Rozdział 1. Nastawienie na odwstydzanie
Rozdział 1
Nastawienie na odwstydzanie
Dorastałem w rodzinie naznaczonej przemocą. Brutalność ojca była
ewidentna - używał pasów, pięści i ostrych słów - natomiast wypieranie i lekceważenie jego napaści przez matkę oraz stosowany przez nią
gaslighting miały moc ukrytą, choć nie mniejszą. Wywoływały we mnie
wstyd, prowadziły do tego, że nie ufałem własnemu doświadczeniu,
ignorowałem cierpienie, które dotykało mnie w późniejszym życiu, i uważałem, że coś jest ze mną nie tak, a mój ból jest nieważny, zamiast
się zastanowić: "Co takiego się stało, że cierpię?". Nie wierzyła mi ta
jedna osoba na całym świecie, która miała mnie kochać. To właśnie mnie
przekonało, że ludziom należy głęboko wierzyć, że powinni czuć się
naprawdę dostrzeżeni oczami świadka. Ale nie chodziło mi o to, żeby po
prostu uznawać, że słowa jakiejś osoby odpowiadają obiektywnym
obserwacjom. Uważałem, że doświadczenia i zachowania innych -
niezależnie od tego, jak irracjonalne mogą się wydawać - są stosowne i uzasadnione, a ta pozorna irracjonalność to woal skrywający święte
przesłanie, które stanie się jasne, jeżeli tylko uwierzymy w ludzi,
zamiast ich zawstydzać.
Podkreślaniem tego punktu widzenia w młodości ściągałem na siebie
krytykę obydwojga rodziców. Ojciec nazywał mnie marzycielem, co dla
niego oznaczało "idealistyczny", "oderwany od rzeczywistości". Matka z kolei mówiła: "Świata nie zmienisz".
Jak na ironię, ich dezaprobata naprowadziła mnie na cel mojego życia.
Poświęciłem ponad trzydzieści lat na zgłębianie psychologii jungowskiej
i marzeń sennych. (Ojciec raczej nie takie marzenia miał na myśli, ale
życie ma własną magię). Kształciłem się w rozwiązywaniu konfliktów na
tle problemów światowej skali - rasy, płci kulturowej, nierówności
materialnej, antysemityzmu - i w końcu poszedłem na prawo z nadzieją, że
owszem, zmienię świat. Skupiłem się na pomaganiu kobietom i dzieciom w przebrnięciu przez konflikty domowe, rozwody oraz walkę o prawa
rodzicielskie.
Początkowe próby zrozumienia dynamiki rodzinnej i społecznej skłoniły
mnie do studiowania psychologii organizacji na Uniwersytecie Minnesoty.
Na podstawie zdobytej wiedzy przez dwanaście lat próbowałem zmienić
świat poprzez przekształcenie instytucji; udzielałem konsultacji
pracownikom 3M, Honeywell, United Way, marynarki wojennej USA i dziesiątkom innych organizacji, a następnie odbyłem szkolenie kliniczne
w zakresie pracy z klientami indywidualnymi oraz rozwiązywania
konfliktów na dużą skalę w Process Work Institute, odnodze Jung
Institute. Zostałem w nim nauczycielem i wykładowcą. W kolejnych latach
otworzyłem prywatną praktykę, przeprowadziłem liczne zajęcia i napisałem
trzy dobrze przyjęte książki na temat wstydu związanego z ciałem,
przemocy w rodzinie, zagadnień dotyczących uzależnienia i władzy oraz
roli psychologii w aktywizmie społecznym. Wszystkie te doświadczenia
doprowadziły mnie do tego punktu, w którym wyjaśniam - nie tylko
klientom i obserwatorom moich profili w mediach społecznościowych, ale i tobie - jak działa wstyd. Nie tylko ukrywa nas on przed innymi, ale i przed nami samymi, uniemożliwiając nam zdobycie samoświadomości i pokochanie siebie.
Obietnica odwstydzania
Z książki tej dowiesz się, w jaki sposób wstyd jest zaszczepiany w każdym z nas, najczęściej w dzieciństwie; w jaki sposób go
identyfikować, zamiast pozwalać mu sobą kierować; jak się odwstydzić poprzez
dekonstrukcję zinternalizowanego wstydu i zapobieganie ponownemu
zawstydzaniu siebie i innych; jak nazywać wstyd po imieniu i pozbawiać
go mocy. W trakcie odwstydzania dowiesz się także, co wstyd dotąd
ukrywał: twoje prawdy, twoje dary i przeznaczoną ci ścieżkę życiową.
Wstyd wnika w nas przez drobne pęknięcia i szczeliny, czasami zupełnie
niezauważenie. Być może nie lubisz swojego ciała. To już źle, ale jeśli
w dodatku myślisz sobie: "Jestem takim nieudacznikiem, kompletną
porażką", jest to wstyd. A może odczuwasz silne uczucia, których nie
kontrolujesz: złość, rozpacz, przygnębienie. To trudne samo w sobie, a ty jeszcze myślisz: "Co ze mną nie tak, że nie potrafię tego
kontrolować?". To także wstyd. Być może jesteś cichszy bądź głośniejszy
od innych, za co otoczenie cię krytykuje. To z kolei sprawia, że czujesz
się źle albo masz wrażenie bycia outsiderem, a potem myślisz: "Dlaczego
nie potrafię być taki jak inni?", i to jest wstyd. Wstyd to nie to samo,
co krytyka. Robi więcej niż tylko zadawanie ran - powoduje, że
przestajesz być lojalny wobec swojej natury, zwracasz się przeciwko
sobie. To atak przypuszczany na samego siebie, bez odwstydzania zatem
nigdy nie uda ci się uwolnić od dalszych krzywd. Nieposkromiony wstyd,
jako światopogląd, może cię zniszczyć. To wyjątkowa forma przemocy.
Odwstydzanie jest również ścieżką samopoznania. W ujęciu jungowskim jest
pracą z cieniem: rzucaniem światła na to, co do tej pory pozostawało dla
nas niewidoczne.
Inne formy napaści i przemocy ranią ciało bądź psychikę, ale nie
przesłaniają nam przy tym świadomości, że cierpimy, ponieważ zostaliśmy
skrzywdzeni. Wstyd natomiast wypacza tę fundamentalną świadomość i sprawia, że wierzymy, iż zasługujemy na cierpienie, ponieważ nie jest
ono wynikiem krzywdy, a tego, że coś jest z nami nie tak. Tradycyjne
wyobrażenie na temat wstydu zakłada, że czujemy go, gdy zrobimy coś
złego - albo jesteśmy kimś złym. Jest to zgodne z moralizującym,
judeochrześcijańskim poglądem mówiącym, że powinno się ponieść karę za
grzechy. Największą krzywdą wyrządzaną nam przez wstyd jest czynienie
nas niewidzialnymi dla samych siebie. Po zinternalizowaniu ten
fundamentalny system przekonań uniemożliwia nam zatem zajęcie się
wszelkimi ranami, które są nam zadawane. Zamiast tego tracimy zasoby na
"uzdrawianie" tego, co - naszym zdaniem - jest w nas zepsute, zamiast
zerwać zasłonę wstydu, dzięki czemu moglibyśmy wyraźnie dostrzec
rzeczywistą ranę. Zbyt wiele procesów, które ludzie nazywają
"uzdrawianiem", opiera się na naszym zaufaniu do głosu wstydu, na
traktowaniu ludzi, jakby coś było z nimi nie tak, przez co tracą nie
tylko czas i pieniądze, ale też wiarę w siebie i we własny autorytet.
Możesz się zastanawiać: "Czy istnieje pozytywny rodzaj wstydu?
Pożyteczny? Potrzebny?". Wielokrotnie zadawano mi te pytania. Badam to
zagadnienie od ponad trzydziestu lat i wciąż sądzę, że nie ma żadnej
pozytywnej funkcji wstydu. Nie oznacza to, że nieodpowiednie zachowania
niektórych osób nie powinny doprowadzać nas do furii ani że nie
powinniśmy ich potępiać bądź ograniczać. Oznacza to, że wstyd wcale nie
pomaga w trwałym zwalczaniu takich zachowań.
Myśliciele i teoretycy utożsamiający się z judeochrześcijańską
moralnością prędzej będą żywić przekonanie, że zarówno wstyd, jak i poczucie winy są niezbędne do kierowania ludzkim sumieniem, jakby bez
wiszącego nad nim bata wstydu sumienie miało pogrążyć się w chaosie.
Jednakże badaczki June Price Tangney i Ronda L. Dearing, autorki wydanej
w 2003 roku książki Shame and Guilt (Wstyd i poczucie winy),
przeprowadziły badanie podłużne na czterystu dzieciach i odkryły coś
innego: chociaż poczucie winy faktycznie prowadziło do pewnych
pozytywnych reakcji na krzywdzące zachowania, wstyd prowadził do
częstszego zażywania narkotyków, nasilonych skłonności samobójczych i tym podobnych niekorzystnych skutków. Inne badania potwierdziły te
odkrycia.
Istnieją znacznie trafniejsze terminy na opisanie kwestii moralnych:
wyrzuty sumienia, współczucie, empatia, odpowiedzialność,
zrozumienie, pokuta, odnowa, obowiązek oraz - owszem - wina.
Używając ich, unikamy lekkomyślnego posługiwania się słowem "wstyd", co
zaciemniałoby nam obraz rzeczywistości, i możemy lepiej zrozumieć
faktyczne działanie tego uczucia. Ostrożne stosowanie wyrazu "wstyd" to
ważny krok ku zmniejszeniu tolerancji na jego wpływ i ku dokładniejszemu
zrozumieniu, na czym polega odwstydzanie.
Osoby, które się upierają, że wstyd jest konieczny, nawet jeśli
przedstawiono im badania i własne doświadczenia jednoznacznie
pokazujące, że się mylą, często twierdzą, że istnieją dwa rodzaje
wstydu: toksyczny i nietoksyczny. Podział na te dwie kategorie w żaden
sposób nie odpowiada jednak na fundamentalne pytania: Jak tak naprawdę
wygląda uzdrawianie wstydu? Jak można się z niego wyleczyć? Jak
uzdrowiciele, terapeuci i facylitatorzy mogą poruszać zagadnienie wstydu
w taki sposób, by wspierać swoich klientów?
Żeby odpowiedzieć na te pytania, należy dokładniej zrozumieć przyczyny
pojawiania się wstydu i to, jak odwstydzanie wygląda w praktyce. Musimy
również pojąć powiązania wstydu z przemocą i traumami wczesnodziecięcymi
oraz międzypokoleniowymi (tematy te poruszam w całej książce, a zwłaszcza w rozdziałach 9 i 10), a także to, jakiej wiedzy i jakich
umiejętności potrzebujemy do odwstydzania.
Zacznijmy od przyjrzenia się, w jaki sposób wstyd jest w ogóle w nas
wzbudzany i utrwalany.
Wpajanie poczucia winy
Część ekspertów, którzy rozpoczęli badania w dziedzinie wstydu, jak
Brené Brown, definiują go jako emocję. W swoich książkach Brown podaje
przykłady historii zawstydzania, z których niemal wszystkie dotyczą osób
poddanych krytyce - wewnętrznej bądź zewnętrznej.
Doceniam wkład Brené Brown i jestem wdzięczny za jej pracę, ale
jednocześnie, opierając się na jej definicji, twierdzę, że wstyd
wykracza poza bycie krytykowanym i obejmuje wszelkie formy ataku, w tym
przemoc. Z kolei krytyka nie zawsze wyzwala w nas wstyd. Czy ktoś kiedyś
oskarżył cię o coś tak niedorzecznego, że miałeś ochotę wybuchnąć
śmiechem? Domyślam się, że nie czułeś się wtedy zawstydzony.
Co zatem sprawia, że czyjś atak wywołuje w nas wstyd? Wielu autorów
pisze w tym kontekście o przynależności, lęku, władzy i oczekiwaniach
społecznych. Moje ponad trzydziestoletnie badania można streścić tak:
wpływ ataku na naszą psychikę zależy od tego, w jaki sposób postrzegają
go inni - jako zawstydzający świadkowie - niezależnie od tego, czy widzieli sytuację na żywo,
czy opowiedzieliśmy im o niej później.
Jeżeli zbyli doznaną przez nas krzywdę, wyparli ją, zlekceważyli,
zastosowali gaslighting bądź zasugerowali, że sobie na nią zasłużyliśmy,
stali się świadkami zawstydzającymi. Jeżeli wydarzało się to
wielokrotnie lub miało miejsce na wczesnym etapie naszego życia, my tego
zawstydzającego świadka zinternalizowaliśmy. Wierzymy teraz, że nie potrafimy
niczego trafnie oceniać i że coś musi być nie tak z naszymi uczuciami i wrażeniami. Tracimy zaufanie do siebie i dochodzimy do wniosku, że nie
jesteśmy ważni. Ten głos, zaprzeczający nam, lekceważący nas albo
obwiniający - punkt widzenia zawstydzającego świadka - przenosi się z zewnątrz do wewnątrz nas. Niesie to ze sobą ogromne konsekwencje,
ponieważ zaczynamy postrzegać siebie przez pryzmat wstydu, który wypacza
i psuje nasz obraz samych siebie i sprawia, że przestajemy dostrzegać
swoje prawdziwe ja. Jak powiedział Gershen Kaufman, "wstyd jest kluczową
zmienną"1, znacznie bardziej wpływową od jakiejkolwiek emocji.
Dlatego też kiedy dochodzi do kolejnych napaści, łącznie z krytyką, nie
odpowiadamy naturalną reakcją zranienie. Nie ufamy sobie, ponieważ
wierzymy, że robimy coś źle. Nie otacza nas warstwa miłości i zaufania
do siebie, która pomogłaby nam przetrawić wydarzenia i odpowiednio się
bronić. Patrzymy na siebie tak, jak patrzyli na nas inni. To właśnie
zinternalizowany wstyd.
Jeżeli jednak świadkowie zareagowali współczuciem, uwierzyli nam i stanęli w naszej obronie, internalizujemy ten sposób postrzegania
siebie. Ktoś nas dostrzegł, poczuł to, co my, zaufał nam - więc i my tak
podchodzimy do samych siebie. Zatem kiedy później ktoś nas atakuje bądź
krytykuje, reagujemy zatroszczeniem się o siebie, bronimy się i wierzymy
w siebie. Ten atak nadal może nas skrzywdzić, ale nie internalizujemy
niesprawiedliwego przekonania na swój temat. W tym przypadku wstyd jest
nieobecny.
Toteż wstyd jest zinternalizowanym świadkiem, a nie emocją, chociaż może
wywoływać emocje, takie jak poczucie winy, zakłopotanie i wyrzuty
sumienia. Wstyd jako zinternalizowany świadek ma pewne cechy
charakterystyczne:
Zaprzecza wydarzeniom i naszym faktycznym doświadczeniom, lekceważy je
bądź nas gaslightuje, zamiast po prostu je dostrzegać.
Uprzedmiotawia. Jego punkt widzenia dehumanizuje, ponieważ wstyd nie
jest świadkiem człowieka czującego, podmiotu, tylko przedmiotu.
Patologizuje. "Ustala", co z nami nie tak, żebyśmy to zmienili.
Zamiast próbować zidentyfikować moment doznania krzywdy w naszym
życiu, wyszukuje nasze wady.
Nie jest ciekawy. Nie docieka, czego doświadczyliśmy somatycznie,
fizycznie bądź emocjonalnie. Zawstydzający świadkowie nigdy nie pytają
o nasze rzeczywiste doznania. Sprawiają wrażenie, że już wszystko
rozumieją.
Każdy z nas zinternalizował pewien pryzmat, przez który na siebie
patrzy. Według niego warunkiem rozwoju i uzdrowienia jest określenie, co
w nas nie działa, jakie są nasze objawy - fizyczne bądź emocjonalne - i ich naprawienie albo usunięcie. Ta perspektywa jest zawsze obecna. Za
każdym razem, kiedy robimy lub czujemy coś, co powoduje dyskomfort,
automatycznie zaczynamy się zastanawiać: "Co jest ze mną nie tak? Jak to
naprawić?". Nie wydarza się to sporadycznie, a notorycznie. I ten punkt
widzenia ukrywa nas przed nami samymi. Przesłania nasze prawdziwe
uczucia, doznane krzywdy, wydarzenia, w wyniku których ucierpieliśmy.
Ukrywa prawdę na temat tego, kim jesteśmy i kim mamy się stać. Wstyd
powoduje, że próbujemy udzielać się towarzysko i być jak inni, zamiast
rozkwitać jako my, łączyć się ze swoim prawdziwym ja i wychodzić do
świata jako dar. Kiedy wypełniają nas założenia i teorie na własny
temat, nie mamy wyboru - musimy lekceważyć nasze faktyczne
doświadczenie. A dlaczego doświadczenie jest takie ważne? Ponieważ jest
brzemienne w dary, lekarstwa i inteligencję: od nas dla nas.
