p
Rozdział 1
Łatwiej byłoby mi zaakceptować nową rzeczywistość, gdybym nie słyszał
łkania siostry za ścianą.
Zagryzłem zęby i zerknąłem w stronę słuchawek, ale odcięcie się od tego
dźwięku wcale nie sprawi, że ucisk w moim gardle zelżeje. Poza tym nie
było czasu. Baba z opieki społecznej kazała nam wyjść przed dom za pięć
minut. Musiałem się więc zacząć szykować na to, co nieuniknione.
Podszedłem do szafy, szeleszcząc workiem na śmieci i odruchowo wrzuciłem
do niego kilka najpotrzebniejszych rzeczy. Nie wiedziałem, na ile
wyjeżdżamy tym razem, więc trudno było ocenić, czego mogę potrzebować.
Zgarnąłem starego walkmana z biurka i bez oglądania się za siebie
zamknąłem drzwi do pokoju. Ich huk sprawił, że płacz siostry przycichł.
- Gotowa? - Stanąłem w progu i wysiliłem się na pozytywny ton głosu.
Melanie kucała nad otwartą torbą odwrócona tyłem do drzwi. Próbowała
otrzeć rękawem łzy, tak żebym nie widział. Moje palce odnalazły na
nadgarstku bransoletkę, którą kiedyś zrobiła dla mnie z muliny. Skubałem
ją w każdej stresowej sytuacji, a ta zdecydowanie do takich należała.
Żadna ośmiolatka nie powinna musieć udawać dorosłej w chwili kryzysu.
Upuściłem worek na podłogę i przeszedłem przez mały pokój. Położyłem
dłonie na jej drżących ramionach.
- Wiem, że się boisz, ale naprawdę nie będzie tak źle, jak to sobie
wyobrażasz.
Zero reakcji. Westchnąłem i usiadłem obok niej na podłodze.
- Słuchaj, Mel, przerabialiśmy to z Olliem wiele razy. Ty jesteś
dziewczyną, więc pewnie umieszczą cię w jakimś domu tymczasowym, gdzie
będzie mnóstwo innych dziewczynek. Może nawet ci się spodoba? W końcu
nie będziesz otoczona samymi facetami.
To miał być żart, ale na jej zaróżowionej twarzy próżno było szukać
uśmiechu. Trzymała w rękach szmacianą lalkę, którą miała od zawsze, i najwyraźniej wahała się, czy włożyć ją do torby.
- Zostaw to, będą tam inne zabawki.
Przemilczałem fakt, że gdyby zabrała do domu grupowego swoją prywatną
lalkę, pewnie by jej już nie odzyskała.
W końcu podniosła na mnie załzawiony wzrok. Jej dolna warga drżała.
- Boję się, że zrobią mi tam krzywdę...
Wydawało mi się, że chciała powiedzieć coś więcej, ale nie dała rady.
- Theo! - dobiegł z dołu głos naszego starszego brata.
- Zaraz!
Baba z opieki społecznej musiała już na nas czekać, ale to nie było
teraz ważne. Otoczyłem Melanie ramieniem i przyciągnąłem do siebie.
- Wiesz, Mel, jedną z największych zalet posiadania starszego brata jest
to, że zawsze będzie cię chronić. A ty masz aż dwóch. I to takich,
którzy oddaliby za ciebie życie.
Przestała się na chwilę trząść, co uznałem za dobry znak.
- Nigdy byśmy nie pozwolili, żeby stała ci się krzywda. Będziesz w stu
procentach bezpieczna.
- Obiecujesz? - wychlipała.
Gdy na mnie spojrzała, zmusiłem się do uśmiechu, w nadziei, że nie
zdążyła zauważyć wahania na mojej twarzy.
- Obiecuję.
***
Zbiegłem po skrzypiących schodach z torbą Mel w jednej ręce i moim
workiem w drugiej. Na parterze Oliver krzątał się po kuchni. Baby z opieki społecznej nigdzie nie było.
- Po co mnie wołałeś?
Brat uniósł na mnie wzrok. Wytarł ręce w spodnie i wskazał na jeden z foteli w łączonym pokoju, który dumnie nazywaliśmy salonem.
- Chciałem spędzić z tobą jeszcze trochę czasu, zanim pojedziecie. Jak
tam samopoczucie?
Wzruszyłem ramionami.
- Normalnie, na luzie jak zwykle, ale trochę dziwnie będzie jechać tam
bez ciebie.
Przygody z opieką społeczną nie były dla nas nowością. Dorastając w takich warunkach jak my, trzeba było się z tym liczyć. Nasz ojciec na
ogół nas po prostu ignorował. Raz na jakiś czas wpadał w ciąg
alkoholowy, wtedy znikał na długie tygodnie, no i to właśnie wtedy
przeważnie ktoś wzywał do nas pomoc. Historia zawsze była taka sama.
Zabierali nas, a jak tylko stary wytrzeźwiał, to wypełniał odpowiednie
papierki, odbywała się rozprawa, podczas której udowadniał, że potrafi
być opiekuńczym ojcem, i wracaliśmy do domu.
Olivera i mnie zawsze umieszczano w tej samej placówce, jako że jesteśmy
braćmi. Teraz po raz pierwszy on zostaje w domu, bo jest już dorosły.
Mel zwykle trafiała do rodzin zastępczych, więc w teorii miała lepiej. W praktyce, po ostatnim razie coś się zmieniło. Nigdy nie udało nam się z niej wyciągnąć, co się wydarzyło, ale teraz panicznie się bała całej
procedury.
Oliver poruszył się w miejscu niespokojnie. Uniosłem brwi w oczekiwaniu.
Coś go ewidentnie gryzło. Gdy zauważył, że się niecierpliwię, podrapał
się po głowie.
- Słuchaj, stary...
- O, nie. Czuję, że zapowiada się jakaś braterska pogadanka.
