ROZDZIAŁ 2
Łomża, 2 września 1939 roku
Władysław
Szybkim krokiem pokonywałem kolejne schody prowadzące na piętro banku. Nie mogłem oderwać wzroku od trzymanych w ręce dokumentów. Co prawda, każdy z nas przeczuwał, że wojna zbliża się wielkimi krokami, a ogłoszona trzydziestego sierpnia powszechna mobilizacja tylko te przeczucia potwierdziła, niemniej nie mogłem uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Że wojna rzeczywiście wybuchła, i że dotarła tu, do naszej małej, spokojnej Łomży.
Jedną ręką poluzowałem krawat, który po raz pierwszy w czasie mojej bankowej kariery zaczął mnie dusić. Miałem na sobie, jak zawsze, swój ciemny garnitur. Każdy pracownik naszego oddziału Banku Polskiego musiał taki nosić. Dziś jednak ten strój wyraźnie mnie uwierał. Może podświadomie czułem, że powinienem nosić na jego miejsce inny, ten zielony?
Minąłem stojącego przed drzwiami do głównej sali woźnego. Na pierwszy rzut oka wyglądał jak zwykle - miał na sobie granatowy mundur i krawat. Jednak coś w jego zachowaniu mi nie pasowało. Dopiero po chwili zrozumiałem, co - nerwowe przekładanie z ręki do ręki pęku kluczy. Pan Filoda był "bankowym klucznikiem". To on odpowiedzialny był za otwieranie i zamykanie banku, a dodatkowo tylko on mógł używać specjalnego zegara, na którego tarczy odbijał godziny kontrolowania poszczególnych pomieszczeń w trakcie wieczornych obchodów. Ten zegar to była dla niego nie lada gratka, swoiste wyróżnienie, bo drugi woźny był starszy i wiekiem, i stażem pracy. Jednak z jakichś względów to pan Filoda miał w swoim obowiązku, patrolując poszczególne pomieszczenia, wyjmować ze specjalnych schowków klucze, które po włożeniu do zegara odbijały przypisaną im cyfrę na tarczy z godzinami. W ten sposób dyrektor Cybulski mógł odczytać z zegara, o której godzinie i w jakim miejscu przebywał woźny, kontrolując jego bank.
Gdy mijałem mężczyznę, dostrzegłem kropelki potu na jego skroni, a on sam co chwila przestępował z nogi na nogę. Zdenerwowany pan Filoda - to był niecodzienny widok. Do tej pory jawił mi się jako człowiek opanowany i spokojny, a jego kamienna twarz nigdy niczego nie zdradzała. Zresztą tego się od niego wymagało. On i drugi woźny - pan Karaluch - transportowali skrzynki wypełnione pieniędzmi z dworca, krocząc ze swoimi karabinami po dwóch stronach konnego wozu ulicami Łomży prosto do naszego banku. Więc jeśli ktoś musiał mieć nerwy ze stali, to właśnie oni. Moje zdziwienie szybko minęło, gdy tylko przypomniałem sobie, że dzisiejszy dzień nie jest typowym dniem w banku, że od dziś wszystko się zmieni.
- Zaczęło się, panie Walczuk - powiedział na mój widok zamiast typowego przywitania.
- W istocie, panie Filoda, w istocie - potwierdziłem naprędce i pchnąłem drzwi prowadzące do głównej sali z kasami.
Gdy tylko wparowałem do środka, obie siedzące w pomieszczeniu kobiety skierowały głowy w moją stronę. Jak zawsze wyglądały bardzo elegancko. Fryzury miały nienagannie ułożone, czarne fartuchy nie nosiły żadnych oznak zagniecenia, a wystające spod nich kołnierzyki były śnieżnobiałe. Jedyną oznaką tego, że coś było nie tak, były ich zmartwione twarze.
- Pani Marysiu, Pani Tosiu - przywitałem się, pokłoniwszy głowę. - Już czas! - rzekłem z całą stanowczością, na jaką było mnie stać i wręczyłem im dokumenty ewakuacyjne.
- O Boże! - Maria Wolfke zasłoniła swoją drobną dłonią usta i opadła na krzesło, odrzucając papiery na blat biurka, jakby oddalając od siebie wizję opuszczenia domu. Z kolei druga z kobiet stanęła na baczność i zaczęła czytać pierwszy z nich na głos, jakby inaczej nie wypadało.
- Smurzyńska Antonina, pracownik Oddziału Banku Polskiego w Łomży, jest wyznaczony do wyjazdu w transporcie kolejowym pierwszego rzutu wycofania - odczytała z przejęciem. - Podpisano: Dyrektor.
Szybko zerknęła na drugi dokument, który otrzymała. Jego treść brzmiała identycznie, z tym że dotyczyła jej syna Jerzego, który jako członek rodziny pracownika banku podlegał takim samym regułom ewakuacyjnym.
- Drogie panie, jesteście proszone o udanie się do magazynu i wzięcie dla siebie i swoich bliskich masek gazowych, a następnie opuszczenie budynku, spakowanie dobytku i udanie się na stację kolejową. Wasz pociąg czeka już od rana na bocznicy. Zanim wrócicie do swoich domów, proszę, nie zapomnijcie pobrać z kasy odprawy pieniężnej w kwocie po dwa tysiące złotych - zarządziłem zgodnie z wytycznymi dyrekcji.
- Ale przecież dopiero dziesiąta. - Pani Maria zerknęła na swój zegarek i ponownie przeniosła na mnie zdziwione spojrzenie. - W soboty pracujemy do czternastej.
- To już nieaktualne, pani Marysiu. Proszę się pośpieszyć. Czas nagli.
- Panie Władku, ale ja nie mogę. Nie dam rady - powiedziała drżącym głosem pani Smurzyńska, jednocześnie pokręciła głową na boki, podkreślając tym swoją odmowę. - Mój Maniek cztery dni temu wyjechał do Warszawy. Wezwali go do Dowództwa Okręgu Korpusu Pierwszego na Cytadeli. Zostałam sama z Jurkiem. Ja nie mogę wyjechać. Maniek... - Zamilkła na chwilę, próbując odgonić łzy. - On nie będzie wiedział, gdzie nas szukać!
- Ale jak to wezwali? Przecież skończył w tym roku czterdzieści lat! Nie powinien zostać wezwany w pierwszym terminie! - Udzieliło mi się jej przerażenie, bo mąż kobiety był mi równie bliski, co ona. Byli moimi najlepszymi przyjaciółmi, niemalże rodziną.
- Może i nie powinien, ale taką miał kartę mobilizacyjną. Nie było czasu wyjaśniać pomyłki. Zresztą mój Maniek spakował się i wyjechał, jak tylko zobaczył ogłoszenie o mobilizacji! Wie pan, jaki on jest. Nie chciał, żeby ktokolwiek pomyślał, że szukał wymówki od obrony kraju. A jak tylko wyjechał, na drugi dzień z Powiatowej Komendy Uzupełnień przyszła nowa karta, przesuwająca go do następnej grupy! Ale było już za późno... - Bezradnie rozłożyła ręce, a dokumenty ewakuacyjne wyleciały jej z dłoni. Momentalnie doskoczyłem i podniosłem je z podłogi. Raz jeszcze na nie zerknąłem. Wciąż nie mogłem uwierzyć w prawdziwość zapisanych tam słów.
- Proszę się o nic nie martwić. Wszystkie oddziały naszego banku są ewakuowane zgodnie z odgórnym rozkazem, więc pani mąż z łatwością was zlokalizuje, a gosposia na pewno pani pomoże przy pakowaniu. Niepotrzebnie się pani niepokoi.
- Gosposia wyjechała na wieś. Jak na złość zostaliśmy z Jureczkiem sami.
- W takim razie ja pomogę - zaproponowałem. - Pójdziemy do pani mieszkania i spakujemy najpotrzebniejsze rzeczy, a potem razem udamy się na dworzec.
- Pojedzie pan z nami, panie Władku? - dopytała pani Maria.
- Przykro mi, ale mężczyźni będą ewakuowani w drugim rzucie. Proszę się nie martwić, udacie się do Siedlec, gdzie czeka na was bezpieczne schronienie.
Wyszliśmy z pomieszczeń banku wprost na klatkę schodową znajdującą się na tyłach budynku. Przez okno zauważyłem załadowany walizkami samochód dyrektora. Drzwi pojazdu, tak samo jak drzwi prowadzące do jego domu, były otwarte. Zatem oni również szykowali się do drogi. Jednak dopiero widok tobołków piętrzących się przed mieszkaniem woźnego Karalucha i kolejnych, które jego żona i córka w pośpiechu wciąż donosiły do tego stosu, uświadomił mi skalę naszej ewakuacji.
- Na miłość boską, gdzie te klucze! - Głos pani Tosi przykuł z powrotem moją uwagę. Kobieta nerwowo przetrząsała zawartość torebki w poszukiwaniu swojej zguby.
- Może pomogę? - zapytałem nieśmiało, czując się w obowiązku taką pomoc zasugerować.
Zanim kobieta zdążyła mi odpowiedzieć, niespodziewanie usłyszałem zgrzyt zamka, a drzwi do mieszkania rozchyliły się, ukazując zdziwioną twarz jedenastoletniego chłopca.
- Jureczku, pakuj się szybko! - Pani Tosia pchnęła wejściowe drzwi trochę zbyt mocno. Klamka odbiła się od ściany, zapewne zostawiając na niej swój ślad. W tym samym momencie chłopiec odskoczył w głąb mieszkania, przerażony albo niespokojnym głosem matki, albo jej nagłym wtargnięciem.
- Ale dlaczego, mamusiu? Gdzie jedziemy? I czemu nie jesteś w pracy? - zarzucał ją pytaniami, jednocześnie bacznie mi się przyglądając, jakby wszystko to, co się działo, było wyłącznie moją winą.
Rozejrzałem się po kuchni, do której wchodziło się bezpośrednio z klatki schodowej. Na stole leżały grubo ukrojone kromki chleba, a nóż pokryty truskawkowym dżemem spoczywał tuż obok talerzyka na lnianym obrusie. Dopiero wtedy dostrzegłem, że chłopak w kącikach ust wciąż miał czerwone ślady po jedzeniu.
- Jureczku, musimy uciekać! - Kobieta złapała go za ramiona i zmusiła, aby ten spojrzał wprost na nią. - Idź do swojego pokoju, wyciągnij spod łóżka walizkę i spakuj do niej wszystkie ubrania, które masz w szufladach. Zrozumiałeś?
Chłopiec pokiwał głową.
- I wytrzyj buzię! Na Boga, jak ty wyglądasz! - zganiła go.
Jurek oczywiście posłuchał i wytarł twarz rękawem swojej koszuli. Gdy tylko to zrobił i zauważył czerwone ślady na materiale, zrozumiał swój błąd. Z przestrachem spojrzał na matkę. Jej mina z rozgniewanej zmieniła się w zmartwioną.
- To już bez znaczenia - dodała z lekkim uśmiechem. - Leć szybko! - Delikatnie popchnęła go w stronę otwartych drzwi prowadzących do jadalni. Mieszkanie państwa Smurzyńskich, tak jak pozostałe służbowe kwatery, miało amfiladowy układ. Chłopak biegł prosto przed siebie, przechodząc przez kolejne pomieszczenia, aż znikł za drzwiami swojego pokoju.
- Jak mogę pomóc? Co pakować? - zapytałem, rozpinając guzik marynarki. Chciałam zacząć działać, bo nie było czasu do stracenia.
- Sama nie wiem. A co powinnam zabrać? - Popatrzyła na mnie zdezorientowanym wzrokiem, a ja niestety odwzajemniłem to spojrzenie, bo nie znałem odpowiedzi na to pytanie.
Rzuciłem maski przeciwgazowe na stół i wciąż bezradnie rozglądałem się po kuchennych szafkach. Co prawda, pracownicy Banku Polskiego, zarówno ci młodsi - biuraliści, jak i starsi - urzędnicy, byli w pewnym sensie pracownikami o charakterze strategicznym, dlatego obowiązywało nas specjalnie przeszkolenie. I tak mężczyźni przechodzili kursy typowo wojskowe, a kobiety - obronne, przeciwgazowe. Poza tym wszyscy byliśmy zaopatrzeni w maski gazowe, a panowie dodatkowo w broń, która przechowywana była w specjalnie do tego przystosowanym magazynie w naszym banku. W dniu ogłoszenia mobilizacji po raz pierwszy nam ją wydano. Od tego czasu leżała zamknięta w drewnianym kredensie w moim mieszkaniu. Jednak nikt nie przeszkolił nas z podstaw, z tak trywialnych rzeczy jak to, co należy zabrać ze sobą w czasie ewakuacji.
- Pani Tosiu, pani będzie pakować swoje ubrania, a ja zapakuję jedzenie na podróż i trochę środków czystości. Nie ma sensu brać zbyt wiele, bo musi pani dźwigać to sama. Każdy przecież będzie miał swoje bagaże. A trzeba założyć, że będziecie się często przemieszczać, więc dodatkowy dobytek będzie tylko nieporęcznym balastem.
- Wezmę pieniądze - powiedziała, wyjmując z kieszeni fartucha odebraną przed chwilą odprawę w wysokości jej trzymiesięcznej pensji.
- Musi ją pani gdzieś ukryć. To spora ilość gotówki, a dla niektórych wręcz fortuna. Złodzieje zapewne już czekają na dworcu na roztargnionych podróżnych.
- Zaszyję je w swojej sukience.
- Dokumenty też lepiej schować. I może warto podzielić pieniądze na pół i drugą część zaszyć w marynarce Jurka? Tak na wszelki wypadek - wyjaśniłem z nadzieją, że jej nie wystraszę.
- Na wypadek czego?
- Gdybyście się rozdzielili. Tak też się może zdarzyć. Proszę uczulić syna, gdzie ma się w takim wypadku udać. Ustalcie może ze dwa takie miejsca.
- Dobrze... - Potaknęła głową, pobledłszy jeszcze bardziej. - Dobrze, panie Władku, tak zrobię.
Zgodnie z obietnicą postanowiłem towarzyszyć pani Tosi i jej synowi w drodze na dworzec. Skoro nie było pana Mariana, jej męża, czułem się w obowiązku podnosić na duchu bądź co bądź moją koleżankę z pracy. Każdy na moim miejscu postąpiłby tak samo. Zresztą od dawna o nikogo w ten sposób się nie troszczyłem. Od dawna nikt na mnie nie polegał. Dobrze było znowu poczuć się komuś potrzebnym. Moi rodzice, świeć Panie nad ich duszą, odeszli w słusznym wieku, pozostawiając mnie na świecie samego. Mogłem mieć im to za złe, że tak późno pojawiłem się na świecie, albo że nigdy nie postarali się o rodzeństwo dla mnie, jednak z drugiej strony to właśnie dzięki temu stać ich było na moją edukację. To, co w życiu osiągnąłem, zawdzięczałem tylko im.
Wyszliśmy przed front banku na ulicę Pierackiego, gdzie obaj woźni kończyli ładować na wóz skrzynie ze skarbca, a pracownicy umieszczali pomiędzy nimi zabezpieczone naprędce dokumenty, w tym nasze akta osobowe. Nasza dorożka miała podjechać lada chwila.
- Zaraz wracam! - krzyknął Jurek, po czym pobiegł do sąsiedniego budynku. Zanim zniknął za drzwiami Komunalnej Kasy Oszczędnościowej, zauważyłem, że trzymał coś ukrytego pod marynarką.
- Jurek! Wracaj! - Matka próbowała go zatrzymać, ale ten już jej nie słyszał.
- Przyprowadzę go - obiecałem i ruszyłem śladem chłopaka. W myślach próbowałem przypomnieć sobie, czy mieszkają tam jakieś dzieci pracowników, z którymi Jurek chciałby się pożegnać przed odjazdem, ale nie mogłem sobie tego przypomnieć. Wbiegłem za nim do środka, niemalże wpadając na niego i stojącego obok chłopaka dyrektora Bielickiego.
- ...skarbonkę, mówisz? - dopytał, jak zawsze w dobrym humorze mężczyzna, a ja w mig pojąłem cel tej niespodziewanej wizyty Jurka w tym miejscu.
- Tak! Wyjeżdżamy z mamą! Chcę z powrotem moje pieniądze! - krzyknął, wyciągając w kierunku mężczyzny swoją skarbonkę, do której bez przeszkód mógł wrzucać swoje oszczędności, ale żeby je wyjąć potrzebował kluczyka. Kluczyka, który zdeponowany był w tej właśnie kasie.
- Dobrze, młody kawalerze. Mądry ruch, swoją drogą - pochwalił go dyrektor. - Biegnij na górę i poproś którąś z siedzących tam pań o swój kluczyk.
- Jak sytuacja, panie Bielicki? - zapytałem, gdy tylko Jurek znalazł się na schodach. - Jak pana "kamienice"? - zmusiłem się do naszego stałego żartu. Dawno temu zapytałem go, dlaczego zarabiając tak dobrze jako dyrektor KKO, jeszcze się nie pobudował, a że akurat jego córki uczestniczyły w rozmowie, objął je ramionami, przyciągnął do siebie i z dumą rzekł, że to są jego "kamienice". Początkowo nie rozumiałem żartu, ale z czasem zorientowałem się, jak bardzo wykształcone są obie panny i że musiało to ojca kosztować niezłą fortunę. Fortunę, za którą mógłby spokojnie postawić niemałą kamienicę.
- U Marysi wszystko dobrze. Jest w Warszawie. Za to Hanka... - Pokręcił głową na myśl o młodszej córce. - Tydzień temu przyszła do niej depesza aż z Wilna! Z teatru! Że dostała tam główną rolę! Prosiłem, zaklinałem, żeby nie jechała, ale skąd, panie! Powiedziała, że nie po to w czerwcu studia aktorskie skończyła, żeby teraz nie przyjąć takiej propozycji! Następnego dnia obie z matką były już w drodze do Wilna!
- Ale teraz, gdy wojna wybuchła, pewnie wróci?
- Wraca jedynie moja małżonka. - Pokręcił znowu z niedowierzaniem głową. - Hanka... chyba się zakochała. Zostaje tam z tym całym Jerzym Duszyńskim.
Nie powiem, ale poczułem lekką zazdrość. Ta dziewczyna potrafiła zawrócić w głowie. Lubiłem jej towarzystwo, lubiłem słuchać jej zachrypniętego głosu i żartów. Jednak nigdy nie łudziłem się, że będzie z tego coś więcej. Kobiety takie jak Hanka Bielicka nie marzyły o wygodnym życiu przy boku bankowego urzędnika na prowincji. One potrzebowały przygód, publiki i blichtru. Wszystkiego tego, czego ja nie pragnąłem i czego nigdy nie mógłbym jej zapewnić.
- Panie Bielicki, a może to lepiej, że ona tam, a nie tu? Zobaczy pan, co się wokół dzieje. Nie wiadomo, co nas tu jeszcze czeka.
- Może i ma pan rację, panie Walczuk. - Kiwając lekko głową, podrapał się po zamaszystym wąsie. Wyglądał na wyczerpanego. Chciałem zapytać, czy wszystko w porządku, ale wtedy usłyszeliśmy szybkie kroki dochodzące z strony schodów, a po chwili zobaczyliśmy przeskakującego po dwa stopnie chłopaka. - To co, Jurek, masz już swoje oszczędności? - zapytał łagodniejszym już tonem głosu.
- Tak, proszę pana! - potwierdził z nieukrywaną dumą.
Pożegnaliśmy się i opuściliśmy budynek kasy. Gdy szliśmy w kierunku pani Tosi, ta siedziała już w dorożce i wpatrywała się z dumą w syna, zapewne zdając sobie sprawę, gdzie i po co byliśmy. W końcu Jurek był synem urzędniczki bankowej i kupca, więc, chcąc nie chcąc, musiał mieć głowę na karku. Głupotą byłoby zostawić swoje ciężko uzbierane pieniądze, gdy czasy niepewne, a powrót do Łomży wcale nie był kwestią oczywistą. Kroczyliśmy więc w stronę dorożki przy akompaniamencie monet, które brzdękały w kieszeniach chłopaka.