p

Pamiętniki zakochanych - Elżbieta Walczak

Kup ebooka

29.99 zł

-
Proszę czekać

PRZEŁOM

Zadzwonił, gdy odpinałam spódnicę w toalecie. Zawisła na nogach, kiedy sięgałam po torebkę, która stała oparta o muszlę klozetową, po czym spadła na podłogę. Słyszałam dźwięk telefonu i wiedziałam, że to Lauks. Rozszerzyłam uda i grzebałam w torbie.- Jest.- Podniosłam lewą nogę, potem prawą, żeby zdjąć buty, które upijały mnie od trzech godzin. Oparłam słuchawkę o ucho i usiadłam na białej desce. Zacisnęłam mocno mięśnie, spięłam się i odebrałam.

- Sandro, wejdź do mnie na chwilę.- To było wszystko, co usłyszałam. Na całe szczęście.

Zdjęłam perukę, bo właśnie zeszłam z wizji, schowałam do torby. Podniosłam z ziemi granatową spódnicę i otworzyłam drzwi. Podłoga lśniła jak w kibelku pałacu Buckingham. Byłam tam jakieś pięć lat temu, ale cały czas pamiętam ten błysk. Stałam przez chwilę i przyglądałam się tej bieli, z której wyłonił się czarny punkt. Pomyślałam, że to wygląda jak... Podniosłam do góry spódnicę i zorientowałam się, że coś się stało z moimi stringami. Nie było ich na mojej pupie, a przecież dokładnie pamiętam ostanie dziesięć minut. No były tam! Kiedy zadzwonił, wszystko działo tak szybko. Zerknęłam do mojej ukochanej brązowej torebki Louis Vuitton i odetchnęłam z ulgą. Nie wiem, jak do tego doszło. Podchodząc do lustra, pomyślałam o mojej matce, która zmarła na alzheimera. Ale przecież właśnie dzisiaj kończę dopiero czterdzieści siedem lat. To nie może być to.- Boże, proszę cię, nie kpij ze mnie.- Policzyłam szybko kurze łapki. - Trzy i dwie zmarszczki przy ustach. Dwa razy trzy, sześć i dwa, osiem. Nic się nie zmieniło. - Szyja. - Przejechałam dłonią, prężąc się jak łabędź, zamrugałam szybko powiekami i wykonałam w ekspresowym tempie jogę twarzy. Napompowałam do policzków powietrze i stałam z balonami dziesięć sekund. Powtórzyłam serie trzy razy i przystąpiłam do malowania ust. Rozluźniona i w środku pusta, ruszyłam do gabinetu szefa.

Widziałam przez oszkloną ścianę, jak wstaje i bierze do ręki kwiaty. Uśmiechnęłam się, ale na jego twarzy zobaczyłam dziwny grymas. Otworzył mi drzwi.

- Teofil, dziękuję. Pamiętałeś? Jak co roku.- Moje wypolerowane białe zęby lśniły w jego okularach.

- Przykro mi Sandro - spuścił głowę i podał mi kwiaty.

Kątem oka widziałam białe okruszki na jego marynarce. To z pewnością był łupież, którego nie był w stanie się pozbyć od wielu lat. Odruchowo strzepnęłam biały pyłek z klapy. Odwrócił się i poszedł w kierunku barku.

- Że skończyłam czterdzieści siedem lat? Nie przesadzajmy. W starym piecu diabeł pali.- Szłam za nim jak cielątko z nadzieją, że wypijemy toast za moje zdrowie.

- Że musimy zrobić cięcie.

- Cięcie! Przerwa na lunch! - usłyszałam głos producenta programu, który właśnie dostał ramówkę.

- Kto mnie zastąpi?

Lauks wskazał ręką na młodą dziennikarkę, zerkającą na nas przez szklane drzwi.

- Nie dostanę nawet zegarka, za tyle lat poświęceń?

Pokręcił głową raz w prawo, raz w lewo.

- Napijesz się czegoś?

To było ostatnie zdanie, które wypowiedział z nosem w barku pełnym drogich trunków. Trzasnęłam drzwiami i podałam kwiaty, młodej kobiecie z biustem na wierzchu, która szczerzyła zęby w moim kierunku.

Nie słyszałam własnych myśli, zjeżdżając windą z siódmego piętra budynku, w którym spędziłam dwadzieścia lat. Trzęsłam się jak osika i bałam się uronić łzę, by nikt z portierów tego nie widział. Moja porażka spadła na mnie bez uprzedzenia jak alzheimer na moją matkę. Jednak dobiegałam do pięćdziesiątki i nie ma się co łudzić, że życie traktuje starych ludzi ulgowo.

- Bardzo mi przykro - powiedział portier.

- Mi też jest przykro - powiedziała sprzątaczka z czarnym wąsikiem pod nosem.

Ciekawe skąd wiedzieli? Od kogo?

- Do widzenia kochani. - Przytuliłam wąsatą panią Zosię do siebie, czując od niej zapach alkoholu.

- Niech się pani trzyma. - Bonifacy otworzył mi drzwi. Robił to przez dwadzieścia lat. Poklepałam go po ramieniu, nie mogąc wydusić już z siebie nic więcej.

Poczułam słońce na twarzy. Łzy kapały mi na granatową garsonkę od Gucciego. Ławka w parku, dwieście metrów dalej, to było jedyne rozwiązanie, żeby uspokoić drżące serce. Usiadłam i postawiłam obok siebie brązową torebkę. Wyjęłam stringi, którymi wytarłam łzy, a potem nos. Zdjęłam buty, bo upijały mnie od kilku godzin i postawiłam stopy mocno na ziemi. Potem wstałam, żeby poczuć swoją siłę albo jej brak. Zadzwonił telefon. Poznałam po sygnale, że to Nikola.

- Cześć mamo, kończysz dzisiaj czterdzieści osiem lat?

- Czterdzieści siedem.

- Żartowałam. Wszystkiego najlepszego i wiesz co...

- Co?

- Nie wiem jak ci to powiedzieć, żeby to cię nie zabiło. Rozumiesz, to już ten wiek...

- Nie mam ochoty dzisiaj na żarty. Dziękuję za życzenia. Coś jeszcze? - Słyszałam gwar i muzykę, której nie raczyła przyciszyć.

- Mamuś. - Wyczułam jakąś intrygę, bo nigdy tak do mnie nie mówiła. - Wyjeżdżam na studia do Stanów. - Zapadła cisza. - Żyjesz?

Wydawało mi się, że ptaki nad głową śpiewają o śmierci i upokorzeniu. Moja zrobiła się ciężka od nadmiaru emocji. Już się miałam osunąć, żeby zamanifestować początki depresji, ale jakiś parchaty gołąb usiadł mi na ramieniu. Uderzyłam go w dziób.

- Wiem, spadło to na ciebie jak alzheimer na babcię. Ale dostałam dzisiaj stypendium.- Kontynuowała, nie mając pojęcia, że groził mi w tym momencie zawał, a to mogło spowodować śmierć głodową gołębi, bo miałam dla nich kawałek croissanta w torbie.

- Gratuluję córeńko. Opowiesz mi o wszystkim w domu, dobrze? Muszę kończyć, pa.

Ściskałam telefon w dłoniach i nie płakałam, tylko wyłam do chmur. Woda w stawie była brudna. Zastanawiałam się ile ludzkich ciał leży na dnie? Kaczka i kaczor w kolorze mojej ukochanej torebki płynęli w tę stronę. Za nimi stado nieogarniętych kurdupli. Zatrzymali się na chwilę. Pewnie po to, żeby sprawdzić, czy rzucę im rogalika. A jeśli nie będzie mnie już nigdy stać na takiego rożka? Wyjęłam stringi i smarknęłam. Przypomniałam sobie bezdomną, która często stała przy wejściu do biurowca, pytając każdego przechodnia, czy może dać jej parę groszy. Zaczęłam płakać znowu. Uświadomiłam sobie, że nigdy tej biednej kobiecie niczego nie ofiarowałam. Przechodziłam zawsze obok, jakbym była niewidoma. Ludzie szli teraz, mijając mnie podobnie. Zerkali, widzieli łzy, jednak nikt się nie zatrzymał. Świat jest okrutny. Tylko na chwilę otworzyłam Facebooka. Oglądanie koszmarnych postów, uspokajało. Włożyłam buty, wstałam i szłam bezmyślnie, niczym zaklęta. Quasi-bezrobotna, opuszczona i samotna. Coś w tym stylu.

***

Nie byłam w stanie odtworzyć żadnej sytuacji. Nie wiem, czy coś jadłam? A Gustaw? Z pewnością zrobił wczoraj zakupy, czy nie? Usłyszałam dźwięk gotowego do działania laptopa w salonie. Wlałam sobie wody z kranu do szklanki i wróciłam na sofę. Zawsze w pierwszej kolejności otwieram maile.

- Wynająłem mieszkanie. Wyprowadzam się. Wytłumaczę ci wszystko później. Gustaw. - Zamarłam, po raz kolejny tego dnia.

Chciałam wrócić do parku i się utopić. Powstrzymała mnie tylko jedna rzecz. Nie pamiętałam, gdzie rzuciłam klucze do mieszkania, a było w nim mnóstwo cennych przedmiotów i wiele pamiątek. Głównie po mamusi.