p

Opiekunka marzeń - Agnieszka Krawczyk

Kup ebooka

39.90 zł
31.12 zł (31,12 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Ro­śliny są jak lu­dzie

Każdy czło­wiek przy­po­mina mi ro­ślinę. Do­brą lub złą, a cza­sem neu­tralną. I na­wet te tru­jące są do cze­goś po­trzebne, nie­rzadko od­gry­wa­jąc ważną rolę. Mam też wra­że­nie, że to, co dzieje się mię­dzy ludźmi, od­zwier­cie­dla prace ogrod­ni­cze: przy­go­to­wa­nie gleby, za­siew i kieł­ko­wa­nie, wzra­sta­nie, a po­tem kwit­nie­nie, na­wo­że­nie, do­glą­da­nie i zbie­ra­nie owo­ców, wresz­cie - więd­nię­cie i opa­da­nie li­ści, wy­ko­py­wa­nie ko­rzeni. Bywa i tak, że to, co wsa­dzone do ziemi, nie wyda żad­nego plonu, ale za­zwy­czaj efekt jest za­do­wa­la­jący, a na­wet godny uzna­nia. I wtedy można być dum­nym ze swo­jej pracy, i po­dzi­wiać ją w za­chwy­cie. Tak, lu­dzie są jak ro­śliny, a re­la­cje - jak ogrod­nic­two. Świat to wielki ogród, cza­sami wy­glą­da­jący na za­chwasz­czony i nie­uro­dzajny ugór, wy­pa­loną słoń­cem pu­sty­nię, a cza­sem na raj­ską oazę, pełną śpiewu pta­ków i wszel­kiego in­nego ży­cia.

Mika od­chy­liła się na krze­śle i spoj­rzała na to, co na­pi­sała. Po raz pierw­szy chyba wy­ra­ziła swoje my­śli w spo­sób tak kla­rowny. Ucie­szyło ją to. Póź­niej wzięła ry­sik od ta­bletu i za­częła szki­co­wać swój por­tret, przed­sta­wia­jący ją, jak - zwró­cona do wi­dza ty­łem - prze­ko­puje zie­mię na grząd­kach. Tak się wła­śnie po­strze­gała, w ta­kim punk­cie była.

Swój pierw­szy ta­blet do­stała wiele lat temu od pani Wioli. To było wów­czas, gdy przy­da­rzyła się jej ta okropna rzecz, któ­rej nie lu­biła wspo­mi­nać. Pa­nią Wiolę na­to­miast - tak; to ona, jako je­dyna, po­wie­działa Mice, co w ży­ciu jest ważne, że trzeba iść za gło­sem serca i pod­szep­tem in­tu­icji. Wtedy może nie bar­dzo w to wie­rzyła, ale te­raz była pewna, że ko­bieta miała ra­cję.

Mika skoń­czyła szkołę i ma­łymi kro­kami - mu­siała na­wet na pe­wien czas wy­je­chać za gra­nicę, żeby na to za­ro­bić - zre­ali­zo­wała swoje ma­rze­nie: za­ło­żyła wła­sną firmę zaj­mu­jącą się utrzy­ma­niem ogro­dów. Na­zy­wała się Piękny Za­pach, bo tak wła­śnie tłu­ma­czy się z ja­poń­skiego zna­cze­nie imie­nia Mika. Tak na­prawdę w do­wo­dzie miała za­pi­sane Ma­ria, ale ni­gdy nie uży­wała tej formy. Bo tak na­zwała ją matka.

Mika prze­rwała ry­so­wa­nie i zmarsz­czyła brwi. Nie, nie bę­dzie o tym my­śleć. Nie wtedy, kiedy pra­cuje.

Od­kąd za­ło­żyła Piękny Za­pach, wszystko so­bie no­to­wała. I ry­so­wała jed­no­cze­śnie, żeby ni­czego nie po­mi­nąć. Nie po­kła­dała tak wiel­kiego za­ufa­nia w zdję­ciach, jak we wła­snych ry­sun­kach, dzięki któ­rym ob­razy w spo­sób na­tu­ralny utrwa­lały się w jej gło­wie.

A za­tem: pier­wotny wi­dok ogrodu, do któ­rego przy­szła po raz pierw­szy. Po­tem ko­lejne etapy pro­jek­to­wa­nia, wpro­wa­dza­nia zmian. Po­ga­wędki z wła­ści­cie­lami. Mika była prze­ko­nana, że bez roz­mowy nie ma szans na do­bry re­zul­tat. Mu­siała po­znać tych lu­dzi, do­brać ro­śliny do ich tem­pe­ra­mentu, do­świad­czeń, a na­wet apa­ry­cji. Nie wy­obra­żała so­bie, że może być ina­czej, dzięki czemu póź­niej jej klienci czuli się w tych prze­strze­niach do­brze. Umiała im to­wa­rzy­szyć. Była nie­wi­dzialna i nie­na­chalna. Każdy szcze­gół za­pi­sy­wała i szki­co­wała w dys­kretny spo­sób. Uwagi na mar­gi­ne­sach, strzępki my­śli, za­ska­ku­jące wnio­ski. Ka­len­darz prac ogro­do­wych współ­grał z po­wsta­jącą cha­rak­te­ry­styką czło­wieka.

Mika za­wsze trzy­mała się z boku. Pa­sjami lu­biła ob­ser­wo­wać in­nych, ale nie za­mie­rzała się do nich zbli­żać. Nie chciała się roz­cza­ro­wać. Bo lu­dzie są jak ro­śliny, a ona w swoim ży­ciu na­tra­fiała przede wszyst­kim na osty i po­krzywy. Cza­sami zaś - na tru­jące wil­cze ja­gody. Wo­lała za­tem uni­kać ta­kich do­świad­czeń i się nie an­ga­żo­wać. Żeby żyć do­brze wśród lu­dzi, wy­star­czy po pro­stu na nich pa­trzeć i słu­chać, co mają do po­wie­dze­nia. Nie­wiele wię­cej.

1

Przy­go­to­wa­nie gleby

Dom był ładny, no­wo­cze­sny, mi­ni­ma­li­stycz­nie urzą­dzony i przy­wo­dził na myśl ste­ryl­ność kli­niki lub ga­bi­netu. Wszystko tu było białe albo w ko­lo­rze, który pani tego domu, Mi­lena Go­liń­ska, okre­śliła mia­nem kasz­miru. Każdy ele­ment miał ja­kiś sens. Na mar­mu­ro­wym bla­cie wy­spy ku­chen­nej usta­wiono sta­ran­nie skom­po­no­wane kwiaty w de­si­gner­skim szma­rag­do­wym wa­zo­nie, który prze­ła­my­wał te wszyst­kie biele i beże. Mi­lena, do­sko­nale ubrana i wy­sty­li­zo­wana wła­ści­cielka luk­su­so­wego bu­tiku z odzieżą i do­dat­kami, ob­rzu­ciła tak­su­ją­cym wzro­kiem co­dzienny strój Miki - sze­ro­kie lniane spodnie w ko­lo­rze musz­tar­do­wym i błę­kitny ob­ci­sły swe­te­rek. Jako plama barw Mika nie bar­dzo tu pa­so­wała, kon­tra­stu­jąc z su­ro­wo­ścią wnę­trza.

- Ogród za­pro­jek­to­wał nam znany ar­chi­tekt kra­jo­brazu. Bar­dzo drogi - Mi­lena się­gnęła do lo­dówki, żeby wy­jąć bu­telkę bia­łego wina. Ge­stem za­pro­siła Mikę, ale dziew­czyna od­mó­wiła. Go­spo­dyni wy­jęła kor­ko­ciąg, z wprawą otwo­rzyła wino i na­lała so­bie szczo­drze do kie­liszka. - Zro­bił to, co chcia­łam, ogród jest trendy. Same modne ro­śliny i w ogóle na cza­sie. Tylko ja­koś nie ro­sną. Co za par­tacz! Nie mogę na to pa­trzeć, wstyd go po­ka­zać go­ściom. Już mia­łam to wszystko wy­rwać, za­orać i za­cząć od nowa, kiedy Pa­try­cja po­le­ciła mi pa­nią. Mówi, że zro­biła pani cuda z jej ogród­kiem. Znamy się, bo kan­ce­la­ria Pa­try­cji i jej męża pro­wa­dzi sprawy firmy mo­jego Kon­rada. Prawda, ki­ciu?

Ob­ró­ciła się, trzy­ma­jąc kie­li­szek w ręku, a zło­ci­sty płyn za­wi­ro­wał w nim nie­bez­piecz­nie przy kra­wę­dzi.

Mąż sie­dział na ka­na­pie, wle­pia­jąc wzrok w ekran swo­jego te­le­fonu. Przy­na­glony przez Mi­lenę, od­burk­nął coś nie­wy­raź­nie i na­wet nie pod­niósł oczu.

- Mniej­sza z tym - zba­ga­te­li­zo­wała ko­bieta. - Mam na­dzieję, że i u nas uda się zro­bić ta­kie czary jak u Pa­try­cji. Ogród bę­dzie mi po­trzebny la­tem. Za­mie­rzam wy­pra­wić w nim przy­ję­cie uro­dzi­nowe Kon­rada z oka­zji czter­dziestki, no i za­aran­żo­wać jesz­cze parę biz­ne­so­wych spo­tkań. Po to się ma taki dom, żeby go po­ka­zy­wać.

- Do lata nie mamy zbyt wiele czasu - ode­zwała się po raz pierw­szy Mika i wy­jęła swój ta­blet.

Pani domu spoj­rzała na nią po­błaż­li­wie spod zmarsz­czo­nych brwi. Mika po­dzi­wiała jej ma­ki­jaż, za­sta­na­wia­jąc się, ile czasu po­trzeba, aby stwo­rzyć tak per­fek­cyjny wi­ze­ru­nek. Albo ta fry­zura. Każde pa­smo ja­snych, dłu­gich wło­sów Mi­leny znaj­do­wało się na wła­ści­wym miej­scu i zda­wało się pil­no­wać swo­jego uło­że­nia.

- Dla­tego wła­śnie za­trud­niam pa­nią te­raz, wcze­sną wio­sną. Je­stem prze­wi­du­jąca. Niech pani wy­rwie, co tam trzeba, do­sa­dzi inne, za­dba o wszystko, pieli i na­wozi. Zresztą, nie mam po­ję­cia, co się robi w ta­kim ogródku. To ma być usługa kom­plek­sowa - pod­kre­śliła Go­liń­ska. - Ja nie mam głowy do ta­kich spraw. Pra­cuję, no i zaj­muję się do­mem. To wy­star­czy.

- Przede wszyst­kim przy­da­łoby się odro­binę wody - Mika nie po­tra­fiła zre­zy­gno­wać z iro­nicz­nego tonu, choć sta­rała się ugryźć w ję­zyk. Klientka, która pra­gnie peł­nej ob­sługi, jest na wagę złota i nie na­leży jej znie­chę­cać. Zno­sze­nie fo­chów ta­kiej osoby wli­cza się nie­jako w cenę.

- Co ta­kiego? Prze­cież deszcz na nie pada! Po­przed­nie lato było kosz­marne, cały czas lało. Moim zda­niem one zgniły od nad­miaru wody. Ale to już pani pro­blem, nie mój. Na szczę­ście!

Prych­nęła i znowu upiła łyk z kie­liszka.

Mika stała chwilę przy wiel­kim pa­no­ra­micz­nym oknie i wy­glą­dała na ze­wnątrz, a po­tem zde­cy­do­wa­nie od­su­nęła skrzy­dło drzwi i wy­szła na ta­ras.

Zbie­gła po trzech sze­ro­kich scho­dach na traw­nik i przyj­rzała się ro­śli­nom. Miała ra­cję, przede wszyst­kim bra­ko­wało im wody. Po­de­szła do za­nie­dba­nych krze­wów, które wo­łały o pie­lę­gna­cję, i in­nych prze­su­szo­nych ro­ślin.

- No i co z wami bę­dzie, bie­daki? - uża­liła się gło­śno, a wtedy usły­szała za ple­cami par­sk­nię­cie śmie­chem. Od­wró­ciła się i zo­ba­czyła dziew­czynkę sie­dzącą na ta­ra­so­wej huś­tawce. Mo­gła mieć czter­na­ście lub pięt­na­ście lat, ubrana była drogo i mod­nie, a te­raz za­mknęła książkę, którą czy­tała, i po­de­szła do Miki.

- Za­wsze ga­dasz do chwa­stów? - spy­tała bez żad­nych ce­re­gieli, a Mika po pro­stu kiw­nęła głową. - Dla­czego? To tro­chę dziwne. - Na­sto­latka unio­sła wy­soko brwi, do­kład­nie w taki sam spo­sób, w jaki wcze­śniej zro­biła to Mi­lena.

- Jak dla kogo. Wolę roz­ma­wiać z ro­śli­nami niż z ludźmi.

- No, ja­sne, bo one nie pie­przą bez sensu, jak na przy­kład moja matka.

Mika spoj­rzała na dziew­czynę spod oka, ale nie sko­men­to­wała jej słów.

- Wi­dzia­łaś, jaka ona jest. Wszystko ma być ide­alne. Szkoda, że sama nie jest ta­kim ide­ałem, jak o so­bie my­śli. To hi­po­krytka. - Córka Mi­leny wy­raź­nie upa­jała się brzmie­niem tego słowa.

- Dla­czego tak uwa­żasz? Mnie się wy­dała cał­kiem zwy­czajna - za­pro­te­sto­wała ogrod­niczka.

- Zwy­czajna? - Dziew­czyna po­now­nie par­sk­nęła lek­ce­wa­żąco. - Nie masz do tego oka ani wy­ro­bie­nia psy­cho­lo­gicz­nego. Moja matka to ko­bieta, do któ­rej nic nie tra­fia. Ma swój plan i go re­ali­zuje, a poza tym nic jej nie ob­cho­dzi. Gdy­by­śmy ja albo Ty­mon nie wró­cili któ­re­goś dnia ze szkoły, wcale by jej to nie obe­szło. Je­den pro­blem z głowy. Mar­twi się wy­łącz­nie o to, jak ją wi­dzą inni. Czy jest wy­star­cza­jąco no­wo­cze­sna i do przodu. Wcale nie jest, za­rę­czam ci.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki