1.
Odkąd sięgam pamięcią, zwracałam uwagę na numery rejestracyjne samochodów. To moje zamiłowanie do dat, ciągłe przetwarzanie liczb, skupianie się na ich zapamiętywaniu nigdy nie wydało mi się podejrzane, inne czy dziwne. Nigdy też nie wzbudzało większego zainteresowania bliskich. Było więc dla mnie czymś zupełnie naturalnym. Nie widziałam powodu, by się temu przyglądać, by się w ogóle nad tym zastanawiać, tym bardziej że moja mama nieustannie przypominała i przetwarzała jakieś liczby, rocznice, daty - urodzin, imienin, wydarzeń - i to wcale nie najbliższych członków rodziny.
Robię to samo. Czasami mam wrażenie, że mogłabym konkurować w zapamiętywaniu dat z Facebookiem życzliwie przypominającym o urodzinach znajomych. Pamiętam bardzo dobrze daty wydarzeń z mojego życia, oczywiście najbardziej te, które uznaję za istotne, choć bywają absurdalne, i często się do nich odwołuję (pierwszy raz, to było wtedy, minął rok, miesiąc, dwa tygodnie).
Ale przede wszystkim skupiam się na numerach rejestracyjnych. Powtarzam je w myśli, odtwarzam, buduję skojarzenia, zdarza się, że się nimi bawię. Ale zdarza się też, że jestem nimi zmęczona. Mam w związku z tym czasem pragnienie, żeby się tego nawyku zapamiętywania, powtarzania w myśli liczb pozbyć. Mój mózg zachowuje się, jakby był uzależniony. Wkurza mnie, że nic innego nie potrafię dostrzec, tyle jest ciekawych rzeczy wokół, a ja tylko numery, rejestracje. Nie rozumiem, dlaczego tak się dzieje. Nie wiem, czy to mnie uspokaja, czy jest formą rozładowania emocji, pomaga czy przeszkadza. Wiem, że nie potrafię inaczej, że to jest we mnie, jest czymś, bez czego nie da się funkcjonować.
O tej oczywistości przekonują mnie pytania z testu przesiewowego podesłanego przez terapeutę, do którego trafiam w momencie życiowego kryzysu. Test miał dać, raczej mógł dać, choćby częściową odpowiedź na pytanie o przyczynę moich problemów. Początkowo mam pewne opory. Niestety nie zachowałam dobrych wspomnień z rozwiązywania testów. Uspokajam się jednak, gdy widzę, że większość pytań dotyczy czegoś, co dobrze znam - mojej codzienności. Odpowiedzi nie sprawiają mi żadnego problemu - pytania są logiczne, przejrzyste i zrozumiałe. Takie testy mogę rozwiązywać. Najoczywistsze, najlepsze, najfajniejsze są pytania dotyczące liczb:
"Fascynują mnie daty".
"Zdecydowanie się zgadzam".
"Fascynują mnie liczby".
"Zdecydowanie się zgadzam".
"Czy zapamiętujesz numery rejestracyjne
samochodów lub podobne ciągi informacji?".
"Zdecydowanie się zgadzam!"
Moje zadowolenie z tego, że pytania są proste i logiczne, szybko ustępuje miejsca podejrzliwości. Zaczynam wątpić, zastanawiać się nad ich sensem. Czemu mają służyć? Dlaczego dotyczą spraw tak oczywistych, rutynowych? Czego niby miałabym się dzięki temu dowiedzieć? Że jestem taka jak każdy, kto w drodze do pracy, szkoły, na spotkanie koncentruje się na zapamiętywaniu numerów?
Nie, nie jestem naiwna i wiem, że nie robią tego wszyscy, bo przecież nie robi tego mój mąż, ale on akurat nie jest człowiekiem stereotypowym, nieco inaczej postrzega rzeczywistość, nie wpisuje się w schematy. Swoją drogą, to sprawia, że nie do końca potrafię zrozumieć jego funkcjonowanie, ponieważ nie zwykł planować dnia, nie pilnuje rytuałów, jest wielozadaniowy i, jakby tego było mało, unika rutyny. Na szczęście się uzupełniamy. Tam, gdzie ja nie ogarniam świata, on radzi sobie wyjątkowo dobrze (to przede wszystkim relacje społeczne); a tam, gdzie nie potrafi się odnaleźć (schematyzm, planowanie), ja czuję się jak ryba w wodzie.
Więc tak, poza moim mężem, każdy przecież musi skupiać się na porządkowaniu, powtarzaniu, na planowaniu czynności. Przecież człowiek żyje według określonych nawyków, lubi schematy i porządek.
Inaczej się nie da. Inaczej nie można!
To chyba oczywiste?
A jednak nie. Nie mam racji. To, co brałam za naturalne, normalne, okazało się inne, nietypowe. To ja okazuję się nietypowa, a wszyscy inni "normalni".
Wynik mojego testu przesiewowego na spektrum autyzmu to 40 punktów na 50.
Z perspektywy terapeuty
W odniesieniu do opisanej powyżej sytuacji warto zadać pytanie, czym właściwie jest norma. Podręcznik Seligmana, Walker i Rosenhan określa ją wielowymiarowo. Odstępstwa od "normy" w zdrowiu psychicznym nie wynikają więc jedynie ze statystycznej "rzadkości" określonej cechy czy zachowania. Kryteria są dużo bardziej złożone. Spójrzmy zatem:
1. Cierpienie.
2. Nieprzystosowanie.
3. Irracjonalność.
4. Nieprzewidywalność i brak kontroli.
5. Rzadkość i niekonwencjonalność.
6. Dyskomfort obserwatora.
7. Naruszanie powszechnie obowiązujących norm (w konkretnej kulturze).
Łatwo zauważyć, jak wiele tu zależy od kontekstu! Stereotypowy Włoch pośród stereotypowych Skandynawów mógłby się przecież czuć "nienormalnie". Osoba w spektrum wśród matematyków nie będzie się wyróżniać tak wśród znajomych, którzy spotykają się, żeby sobie "poplotkować". Kryteria konkretnych zaburzeń psychicznych odnoszą się do przedstawionych powyżej kryteriów podstawowych psychopatologii. Jeśli więc osoba cierpi, ma trudności z dostosowaniem swojego zachowania do zmiennych warunków życia, jej wnioskowanie jest oderwane od faktów, ma trudność z kontrolowaniem zachowania, zachowuje się w sposób nieprzystający do lokalnej normy kulturowej, jej zachowanie budzi niepokój otoczenia - wówczas jest kierowana do diagnozy psychologicznej i psychiatrycznej, aby jakoś zinterpretowano i nazwano jej trudności. Ale przecież można spełniać tylko jedno kryterium albo dwa. Każdy człowiek ma w życiu okresy, w których spełnia co najmniej jedno. Co więc z osobami, które otrzymały w jakiejś skali przesiewowej wynik 40/50, ale przez większość życia funkcjonowały bez większych trudności? Prawdopodobnie to właśnie takie historie spowodowały, że rzadziej już diagnozuje się coś zero-jedynkowo (jest zaburzenie - nie ma zaburzenia). Można mieć trudności tylko okresowo albo tylko w jednej sferze życia. Podobnie jest z osobami diagnozowanymi w dorosłości. Często diagnoza pojawia się w kontekście kryzysu życiowego albo dlatego, że zdiagnozowano spektrum autyzmu u najbliższej osoby (najczęściej dziecka). Skala przesiewowa, o której wspomniała pani Anita, mierzy tak naprawdę nasilenie pewnej cechy u danej osoby na tle populacji. To czysta statystyka. Przekroczenie pewnego progu w skali (w tym przypadku 32 punktów) oznacza, że takie nasilenie określonej cechy jest w tej populacji (bardzo) rzadkie. Wynik skali odnosi się więc jedynie do statystycznego aspektu "normalności". Być może w treści skali są też pewne elementy wskazujące na cierpienie czy trudności w przystosowaniu do określonych sytuacji, ale nie sposób ich głęboko interpretować, jeśli są zamienione w krótkie pytanie.
[...]