Posłałem mu uśmiech, ale go nie odwzajemnił. Przesunął się na krawędź
fotela i zniżył głos.
- Odpowiedz mi szczerze. Jak się trzymasz?
- Tak jak trzymałby się każdy, kto zaraz zostanie zabrany do bidula, nie
wiadomo na ile.
- Martwię się tym, że jedziesz sam. Nie będę mógł cię bronić...
- Nie potrzebuję ochroniarza - wszedłem mu w słowo. - Wyluzuj, poradzę
sobie.
- Okej, pozwól, że powiem to wprost. - Uniósł wzrok do sufitu, jakby
wcale nie chciał powiedzieć tego, o czym właśnie pomyślał. - Choćbyś nie
wiem, jak był tam... samotny, nie trać czujności.
Nagle wszystko stało się jasne.
- O rany. Chcesz mi urządzić pogawędkę w stylu "skąd się biorą dzieci"?
Na twarzy mojego brata pojawiły się szkarłatne wypieki.
- W twoim przypadku akurat nie o dzieci się martwię.
Trąciłem go łokciem.
- Spoko, Ollie, jeśli nie chcesz wygłaszać mi rodzicielskiej przemowy,
to tego nie rób. Wiem, jak działają ośrodki. Wiem, że jeśli ktoś
zaproponuje mi seks, to jest duża szansa, że jest homofobem i szuka
worka do bicia. To nie moje pierwsze rodeo.
Oliver schował twarz w dłoniach.
- Dobra. Musiałem się upewnić.
Chciał dobrze i doceniałem jego marne próby matkowania mi. Starał się, a to więcej niż można powiedzieć o naszych rodzicach. Mimo wszystko z trudem powstrzymywałem się od śmiechu w reakcji na jego zakłopotanie.
Na schodach rozległy się kroki. Melanie zeszła na parter ze zwieszonymi
ramionami. Oliver poderwał się na równe nogi, jakby wdzięczny za szansę,
by zapomnieć o rozmowie sprzed sekundy.
- No, zuch dziewczyna - powiedział z uznaniem, ale Mel tego nie
doceniła. Dosiadła się do mnie na fotelu. Nie czułem, żeby oczekiwała,
że coś powiem, więc siedzieliśmy w ciszy.
Nasz brat zniknął na moment w kuchni i wrócił z kanapkami zapakowanymi w sreberko. Prychnąłem na ten widok.
- Dzięki, mamo.
Przewrócił oczami i schylił się nad Melanie.
- Nie bój się, to tylko kilka dni. Zlokalizuję i ogarnę ojca, i zanim
się obejrzysz, już będziesz z powrotem w domu.
Pokiwała głową i nawet wydawało mi się, że się rozluźniła, ale wtedy pod
naszym domem zatrzymał się samochód.
Wyszliśmy w trójkę na zewnątrz. Baba z opieki społecznej nie pokusiła
się o to, żeby wysiąść z białego vana, który wyglądał, jakby zamierzała
spakować do niego z tuzin dzieci.
Musiałem lekko popchnąć siostrę, by wsiadła do środka. Gdy ładowałem do
niego nasze rzeczy, Oliver oparł się o drzwi.
- Mogę się dowiedzieć, gdzie zostaną umieszczeni?
Baba posłała mu przepraszający uśmiech.
- Przykro mi. Mogę porozmawiać o tym tylko z rodzicem lub opiekunem
prawnym.
Chciała zamknąć drzwi, ale on się nie ruszył.
- Doskonale zna pani naszą sytuację. Nie bez powodu użyła pani liczby
pojedynczej, prawda? Jestem tu najodpowiedzialniejszym dorosłym, z jakim
można nawiązać kontakt.
- Mam związane ręce - odparła, a ja zacząłem się zastanawiać, ile
jeszcze takich banalnych tekstów ma schowanych na czarną godzinę.
Oliver chwycił się za czubek nosa.
- Proszę pani, chcę tylko być spokojny, że wszystko będzie u nich w porządku.
- Oczywiście, że będzie. Jesteśmy tu po to, żeby pomagać.
- Najbardziej by mi pani pomogła, gdyby odpowiedziała na to proste
pytanie.
- Odpowiem, jak przyjdziesz do mnie z rodzicem.
Ta rozmowa mogłaby się pewnie ciągnąć w nieskończoność, ale mój brat
odpuścił. Pożegnał się z nami po raz ostatni i niechętnie zamknął drzwi.
***
Podróż dłużyła się w nieskończoność. Gdy Melanie zasnęła, oparłem głowę
o szybę i założyłem słuchawki. Zatopiłem się w rytmach Dance Macabre
zespołu Ghost. Wokalista właśnie kończył śpiewać pierwszy refren, gdy
minęliśmy placówkę, do której zawsze trafialiśmy z Oliverem.
Zrzuciłem słuchawki na szyję i wychyliłem się ostrożnie do przodu, żeby
nie obudzić młodej.
- Nie zostawia mnie pani w Robinsonie?
Baba z opieki społecznej nie oderwała oczu od drogi.
- Nie mieli miejsca.
No tak, w końcu właśnie zaczęły się wakacje. To czas największej liczby
zgłoszeń. Rodzice nie mają co robić z dziećmi, które w czasie roku
szkolnego przesiadują pół dnia poza domem.
- To gdzie trafię?
Przez jej twarz przebiegł niezrozumiały dla mnie cień. Odchrząknęła.
- Zależało mi, by było to możliwie jak najbliżej twojego miejsca
zamieszkania. Tu w okolicy miejsca zostały tylko w jednym ośrodku. Tak
więc zabieram cię do Barry Hudson's Center.
Krew odpłynęła z mojej twarzy.
- Żartuje sobie pani?
- Nie. Tak jak mówiłam, nie było innej możliwości.
Hudson był przez okolicznych mieszkańców nazywany "domem dla trudnej
młodzieży". W rzeczywistości trafiał tam najgorszy sort człowieka. To
był ostatni przystanek przed poprawczakiem. Słyszałem historie o tym, co
się tam działo. Na pewno nie planowałem przekonać się o ich prawdziwości
na własnej skórze.
- Przecież nie sprawiam żadnych problemów - próbowałem się bronić. - Nie
wychylam się, ani nic. Nie zasługuję na to, żeby tam trafić.
- Domyślam się, że nasłuchałeś się niestworzonych opowiastek o tym
miejscu. Musisz pamiętać, że to jest placówka, która ma ci pomóc, Theo.
Zapewnić ci lepsze warunki, niż masz w domu. Dzieciaki ciągle ubarwiają
rzeczywistość. To nie jest jakaś rzeźnia, po prostu panuje tam nieco
większy rygor. Jeśli nie masz problemu z podporządkowaniem się prostym
zasadom, to wszystko będzie dobrze.
Świetnie. Zacisnąłem szczęki, powstrzymując się od odpowiedzi, bo w tamtym momencie na język cisnęły mi się same przekleństwa. Wyciągnąłem
telefon i dałem znać Oliverowi, gdzie może mnie szukać. Jego odpowiedź
przyszła niemal natychmiast. Wymienialiśmy się wiadomościami o tym, jak
bardzo nienawidzimy tego systemu, aż do momentu, gdy samochód się
zatrzymał. Moim oczom ukazał się obskurny budynek, który przypominał
bardziej opuszczoną fabrykę niż miejsce, w którym aktywnie żyją ludzie.
Nie chciałem budzić Melanie, ale gdy zarzuciłem sobie worek na plecy,
szelest sam ją wybudził. Od razu wybałuszyła na mnie wielkie oczy.
- Niedługo się spotkamy - zapewniłem ją po raz kolejny, chociaż sam nie
byłem tego taki pewien. Wszystko zależało od tego, jak szybko Oliver
znajdzie naszego ojca, który w ciągu alkoholowym mógł być dosłownie
wszędzie: w barze, na śmietniku albo w szpitalu.
- Będziesz do mnie pisać, Theo?
- No pewnie. Cały czas. - Pomachałem telefonem na potwierdzenie tych
słów.
Wsadziłem głowę z powrotem do vana i objąłem ją ramieniem. Przystawiłem
usta do jej ucha, żeby się upewnić, że baba z opieki nas nie usłyszy.
- Jak tylko ci powie adres, to wyślij mi i Olliemu, dobra?
Gdy wymruczała "mhm", odsunąłem się od niej. Wyciągnąłem rękę do kobiety
odpowiedzialnej za cały ten bałagan, żeby się pożegnać, ale okazało się,
że musi odstawić mnie pod drzwi. Nie kłóciłem się o to. Łatwo było się
domyślić, że chłopcy regularnie próbują stąd zwiać.
W środku było równie paskudnie jak na zewnątrz. Wszystko w tym budynku
dawało mi poczucie, jakbym właśnie wchodził do więzienia.
Uprzejma pani na wejściu kazała nam przejść do biura, które znajdowało
się na końcu długiego korytarza. Wgapiałem się we wszystkie drzwi po
drodze w nadziei na dostrzeżenie czegokolwiek, na co powinienem się
psychicznie przygotować. Niestety po bokach znajdowały się tylko pokoje
dla pracowników. Po chwili dotarło do mnie, że stąd nastolatkowie
mieliby za łatwą drogę ucieczki. Wystarczyło kilka szybkich kroków, by
znaleźć się z powrotem na zewnątrz. Odwróciłem się za siebie. Ta myśl
była naprawdę kusząca.
Wtedy drzwi do biura otworzyły się i stanął przed nami potężny facet, na
którego widok cofnąłem się o krok. Mógłbym się założyć, że miał ponad
dwa metry wzrostu. Wyglądał, jakby żywił się samymi odżywkami
białkowymi. Patrzył na mnie z góry, a ja nie byłem pewny, czy jest
bardzo niezadowolony na mój widok, czy raczej ta głęboka zmarszczka
między brwiami pojawia się naturalnie. Chyba oczekiwał, że coś powiem,
ale byłem zbyt zajęty próbą wytrzymania jego spojrzenia. W końcu
odwrócił się do baby z opieki.
- Zapraszam.
Odsunął swoje wielkie cielsko od drzwi, żebyśmy mogli wejść do środka.
Razem z babą usiedli po przeciwnych stronach biurka na środku
pomieszczenia, a ja się zawahałem. Miałem wrażenie, że każdy mój ruch
był obserwowany spod krzaczastych brwi faceta. On jednak od razu zaczął
grzebać w szufladzie, aż w końcu wyciągnął plik kartek, którego szukał.
- Czekasz na specjalne zaproszenie? - rzucił oschle w moim kierunku. -
Siadaj.
Zagryzłem zęby i wykonałem polecenie, bo jeśli wizyty w miejscach, w których ktoś miał nade mną kontrolę, nauczyły mnie czegokolwiek, to
tego, że nie warto się o wszystko wykłócać. Baba z opieki skinęła głową,
jakby chciała dodać mi otuchy.
- Theodore Tate. - Facet wygłosił moje imię, które w jego ustach
brzmiało jak polecenie.
- Theo - poprawiłem go.
- Theodore - powtórzył twardo, a ja nie mogłem się powstrzymać przed
przewróceniem oczami. Ta demonstracja władzy robiła się komiczna.
- Ja nazywam się Spencer Greid i jestem kierownikiem tego ośrodka, a tym
samym twoim głównym opiekunem. To nie znaczy, rzecz jasna, że będę cię
niańczył. Po prostu bezwzględnie słuchasz moich poleceń i ze wszystkimi
sprawami kierujesz się do mnie.
Rzucił w moją stronę jakąś kartkę. Pochyliłem się nad nią.
- To jest twój plan zajęć i rozpiska obowiązków na dane tygodnie.
Wszystkie książki i przybory dostaniesz jutro rano na pierwszej lekcji.
- Są wakacje - zauważyłem skołowany.
- Więc co, uważasz, że powinieneś marnować czas? Wszystkim wam tutaj
bardzo dobrze zrobi szkoła wakacyjna. Skupicie się na nauce, to nie
będziecie mieć czasu na myślenie o głupotach i, kto wie, może wyjdziecie
na ludzi. Jeszcze jakieś durne pytania?
Milczałem. Greid był z tego faktu wyraźnie zadowolony.
- Śpisz w skrzydle B - kontynuował. - To jest na drugim piętrze. Nie
łazisz po innych piętrach bez pozwolenia. Na razie wszystko jasne?
Nawet nie wczytywałem się w treść kartki, bo i tak nie było sensu o tym
dyskutować.
- Tak jest, proszę pana - odparłem, naśladując ton żołnierzy w wojsku.
To nie spodobało się panu Spencerowi, ale nic nie powiedział, chociaż
mógłbym przysiąc, że wydał z siebie niezadowolone warknięcie.
- To już wszystko, Sylvie, mogę go przejąć z twoich rąk.
Dopiero wtedy zorientowałem się, że do tej pory nie wiedziałem, jak
nazywa się baba z opieki społecznej. Wstała kompletnie niewzruszona tym,
że zostawia mnie z jakąś hybrydą człowieka i wilka. Pożegnała się tylko
skinieniem głowy. Gdy drzwi się za nią zamknęły, Greid położył na blacie
plastikowe opakowanie.
- Zostaw tu całą swoją elektronikę.
- Co?
- Nie możesz mieć tu telefonu ani żadnego innego uzależniającego
ścierwa.
Gdy nie ruszyłem się z miejsca pewny, że zaraz powie, że to żart,
kontynuował:
- Zaczynasz od zera, ale za dobre zachowanie będziesz powoli odzyskiwać
przywileje.
Uderzyła mnie fala gorąca, i to wcale nie przez żadne uzależnienie od
telefonu. Pokręciłem głową.
- Nie, nie ma takiej opcji. Obiecałem...
Mężczyzna rąbnął pięścią w blat. Podskoczyłem zaskoczony tym wybuchem.
- Co powiedziałem dwie minuty temu? Masz się mnie słuchać bez dyskusji.
Posłuszeństwo jest tutaj nagradzane, ale jego brak surowo karany. Dobrze
się zastanów, co będzie dla ciebie lepszym wyjściem.
Obserwowałem go, gdy wstał z miejsca i przemierzył pokój. Pochylił się
nad moim workiem na śmieci imitującym torbę.
- Rozumiem, panie Greid, ale obiecałem mojej siostrze, że będę z nią w konta... Hej, co robisz, gościu?!
Spencer wysypał wszystkie moje rzeczy na podłogę. Zaczął grzebać w nich
czubkiem swojego buta. Zerwałem się z miejsca. Wtedy przestał. Wyciągnął
w moją stronę dłoń i nie musiał nic mówić. Jego wzrok pozostawał
nieugięty. Z ciężkim westchnieniem oddałem mu telefon.
Następnie wskazał ręką na moją koszulkę, spod której wystawały
słuchawki.
- Do czego są podłączone?
- Słucham muzyki na takim starym walkmanie, to nie jest telefon, jest na
nim tylko kilka...
Nie mogłem dokończyć zdania, bo mężczyzna bezceremonialnie szarpnął za
słuchawki. Urządzenie, do którego były przyłączone, wysunęło się z mojej
kieszeni. Skoczyłem do przodu, świadomy tego, co się zaraz stanie, ale
byłem zbyt wolny. Odtwarzacz muzyki zderzył się z drewnianą podłogą.
Wskutek upadku, rozpadł się na dwie części, a ze środka wypadła bateria.
Rzuciłem się na kolana, żeby szybko złożyć go w całość. Gdy uniosłem
ekran, moje gardło zacisnęło się z żalu. Szkło potłukło się na kawałki,
a na pozostałości wyświetlacza widniały czarne pasy.
Światło zasłonił mi cień Spencera.
- Może to cię nauczy słuchania poleceń. Uważaj, chłopcze, bo zapewniam
cię, że nie chcesz mieć we mnie wroga.
Rozdział 2
Ruszyłem w poszukiwaniu sypialni, walcząc ze łzami, które już piekły
mnie pod powiekami. To głupie, żeby ryczeć o walkmana. Pewnie połowa
ludzi tutaj by mnie wyśmiała, że w ogóle używam czegoś takiego, a ja na
pewno nie miałbym zamiaru nikomu tłumaczyć, jak ważna była dla mnie
muzyka. Tylko w niej potrafiłem znaleźć spokój. Uwielbiałem momenty, w których mogłem zostawić telefon w domu i iść na spacer z mocnymi
brzmieniami zagłuszającymi uliczne odgłosy. Poza tym to konkretne
urządzenie było dla mnie ważną pamiątką. Znalazłem je w rzeczach matki
tuż po tym, gdy postanowiła się ulotnić i zapomnieć o swojej rodzinie.
Teraz to i tak nie ma znaczenia, bo przepadło. Straciłem moje jedyne
źródło ukojenia. Na coś nowego będę zbierać miesiącami, bo przy naszym
stylu życia trudno jest cokolwiek odłożyć.
Stanąłem przed drzwiami do sali B i przetarłem oczy rękawem. Tu nie było
mowy o okazywaniu słabości - zaraz zostałoby to wykorzystane przeciwko
mnie.
Wszedłem do środka, trochę szybszym krokiem niż normalnie i trochę
mocniej kołysząc się na boki. Nie chciałem dać tego po sobie poznać, ale
zdziwił mnie wygląd pomieszczenia. Sądziłem, że będę miał maksymalnie
trzech współlokatorów. Nie mogłem się bardziej mylić. Wielka hala
przypominała jakiś ośrodek dla bezdomnych. Była ogromna, a jedyne, co
się w niej znajdowało, to długie rzędy piętrowych łóżek. Wszędzie roiło
się od chłopców w różnym wieku, chociaż w większości oceniłbym ich na
moich równolatków. Nie rozglądałem się zbyt dokładnie. Trzymałem głowę
wysoko, ale nie zamierzałem dać nikomu pretekstu do zaczepek.
Odnalazłem łóżko z numerem 17d, tak jak miałem napisane na rozpisce. "D"
w tym wyszukanym szyfrze musiało oznaczać "dół". Z góry wychylił się
rudy chłopak.
- Czołem - odezwał się przyjaźnie.
Rzuciłem worek na poduszkę i zerknąłem na niego niepewnie. Na jego
ustach rozciągał się nieco nieśmiały uśmiech.
- Wyglądasz, jakby to nie był twój pierwszy raz w placówce wychowawczej
- powiedział.
- Myślę, że jak większości.
Przykułem uwagę kilku osób. Grupa chłopaków stojących pod ścianą w okręgu jak wyznawcy jakiegoś kultu wyraźnie rozmawiała o mnie.
Odwróciłem się z powrotem do rudego. Przesunął się na brzeg łóżka i wyciągnął do mnie rękę.
- Jestem Rollo.
- Jak kebab? - spytałem, unosząc brwi.
Uścisnąłem jego dłoń, a on się zaśmiał.
- Rodzice dali mi na imię Rudolph, ale wolę się do tego nie przyznawać.
A kebaby każdy lubi.
- O, to coś nas łączy. Jestem Theo, a dokładnie Theodore. No i też lubię
kebaby.
Rollo parsknął głośno. Zauważyłem, że wciąż nie puściliśmy dłoni.
- Zgaduję, że Spencer do ciebie też mówi pełnym imieniem?
- Nie mógł sobie darować.
Rozpletliśmy ręce, a ja przysunąłem się bliżej. Odezwałem się ściszonym
głosem.
- Słuchaj, odnośnie do Greida... Mam z nim duży problem. To znaczy myślę,
że wiem, jak go rozwiązać, ale... - Westchnąłem, zbierając myśli.
Otoczyłem gestem dłoni halę. - Wiesz może, kto tu rządzi?
Jedna rzecz, którą warto wiedzieć o tego typu miejscach: możemy mieć
kierownika, dyrektora czy opiekuna, którzy będą mówić, co mamy robić,
ale prawdziwe przetrwanie zależy od tej jednej osoby, którą chłopcy
wybierają między sobą na lidera. Zwykle tą osobą zostaje
najbrutalniejszy chłopak, którego wszyscy się boją - spędza większość
życia w bidulach, więc wie, jak to działa. On jako jedyny ma układy z kierownictwem, więc w interesie każdej nowej osoby jest żyć z nim w dobrych stosunkach.
- A co, zastanawiasz się, komu musisz obciągnąć, żeby przeżyć? -
usłyszałem za sobą donośny głos.
Po sali przebiegł rechot, a ja przeklinałem w myślach swojego pecha.
Zamknąłem oczy, żeby przygotować się na to, co zaraz zobaczę, lecz gdy
się odwróciłem, trudno było mi ukryć zaskoczenie. Spodziewałem się
osiłka wzrostem i wagą przypominającego pana Greida. Przede mną stał
jednak gość niższy ode mnie przynajmniej o głowę. Był raczej smukłej
budowy, chociaż na ramionach wystających spod koszulki rysowały się
mięśnie. Miał na głowie burzę nieokiełznanych loków. Jedyna cecha jego
wyglądu, która sugerowała, że mógł być niebezpieczny, to ogromna blizna
przecinająca jego czoło. Kończyła się na brwi, rysując na niej
nieodwracalną kreskę.
- Nie mam w planach nikomu obciągać - odparłem spokojnie.
Chłopak uniósł brwi w przekoloryzowanym zdziwieniu. Zauważyłem, że lewa,
ta przecięta blizną, poruszyła się znacznie mniej.
- Nie? To dziwne, bo trzymaliście się za rączki jak dwa pedzie.
Znowu rozległ się jadowity śmiech. Z nieśmiesznych i obraźliwych żartów
swojego wodza najgłośniej zaśmiewali się dwaj nastolatkowie, którzy
najwyraźniej robili za jego obstawę. Byli wyżsi i grubi, zdecydowanie
wyglądali na straszniejszych niż ten knypek.
Rollo położył się na wznak, odcinając się od konfrontacji. Westchnąłem
ciężko, przenosząc wzrok na chłopaka przede mną. Pomimo niskiego wzrostu
prężył się jak struna, chyba licząc, że doda sobie tym kilka
centymetrów.
Zrobiłem krok w jego stronę, a dwaj goryle za nim wystartowali do przodu
tak, jakby spodziewali się, że zaraz go dźgnę. Powstrzymał ich gestem
dłoni.
- Poczekajcie, panowie. Szkoda waszej energii na tego chudego blondaska.
Jeszcze by się pod wami złamał wpół.
- Widzę, że już snujesz na mój temat fantazję - powiedziałem, bo nie
mogłem się powstrzymać. - Słuchaj, jak tak bardzo wpadłem ci w oko, to
po prostu to przyznaj.
To był błąd. Chłopak bez wahania zamachnął się na mnie. Był bardzo
szybki, ale zdążyłem zrobić unik. Schyliłem się, a oni w trójkę ruszyli
na mnie. Przeskoczyłem przez łóżko i zza barierki wyciągnąłem ręce przed
siebie.
- Żartowałem tylko...
Brunet nie zamierzał mnie słuchać. Podążył moimi śladami. Skoczył do
przodu i wpadł prosto na mnie. Zachwialiśmy się i polecieliśmy razem na
ścianę. Gdy moje plecy zderzyły się z twardą powierzchnią, wydałem z siebie niekontrolowane sapnięcie prosto w jego twarz.
Unieruchomił mi głowę, przyciskając przedramię do mojej szyi.
- Taki z ciebie żartowniś, tak? - warknął. Nasze twarze były tak blisko,
że czułem na ustach jego oddech, który był mieszanką mięty i papierosów.
Nie doceniłem go. Może był mały, ale zwinny i skuteczny. Przyszpilił
mnie do ściany tak, że nie mogłem się ruszyć, bo jego kolano wciskało
się pomiędzy moje nogi. Pospiesznie uniosłem ręce w geście kapitulacji.
- Nie szukam problemów.
- Odniosłem inne wrażenie. Na twoim miejscu uważałbym na słowa.
Cwaniactwo nie kończy się tutaj dobrze.
Na potwierdzenie, że mówi poważnie, docisnął coś do mojego żebra. Nie
trzeba było być idiotą, żeby domyślić się, że to jakaś kosa. Jego próba
pokazania, jaki jest groźny, wypadała trochę żenująco. Nie mogłem się
powstrzymać od głupiego komentarza.
- Wiesz, gdybyś był wyższy, pomyślałbym, że bardzo się cieszysz na mój
widok.
Nie miałem szansy obronić się przed pięścią, która boleśnie zderzyła się
z moim policzkiem. Głowa odskoczyła mi na bok, a gdy wróciła na swoje
miejsce, zamachnął się ponownie. Tym razem mnie puścił. Nawet nie
wiedziałem, jak mocno mnie trzymał, dopóki nie upadłem na podłogę.
- Hej, co tam się dzieje?! Harris, zostaw go natychmiast!
Powędrowałem wzrokiem w stronę, z której usłyszeliśmy głos na tyle, na
ile pozwalała mi moja obecna pozycja.
- Zaraz! - odkrzyknął mój oprawca, po czym sprzedał mi kopniaka w żebro.
- Jakie zaraz, do cholery, zostaw go w tej chwili! - Oburzony głos kogoś
dorosłego się zbliżał.
On jednak nie był gotowy ze mną skończyć. Kucnął nad moim skulonym
ciałem i zniżył głos.
- Uwierz mi, blondi, nie chcesz mieć we mnie wroga.
Uniosłem się na ramieniu, dociskając dłoń do piekącego miejsca na
twarzy.
- Zabawne. Greid powiedział mi o sobie dokładnie to samo.
Twarz Harrisa poczerwieniała. Złapał mnie za koszulkę, a ja przez chwilę
byłem pewien, że znowu mi przywali.
- Nigdy więcej mnie do niego nie porównuj.
Chłopak wciąż nie przejmował się pracownikiem ośrodka, który do nas
podszedł. Mężczyzna z plakietką z napisem "Craig" na koszuli złapał go
za ramię i pociągnął w górę.
- Dosyć, James.
Obrzuciwszy mnie po raz ostatni pogardliwym spojrzeniem, chłopak wycofał
się, a ja dopiero wtedy odetchnąłem z ulgą.
***
- Stary, oszalałeś! Co to była za akcja - terkotał Rollo, gdy szliśmy na
śniadanie następnego dnia.
Po moim starciu z Jamesem już się do mnie nie odezwał. Najwyraźniej nie
chciał być ze mną kojarzony, póki atmosfera była gorąca. Teraz już nie
miał z tym problemu.
- Gość jest dupkiem - odparłem niezainteresowany przeżywaniem wydarzeń
poprzedniego dnia na nowo. Prawie nie zmrużyłem oka ze strachu, że mnie
zaatakują, gdy będę spał.
- No tak, dlatego tym bardziej nie powinieneś do niego podskakiwać.
Lepiej dla ciebie, jeśli James Harris nie będzie kojarzył twojego
nazwiska. Jak chcesz tu przetrwać, to najlepiej stań się niewidzialny.
Weszliśmy na stołówkę, gdzie już była długa kolejka po jedzenie.
Wzięliśmy tace i ustawiliśmy się za ostatnią osobą.
- Łatwo powiedzieć - westchnąłem cicho. - Potrzebuję od niego przysługi.
Rollo cmoknął z dezaprobatą, chociaż jeszcze nie wysłuchał do końca, o co mi chodzi.
- Obiecałem mojej siostrze, że będę do niej pisać, a Spencer zabrał mi
telefon. Nie wiem, ile minie czasu, zanim uzna, że mogę mieć go z powrotem, ale chciałem dać Mel znać od razu, jak wygląda sytuacja. Ona
na bank czeka na wiadomość i zamartwia się, czemu się nie odzywam.
Z ust mojego towarzysza wydarło się ciche parsknięcie.
- Uroczy jesteś. Myślisz, że Spencer odda ci telefon?
- Tak powiedział.
- Rozejrzyj się. Czy ktokolwiek z chłopaków siedzi z nosem w ekranie?
Szybkie spojrzenie na stołówkę utwierdziło mnie w przekonaniu, że Rollo
ma rację, a ja jestem debilem. Zacisnąłem zęby ze złości.
- Ale fakt, James ma jakiś sekretny telefon - kontynuował. - W zasadzie
jestem prawie pewien, że opiekunowie o tym wiedzą. Tylko, Theo, jeśli
chcesz, żeby Harris wyświadczył ci przysługę, to musisz się przed nim
płaszczyć, a nie zaczepiać.
- Wiem o tym - warknąłem w odpowiedzi. - Zresztą, nie zrobiłem nic
złego. Zdenerwował mnie i tyle.
- Będzie cię denerwował, taki już jest. Sęk w tym, żebyś nie reagował.
Usiedliśmy przy stoliku obok dwóch innych chłopaków. Rollo zaczął ich
zagadywać przyjacielsko, ale mnie to nie interesowało. Podobnie zresztą
jak jedzenie, które przypominało breję serwowaną w więzieniu. Wsadziłem
w nią widelec, ale nie mogłem się zmusić, żeby podnieść go do ust.
Rollo szturchnął mnie w ramię w tym samym momencie, w którym usłyszałem
nad sobą głos.
- Nie baw się jedzeniem. Wpieprzaj albo będziesz chodzić głodny.
Uniosłem wzrok na Spencera Greida, który wyrósł na środku stołówki, nie
wiadomo skąd. Odłożyłem widelec, ciekawy, co ma mi do powiedzenia.
- Rozumiem, że wybierasz tę drugą opcję? - spytał, chociaż brzmiało to
bardziej tak, jakby stwierdzał fakt.
Burczało mi w brzuchu, ale zgodnie pokiwałem głową.
- W takim razie zapraszam do mojego gabinetu.
- Zaraz mam lekcje.
Jego spojrzenie utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie interesuje go to,
co mam do powiedzenia.
Wstałem i podążyłem za nim. W środku usiedliśmy po przeciwnych stronach
biurka.
- Widziałem w twoich papierach, że potrzebujesz przepustki do pracy -
oznajmił opiekun.
- Zgadza się. Popołudniami dorabiam sobie na magazynie, ale to nie
będzie kłócić się ze szkołą.
- No, nie będzie. Dlatego że nie dostaniesz żadnej przepustki.
Fakt, że robił mi pod górkę w każdym aspekcie mojego pobytu w tym
pieprzonym ośrodku, zaczynał być męczący, a byłem tam dopiero jeden
dzień.
- Mogę wiedzieć dlaczego? - spytałem, siląc się na uprzejmy ton. Nie
było sensu dać się wyprowadzić z równowagi.
- Może i tam pracujesz, tak jak twierdzisz, ale nie jesteś tam
zatrudniony. Nie mogę pozwolić ci wychodzić do pracy na czarno. Wszystko
musi mi się zgadzać w papierach.
Ukryłem twarz w dłoniach, zbierając myśli. Zdążyłem już bardzo
znienawidzić tego dupka. Pewnie nie wiedział, jak to jest nie mieć
środków do życia. Potrzebowałem kasy. Miłą perspektywą była również
możliwość opuszczania tego miejsca na sześć godzin dziennie.
- Proszę pana, ja muszę zarabiać...
- Jak każdy, ale nie pozwolę ci jeździć do roboty, w której nie jesteś
zarejestrowany. - Zmierzył mnie oceniającym wzrokiem. - Nie rób takiej
miny. Nie powinno cię zaskoczyć, jeśli powiem, że nie jesteś wyjątkiem.
Większość chłopaków miała ten sam problem. Mamy podpisaną umowę z kilkoma miejscami pracy, które chętnie biorą takich jak ty.
Skrzywiłem się. Takich jak ja. Nikt tutaj nie był taki jak ja. Nie
powinienem był tu w ogóle trafić.
Spencer wczytał się w kartkę przed sobą, a następnie stuknął w nią
palcem.
- Nie masz aktualnie możliwości wyboru, bo za dużo was tutaj trafia
latem. Lloyd Hogan cię weźmie.
Czekałem, aż wyjaśni, kim jest ten mężczyzna i czym miałbym się zajmować
w tej pracy.
- Budowlanka - oznajmił krótko Greid.
Nie miałem zielonego pojęcia na temat budownictwa, ale zdążyłem się już
nauczyć, że opiekuna to nie obchodzi. Spencer wyciągnął z szuflady
plastikowy pojemnik, na którym markerem było napisane moje nazwisko. W środku znajdowały się moje rzeczy.
- Zadzwoń do pracodawcy i powiedz, jak wygląda sytuacja - nakazał, po
czym kiwnięciem głowy dał mi do zrozumienia, że mam wyjść. - Masz dwie
minuty. Ja w tym czasie ustawię cię z Hoganem.
Nie musiał dwa razy powtarzać. Wyszedłem na korytarz i wyciągnąłem
telefon drżącymi z napięcia rękami. Zamiast do kierowniczki zakładu,
wybrałem numer Melanie. Sygnał po drugiej stronie ciągnął się w nieskończoność. Zerkałem co chwilę na drzwi w strachu, że zostanę
przyłapany. Mel jednak wciąż nie odbierała.
Szkoda na to czasu. Szybko odbębniłem rozmowę z kierowniczką, która była
wyjątkowo wyrozumiała co do mojej obecnej sytuacji. Pożegnałem się z nią
i odszukałem numer do Olivera.
Minął jeden sygnał. Drugi. Trzeci. I rozległ się głos, ale nie należał
on do mojego brata.
- Dwie minuty minęły.
Podskoczyłem w miejscu, pospiesznie kończąc połączenie. Nim jeszcze się
odwróciłem, Greid już trzymał wyciągniętą rękę przed sobą.
Posłusznie oddałem mu telefon.
- Kod - padło krótkie polecenie.
Zatkało mnie na moment.
- Podaj mi kod do telefonu.
- Przepraszam, ale nie zrobię tego. To naruszenie prywatności.
Wiedziałem, że wtedy odkryłby, że nie wysłuchałem polecenia. Spencer
milczał, tocząc ze mną walkę na spojrzenia. Jego postawa mnie
onieśmielała, chociaż starałem się nie dać tego po sobie poznać.
- Theodore, posłuchaj mnie uważnie. Jeszcze nie miałeś przyjemności
doświadczenia na własnej skórze, jaki los spotyka tutaj niegrzecznych
chłopców, ale dobrze ci radzę, nie prowokuj mnie, bo bardzo źle się to
dla ciebie skończy. Nie bez powodu tutaj trafiłeś. Jesteś tu, bo nie
obchodzisz nawet własnych rodziców, więc mogę zrobić z tobą wszystko i nikt nawet nie będzie wiedział. Dosłownie wszystko. I uwierz, że nie
zawaham się, jeśli będziesz sprawiać problemy. Popytaj kolegów. A teraz
wykonaj polecenie, bo nie będę się powtarzać.
Zacisnąłem szczęki, modląc się, by nie wyczytał z mojej twarzy, jak
bardzo dotknęły mnie jego słowa. Cokolwiek miał na myśli, pewnie
dzieliła mnie cienka granica od przekonania się o tym. To była wojna,
której nie mogłem wygrać. Z braku innej możliwości podałem mu cyfry
odblokowujące urządzenie. Gdy tylko ekran się zaświecił, Greid wszedł w ostatnie połączenia.
- Przepraszam - powiedziałem cicho.
Jedno mocne szarpnięcie za koszulkę poderwało mnie na czubki palców.
Spencer zacisnął swoją wielką łapę na białym materiale tuż pod moją
szyją. Złapałem się futryny, żeby na niego nie wpaść.
- Mnie chcesz oszukiwać? Naprawdę? Jesteś taki niemądry.
- Ja tylko chciałem...
- Zamknij się. Próba oszukiwania mnie to największy błąd, jaki możesz
popełnić. Ale wiesz co? Tym razem ci odpuszczę. To, że pozwoliłem ci
zadzwonić poza moim gabinetem, było twoją jedną, jedyną szansą na
zyskanie mojego zaufania. Od teraz mam cię na celowniku. Dla mnie jesteś
na równi z tymi wszystkimi robakami.
Puścił mnie z takimi impetem, że gdybym się nie podtrzymywał, to pewnie
poleciałbym do tyłu. I tak odsunąłem się o krok, w razie gdyby się
jednak rozmyślił i chciał mi przywalić.
- O czwartej po południu podjeżdża bus i zabiera was do pracy. Nie
spóźnij się.
Rozdział 3
Lekcje przebiegły dokładnie tak, jak się spodziewałem: nijako i bez
zaangażowania. Nauczyciele nie byli zainteresowani wpajaniem nam wiedzy.
Spisali nas na straty, zanim nas nawet zobaczyli, chociaż byliśmy
przecież jeszcze młodzi.
Okazało się, że praca na budowie u Lloyda Hogana odbywała się w systemie
zmianowym. Byliśmy podzieleni na dwie grupy. Rollo również tam pracował,
ale niestety przyszło nam być w osobnych grupach. Chyba powinienem
znaleźć sobie więcej kolegów.
Poszedłem na przystanek od razu po obiedzie, chociaż w teorii miałem
jeszcze pół godziny czasu wolnego. Tylko co z tego, skoro odebrano mi
słuchawki i zniszczono walkmana? Nie mogłem pogadać z rodzeństwem ani
posłuchać muzyki, więc równie dobrze mogłem już poczekać na busa.
Przyjechał punktualnie. Kierowca przybił mi pieczątkę na przepustce.
Zająłem przypadkowe miejsce po prawej stronie i zapatrzyłem się w okno.
Inni chłopcy powoli zaczynali pojawiać się w środku. Okazało się, że
zrobiła się całkiem spora grupa. Naliczyłem dwadzieścia osób. Wydawało
mi się, że to już wszyscy, ale wtedy autobus zatrząsnął się, gdy na jego
pokład wlazł potężny przydupas Jamesa. Zaraz ten ruch się powtórzył.
Zniżyłem się w siedzeniu i obserwowałem ich zza fotela. Tak jak się
spodziewałem, na samym końcu, tuż przed tym, jak drzwi się zasunęły,
wszedł James Harris. Odwróciłem się z powrotem do okna, żeby nie zwrócił
na mnie uwagi. Przeszli obok, nie rozglądając się. Usiedli na samym
tyle, a ja nie musiałem zerkać przez ramię, by wiedzieć, że pięć miejsc
na końcu autobusu zajmują w trójkę.
Rozległ się warkot silnika, a puste siedzenie obok mnie zostało zajęte.
Odwróciłem się, instynktownie zasłaniając twarz rękami. Siedzący ramię w ramię ze mną blondyn nie był jednak żadnym zagrożeniem. Przyglądał mi
się z ciekawskim błyskiem w oku.
- Chowasz się przed wielką trójcą?
Prychnąłem z pogardą. Do osiągnięcia apogeum absurdu brakowało im już
tylko idiotycznej ksywy.
- Po prostu staram się nie rzucać w oczy.
Przytaknął ochoczo i wyciągnął do mnie rękę.
- Jestem Noah. James, Matty i Shaun, przed którymi się chowasz, za mną
też nie przepadają.
- Więc może nie powinieneś się do mnie przysiadać.
Jego entuzjazm od razu przygasł. Wszystkie emocje miał wypisane na
twarzy. Ściągnął usta w wąską linię.
- Wybacz, chłopie. Wiesz, jak jest - dorzuciłem na odchodne.
Noah wysunął się z miejsca bez dyskusji, pozostawiając mnie samego. Od
razu poczułem falę wyrzutów sumienia, ale to była właściwa rzecz do
zrobienia. Nie potrzebowałem dodatkowych problemów.
Gdy dojechaliśmy na miejsce, starałem się wtopić w tłum. Poszedłem za
wszystkimi po odbiór odzieży ochronnej. Pan Hogan czekał na nas podparty
pod boki.
- Ruchy, ekipa, nie mamy całego dnia. Dzisiaj mam mały problem, będę
potrzebować sześciu chłopa na wyjazdówkę. Jacyś chętni?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki