Nagły krótki kobiecy krzyk zszokował gości siedzących w wileńskim salonie hrabiny Śniadeckiej. Zakołysały się płomienie świec, rzucając chybotliwe cienie na ścianach. Umilkły rozmowy, a goście spojrzeli po sobie spłoszeni. W półmroku pomieszczenia dostrzegli osuwającą się na poręcz otomany Antoninę Śniadecką. Trzymany w jej dłoni "Tygodnik Petersburski" z szelestem stron opadł na parkiet, zdmuchując przy okazji płomień świecy stojącej na niskim, okrągłym, alabastrowym stoliku.
- Zgasła. Zły znak, gdy płomień gaśnie - szepnęła z przestrachem jedna ze starszych kobiet, wpatrując się w smugę dymu, która leniwym tańcem unosiła się nad srebrnym świecznikiem. Staruszka rozłożyła czarno-złoty wachlarz, by skryć przelęknioną twarz, ale nie oczy. Te spod zmrużonych powiek lustrowały wszystko i wszystkich.
- Sole trzeźwiące! Prędzej! - zawołał jegomość z sumiastym wąsem i rozejrzał się po pobladłych twarzach przyjaciół. Przez ułamek sekundy nikt się nie ruszył, więc powtórzył trwożnie, ale z werwą: - Prędzej! Prędzej! - Odłożył na wpół wypalone cygaro i energicznym krokiem podszedł do otomany.
Część kobiet, szczególnie te młode, za jego przykładem zerwała się z miejsc, a i niektórzy mężczyźni, porzuciwszy grę w karty, również zgromadzili się wokół zemdlonej gospodyni.
- Łaskawa pani, hrabino... - Ubrany w śliwkowy aksamitny żupan młody mężczyzna stojący najbliżej hrabiny klęknął na jednym kolanie i jął delikatnie oklepywać Śniadecką po dłoniach. - Czy któraś z pań ma przy sobie sole? - Uniósł głowę, ale nim doczekał się odpowiedzi, gospodyni leniwie podniosła ciężkie powieki i rozejrzała się nieprzytomnym wzrokiem.
- Co się stało? Zemdlałam? - Zamrugała i w pierwszym przytomniejszym odruchu poprawiła materiał bordowej tafty swojej strojnej sukni.
- W rzeczy samej, hrabino. Strachu nam, pani, napędziłaś. - Młodzian podał rękę Śniadeckiej, by oparła się swobodniej, a gdy usiadła skromnie, jak przystało na prawdziwą damę, podniósł się, otrzepał jasny materiał spodni, ukłonił lekko i ustąpił miejsca damom.
- Przepraszam, kochani, za wasz niepokój o mnie. - Arystokratka westchnęła, kąciki ust uniosły jej się w lekkim uśmiechu zawstydzenia. Przyłożyła dłoń do klatki piersiowej i starała się uspokoić oddech. - Pierwszy raz w życiu omdlałam. - Popatrzyła na przyjaciół spłoszonym, wciąż jeszcze niepewnym wzrokiem.
- Cóż panią tak wzburzyło, hrabino? - Starsza dama złożyła czarno-złoty wachlarz, przesunęła zdecydowanym ruchem kłębiące się wokół otomany kobiety i zajęła miejsce obok Antoniny.
- Ach, to straszne, to straszne... - Oczy Śniadeckiej zwilgotniały. - To takie straszne, straszne - powtarzała tylko, jakby inne słowa nie mogły wypłynąć z jej ust.
Kilka dam pospieszyło z podaniem gospodyni własnych białych chustek z wytłaczanymi monogramami, by otarła łzy. Ta jednak schowała twarz w dłoniach, a plecy jej zadrgały od tłumionego szlochu. Publiczne demonstrowanie emocji przez arystokratki czy szlachcianki należało do rzadkości. Nie robiły tego nawet w gronie najbliższych przyjaciół, toteż ta jawna rozpacz zawsze spokojnej i pogodnej gospodyni wywołała wśród gości konsternację.
- Dajcie spokój, niech hrabina dojdzie do siebie. To pewnie są jakieś osobiste sprawy... Nie wypada być wścibskim i naciskać - orzekła stojąca najbliżej Śniadeckiej młoda mężatka, ale hrabina zaprzeczyła ruchem głowy. Opuściła dłonie, uniosła spłakaną twarz, pochwyciła najbliższą podaną sobie chustkę i przyłożyła do oczu.
- Nie, to nic osobistego - szepnęła i znów załkała. Długie kolczyki w jej uszach rozkołysały się, wydając przyjemny dźwięk, a pasmo lśniących ciemnych włosów wysunęło się spod pieczołowicie upiętego koka. Zwiesiła ramiona i wyznała: - To dotyczy nas wszystkich, ale to straszne...
- Cóż to takiego? - Starsza kobieta spowita w czerń popatrzyła na hrabinę z trwogą. Przez ostatni rok mieszkańców Wilna spotkało tyle nieszczęść, śmierci i zsyłek na Syberię, że ich serca i dusze na każdą tragiczną wiadomość kuliły się jak pod pręgierzem.
- Cum primum! - wyrzuciła ze zgrozą Antonina i na powrót zaniosła się szlochem.
Na tę skargę rozpaczy wianuszek współczujących kobiet ścieśnił się. Starając się Śniadecką uspokoić i wesprzeć otuchą, panie gładziły jej dłonie, wachlowały. Jedna z nich podeszła do stojącego na stole samowara, nalała herbatę do fikuśnej filiżanki, włożyła dwie kostki cukru i drżącą dłonią niosła gorący napój przez salon, by podać go hrabinie. Wyciągnąwszy wolną rękę, torowała sobie drogę pośród rozemocjonowanych dam, by nie uronić ani kropli, ale Śniadecka nawet w jej stronę nie spojrzała. Kobieta odeszła więc, a nie chcąc zmarnować napoju, upiła pierwszy łyk tak niefortunnie, że oparzyła sobie usta. Syknęła z bólu, filiżanka wypadła jej z dłoni. Na szczęście drogocenna porcelana nie rozbiła się, ale brązowe plamy upstrzyły jasnobeżowy miękki dywan. Nikt nie zwrócił jednak uwagi, zawstydzona panna podniosła filiżankę i postawiła na stole.
- Cum primum? Ki diabeł? - Sędziwy mężczyzna siedzący przy karcianym stole zmarszczył czoło, kilka razy podkręcił nerwowo siwego wąsa, najpierw z jednej, a potem z drugiej strony, rozejrzał się po współtowarzyszach gry, którzy również zdążyli wrócić do kart, ale oni też wydawali się nie rozumieć, o co chodzi.
Goszcząca w Wilnie przyjaciółka Śniadeckiej Ewa Felińska strząsnęła z ciemnofioletowej sukni niemal niewidoczny pyłek, spojrzała na swojego męża mądrymi niebieskimi oczyma i ścisnęła jego pomarszczoną dłoń. Gerard odwzajemnił uścisk, jego rozumne, zmęczone życiem spojrzenie pragnęło dodać żonie otuchy, ale twarz mu poszarzała. Dużo starszy od swojej małżonki, od dawna podupadał na zdrowiu, a każda zła wiadomość zdawała się go coraz bardziej przygnębiać i oddalać od żywych.
- Czy to możliwe, żeby nas jeszcze bardziej pognębili? - spytała niemal bezgłośnie.
- Jak widać, możliwe - odpowiedział Gerard zrezygnowanym głosem.
Ewa wstała, przeszła przez salon i podniosła leżące pod alabastrowym stolikiem czasopismo, które kilka dam zdążyło nieświadomie podeptać. Podeszła do długiego stołu zasnutego białym, haftowanym wzorzyście po brzegach obrusem, a wiedziony instynktem starszy mężczyzna pospieszył za nią i przysunął niemal pod nos kobiety lichtarz ze świecami, by mogła swobodniej czytać.
- Czytaj, pani, na głos. W gazecie jest zapewne spiritus movens całego ambarasu. - Energicznym ruchem odsunął krzesło i z wypiekami na twarzy usiadł obok Felińskiej. - No, czytaj, pani, czytaj - ponaglał.
Większość towarzystwa, zaciekawiona wyjaśnieniem nagłego omdlenia hrabiny, stanęła za plecami Ewy, chcąc jak najszybciej dowiedzieć się, cóż aż tak bardzo wyprowadziło Śniadecką z równowagi. Zawiśli teraz nad plecami Felińskiej, choć niepodobnym było, by w mroku salonu mogli cokolwiek przeczytać.
Ewa usiadła na brzegu krzesła, przybliżyła szerokie płachty gazety bliżej świecy i się pochyliła, by lepiej widzieć, a mimo to nie była w stanie czytać na głos. Gardło jej się ścisnęło zbyt mocno, a do oczu nabiegły łzy. Nauczona jednak powściągliwości, zachowała emocje na wodzy, przeczytała artykuł w ciszy, a potem odłożyła gazetę i westchnęła.
- Ewo, wyjaw nam wreszcie, o co chodzi - poprosiła zniecierpliwionym głosem siedząca wciąż przy Śniadeckiej starsza dama. - Przecież to chyba nie tajemnica? - Powachlowała się nerwowo, aż kosmyki siwych włosów zatańczyły wokół jej pyzatej twarzy.
- Cum primum - wyszeptała głucho Felińska, a potem dodała: - Papież Grzegorz XVI potępił naszą walkę o niepodległość.
- Co też pani mówi? To niemożliwe! - zawołali mężczyźni. - Jak to potępił? Pogroził nam palcem? Czy poszedł się pokajać przed Ruskimi?
- To niepodobna! - zawołał ze swadą starszy jegomość. - Tak tylko piszą, żeby nam odebrać nadzieję. - Zamilkł, a potem prychnął ze wzgardą: - "Tygodnik Petersburski". Rządowe truchło. Tu nie ma żadnych prawdziwych treści. To brukowiec, w porządnym domu takiej gazety nie powinno w ogóle być! - zacietrzewił się, zapominając, że tym stwierdzeniem wprawia Śniadecką w zakłopotanie.
- Tak, najlepiej nie czytać i nie wiedzieć, co wróg kombinuje! Ot, myślenie! - zawołał ktoś z końca salonu.
- Panowie, spokojnie... - poprosiła Śniadecka, po czym wsunęła za ucho niesforny ciemny kosmyk włosów i jeszcze raz nieco głośniej się odezwała: - Proszę, kochani, spokojniej.
W zacietrzewieniu nikt jednak nie zwrócił uwagi na jej prośbę.
- No właśnie, czego się spodziewacie przeczytać w tym carskim szmatławcu? Toż to carska tuba! Oni potępią wszystko, co polskie - emocjonował się jakiś staruszek. Powoli docierały do niego czekające Polaków konsekwencje niesprawiedliwej, zasłyszanej właśnie informacji. Zerwał się od stołu, założył ręce do tyłu i przeszedł energicznie od okna do nieczynnego o tej porze roku kominka. - Papież będzie wygrażał i dyktował pismakom różne facecje, ale potępić encykliką się nie waży! Dopiero by się naród zbuntował! - Zacisnął pięść i podniósł ją powyżej głowy, grożąc niewidocznemu wrogowi.
- A jednak się poważył - powiedziała cicho Ewa Felińska. - Cum primum to właśnie encyklika, w której oficjalnie potępił nasz powstańczy zryw. Wydał ją kilka dni temu, dziewiątego czerwca. Potępia Polaków i każe nam w pełni podporządkować się carowi - dodała i pomyślała, że pora wracać do domu. W Wojutynie, małej wsi pod Krzemieńcem, życie toczyło się wolniej i spokojniej niż tu, w Wilnie.
- Ruska swołocz! Niech się w piekle smaży! - zawołał ktoś z gniewem. - Tyleśmy krwi wylali! Naszych najlepszych chłopców Ruskie w kajdanach wyprowadzili na Sybir, na szubienicach życia pozbawili, chłostali na publicznych placach niczym trzodę, zanim na syberyjską śmierć wysłali, nawet dzieci nie oszczędzili, a to diabelskie nasienie na tronie Piotrowym będzie nam przed carem kazało się korzyć? Niedoczekanie!
- Niedoczekanie! - zawtórowali mu pozostali.
- Belzebub się w ornat przebrał i świętego udaje, będzie się w piekle smażył. Nie ma już papieża!
- Nie ma już papieża! - zakrzyknęli gniewnie.
- To jakiś uzurpator, przebieraniec!
- Szaleniec!
- Diabeł pozbawiony rozumu!
- Cóż z naszych okrzyków i oburzenia? Światu to się spodoba. Niemcy powstańcom broń odbierali i ruskim oddawali, choć mieli zachować neutralność, to i papieża pochwalą za pogrożenie palcem i wieczne potępienie Polaków - wtrącił Gerard Feliński.
- Niech mu język stanie kołkiem! Diabeł, nie papież! Oj, on jeszcze to odszczeka! - zawołał postawny mężczyzna, zakręcając sumiastego wąsa.
- Nie odszczeka. Car mu przyklaśnie, pewnie pod jego dyktando encyklikę wysmarował - powiedział ponuro Gerard.
- Najgorsze w tym wszystkim, że car detronizacji z polskiego tronu nie uznał i dalej myśli, że jest królem Polski i że wszystko mu wolno - nadmieniła posępnie Ewa. Złożyła gazetę i odsunęła na środek stołu, po czym westchnęła głośno i spuściła głowę.
W salonie zapadła cisza, którą po kilku minutach przerwała dama z czarno-złotym wachlarzem.
- Pan zdaje się był na koronacji cara Mikołaja w Warszawie na zamku królewskim? - zwróciła się do starszego, siedzącego dotąd w milczeniu mężczyzny.
- Tak, byłem - niechętnie odparł pytany.
- Właśnie - prychnęła, z trudem powstrzymując się od gniewnej reprymendy. Zatrzepotała wachlarzem, by się uspokoić, ale na jej okrągłej twarzy wymalowały się żal i złość, których nie potrafiła lub nie chciała ukryć. - Nie sądzi pan, że pańska obecność tam, i pozostałej szlachty, dała mu prawo do myślenia, że Polacy go popierają? No i ta przysięga na wierność... - Sapnęła i pokręciła głową z dezaprobatą.
- Nie miałem wyjścia, szanowna pani. - Skłonił się pytany. Chciał już na tym swoją wypowiedź zakończyć, ale widząc pełen złości i goryczy wzrok damy, kontynuował: - Pani zdaje sobie sprawę, czym groziło nieuczestniczenie w tej koronacji? No właśnie - stwierdził, gdy dama spuściła wzrok. - Car doskonale wie, że większość została zmuszona szantażem do patrzenia, jak wdziewa polską koronę, ale gdy przechodził z pałacu królewskiego do kościoła Świętego Jana, a przecież to zaledwie kilka kroków, otoczył go przed gapiami szwadron wojska, bo lud swój gniew mu wykrzykiwał.
Po sali rozeszły się szepty, a po chwili potworzyły się coraz zapalczywiej dyskutujące grupy. Koronacja znienawidzonego cara Mikołaja na polskiego króla od trzech lat budziła emocje. Nieco osładzał je fakt, że ustawą napisaną przez hrabiego Juliana Ursyna Niecewicza zorganizowany naprędce przez powstańców Sejm Królestwa Polskiego zdetronizował uzurpatora, lecz gorycz powstańczej klęski i beznadziejność położenia zawisły ciężarem.
Atmosfera w salonie stała się gęsta nie tylko od smutku i goryczy, ale także od dusznego, gorącego czerwcowego wieczoru.
Hrabina Śniadecka westchnęła cicho, a panowie przeszli w dalszą część pomieszczenia i rozsiedli się przy karcianym stole, kart jednak do rąk nie wzięli. Zapalili cygara i ściszyli głosy, by nie denerwować dam, jednak byli zbyt wzburzeni i co rusz któremuś z nich wyrywało się głośniejsze, a niekiedy nawet niecenzuralne słowo. Rozmowa kobiet także toczyła się wokół ostatnich wydarzeń i papieskiej encykliki, jakże niesprawiedliwej w obliczu carskich prześladowań.
Zegar wybił dwudziestą, a za wielkimi oknami z widokiem na wspaniały park nagle pociemniało. Od kilku godzin zbierało się na burzę. Chmury niczym czarne stwory zawisły nisko na niebie. Na dworze ucichło, nawet ptaki się pochowały przed niechybnie niszczycielskim żywiołem. Pierwsza błyskawica zelektryzowała zgromadzone w salonie towarzystwo, a gromki huk wyładowania atmosferycznego przyprawił panie o szybsze bicie serca.
- Dobrze, że w końcu nadeszła burza, nasyci powietrze świeżością i oczyści. Nie szło już oddychać w tej duchocie - dość głośno powiedziała do męża Felińska, a jej głos rozszedł się po salonie echem.
- Jakby to było dobrze, łaskawa pani, gdyby tak burza wstrząsnęła Rzeczpospolitą i oczyściła ją z carskich brzemion - rzucił z goryczą któryś z siedzących przy karcianym stole mężczyzn.
- Wszystko sprzysięgło się przeciwko nam. Car nie przebiera w środkach. Zamknął Liceum Krzemienieckie. - Ewa Felińska bezwiednie bawiła się rękawiczką, Ściągnęła kąciki ust i widać było, że stara się powstrzymywać emocje, które w niej buzowały.
- Wrota Wołynia, największa uczelniana duma, eh... - Gerard Feliński wstał z trudem i podpierając się laską, podszedł do stołu. - Zniszczą wszystko, co Polakom drogie.
- A teraz jeszcze Krzemieniec dotknęła zaraza, naprawdę Bóg się od nas odwrócił - dodała z westchnieniem Ewa.
- Zaraza w Krzemieńcu już zdaje się mija, ale carska zaraza wszystkich nas potopi. Swołocz ruska - zaklął starszy jegomość, rzucając damę kier na wykładany zielonym suknem karciany stół.
- Tak, cholera ustąpiła. Nie dalej jak tydzień temu zlikwidowano prowizoryczny szpital utworzony z koszar. Profesorowie i nauczyciele rozjeżdżają się w świat albo snują po mieście bez celu, po uniwersyteckiej szkole nic nie zostanie. W ogóle nic nie zostanie. - Jedna z siedzących dam westchnęła, rozłożyła wachlarz i potrząsnęła nim energicznie, chłodząc spoconą twarz.
- Czas nam wracać do domu, kochanie - szepnęła Ewa do męża, a ten pokiwał głową.
Zapadła cisza. Słychać było tylko grzmoty za oknem i uderzenia ciężkich kropli o szyby.
Antonina Śniadecka wzięła ze stolika srebrny dzwonek i potrząsnęła nim energicznie. Atmosfera nieco się rozluźniła, bo już od kilku minut z jadalni dolatywał smakowity zapach potraw.
Wielkie jasne drzwi otworzyły się i do pokoju weszła panna służąca w szarej długiej sukni, białym wykrochmalonym fartuchu i w białym czepku na głowie. Dygnęła i z wciąż pochyloną głową skierowała wzrok na swoją panią, oczekując na polecenie.
- Czy podano już do kolacji? - spytała hrabina.
- Tak, proszę pani - odpowiedziała służka. Ponieważ Śniadecka nie wydała żadnego innego polecenia, dziewczyna, skłoniwszy się, natychmiast wyszła, a po chwili szeroko otworzyły się drzwi od północnej strony i do gości już w całej swojej smakowitej intensywności doleciał zapach pieczonego mięsa, duszonych warzyw i sosów. Wszyscy porzucili więc temat polityki i przeszli do sali jadalnej, gdzie, zaspokoiwszy pierwszy głód, znów wrócili do przerwanych rozmów, bo wieść o potępieniu powstańców przez papieża, którego przecież kochali i szanowali, była najboleśniejszym ciosem. Czuli się tak, jakby Niebo odwróciło się od poniewieranych od lat Polaków.
- Czy kiedyś będzie lepiej? Czy będzie można swobodnie oddychać tu u nas, w Wilnie, ale i w całym kraju? Czy już zawsze będą nas zakuwać w kajdany i gnać na Sybir za choćby myślenie o wyrwaniu się spod jarzma zaborców? A szczególnie spod bicza Rosji? Czy nad nami już na zawsze zawiśnie mrok, długa bezkresna zima bez nadziei na wiosnę? - pytali, patrząc po sobie z bezradnością i z gasnącą jak płomień świecy nadzieją.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki