Rozdział 1. Biegnąc we mgle
Rozdział 1
BIEGNĄC WE MGLE
Jeśli przechodzisz przez piekło -
nie zatrzymuj się.
- WINSTON CHURCHILL
- Tutaj! - słyszę znajomy głos, więc skręcam, biegnąc na oślep.
Zakręty w strefie serwisowej są aż cztery. Znam je na pamięć, tak jak
każdy milimetr przypominającej nerkę trasy. Cztery zakręty i łagodny łuk
pośród drzew, które dają trochę cienia w upalne dni i osłaniają od
wiatru. Tysiąc siedemset dwadzieścia pięć i pół metra w pabianickim
Parku Wolności. Wiem, że tuż obok są metalowe barierki i biało-czerwona
taśma. Wiem, że są namioty serwisowe i ludzie.
Wiem.
Ale już ich nie widzę.
Kilka godzin wcześniej zaczęły znikać we mgle. Nie takiej, która się
pojawia, gdy ciepłe powietrze spotyka wychłodzony grunt. To moja
osobista mgła. Tylko dla moich oczu.
Okazuje się, że przy dużym wysiłku, gdy ciało jest już wypełnione po
brzegi produktami przemiany materii, kwasem mlekowym i wszystkim, co się
da, to cała ta chemia ląduje też w twoich oczach. Zdrowe oko sobie z tym
radzi, ale jeśli masz minus sześć, zaczątki zaćmy i musisz nosić szkła,
żeby trzymać równowagę, to dochodzi do niedotlenienia rogówki i jej
obrzęku. Lekarz powie ci: ściągnij szkła, połóż się z zamkniętymi
oczami, odpocznij. Ale właśnie na to nie możesz sobie pozwolić, gdy
walczysz o rekord świata w biegu 24-godzinnym, zwłaszcza gdy myślisz, że
to może być ostatni wyczyn w twoim życiu.
Bo dwa miesiące wcześniej, pod prysznicem, moja dłoń znalazła pierwszy
guz.
Był początek marca, dopiero wróciłam z Tajwanu, gdzie aż o 24 kilometry
pobiłam swój rekord w biegu 48-godzinnym. Całkowicie mnie to zaskoczyło,
bo byłam dopiero na etapie budowania formy. Tajwan był obietnicą
wielkich sportowych osiągnięć w tym roku, a gdy coś takiego się dzieje,
jak zbliżasz się do pięćdziesiątki, czujesz szczególną ekscytację.
Nie istnieje dobry moment na odkrycie, że w twoim ciele pojawił się ktoś
obcy. To tak jak z wypadkami, które zdarzają się innym. Widzisz je,
spiesząc się do pracy. Nie mogą przydarzyć się tobie, bo przecież nie
masz na to czasu. Jest tyle spraw. Siedzenie godzinami na szpitalnych
korytarzach, przyjmowanie toksycznych substancji, od których wypadną ci
włosy i zaczną schodzić paznokcie, są ostatnimi rzeczami, jakimi chcesz
się zajmować. Ale choroba nic sobie z tego nie robi. Stawia cię przed
faktem i zawiesza na włosku wszystkie twoje plany i marzenia.
Najgorsze jest to, że nie wiesz.
Nie wiesz nic.
A lekarka pierwszego kontaktu, która musi ci dać skierowanie do chirurga
onkologicznego, odprawia cię z kwitkiem, mówiąc, że panikujesz.
Nie mam pojęcia, czy to przypadek, czy zrządzenie losu, że kilka lat
wcześniej zamieszkałam w Wieliszewie, gdzie jest bardzo dobry szpital
onkologiczny, i że zaprzyjaźniłam się akurat z Moniką, pracującą w nim
pielęgniarką. Zadzwoniłam do niej od razu po tym, gdy znalazłam w swoim
ciele nowego lokatora, a ona kazała mi natychmiast zdobyć skierowanie i już wykonała pierwsze ruchy, żebym trafiła do dobrego specjalisty.
Po wizycie u tamtej nieszczęsnej lekarki popłakałam się z bezsilnej
złości. Niby wiesz, że to może być łagodna zmiana, że to nic takiego,
ale przecież ledwie chwilę wcześniej guza jeszcze nie było. A to rzadko
oznacza dobre rzeczy.
W moim przypadku oznaczało te najgorsze.
