p

Ostatni bieg. Wspomnienia rekordzistki świata w biegu 48-godzinnym - Patrycja Bereznowska, Magdalena Ostrowska-Dołęgowska

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (39,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1. Biegnąc we mgle

Roz­dział 1

BIE­GNĄC WE MGLE

Jeśli prze­cho­dzisz przez pie­kło - nie zatrzy­muj się.

- WIN­STON CHUR­CHILL

- Tutaj! - sły­szę zna­jomy głos, więc skrę­cam, bie­gnąc na oślep.

Zakręty w stre­fie ser­wi­so­wej są aż cztery. Znam je na pamięć, tak jak każdy mili­metr przy­po­mi­na­ją­cej nerkę trasy. Cztery zakręty i łagodny łuk pośród drzew, które dają tro­chę cie­nia w upalne dni i osła­niają od wia­tru. Tysiąc sie­dem­set dwa­dzie­ścia pięć i pół metra w pabia­nic­kim Parku Wol­no­ści. Wiem, że tuż obok są meta­lowe barierki i biało-czer­wona taśma. Wiem, że są namioty ser­wi­sowe i ludzie.

Wiem.

Ale już ich nie widzę.

Kilka godzin wcze­śniej zaczęły zni­kać we mgle. Nie takiej, która się poja­wia, gdy cie­płe powie­trze spo­tyka wychło­dzony grunt. To moja oso­bi­sta mgła. Tylko dla moich oczu.

Oka­zuje się, że przy dużym wysiłku, gdy ciało jest już wypeł­nione po brzegi pro­duk­tami prze­miany mate­rii, kwa­sem mle­ko­wym i wszyst­kim, co się da, to cała ta che­mia ląduje też w two­ich oczach. Zdrowe oko sobie z tym radzi, ale jeśli masz minus sześć, zaczątki zaćmy i musisz nosić szkła, żeby trzy­mać rów­no­wagę, to docho­dzi do nie­do­tle­nie­nia rogówki i jej obrzęku. Lekarz powie ci: ścią­gnij szkła, połóż się z zamknię­tymi oczami, odpocz­nij. Ale wła­śnie na to nie możesz sobie pozwo­lić, gdy wal­czysz o rekord świata w biegu 24-godzin­nym, zwłasz­cza gdy myślisz, że to może być ostatni wyczyn w twoim życiu.

Bo dwa mie­siące wcze­śniej, pod prysz­ni­cem, moja dłoń zna­la­zła pierw­szy guz.

Był począ­tek marca, dopiero wró­ci­łam z Taj­wanu, gdzie aż o 24 kilo­me­try pobi­łam swój rekord w biegu 48-godzin­nym. Cał­ko­wi­cie mnie to zasko­czyło, bo byłam dopiero na eta­pie budo­wa­nia formy. Taj­wan był obiet­nicą wiel­kich spor­to­wych osią­gnięć w tym roku, a gdy coś takiego się dzieje, jak zbli­żasz się do pięć­dzie­siątki, czu­jesz szcze­gólną eks­cy­ta­cję.

Nie ist­nieje dobry moment na odkry­cie, że w twoim ciele poja­wił się ktoś obcy. To tak jak z wypad­kami, które zda­rzają się innym. Widzisz je, spie­sząc się do pracy. Nie mogą przy­da­rzyć się tobie, bo prze­cież nie masz na to czasu. Jest tyle spraw. Sie­dze­nie godzi­nami na szpi­tal­nych kory­ta­rzach, przyj­mo­wa­nie tok­sycz­nych sub­stan­cji, od któ­rych wypadną ci włosy i zaczną scho­dzić paznok­cie, są ostat­nimi rze­czami, jakimi chcesz się zaj­mo­wać. Ale cho­roba nic sobie z tego nie robi. Sta­wia cię przed fak­tem i zawie­sza na wło­sku wszyst­kie twoje plany i marze­nia.

Naj­gor­sze jest to, że nie wiesz.

Nie wiesz nic.

A lekarka pierw­szego kon­taktu, która musi ci dać skie­ro­wa­nie do chi­rurga onko­lo­gicz­nego, odpra­wia cię z kwit­kiem, mówiąc, że pani­ku­jesz.

Nie mam poję­cia, czy to przy­pa­dek, czy zrzą­dze­nie losu, że kilka lat wcze­śniej zamiesz­ka­łam w Wie­li­sze­wie, gdzie jest bar­dzo dobry szpi­tal onko­lo­giczny, i że zaprzy­jaź­ni­łam się aku­rat z Moniką, pra­cu­jącą w nim pie­lę­gniarką. Zadzwo­ni­łam do niej od razu po tym, gdy zna­la­złam w swoim ciele nowego loka­tora, a ona kazała mi natych­miast zdo­być skie­ro­wa­nie i już wyko­nała pierw­sze ruchy, żebym tra­fiła do dobrego spe­cja­li­sty.

Po wizy­cie u tam­tej nie­szczę­snej lekarki popła­ka­łam się z bez­sil­nej zło­ści. Niby wiesz, że to może być łagodna zmiana, że to nic takiego, ale prze­cież led­wie chwilę wcze­śniej guza jesz­cze nie było. A to rzadko ozna­cza dobre rze­czy.

W moim przy­padku ozna­czało te naj­gor­sze.

Guz oka­zał się naj­bar­dziej zło­śliwy - potrój­nie ujemny. O ist­nie­niu dru­giego nie wie­dzia­łam jesz­cze przez wiele tygo­dni, choć dzie­liło je zale­d­wie kilka cen­ty­me­trów. Ten drugi, hor­mo­no­za­leżny, ma inną naturę - nie roz­wija się tak szybko jak tam­ten i rza­dziej daje prze­rzuty. Nie jestem typem pani­kary i w bie­ga­niu ni­gdy nie ist­niała dla mnie opcja, żeby się pod­dać, ale wtedy się pod­ła­ma­łam. Przy­szedł mi na myśl Julian, mój kot - że prze­cież jestem jego jedyną opie­kunką i że bie­dak zosta­nie sam. Że zosta­wię sio­strę i ojczyma, wielu przy­ja­ciół, któ­rzy nie raz mi poka­zali, iż są gotowi pójść za mną w ogień. Te myśli były jakby za szybą, jakby myślał je ktoś inny. Trudno mi było dopu­ścić emo­cje. Przez całe lata uczy­łam się nie czuć.

Cze­kało mnie lecze­nie i ope­ra­cja, ale na tam­tym eta­pie wie­dzia­łam bar­dzo nie­wiele. Che­mia koja­rzyła mi się z eks­tre­mal­nym wycień­cze­niem orga­ni­zmu, nie­koń­czą­cymi się wymio­tami i wychu­dze­niem. Z tym, że sta­jesz się cie­niem samego sie­bie, bo prze­cież żeby zabić raka, sam musisz sta­nąć na skraju.

To wszystko było tym więk­szą abs­trak­cją, że prze­cież czu­łam się świet­nie. Na początku maja pla­no­wa­łam start w biegu 24-godzin­nym w Pabia­ni­cach i wie­dzia­łam, że rekord Europy znaj­duje się w moim zasięgu. Ter­min lecze­nia wyzna­czono mi dopiero na 1 czerwca. To miał być począ­tek cze­goś nowego i nie­zna­nego. Posta­no­wi­łam więc, że aż do tego dnia, gdy stanę na progu zmian, sku­pię się na tym, co zawsze było moim bez­piecz­nym azy­lem.

Na bie­ga­niu.

Codzienne tre­ningi, pla­no­wa­nie i ana­lizy miały być ostat­nim bastio­nem mojego nor­mal­nego życia. Nie czu­łam się na siłach, żeby zawal­czyć o rekord świata, ale gdy nosisz w sobie tyka­jącą bombę, nie masz do stra­ce­nia abso­lut­nie nic. Ryzy­ku­jesz.

Zmie­ni­łam tempa tre­nin­gowe, żeby każda komórka mojego ciała miała szansę się ich nauczyć. Zwy­kle usta­lam takie rze­czy na wiele mie­sięcy przed zawo­dami i bie­gam w tych tem­pach przez nie­koń­czące się godziny. Cho­dzi o to, żeby ten rytm był dla ciała tak natu­ralny jak oddy­cha­nie. Tym razem nie był, ale w gło­wie koła­tała myśl, że to może być ostat­nia szansa. Nie wie­dzia­łam, czy po lecze­niu będę w sta­nie wró­cić na szczyt. Nie wie­dzia­łam nawet, czy będzie jesz­cze jakieś "po lecze­niu".

Rozu­miesz więc, dla­czego te Pabia­nice były tak ważne. Gdy sta­jąc na star­cie, czu­jesz, że to może być ostatni raz, nie ma żad­nych wymó­wek. Jest teraz albo ni­gdy.

Nie pamię­tam, jakie drzewa rosną wzdłuż trasy biegu. Ni­gdy się na nich nie sku­pia­łam. Dużo waż­niej­sze są dwa poprzeczne spę­ka­nia asfaltu i poje­dyn­cze, zanu­rzone w nim kamie­nie, bo przez więk­szość czasu patrzy się pod nogi. Są też dwa miej­sca z matami do pomiaru czasu. Zwy­czajny punkt orien­ta­cyjny pod­czas tych dzie­wię­ciu i pół minuty, gdy poko­nu­jesz pętlę. Ale te same maty i te same spę­ka­nia nabie­rają zupeł­nie innego zna­cze­nia, gdy widzisz już tylko mleczną szybę. Po iluś razach już wiesz, że to ten moment, gdy trzeba biec jak cza­pla, zadzie­ra­jąc wysoko nogi, żeby nie pole­cieć na twarz i się nie potłuc, bo to ryzyko i cenny czas.

Począ­tek biegu utwier­dzał mnie w prze­świad­cze­niu, że naprawdę mam szansę na rekord. Musia­łam się hamo­wać, co jest bar­dzo dobrym obja­wem. Świetna pogoda, jak zawsze zna­ko­mity ser­wis i moje ciało, które choć nio­sło tę prze­klętą bombę, spra­wo­wało się zna­ko­mi­cie. Żołą­dek, nogi, głowa. Czu­łam ogromną wdzięcz­ność.

A potem zaczęły mi się roz­jeż­dżać świa­tła latarni.

Nor­mal­nie, patrząc na nie nocą, widzisz świetlną kulę o mięk­kich gra­ni­cach. Gdy oczy zaczy­nają szwan­ko­wać, jest tak, jak­byś patrzył na to świa­tło przez pory­so­waną szybę i kule zmie­niają się w roz­gwiazdy. I wtedy już wiesz, że to tylko kwe­stia czasu. To pro­ces, któ­rego nie da się zatrzy­mać. Jeśli nie zamkniesz oczu i nie dasz im odpo­cząć, w końcu świat znik­nie we mgle. Zaczy­nał się więc kolejny wyścig z cza­sem. Jakby nie wystar­czyły dwa poprzed­nie.

Pierw­szy raz doświad­czy­łam tego "blac­ko­utu" w Irlan­dii pod­czas wyścigu na 100 mil w górach. Bar­dzo mi na tym biegu zale­żało, bo to były zawody kwa­li­fi­ku­jące do jed­nej z naj­bar­dziej zna­nych imprez dłu­go­dy­stan­so­wych na świe­cie - Badwa­ter 135 Ultra­ma­ra­thon w Doli­nie Śmierci. Do dziś pamię­tam dźwięk dzwon­ków na dobiegu do mety. Ostat­nie sześć godzin poko­na­łam we mgle, a na koń­cówce nie widzia­łam już nic. Mia­łam szczę­ście tra­fić na leka­rza, który natych­miast mnie zdia­gno­zo­wał i uspo­koił, że nie stracę wzroku na zawsze.

Z zewnątrz to wygląda naprawdę kosz­mar­nie. Białka są zaczer­wie­nione, a tęczówki mętne do tego stop­nia, że nie da się roz­po­znać koloru. Sta­jesz się posta­cią z hor­roru. Masz wra­że­nie, jak­byś pró­bo­wał pro­wa­dzić samo­chód pod­czas obe­rwa­nia chmury albo w gęstej mgle, w któ­rej nie jesteś w sta­nie dostrzec nawet końca maski. I podob­nie jak w samo­cho­dzie, cze­piasz się wątłego świa­tełka auta przed tobą, bo tylko ono ci mówi, że wciąż jesteś na dro­dze. Ja trzy­ma­łam się jedy­nych ele­men­tów, które wciąż wybi­jały się z tej męt­nej nico­ści - nume­rów star­to­wych na ple­cach mija­nych bie­ga­czy, ledwo widocz­nej linii wyzna­cza­ją­cej koniec asfaltu i biało-czer­wo­nych taśm, które mogłam jesz­cze dostrzec kątem oka. Wszystko inne było już tylko nie­koń­czącą się bielą.

Z każdą godziną mgła gęst­nieje coraz bar­dziej, a świa­tło budzą­cego się dnia przy­ćmiewa resztki punk­tów orien­ta­cyj­nych. Nie ma już świa­teł latarni, nie ma odbla­sków. Tylko biel.

Biel.

Biel.

Biel.

Za każ­dym razem poty­kam się na tych dwóch spę­ka­niach asfaltu. Bie­gnę jak cza­pla przy matach pomia­ro­wych i co chwilę krzy­czę: "Lewa wolna! Lewa wolna! Nic nie widzę!". Ludzie sły­szą, ale dla zmę­czo­nych bie­giem umy­słów to wyż­szy level abs­trak­cji. Nie rozu­mieją, co się dzieje, wiem, że ich też to wku­rza, bo każdy wal­czy ze swo­imi sła­bo­ściami. Wiem, że nie rozu­mie też mój ser­wi­sowy team. Orien­tują się dopiero, gdy prze­staję tra­fiać ręką we fla­ski, w któ­rych podają mi picie.

Sup­port nie może biec z tobą, więc podob­nie jak na punk­tach odżyw­czych w mara­to­nach stają po pro­stu przy tra­sie i chwy­tasz jedze­nie i picie z ich rąk. Ale dla mnie już nie ma żad­nych rąk.

- Patry­cja, tu! - krzy­czy zna­jomy głos.

Dla mnie nie ma już też żad­nego "tu".

Wku­rzam się w bez­sil­nej fru­stra­cji.

- Gdzie?! - rzu­cam, pró­bu­jąc nawi­go­wać na słuch.

- Boże, ty naprawdę nic nie widzisz!

Ktoś łapie moją dłoń i wci­ska w nią fla­ska. Uff. Naresz­cie. Bie­gnę dalej i chce mi się pła­kać. Tro­chę z tej bez­sil­no­ści, tro­chę z wdzięcz­no­ści, że gra toczy się dalej.

Mimo wszystko.

Na tra­sie jest jesz­cze jedna linia, którą wyczu­wam, choć nie dla­tego, że jest prze­szkodą, na którą muszę się przy­go­to­wy­wać. To moja oso­bi­sta linia mety sprzed dwóch lat, z biegu 48-godzin­nego. To tu zatrzy­ma­łam się po ponad 403 kilo­me­trach, usta­na­wia­jąc nowy rekord świata i gdy teraz na pierw­szej pętli mija­łam wyma­lo­wane na asfal­cie litery WR, jak World Record, poczu­łam ścisk w piersi i zaszkliły mi się oczy. Litery zdą­żyły się już tro­chę zatrzeć, więc ktoś pocią­gnął je spre­jem, wie­dząc, że przy­jadę. Po ponad 20 godzi­nach biegu już ich nie widzę, ale wyczu­wam tę magiczną linię coraz sil­niej, bo tamto też nie miało prawa się udać.

Bie­gnę pogrą­żona w abso­lut­nej bieli i wspo­mi­nam tamte chwile. Nie widzę już nic. Ktoś krzy­czy, że teraz, a ja mam już na pamięć wyryte, że muszę skrę­cić gwał­tow­nie w prawo. Jak usły­szę drugi głos, będzie w lewo. Potem poczuję czy­jąś dłoń, która wsa­dzi mi w rękę fla­ska, i pobie­gnę dalej. Kolejne teraz i kolejny skręt. I jesz­cze jeden. A potem łagodny łuk. Chwila wytchnie­nia. Pocie­szam się, że raz już doko­na­łam tu nie­moż­li­wego. A prze­cież teraz to waż­niej­sze, więc o żad­nym pod­da­wa­niu się nie ma mowy.

Trzeba docią­gnąć do końca, jesz­cze ten jeden raz.

W ostat­nich godzi­nach, gdy ślepnę cał­ko­wi­cie, poja­wia się wię­cej gło­sów. Krzy­czą już nie tylko moi przy­ja­ciele, któ­rzy przy­je­chali, wie­dząc, z czym naprawdę się mie­rzę, ale do pomocy włą­czają się inni zawod­nicy.

- Ej! Bar­dziej w lewo! - instru­uje ktoś, kogo wyprze­dzi­łam przed chwilą. - Zaraz wypad­niesz na pobo­cze!

Kory­guję kurs i uno­szę dłoń w geście podzię­ko­wa­nia.

Wiem, że nie trzy­mam już tempa. Wiem, że rekord świata jest poza zasię­giem, choć na­dal mam szansę na rekord Europy, więc modlę się, żeby tylko się nie wywa­lić.

Moja ekipa prze­li­cza wszystko i wstrzy­muje oddech. Potem usły­szę, w jak wiel­kim napię­ciu byli przez te ostat­nie godziny, czu­jąc, jak nie­wiele mogą zro­bić. Bo mimo że wokół jest tylu ludzi, w moim bia­łym świe­cie jestem sama.

I wła­śnie wtedy, gdy napię­cie sięga zenitu, ktoś dotyka mojego ramie­nia.

- Hej! Nie wiem, jak długo wytrzy­mam, bo to tempo jest z kosmosu, ale się posta­ram!

- Dzięki - mówię zdez­o­rien­to­wana.

Bie­gniemy więc ramię w ramię i chło­pak mówi mi, że to jego pierw­szy raz w biegu na 24 godziny. Przed­sta­wia się jako Prze­mek Warze­cha. Nie zna­li­śmy się, ale tydzień wcze­śniej napi­sał do mnie z prośbą o udo­stęp­nie­nie linku do zbiórki na akcję pro­mu­jącą bie­ga­nie z cukrzycą.

- Widzisz? Pomo­głaś mi, a teraz ja mogę pomóc tobie.

Lecimy tak obok sie­bie przez trzy ostat­nie okrą­że­nia, stu­ka­jąc się łok­ciami, a Prze­mek krzy­czy do zawod­ni­ków, żeby zro­bili nam miej­sce. Czuję ogromne wzru­sze­nie i myślę, jak bar­dzo ważni są w tym inni ludzie.

Nie wiem, co mam w sobie takiego, że ktoś decy­duje się wykroić ze swo­jego życia wiele cen­nych godzin, mar­no­wać urlopy, nie spać, mar­z­nąć albo sie­dzieć w skwa­rze, aby mi towa­rzy­szyć. Dla­czego ktoś jedzie przez pół nocy tylko po to, żeby przy­wieźć mi zupę i uści­skać, a potem się zbiera, żeby zdą­żyć na rano do swo­ich spraw.

Prze­mek Warze­cha jest u mojego boku do ostat­niej chwili. A gdy pada strzał, ści­ska mnie jako pierw­szy. Dopa­dają mnie przy­ja­ciele, moja nie­za­wodna ekipa ser­wi­sowa, i pła­czemy jak bobry. W tym chó­ral­nym wyciu jest eufo­ria, bo o ponad kilo­metr popra­wi­łam rekord Europy, jest też żal, bo ci naj­bliżsi wie­dzą, co mnie czeka, i że przy­szłość to wielka nie­wia­doma. Jest i wzru­sze­nie, że to wszystko mogło się wyda­rzyć. I gdy tak pła­czemy z tego szczę­ścia, żalu i wzru­sze­nia, to w mojej gło­wie poja­wia się jedna myśl, która sta­nie się świa­tłem w tunelu.

Nie pobi­łam rekordu świata.

A to ozna­cza, że wciąż mam coś do zro­bie­nia.