z nią?"

Flandin zjadł trochę zupy, skrzywił się, przytknął serwetkę do ust i głośno beknął.

- Qui ne p?te ni ne rote est voué a l'explosion - mruknął.

To było jedno z jego ulubionych powiedzonek. Doskonale wiedział, że jego gość ich nie znosi.

Nicolas uśmiechnął się jakby nigdy nic, myśląc: "Jako lekarz mogę cię zapewnić, że ta twoja mądrość to bzdura. Jeszcze nikt nie eksplodował dlatego, że przy stole powstrzymywał się od pierdzenia czy bekania".

Służący wnieśli jęczmienne placki, tłuczone ziemniaki, kukurydzę, zieloną fasolkę i pieczeń wołową.

Nicolas jadł, kątem oka obserwując Flandina, który tylko grzebał w talerzu. Choroba wyraźnie postępowała. Co to jest? Katar żołądka? Wrzód? Bezoar? Zabije go wcześniej niż sterane serce? Że też ten uparty staruch nigdy nie dał mu się zbadać!

- Wyborna pieczeń - powiedział, ocierając usta serwetką i sięgając po kieliszek z winem.

Flandin mruknął coś niewyraźnie w odpowiedzi. Zjadł trochę ziemniaków, mięsa nie tknął.

"Jak tak dalej pójdzie, to umrze z głodu. Na tytoniu i absyncie długo nie pociągnie" - pomyślał Nicolas.

- Zjadłeś? - Flandin odsunął talerz. - To chodźmy do biblioteki, chcę z tobą porozmawiać.

Jankesi, którzy na co dzień żuli wirginijski tytoń, palili fajkę lub własnoręcznie skręcane cygaretki, chętnie się częstowali sprowadzanymi z Kuby cygarami, dlatego w bibliotece stały cedrowe skrzyneczki z najlepszymi trynidadami. Flandin przyzwyczaił się jednak w wojsku do papierosów, tyle że teraz palił tytoń nie w skrawku armijnego biuletynu, lecz w cienkiej bibułce, i już od dawna nie skręcał ich sam.

- Nalej mi koniaku - powiedział do Nicolasa, sięgając po cygarniczkę z morskiej pianki, brunatną ze starości. - A ty weź sobie, co tam chcesz.

Nicolas nalał koniaku do dwóch kieliszków i podał jeden Flandinowi.

"Ciekawe, czy Adam coś tu zmieni, gdy odziedziczy ten dom. Wstawi swoje książki zamiast tych kupionych hurtem i nigdy niezdejmowanych z półek? A może przeprowadzi się do Nowego Jorku albo nawet do Francji? Stary kutwa mocno ściska kiesę, bo myśli, że w ten sposób nauczy go wartości pieniądza. Tylko że ten fircyk nigdy nie musiał pracować. Odziedziczy wszystko i wyda lekką ręką. Gdybym to ja był na jego miejscu..."

- Więc jednak się żenisz? - spytał nagle Flandin, wydmuchując w górę kłąb szarego dymu.

- Tak, sir.

- Kiedy?

- W Boże Narodzenie.

"Jeśli wygłosi swoją ulubioną maksymę o małżeństwie..."

- Małżeństwo jest jak oblężona twierdza... - zaczął Flandin.

- Tak, wiem - przerwał mu Nicolas. - Ci, którzy stoją pod jej murami, chcą się do niej dostać, a ci w środku chcą się z niej wydostać.

Flandin nie cierpiał, gdy mu przerywano, tym razem jednak tylko się uśmiechnął.

- W twoim wieku też w to nie wierzyłem. Cóż, niedługo sam się przekonasz. Ale wcześniej... - urwał i spojrzał na Nicolasa, jakby go widział pierwszy raz w życiu.

"Tak, to najlepszy wybór - pomyślał. - Wysoki jak Gaston, ciemnowłosy. Do tego jest lekarzem, jak on. To powinno uśpić jej czujność. Przystojny, nawet bardziej niż ja w jego wieku. Ech, mieć znowu trzydzieści lat!"

Nicolas spokojnie popijał koniak, jakby nie zauważył lustrującego wzroku Flandina.

"Zimny jak głaz. Może dlatego jest dobrym lekarzem. Tak przynajmniej mówią. Na pewno pracowitym. Kiedyś powiedział Konstancji, że nie potrzeba mu wakacji, bo same przypadki chorobowe dają dość odmiany i urozmaicenia".

- Denerwujesz się przed trudną operacją?

Nicolas odstawił kieliszek.

- Nie. Po prostu jestem skupiony. Nie myślę o człowieku na stole, tylko o chirurgii.

Chciał dodać: "Poza tym mam świadomość, że przynoszę ulgę w cierpieniu", jak zawsze, gdy odpowiadał na to pytanie, ale zrezygnował. Flandin za dobrze go znał, żeby uwierzyć w jego współodczuwanie z pacjentami.

"Zimny, ale sprytny, do tego brutalny i pozbawiony skrupułów - pomyślał Flandin. - To dobrze dla mnie, bo kogoś takiego mi trzeba, i dobrze dla niego, bo tacy ludzie najszybciej tu do czegoś dochodzą".

Kiedy Europejczycy przybyli do Ameryki, pierwsze, co musieli zrobić, to zabić ludzi, którzy tu mieszkali. Ich szumne hasła - wolność, jedność, sprawiedliwość, powściągliwość - są śmiechu warte. Zbrojni w siłę ducha! Ciekawe, skąd w takim razie zainteresowanie szybkostrzelnym rewolwerem, który wiosną prezentował jego wynalazca pan Samuel Colt? Absurdalna cena - dwieście dolarów! półroczny zarobek drobnego farmera! - niewielu odstraszyła. Ponaglali Colta, by jak najszybciej zaczął produkcję.

In God we trust! W Bogu pokładamy nadzieję! Flandin już dawno przestał wierzyć w Boga. W Ameryce jednak co niedziela razem z Konstancją i Adamem siadał w pierwszej ławce w kościele, który sam ufundował. Lubił porządek i wiedział, że ludzie muszą się czegoś bać: gilotyny, pistoletu, Boga, króla. Inaczej świat zejdzie na psy.

Gdy nowy proboszcz, świeżo przybyły z Francji, ośmielił się mu powiedzieć, że zabijanie Indian jest grzechem, z którego katolik powinien się wyspowiadać, Flandin spojrzał na niego z pogardą. "Tu, w Ameryce, mamy inne przykazania. Nie kradnij, chyba że okradasz Indian. Nie zabijaj, chyba że zabijasz czerwonoskórych" - odrzekł i przestał się pokazywać w kościele.

Każdy Jankes, nawet obudzony o północy, wyrecytuje, jak się zaczęła historia jego kraju: w grudniu 1620 roku Mayflower dopłynął do brzegów Nowej Anglii. Pielgrzymi zeszli na ląd, dzięki opiece boskiej, determinacji i pracowitości przetrwali ciężką zimę, a jesienią wyprawili pierwsze Święto Dziękczynienia - upiekli indyka i zaprosili Indian. Uczta z Indianami! Bajki dla dzieci! Poza tym jeśli ten kraj założyli Anglicy, to skąd w Pensylwanii tylu mieszkających tu od stuleci Niemców i Szwedów? Skąd tu Hiszpanie? I wreszcie co z Francuzami, którzy sto lat przed Anglikami z Mayflower osiedlili się w Wirginii? A ta opuszczona indiańska wieś, w której Pielgrzymi przetrwali pierwszą zimę? Jej mieszkańcy nie popłynęli sobie do Europy, tylko biali wcześniej ich zabili.

Historię piszą zwycięzcy. Za sto lat potomkowie Nicolasa będą pokazywać grób kardynała Jeana-Baptiste'a de Belloy w Notre Dame i mówić, że pochodzą z tej samej rodziny. Patrząc na ich bogactwo, nikt się nie domyśli, że Michel de Belloy, rzekomy ojciec Nicolasa, karciarz i szuler, skończył z przetrąconym karkiem w paryskim rynsztoku. Nikt też nie będzie wiedział, że założyciel dynastii Flandinów był bękartem, który po raz pierwszy najadł się do syta, gdy miał siedemnaście lat, bo wybuchła rewolucja i mógł bezkarnie wedrzeć się do domu jakiegoś arystokraty. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, od plądrowania spiżarni przeszedł więc do łupienia Wandejczyków, Austriaków, Hiszpanów, Rosjan, w końcu czerwonoskórych.

Flandin miał niezawodne oko. Ten, kogo wziął na muszkę, był już trupem. Z życiem udało się ujść tylko generałowi Saunierowi - pod Możajskiem, akurat gdy Flandin w niego wymierzył, jakiś kozak ciął generała w ramię, Saunier spadł z konia i nigdy się nie dowiedział, że Rosjanin niechcący uratował mu życie, bo kula trafiła go w lędźwie, nie w głowę.

W Ameryce strzelba niejednemu przyniosła majątek, Flandin jednak ani myślał uganiać się po lasach za sobolami, borsukami, gronostajami, lisami polarnymi czy niedźwiedziami. Skupował skóry od traperów i Indian, starając się nie narazić ani Kompanii Północno-Zachodniej, ani Kompanii Zatoki Hudsona, które kontrolowały handel futrami w Nowej Francji i których wpływy sięgały aż za wielkie amerykańskie jeziora. W końcu, po kilku latach lawirowania między gigantami, by nie dać się zmiażdżyć w ich trybach, postanowił zrobić jeden interes, za to dobry, a potem się wycofać. Przez całą jesień jeździł od jednego indiańskiego wodza do drugiego, dawał prezenty i obiecywał więcej na wiosnę, gdy przyjedzie kupować futra. Jeszcze zanim stopniały śniegi, te same okolice objechał Nicolas, przypominając o umowie i przywożąc podarki: wodę ognistą, koce, ubrania. W maju obaj przetrząsali wymarłe wsie, ładowali futra na wozy i odjeżdżali, nie płacąc, bo nie było komu. Koce i ubrania, które Nicolas zebrał w szpitalach po chorych na odrę i ospę, spełniły swoje zadanie - dla Indian te choroby oznaczały śmierć.

Zarobił wtedy mnóstwo pieniędzy, za które kupił jeszcze więcej ziemi. Kupowanie ziemi Indian za ich własne pieniądze! Złoty interes!

Flandin nikomu o tym nie opowiadał, Nicolas też umiał milczeć. Towarzyszący im przewodnicy, woźnice i traperzy byli zaufani i dobrze opłacani, a jednak ktoś coś komuś szepnął, ludzie zaczęli gadać, nawet niezbyt rozgarnięty proboszcz napomknął o konieczności oczyszczenia sumienia. Tak, tajemnica pozostawała tajemnicą, dopóki wiedział o niej jeden człowiek.

- Dam ci dom w Nowym Jorku i drugi w Filadelfii. Do tego pięćdziesiąt tysięcy dolarów w złocie i kilka garniturów biżuterii dla twojej narzeczonej, które sobie sam wybierzesz - powiedział Flandin po długiej chwili milczenia.

Nicolas nie zapytał, skąd ta nagła królewska hojność. Wstał, sięgnął po butelkę i dolał im koniaku.

- Nie mam na myśli testamentu, dostaniesz to wszystko jeszcze przed ślubem, gdy tylko wrócisz z Europy.

- Z Europy? - spokojnie spytał Nicolas, jakby fortuna, którą mu obiecano, nie zrobiła na nim wrażenia.

Flandin rzucił mu spojrzenie pełne uznania. Cenił zimną krew.

- Chcę, żebyś pojechał do Wenecji i przywiózł stamtąd dwie kobiety, matkę i córkę.

Nicholas się uśmiechnął.

- Skoro posyła pan mnie, to znaczy, że nie przyjechałyby tu z własnej woli i że mam je do tego skłonić. Uprowadzenie nie wchodzi w grę, prawda?

- Trafiłeś w sedno. Chciałbym je mieć żywe. A porwanie i całe tygodnie na morzu... Za duże ryzyko.

Wyobraził sobie, że Muriel umiera w więzach pod pokładem - w końcu była już stara - albo wyskakuje za burtę. Nie, to za lekka śmierć dla tej diablicy. Najpierw zobaczy, jak czarni zabawiają się z jej córką, jak pod nimi kona, a potem... potem... Jest tu wiele ciemnych lasów i głębokich jezior...

Podniósł wzrok i napotkał spojrzenie Nicolasa.

"Muszę mu opowiedzieć o swojej przeszłości, w dodatku powiedzieć prawdę, bo inaczej nie będzie mógł wykonać zadania" - pomyślał.

- Miałem dziewiętnaście lat, gdy zaciągnąłem się do armii rewolucyjnej. Wysłano nas do Wandei. Wiesz, że Wandea się zbuntowała, wypowiedziała posłuszeństwo rządowi?

Nicolas kiwnął głową.

"Wie, że utopiliśmy bunt we krwi - pomyślał Flandin. - Nic nie mówi, żeby nawet ton głosu nie zdradził jego stosunku do wojny domowej. Jest chytry jak wąż".

- Dostaliśmy wyraźne rozkazy: zabić wszystkich Wandejczyków, nie zważając na wiek ani płeć, ich domy spalić, bydło wyrżnąć, zniszczyć pola. Potem Konwent się tego wyparł, całą winę zrzucił na Carriera, który w Nantes przewodniczył komitetowi rewolucyjnemu. Carrier skończył na szafocie i wszyscy odetchnęli z ulgą, bo winny został ukarany i wreszcie mogliśmy zapomnieć o Wandei. Tak mi się przynajmniej zdawało.

Nicolas rzucił mu pytające spojrzenie.

- Wiem, stare dzieje, ale nie dla wszystkich, jak się okazało. Szesnaście lat później w Hiszpanii spotkałem kobietę, która oskarżyła mnie o to, że zabiłem jej rodzinę, a ją samą wziąłem siłą. Sprawa pewnie przeszłaby bez echa, w końcu nie takie rzeczy dzieją się na wojnie, tylko że ona miała wpływowego kochanka. Gaston Laval, którego opętała i który potem się z nią ożenił, sypnął złotem, no i młyny sprawiedliwości zaczęły mleć.

Flandin wyjął z kieszeni portrecik i położył go przed Nicholasem.

- To ona?

- Nie, to Julie Saunier, moja narzeczona z tamtych czasów.

- Dowiedziała się o tej historii?

- Muriel de Voss, bo tak się nazywa ta czarownica, napisała do jej ojca, generała Sauniera, który nie był mi przychylny. Zgodził się na ślub pod wpływem próśb żony i córki, a gdy dostał list, od razu we wszystko uwierzył i wysłał do Saragossy sędziego, by odebrał zeznania od tej wiedźmy. Ja zgodnie z prawdą przysiągłem, że jej nie pamiętam. W Hiszpanii toczyła się wojna, którą powoli przegrywaliśmy, sędzia, ryzykując życie, dotarł jednak do Saragossy, ale nie odnalazł mojej oskarżycielki i już miałem nadzieję, że ktoś skręcił jej kark i cała sprawa spełznie na niczym, gdy Saunier dostał drugi list, z Wenecji, od Gastona Lavala. Gaston był kiedyś moim przyjacielem, lecz ta kobieta coś mu zadała i ślepo jej wierzył. Sfinansował podróż kilku śledczych, którzy mieli zbadać sprawę, gościł ich w swoim domu, a kiedy wrócili do Paryża, zostałem aresztowany.

- Przekupił ich?

Flandin westchnął. Wyciągnął rękę i postukał palcem w portrecik.

- Widzisz ten pierścionek?

Nicholas nachylił się nad obrazkiem.

Julie Saunier, jasnowłosa i niebieskooka, z lekkimi rumieńcami na policzkach, które były jeszcze po dziecięcemu pulchne, trzymała prawą dłoń na sercu, a na jej palcu błyszczał pierścionek ze szmaragdem. Malarz wiernie oddał urodę klejnotu - czystą barwę kamienia, piękny szlif, blask otaczających go wiankiem brylantów.

- Zaręczynowy? - spytał Nicholas. - Musiał sporo kosztować. Szmaragd ma chyba kilkanaście karatów.

- Dwadzieścia. Zdobyłem go w Wandei.

- Ach! - wykrzyknął Nicholas. - Należał do Muriel de Voss?

Flandin spojrzał na niego z uznaniem.

- Podobno dostała go od swojej babki. Nie tylko opisała go śledczym, ale jeszcze narysowała. No i okrzyknięto mnie gwałcicielem, złodziejem, a do tego krzywoprzysięzcą, choć nawet dziś mógłbym przysiąc na życie Adama, że jej nie pamiętam.

Nicholas uśmiechnął się lekko.

- Masz rację - rzekł Flandin. - Skoro miałem jej pierścionek, to pewnie mówiła prawdę. Tylko że to była wojna! Wojna, rozumiesz?! Wykonywałem rozkazy! Jak można za to sądzić żołnierza?

- Osądzono pana?

- Odbyło się coś na kształt rozprawy. Saunier mnie oskarżał, choć jak świat światem poszkodowany, nawet pośrednio, nigdy nie występuje w roli prokuratora. Sędzią był jego przyjaciel, z góry źle do mnie nastawiony. Nie miałem obrońcy, nie pozwolono mi przedstawić żadnych świadków. To była farsa. - Jednym haustem opróżnił kieliszek. - Uznali, że jestem winny, zdegradowali mnie, pozbawili Legii Honorowej i wtrącili do madryckiego więzienia, gdzie miałem czekać na proces. Łajdaki!

- I co? Napoleon pana ułaskawił?

- W pewnym sensie. Zaczęła się druga wojna polska i potrzebował doświadczonych żołnierzy. Zwolniono mnie po cichu i jako szeregowego wysłano do Rosji, zapowiadając, że jeśli przeżyję, to stanę przed sądem, ale wezmą pod uwagę moje wojenne czyny. Nikt nie przewidział, że ta kampania będzie klęską Napoleona, i potem nikt już nie miał głowy, żeby się mną zajmować.

- A pańska narzeczona?

- Jak to narzeczona... Z początku płakała, potem ojciec zabrał ją do Wenecji, poznała Muriel de Voss i uwierzyła we wszystko, co ta czarownica jej opowiedziała, do tego stopnia, że oddała jej swój pierścionek zaręczynowy. Chciałbym go mieć z powrotem.

Nicholas kiwnął głową.

- Jaki ma pan plan? - zapytał.

- W przyszłym tygodniu z Nowego Jorku wypływa fregata Star of Africa. Jej kapitan przysięga na wszystkie świętości, że dopłynie do Genui w dwa tygodnie.

Nicholas uniósł brwi.

- Też w to nie wierzę - powiedział Flandin. - Ale obiecałem mu, że zapłacę podwójnie, jeśli dopłynie w dwadzieścia dni. Chciałbym, żebyś w połowie sierpnia był w Wenecji, rozkochał w sobie córkę tej wiedźmy Matyldę, zaręczył się z nią, a najpóźniej w październiku, zanim się zaczną zimowe sztormy, wsiadł na statek do Nowego Jorku razem z narzeczoną i jej matką. Przywieziesz je tutaj, do mnie. Potem możesz się żenić z tą swoją Doris.

- Jaka ona jest? - zapytał Nicholas.

- Egzaltowana, jakby miała czternaście lat, nie osiemnaście, kapryśna, rozpieszczona, ale podobno bardzo ładna.

- Nie, nie Matylda, Muriel.

- Ta czarownica? - Flandin był zaskoczony. - Nie widziałem jej od tamtych czasów w Hiszpanii. Teraz jest stara, dobiega sześćdziesiątki. Posiwiała, tylko podobno oczy ma takie jak dawniej: zielone jak szmaragd w jej pierścionku. - Zamyślił się na chwilę. - W domu mówią na nią Jegle.

- To imię?

- Barbarzyńskie, co? Podobno urodziła się w Polsce.

- Dużo pan o niej wie.

Flandin wyjął z kieszeni paczkę listów.

- Jedna z jej zaufanych służących regularnie mi donosi o całej rodzinie. Pokażę jej te listy, żeby się pozbyła złudzeń co do ludzkiej natury. Ale wcześniej ty je przeczytaj. Dostaję je razem z francuskimi tłumaczeniami z Mediolanu, za pośrednictwem pewnego bankiera. Zatrzymasz się u niego, jadąc do Wenecji. Zaopatrzy cię w złoto i listy polecające. Otworzyłem ci u niego rachunek, żebyś w niczym nie musiał się ograniczać.

- A jeśli ta Jegle nie zechce jechać z córką do Ameryki? Mówił pan, że jest stara.

- Matylda ma przybraną siostrę, lecz nie sądzę, by ją z sobą wzięła. Nie lubi jej. Matka nie puści chyba córki samej w taką drogę... Gdyby jednak tak się stało, to masz ją otruć. Chcę, żeby konała w mękach, ze świadomością, że to ja za tym stoję i że jej córkę czeka straszny los.