Guz okazał się najbardziej złośliwy - potrójnie ujemny. O istnieniu
drugiego nie wiedziałam jeszcze przez wiele tygodni, choć dzieliło je
zaledwie kilka centymetrów. Ten drugi, hormonozależny, ma inną naturę -
nie rozwija się tak szybko jak tamten i rzadziej daje przerzuty. Nie
jestem typem panikary i w bieganiu nigdy nie istniała dla mnie opcja,
żeby się poddać, ale wtedy się podłamałam. Przyszedł mi na myśl Julian,
mój kot - że przecież jestem jego jedyną opiekunką i że biedak zostanie
sam. Że zostawię siostrę i ojczyma, wielu przyjaciół, którzy nie raz mi
pokazali, iż są gotowi pójść za mną w ogień. Te myśli były jakby za
szybą, jakby myślał je ktoś inny. Trudno mi było dopuścić emocje. Przez
całe lata uczyłam się nie czuć.
Czekało mnie leczenie i operacja, ale na tamtym etapie wiedziałam bardzo
niewiele. Chemia kojarzyła mi się z ekstremalnym wycieńczeniem
organizmu, niekończącymi się wymiotami i wychudzeniem. Z tym, że stajesz
się cieniem samego siebie, bo przecież żeby zabić raka, sam musisz
stanąć na skraju.
To wszystko było tym większą abstrakcją, że przecież czułam się
świetnie. Na początku maja planowałam start w biegu 24-godzinnym w Pabianicach i wiedziałam, że rekord Europy znajduje się w moim zasięgu.
Termin leczenia wyznaczono mi dopiero na 1 czerwca. To miał być początek
czegoś nowego i nieznanego. Postanowiłam więc, że aż do tego dnia, gdy
stanę na progu zmian, skupię się na tym, co zawsze było moim bezpiecznym
azylem.
Na bieganiu.
Codzienne treningi, planowanie i analizy miały być ostatnim bastionem
mojego normalnego życia. Nie czułam się na siłach, żeby zawalczyć o rekord świata, ale gdy nosisz w sobie tykającą bombę, nie masz do
stracenia absolutnie nic. Ryzykujesz.
Zmieniłam tempa treningowe, żeby każda komórka mojego ciała miała szansę
się ich nauczyć. Zwykle ustalam takie rzeczy na wiele miesięcy przed
zawodami i biegam w tych tempach przez niekończące się godziny. Chodzi o to, żeby ten rytm był dla ciała tak naturalny jak oddychanie. Tym razem
nie był, ale w głowie kołatała myśl, że to może być ostatnia szansa. Nie
wiedziałam, czy po leczeniu będę w stanie wrócić na szczyt. Nie
wiedziałam nawet, czy będzie jeszcze jakieś "po leczeniu".
Rozumiesz więc, dlaczego te Pabianice były tak ważne. Gdy stając na
starcie, czujesz, że to może być ostatni raz, nie ma żadnych wymówek.
Jest teraz albo nigdy.
Nie pamiętam, jakie drzewa rosną wzdłuż trasy biegu. Nigdy się na nich
nie skupiałam. Dużo ważniejsze są dwa poprzeczne spękania asfaltu i pojedyncze, zanurzone w nim kamienie, bo przez większość czasu patrzy
się pod nogi. Są też dwa miejsca z matami do pomiaru czasu. Zwyczajny
punkt orientacyjny podczas tych dziewięciu i pół minuty, gdy pokonujesz
pętlę. Ale te same maty i te same spękania nabierają zupełnie innego
znaczenia, gdy widzisz już tylko mleczną szybę. Po iluś razach już
wiesz, że to ten moment, gdy trzeba biec jak czapla, zadzierając wysoko
nogi, żeby nie polecieć na twarz i się nie potłuc, bo to ryzyko i cenny
czas.
Początek biegu utwierdzał mnie w przeświadczeniu, że naprawdę mam szansę
na rekord. Musiałam się hamować, co jest bardzo dobrym objawem. Świetna
pogoda, jak zawsze znakomity serwis i moje ciało, które choć niosło tę
przeklętą bombę, sprawowało się znakomicie. Żołądek, nogi, głowa. Czułam
ogromną wdzięczność.
A potem zaczęły mi się rozjeżdżać światła latarni.
Normalnie, patrząc na nie nocą, widzisz świetlną kulę o miękkich
granicach. Gdy oczy zaczynają szwankować, jest tak, jakbyś patrzył na to
światło przez porysowaną szybę i kule zmieniają się w rozgwiazdy. I wtedy już wiesz, że to tylko kwestia czasu. To proces, którego nie da
się zatrzymać. Jeśli nie zamkniesz oczu i nie dasz im odpocząć, w końcu
świat zniknie we mgle. Zaczynał się więc kolejny wyścig z czasem. Jakby
nie wystarczyły dwa poprzednie.
Pierwszy raz doświadczyłam tego "blackoutu" w Irlandii podczas wyścigu
na 100 mil w górach. Bardzo mi na tym biegu zależało, bo to były zawody
kwalifikujące do jednej z najbardziej znanych imprez długodystansowych
na świecie - Badwater 135 Ultramarathon w Dolinie Śmierci. Do dziś
pamiętam dźwięk dzwonków na dobiegu do mety. Ostatnie sześć godzin
pokonałam we mgle, a na końcówce nie widziałam już nic. Miałam szczęście
trafić na lekarza, który natychmiast mnie zdiagnozował i uspokoił, że
nie stracę wzroku na zawsze.
Z zewnątrz to wygląda naprawdę koszmarnie. Białka są zaczerwienione, a tęczówki mętne do tego stopnia, że nie da się rozpoznać koloru. Stajesz
się postacią z horroru. Masz wrażenie, jakbyś próbował prowadzić
samochód podczas oberwania chmury albo w gęstej mgle, w której nie
jesteś w stanie dostrzec nawet końca maski. I podobnie jak w samochodzie, czepiasz się wątłego światełka auta przed tobą, bo tylko
ono ci mówi, że wciąż jesteś na drodze. Ja trzymałam się jedynych
elementów, które wciąż wybijały się z tej mętnej nicości - numerów
startowych na plecach mijanych biegaczy, ledwo widocznej linii
wyznaczającej koniec asfaltu i biało-czerwonych taśm, które mogłam
jeszcze dostrzec kątem oka. Wszystko inne było już tylko niekończącą się
bielą.
Z każdą godziną mgła gęstnieje coraz bardziej, a światło budzącego się
dnia przyćmiewa resztki punktów orientacyjnych. Nie ma już świateł
latarni, nie ma odblasków. Tylko biel.
Biel.
Biel.
Biel.
Za każdym razem potykam się na tych dwóch spękaniach asfaltu. Biegnę jak
czapla przy matach pomiarowych i co chwilę krzyczę: "Lewa wolna! Lewa
wolna! Nic nie widzę!". Ludzie słyszą, ale dla zmęczonych biegiem
umysłów to wyższy level abstrakcji. Nie rozumieją, co się dzieje,
wiem, że ich też to wkurza, bo każdy walczy ze swoimi słabościami. Wiem,
że nie rozumie też mój serwisowy team. Orientują się dopiero, gdy
przestaję trafiać ręką we flaski, w których podają mi picie.
Support nie może biec z tobą, więc podobnie jak na punktach odżywczych w maratonach stają po prostu przy trasie i chwytasz jedzenie i picie z ich
rąk. Ale dla mnie już nie ma żadnych rąk.
- Patrycja, tu! - krzyczy znajomy głos.
Dla mnie nie ma już też żadnego "tu".
Wkurzam się w bezsilnej frustracji.
- Gdzie?! - rzucam, próbując nawigować na słuch.
- Boże, ty naprawdę nic nie widzisz!
Ktoś łapie moją dłoń i wciska w nią flaska. Uff. Nareszcie. Biegnę dalej
i chce mi się płakać. Trochę z tej bezsilności, trochę z wdzięczności,
że gra toczy się dalej.
Mimo wszystko.
Na trasie jest jeszcze jedna linia, którą wyczuwam, choć nie dlatego, że
jest przeszkodą, na którą muszę się przygotowywać. To moja osobista
linia mety sprzed dwóch lat, z biegu 48-godzinnego. To tu zatrzymałam
się po ponad 403 kilometrach, ustanawiając nowy rekord świata i gdy
teraz na pierwszej pętli mijałam wymalowane na asfalcie litery WR, jak
World Record, poczułam ścisk w piersi i zaszkliły mi się oczy. Litery
zdążyły się już trochę zatrzeć, więc ktoś pociągnął je sprejem, wiedząc,
że przyjadę. Po ponad 20 godzinach biegu już ich nie widzę, ale wyczuwam
tę magiczną linię coraz silniej, bo tamto też nie miało prawa się udać.
Biegnę pogrążona w absolutnej bieli i wspominam tamte chwile. Nie widzę
już nic. Ktoś krzyczy, że teraz, a ja mam już na
pamięć wyryte, że muszę skręcić gwałtownie w prawo. Jak usłyszę drugi
głos, będzie w lewo. Potem poczuję czyjąś dłoń, która wsadzi mi w rękę
flaska, i pobiegnę dalej. Kolejne teraz i kolejny skręt. I jeszcze jeden. A potem łagodny łuk. Chwila wytchnienia.
Pocieszam się, że raz już dokonałam tu niemożliwego. A przecież teraz to
ważniejsze, więc o żadnym poddawaniu się nie ma mowy.
Trzeba dociągnąć do końca, jeszcze ten jeden raz.
W ostatnich godzinach, gdy ślepnę całkowicie, pojawia się więcej głosów.
Krzyczą już nie tylko moi przyjaciele, którzy przyjechali, wiedząc, z czym naprawdę się mierzę, ale do pomocy włączają się inni zawodnicy.
- Ej! Bardziej w lewo! - instruuje ktoś, kogo wyprzedziłam przed chwilą.
- Zaraz wypadniesz na pobocze!
Koryguję kurs i unoszę dłoń w geście podziękowania.
Wiem, że nie trzymam już tempa. Wiem, że rekord świata jest poza
zasięgiem, choć nadal mam szansę na rekord Europy, więc modlę się, żeby
tylko się nie wywalić.
Moja ekipa przelicza wszystko i wstrzymuje oddech. Potem usłyszę, w jak
wielkim napięciu byli przez te ostatnie godziny, czując, jak niewiele
mogą zrobić. Bo mimo że wokół jest tylu ludzi, w moim białym świecie
jestem sama.
I właśnie wtedy, gdy napięcie sięga zenitu, ktoś dotyka mojego ramienia.
- Hej! Nie wiem, jak długo wytrzymam, bo to tempo jest z kosmosu, ale
się postaram!
- Dzięki - mówię zdezorientowana.
Biegniemy więc ramię w ramię i chłopak mówi mi, że to jego pierwszy raz
w biegu na 24 godziny. Przedstawia się jako Przemek Warzecha. Nie
znaliśmy się, ale tydzień wcześniej napisał do mnie z prośbą o udostępnienie linku do zbiórki na akcję promującą bieganie z cukrzycą.
- Widzisz? Pomogłaś mi, a teraz ja mogę pomóc tobie.
Lecimy tak obok siebie przez trzy ostatnie okrążenia, stukając się
łokciami, a Przemek krzyczy do zawodników, żeby zrobili nam miejsce.
Czuję ogromne wzruszenie i myślę, jak bardzo ważni są w tym inni ludzie.
Nie wiem, co mam w sobie takiego, że ktoś decyduje się wykroić ze
swojego życia wiele cennych godzin, marnować urlopy, nie spać, marznąć
albo siedzieć w skwarze, aby mi towarzyszyć. Dlaczego ktoś jedzie przez
pół nocy tylko po to, żeby przywieźć mi zupę i uściskać, a potem się
zbiera, żeby zdążyć na rano do swoich spraw.
Przemek Warzecha jest u mojego boku do ostatniej chwili. A gdy pada
strzał, ściska mnie jako pierwszy. Dopadają mnie przyjaciele, moja
niezawodna ekipa serwisowa, i płaczemy jak bobry. W tym chóralnym wyciu
jest euforia, bo o ponad kilometr poprawiłam rekord Europy, jest też
żal, bo ci najbliżsi wiedzą, co mnie czeka, i że przyszłość to wielka
niewiadoma. Jest i wzruszenie, że to wszystko mogło się wydarzyć. I gdy
tak płaczemy z tego szczęścia, żalu i wzruszenia, to w mojej głowie
pojawia się jedna myśl, która stanie się światłem w tunelu.
Nie pobiłam rekordu świata.
A to oznacza, że wciąż mam coś do zrobienia.