Zawstydzająca sytuacja
Wyobraź sobie taką sytuację: ktoś wstaje, żeby wygłosić mowę przed grupą
ludzi. W trakcie przemówienia ktoś inny krzyczy: "Nie masz pojęcia, o czym gadasz!".
Mówca milknie. Zastyga w bezruchu. Nie wie, co zrobić ani co powiedzieć.
Publiczność również zamiera w oczekiwaniu na jego reakcję.
Mówca myśli: "Dlaczego on tak uważa? Ile osób się z nim zgadza? Może
niewystarczająco się przygotowałem. Dlaczego nie potrafię wymyślić, jak
zareagować? Wszyscy się na mnie gapią. Muszę wyglądać na przerażonego.
Powinienem być w stanie coś zrobić. Co ze mną nie tak, do cholery?
Zróbże coś!".
Wydarzyły się tu trzy rzeczy. Po pierwsze, ktoś publicznie skrytykował
mówcę. Wysłuchiwanie krytyki na osobności to nic przyjemnego, a publicznie staje się jeszcze trudniejsze, ponieważ nasza krzywda jest
upokarzająco wyeksponowana przed świadkami, którzy mogą nas zawstydzić
albo odwstydzić. Krytyka ta przeszyła mówcę na wskroś. Koszmarnie
zabolała.
Po drugie, nikt inny z widowni nie odezwał się ze współczuciem. Nikt nie
zaprzeczył słowom krytyka ani nie powiedział: "Wow, to było
niegrzeczne", "Auć, musiało zaboleć" ani "Wszystko w porządku? Dla mnie
to byłoby bardzo trudne".
Po trzecie, głowę mówcy wypełniają pytania, wątpliwości i połajanki pod
własnym adresem. Mówca stara się zidentyfikować, co zrobił źle, i gani
się za to, że nie potrafi zareagować. Wierzy, że musi przezwyciężyć
poczucie krzywdy i upokorzenia oraz zamrożenie. Uważa, że powinien być
silniejszy, jaśniej się wyrażać i potrafić inaczej odpowiedzieć.
Te trzy części składają się na zawstydzającą sytuację. Przyjrzyjmy się
im po kolei.
1. Napaść krytyka
Każdy wielokrotnie doświadcza w swoim życiu krytyki. Często przyjmuje
ona postać ataku słownego. Może nas on zranić, zdruzgotać albo poniżyć.
Jeśli doświadczamy jej publicznie, do tego bólu dołącza upokorzenie.
Jednakże krytyka sama w sobie nie wywołuje wstydu. Czasami spływa po
adresacie jak po kaczce. Może on w ogóle nie poczuć się zraniony. Zdarza
się, że zarzut odbieramy jako absurdalny albo nietrafiony. Możemy
zlekceważyć krytykę albo może ona dotyczyć czegoś, z czego zdajemy sobie
sprawę i z czym już się pogodziliśmy, albo nawet czegoś, co wręcz
polubiliśmy. Dlatego już na nas nie wpływa; pozostajemy obojętni.
Mówca mógłby powiedzieć: "Wyraziłeś właśnie mocną krytykę. Przez chwilę
byłem oszołomiony. Chętnie wysłucham twojego punktu widzenia, ale nie
wyrażanego takim tonem. Porozmawiajmy rzeczowo" bądź: "Nie tylko się z tobą nie zgadzam, ale uważam również, że twoje zachowanie jest
niekulturalne i nieakceptowalne. Mam coś ważnego do przekazania i nie
pozwolę na siebie wrzeszczeć".
Dlaczego te reakcje nie będą prowadzić do wstydu? Ponieważ mówca jest
świadkiem krytyki, reakcji innych na sytuację i swoich własnych uczuć. W takim przypadku krytyka nadal może być bolesna, ale mówca prawdopodobnie
nie zakończy przemowy z poczuciem, że zrobił coś źle albo że jest
nieważny. Te dwa przekonania - "Coś jest ze mną nie tak" oraz "Jestem
nieważny" - to cechy charakterystyczne wstydu.
2. Zawstydzający świadek
Publiczność nie była współczującym, odwstydzającym świadkiem. Nikt nie
stanął w obronie mówcy ani nie przemówił do niego z troską. Nikt nie
nazwał sytuacji po imieniu. Ten milczący tłum stanowi przykład
zawstydzającego świadka.
Krzywda, na którą nikt nie reaguje współczuciem, sprawia, że nabieramy
przekonania, iż nasze uczucia są niewłaściwe, nasza odpowiedź na krytykę
jest nieodpowiednia, a nawet iż nie zasługujemy na troskę. Zwymyślany
mówca najprawdopodobniej zinternalizuje zawstydzającego świadka,
ponieważ uzna, że atak był zasłużony i usprawiedliwiony, a jego osobiste
uczucia się nie liczą. To działanie wstydu.
Gdyby jednak publiczność okazała troskę, współczucie i empatię, czy
nawet zezłościła się na krytyka, mówca byłby znacznie mniej narażony na
wstyd. Wystarczyłoby wręcz, żeby ktoś powiedział: "Wow, to było mocne",
a pojawienie się wstydu byłoby mniej prawdopodobne. Mówię o mniejszym
prawdopodobieństwie, ponieważ z powodu wcześniejszych zawstydzających
doświadczeń mówcy publiczność może nie być w stanie w pełni go ochronić.
Reakcja otoczenia na krytykę skierowaną w naszą stronę albo na naszą
opowieść o takiej krytyce wpływa na to, czy doznamy wstydu i czy go
zinternalizujemy.
3. Zinternalizowany zawstydzający świadek
W naszej przykładowej sytuacji mówca natychmiast zaczął snuć bolesne
rozważania na temat tego, co sam robi i jak reaguje. Nie przyznał, że
został zaatakowany i zraniony, nie zaczął też automatycznie się bronić.
Jego odpowiedź - reakcja zawstydzającego świadka - połączyła siły z krytykiem.
Mówca nie zinternalizował odwstydzającego świadka, tylko tego
zawstydzającego: takiego, który analizuje, co mówca zrobił źle, który
nie zauważa faktycznie doświadczanych uczuć i który traktuje doznaną
krzywdę jako coś nieistotnego. Mówca nie dostrzega, że nie jest
wybrakowany i nie brak mu kompetencji.
Gdyby potrafił spojrzeć na swoje wewnętrzne doznania ze współczuciem i instynktem opiekuńczym - jako świadek odwstydzający - nadal mógłby
odczuwać ból, ale nie doświadczyłby wstydu i nie zacząłby
autodestrukcyjnego poszukiwania w sobie wad bądź wypierania swoich
autentycznych doświadczeń.
Niełatwo iść przez życie z samoświadomością i przytomnością umysłu,
które umożliwią wytrzymanie ataku bez poczucia, że się na niego
zasługuje. Dlaczego nie reagujemy na każdą krytykę, wewnętrzną i zewnętrzną, mówiąc: "Auć" albo "Ej, odczep się"? Dlaczego tak często
jest to trudne?
Powód jest następujący: w przeszłości (zazwyczaj w dzieciństwie)
wycierpieliśmy krzywdy, a żaden zaufany bliski czy rówieśnik nie stanął
w naszej obronie ani nawet nie przyznał, czego doświadczyliśmy. Mógł
milczeć, sam zastraszony, jak inne dzieci w klasie, gdy szydził z nas
okrutny nauczyciel. Mógł się przyłączyć do krzywdzącego, jak rodzic,
który, upokorzony tym, że duchowny obwinia o coś jego dziecko, zaczyna
je strofować bądź karać, bez prób zrozumienia całej sytuacji. Nikt nie
odgrywał dla nas roli odwstydzającego świadka - kogoś, kto rozbroiłby
zawstydzające wydarzenie swoim współczuciem. Zostaliśmy natomiast
zawstydzeni. A jako osoby zawstydzone godzimy się na napaść. Kiedy się
wstydzimy, mamy też poczucie, że zasługujemy na atak. Po prostu wierzymy
w słuszność ataku, a następnie próbujemy ustalić, czym zawiniliśmy.
Tłumimy swoje doświadczenie, po czym w późniejszych latach zmagamy się z objawami fizycznymi i psychicznymi, których nie łączymy już z minionym
wydarzeniem, a zatem patologizujemy samych siebie. Innymi słowy, brakuje
nam wewnętrznego obrońcy i miłości własnej.
Kiedy definiuje się wstyd jako krytykę (albo jako poczucie winy, co
omawiałem wcześniej) bądź jako emocję, traci się okazję do rozpoznania
złożoności zawstydzających wydarzeń i przepracowania ich. Przegapia się
też możliwość odwstydzenia samego siebie. Osiąga się to, wykorzystując
zinternalizowanego współczującego świadka jako sojusznika i źródło
wewnętrznej mocy. Innych odwstydzamy, ze współczuciem przyznając, że
doznali krzywdy, broniąc ich i potwierdzając ich przeżycia oraz prawo do
bycia traktowanymi z życzliwością. Działania te składają się na supermoc
rozbrajania wstydu.
Wstyd pojawia się za każdym razem, kiedy czujemy się atakowani i niezdolni do postawienia granic; gdy traktujemy uczucia jako problem do
rozwiązania; należymy do grupy marginalizowanej lub unieważnianej i nikt
nie zauważa wyrządzanych nam w ten sposób krzywd; padamy ofiarą
przemocy, a inni temu przeczą bądź to lekceważą; uważamy objawy fizyczne
za słabość, za dowód niezdolności do sprostania normom społecznym; kiedy
ludzie wokół nas postrzegają długoterminowe konsekwencje traumy jako
patologie, a nie skutki wcześniejszych doświadczeń albo historii
międzypokoleniowych. Wstyd pojawia się także wtedy, gdy traktujemy
używki jak lekarstwo, jakby za głodem tych substancji nie krył się żaden
inny uzasadniony głód.
Grzybnia wstydu i odwstydzania
Ponieważ wstyd to pryzmat, przez który postrzegamy siebie, można go
porównać do grzybni - podziemnej sieci łączącej niezliczone organizmy -
która karmi albo głodzi poszczególne części naszej istoty: części
naszego zdrowia psychicznego i fizycznego. To ona wpływa na
samoświadomość i na to, że podświadomie identyfikujemy się jako
marginalizowani oraz podświadomie marginalizujemy innych. Decyduje o tym, jak przechowujemy wspomnienia o przemocy i w jaki sposób
doświadczamy somatycznych odpowiedzi na traumę, a także o tym, jak
opiekujemy się swoimi uczuciami. Odwstydzanie przekształca tę grzybnię w odżywczy, krzepiący system, który podbudowuje ciebie i innych. Ze
względu na tę rozgałęzioną naturę odwstydzania tematy poruszane w poszczególnych rozdziałach tej książki są ze sobą powiązane. Podczas
lektury rozdziału 4, "Rola granic w uzdrawianiu wstydu", dowiesz się, że
granice wpływają na zinternalizowane opresję, przemoc i uczucia. Wątki
opresji, przemocy i samokrytyki powrócą z kolei w rozdziale 8,
"Odwstydzanie przykrych uczuć". Wszystkie te tematy są połączone.
Nachodzą na siebie i są nierozerwalne.
Możesz się więc zastanawiać, po co rozdzielam je pomiędzy rozdziały.
Robię to, ponieważ mamy naturalną skłonność do myślenia o sobie i uzdrawianiu w taki właśnie usystematyzowany sposób. Każdy rozdział to
inne drzwi prowadzące do domu odwstydzania.
Wstyd izoluje nas od innych oraz od różnych części nas samych.
Odwstydzanie zaczyna splatać je ze sobą na nowo, a my zyskujemy
zrozumienie, jak wszystko jest ze sobą powiązane, i odzyskujemy poczucie
pełni. Dostrzegamy też, w jaki sposób pryzmat wstydu rzuca światło na
różne aspekty rozwoju osobistego i uzdrawiania, wcześniej niewyraźne.
Nadałem tej książce taką strukturę również po to, by każdy kolejny
rozdział mógł bazować na poprzednich.
Zaproszenie do samopoznania
Biorąc pod uwagę liczne wymiary wstydu, pomocne może się okazać
skupienie na wspólnym oddziaływaniu zawstydzania i krytyki.
Ćwiczenie
Weź długopis i kartkę papieru albo notes i zapisz odpowiedzi na poniższe
pytania.
Przypomnij sobie sytuację, w której ktoś cię skrytykował. Jak
zareagowałeś? Czy przyjąłeś tę krytykę? Czy mogłeś się z nią nie
zgodzić i obronić się bezpośrednio (nie dałeś się ponieść furii, ale
byłeś stanowczy i precyzyjny)?
Czy masz świadomość swoich zranionych uczuć, gdy ktoś cię krytykuje?
Czy traktujesz ten ból poważnie? Czy słyszysz wewnętrzny głos, który
mówi coś w rodzaju: "Auć, to boli", żebyś mógł następnie zająć się
raną?
Czy jesteś świadomy tego, że krytyka - to, co ludzie nazywają naszym
"wewnętrznym krytykiem" - żyje w twoim wnętrzu?
Czy odpowiadasz temu wewnętrznemu krytykowi i się bronisz,
przynajmniej od czasu do czasu? Jeżeli tak, opisz, co sobie mówisz.
Czy twoim standardowym sposobem myślenia jest przekonanie, że musisz
się zmienić, poprawić, naprawić, a nawet "uzdrowić"?
Jak myślisz, w jakim punkcie się znajdujesz? Czy masz
zinternalizowanego świadka zawstydzającego, czy może
odwstydzającego?
Odwstydzający świadek reaguje, potrafi się jasno bronić i wyrażać
odmienne zdanie, a także zauważa każdą ranę, więc możemy się nią zająć.
Odwstydzający świadek wie, jak się czujemy. A co robi świadek
zawstydzający? Nie zapewnia żadnej bariery, więc krytyka trafia prosto w nas. Albo wierzymy w jej treść ("To prawda, nakryli mnie"), albo czujemy
się jej ofiarą, ponieważ nie bronimy się we właściwy, bezpośredni
sposób, a może nawet nie zauważamy, że wydarzyło się coś, co nas
zraniło. Świadek zawstydzający traktuje nasze uczucia jak coś, co należy
naprawić.
Być może czujesz się przygnębiony tym, że zostałeś zawstydzony, a nawet
się tego wstydzisz. Proces odwstydzania wydaje się przytłaczający. Ale
warto zastąpić zinternalizowanego świadka zawstydzającego świadkiem
pełnym miłości i współczucia, wejść na ścieżkę miłości własnej i samopoznania oraz ponownie odnaleźć drogę swojego serca. W ostatnim
rozdziale będziesz miał okazję połączyć wszystko, czego się nauczysz, i zostać odwstydzającym świadkiem dla całego świata.
Wprowadzenie do błogosławieństw odwstydzania
Do korzyści płynących z odwstydzania należy rozwój umiejętności
dostrzegania (szacunku), utożsamiania się (odnoszenia się do przeżyć
innych) i wiary (wiary radykalnej). Umiejętności te ogromnie pomagają
każdemu, kto czuje złość bądź przygnębienie, zmaga się z nałogami lub ma
skłonność do powielania bolesnych wzorców w relacjach - a wstyd te
wszystkie tendencje nasila. Co więcej, wstyd niszczy nasze zaufanie do
samych siebie, wiarę w siebie i miłość własną. Umiejętności płynące z odwstydzania właśnie to zaufanie do samego siebie budują, zwiększają też
wiarę we własne możliwości i miłość do samych siebie.
Tak jak większość osób, być może postrzegasz odwstydzanie jako usuwanie
albo wyciszanie bolesnych uczuć. Ale w rzeczywistości jest to odnowa.
Zdejmujemy z siebie wstyd, żeby uwolnić ukryte części siebie. Jak to
ujął jeden z obserwujących mnie na Facebooku: "Odwstydzanie to
wybawienie naszego autentycznego ja. Jakież to krzepiące i optymistyczne!".
Jak to działa? Odwstydzanie oznacza obserwowanie czyichś przeżyć z szacunkiem, co je depatologizuje. Zamiast kogoś
diagnozować i uprzedmiotawiać, potwierdza człowieczeństwo i podmiotowość
danej osoby.
Odwstydzanie umożliwia utożsamianie się z drugą osobą, ponieważ oznacza bycie czującym
świadkiem. Kiedy ktoś doświadcza współczucia i empatii osoby słuchającej
go z sercem, internalizuje poczucie, że jest ważny, a to z kolei
neutralizuje przesłanie wstydu mówiące, że się nie liczy.
Odwstydzanie oznacza bycie świadkiem z absolutną, radykalną wiarą w daną osobę. Tego rodzaju wiara wzmacnia
zaufanie do siebie tej osoby, podczas gdy wstyd prowadzi do
internalizacji przekonania, że nie może sobie ona ufać i potrzebuje
zewnętrznych autorytetów, by powiedziały jej, kim jest, czego potrzebuje
oraz co ma czuć i jak się zachowywać.
Zagłębmy się nieco w te koncepcje.
Szacunek oznacza dokładniejsze dociekanie, jak wygląda czyjeś
doświadczenie. Często ma postać przyglądania się doświadczenieniom
somatycznym, ale może też odnosić się do doświadczenia ciała w ruchu, do
jego postawy (co nazywamy mową ciała), doświadczenia wzrokowego (co dana
osoba widzi, co pamięta i co sobie wyobraża) i dialogu zachodzącego w cudzej głowie (często będącego wewnętrzną samokrytyką). Podczas sesji
zadaję szczegółowe pytania na temat tych przeżyć. Dana osoba znajduje
się wtedy w roli podmiotu, a nie przedmiotu, patologii czy czegoś, co
trzeba naprawić, a to zmniejsza wpływ wstydu. Z tej książki czytelnicy
nauczą się szanować samych siebie.
Utożsamianie się to pełne współczucia zgłębianie uczuć drugiej
osoby. Zwłaszcza kiedy pytamy, jak zareagowała na doznane krzywdy,
zaniedbanie czy brak szacunku, niemal natychmiast przekonuje się, że
jest ważna. Kiedy jakaś osoba cierpi i nikt nie reaguje empatią,
współczuciem ani jej nie broni, doświadczenie mówi jej, że się nie
liczy. Poczucie bycia ważnym zostanie odnowione, gdy ktoś zacznie
dociekać ze współczuciem i empatią, co czuła, gdy została skrzywdzona.
Jeżeli nie masz kogoś, kto mógłby odegrać dla ciebie taką rolę, zrób to
sam dla siebie. Poczucie bycia ważnym może zostać odnowione również
wtedy, gdy sami będziemy dla siebie współczującym świadkiem i zaczniemy
zgłębiać własne przeżycia.
O radykalnej wierze mówimy wtedy, gdy wierzymy danej osobie i w nią.
To oznacza, że wierzymy, iż ma ona odpowiedź na swoje trudności i wie,
jakiego lekarstwa potrzebuje na swoje dolegliwości. Kiedy zadajemy jej
pytania z tą wiarą, doznaje nagłego oświecenia i ma trafne
spostrzeżenia. To pokazuje, jaki kierunek obierze jej zdrowienie, i przywraca jej wewnętrzny autorytet oraz zaufanie do samej siebie. Dzięki
temu może zrezygnować z projekcji autorytetu na innych, do czego w przeszłości doprowadził ją wstydu.
W każdym z kolejnych rozdziałów zobaczysz, jak używam tych umiejętności
w praktyce podczas pracy nad odwstydzaniem innych.
Pamiętasz, jak pisałem, że dokonujemy odwstydzania, by odkryć
przesłonięte przez wstyd części samych siebie? Można także powiedzieć,
że zawstydzone części nas kryją się w cieniu, jak też już wcześniej
wspomniałem. Cień w ujęciu jungowskim składa się
z tych wszystkich naszych cech, do których nie chcemy się przyznać. To
ta część nas, która jest odcięta od naszego zasadniczego sposobu
postrzegania siebie, ponieważ dominująca perspektywa naszej kultury
uznaje tę część za niegodną, nieakceptowalną, niedopuszczalną bądź
niemoralną - a zatem przynoszącą wstyd. Cechy te są postrzegane jako
negatywne, jak złość, nienawiść czy zazdrość. Mogą się też jawić jako
pozornie pozytywne, na przykład jako duma z siebie albo wiara we własny
geniusz. Większość ludzi w naszej kulturze nie uważa się za pięknych,
zatem piękno kryje się w cieniu. Każda wyjątkowa cecha zazwyczaj się w nim kryje.
Spychanie tych cech w cień zawsze jest formą tłumienia albo opresji. I żeby nie było wątpliwości: tłumienie oraz opresja to akty przemocy.
Przekraczają nasze granice. Wstyd pojawia się wtedy, kiedy ludzie, grupy
bądź instytucje zaprzeczają istnieniu przemocy, uznają tłumienie jakichś
cech za słuszne albo wmawiają ci, że coś jest z tobą nie tak i musisz
naprawić daną cechę lub się jej pozbyć, niczym kończyny toczonej
gangreną.
Oto głębszy sens łączenia cienia ze wstydem: naszym zadaniem w procesie
uzdrawiania jest wyciągnięcie cienia na światło dzienne. Oznacza to, że
musimy uznać go i zintegrować, żeby uczynił nad pełniejszymi.
Odwstydzanie to praca z cieniem.
Uzdrawianie wstydu - które nazywam odwstydzaniem - to coś więcej niż
tylko uodparnianie się na to uczucie albo nieodczuwanie go zupełnie.
Odwstydzanie odkupuje zawstydzone cechy. Jeżeli ich nie uznamy i nie
zintegrujemy, pozostaniemy odcięci od naszego autentycznego ja, od
naszej mocy, naszych darów i naszej ścieżki życiowej.
Mógłbym zapełnić kolejne sto stron, wymieniając korzyści płynące z odwstydzonego życia, ale sedno jest jasne: wstyd krzywdzi. Dzieli nas na
części. Patologizuje to, co piękne i prawdziwe. Odwstydzanie to nie
tylko brak bólu. To przestrzeń, wolność i odwaga. Kiedy uprzednio
zawstydzona część ciebie staje się odwstydzona, nie tylko wychodzi na
światło dzienne, ale rozkwita.
Przyswój, proszę, następujący fragment wiersza Galwaya Kinnella pod
tytułem Święty Franciszek i świnia:
Pąk
symbolizuje wszystkie rzeczy,
nawet te, które nie kwitną,
gdyż wszystko rozkwita, od wewnątrz, samobłogosławieństwem;
chociaż czasami trzeba rzeczy
na nowo przypomnieć o jej uroku,
położyć jej dłoń na czole
kwiatu
i ponownie powiedzieć jej słowami i dotykiem,
że jest urocza,
aż znowu rozkwitnie od wewnątrz, samobłogosławieństwem.
Kiedy się odwstydzamy, ponownie uczymy cenne, uzdrowione części siebie,
że są cudowne. Kiedy sobie błogosławimy, rozkwitamy.
Rozdział 2. Stawanie się odwstydzającym świadkiem dla siebie i innych
Rozdział 2
Stawanie się odwstydzającym świadkiem dla siebie i innych
Siedziała przy obiedzie z rodzicami, ale nie jadła nic oprócz bulionu i sorbetu. Była niedożywiona i wychudzona. Niedawno dwa razy wylądowała w szpitalu po tym, jak zemdlała podczas treningu na siłowni.
Rodzice widzieli w niej ładną młodą kobietę, swoją piękną córkę. Nie
mieli pojęcia, że są świadkami jej przemocy wobec ciała. Nie zaprzeczali
ani nie lekceważyli celowo cichej, bolesnej historii opowiadanej przez
córkę; tkwili po prostu w niewiedzy, nie byli podli.
Mimo wszystko ich zachowanie przekazywało jasną wiadomość: "Wszystko w porządku. Siedzisz tu słaba i cierpisz, ale nie wywołuje to w nas
współczucia ani troski. Prosimy, nadal ukrywaj swoje autentyczne ja,
swoje bolesne doświadczenie, swoją prawdę za byciem "chudą i ładną"".
Nie zamierzali zawstydzać swojej córki; ich intencją było otulenie jej
kochającym spojrzeniem. Niemniej jednak ich "niewinność" sprawiła, że
córka czuła się osamotniona i wierzyła, iż podzielenie się z nimi głębią
bólu i nienawiści do siebie byłoby z jej strony niewłaściwe; co gorsza,
była przekonana, że coś musi z nią być nie tak, skoro ma w sobie taką
głębię.
Żyjemy w świecie pełnym świadków - nie tylko przemocy, ale też przepływu
informacji pomiędzy ciałem i umysłem, który trwa przez całe dnie,
tygodnie, lata i pokolenia po tym, gdy do niej doszło. Niektórzy
świadkowie sprzymierzają się z bezlitosnym napastnikiem, jak moja matka,
która lekceważyła i wypierała znęcanie się ojca nade mną i moim bratem.
Istnieją również świadkowie, których milczenie komunikuje współudział w samookaleczaniu się innej osoby, jak w powyższej historii.
Wstyd powstaje albo nasila się wtedy, gdy jakaś osoba dzieli się
osobistymi szczegółami swojego doświadczenia ze świadkiem, a ten udziela
nieproszonych rad, lekceważy jej uczucia albo twierdzi, że są
niewłaściwe, zaprzecza, że coś takiego się wydarzyło, nie koncentruje
się na osobie mówiącej, zachęca ją, żeby współczuła sprawcy jej krzywdy,
ignoruje ją, zmienia temat albo ją obwinia. To świadek zawstydzający.
Istnieją również świadkowie, którzy potrafią stworzyć przestrzeń dla
osoby mówiącej, w danej chwili bądź później, przejawiający ciekawość,
szacunek i współczucie. To świadkowie uzdrawiający. Bycie czułym
świadkiem zaczyna się od podstawowej intencji: "Chcę wiedzieć, jak to
jest być tobą". Wymaga to szczerego zainteresowania się tym, czego dana
osoba faktycznie doświadczyła. Musimy się dowiedzieć, co czuje w ciele,
co by powiedziała albo zrobiła, gdyby była w stanie, i jaki dialog
wewnętrzny towarzyszy jej w odniesieniu do tego, czym się z nami dzieli.
Dociekać tego można w każdej chwili, co znaczy, że uzdrowienie również
może zajść w każdej chwili. Możemy być wolni. Możemy zostać odwstydzeni.
I możemy odwstydzać innych.
Uzdrawiający świadek robi cztery rzeczy:
Przyznaje, że coś się wydarzyło: "Widzę/czuję/słyszę/dostrzegam"
krzywdę, raniące wydarzenie.
Okazuje empatię: "Czuję empatię i współczucie wobec zaznanej przez
ciebie krzywdy".
Wyraża wsparcie dla oporu osoby mówiącej albo staje w jej obronie:
"Nie zasłużyłeś na to. Masz prawo się złościć".
Radykalnie wierzy relacji danej osoby i w naturalne wskazówki
wysyłane przez jej organizm, by mogło zajść uzdrowienie: "Wierzę ci;
wierzę w ciebie".
Podstawy odwstydzania
Stawanie się odwstydzającym świadkiem wymaga zmiany paradygmatu.
Amerykańska kultura głównego nurtu jest przesycona paradygmatem
alopatycznym. Jego przesłanie brzmi: "Kiedy coś ci dolega, jest objawem
choroby, którą trzeba wyleczyć, a wtedy lepiej się poczujesz". Na
przykład: "Boli mnie głowa". Odpowiedź paradygmatu alopatycznego w takiej sytuacji to: "Weź tabletkę". "Jestem zły". Odpowiedź paradygmatu
alopatycznego: "Pomedytuj i pooddychaj głęboko". A co w przypadku, gdy
ktoś mówi: "Mam depresję"? "Myśl pozytywnie i bierz antydepresanty". I wszystkie te odpowiedzi są w porządku. Uważam, że ludzie powinni
otrzymywać pomoc, jakiej potrzebują. Natomiast istotne jest to, że to
przeważający sposób myślenia o wszystkim. Jest tak mocno wbudowany w nasze przekonania na temat zdrowia i dobrostanu, że odwołujemy się do
niego automatycznie. W dodatku traktuje tak ludzi nie tylko przemysł
farmaceutyczny, ale i medycyna alternatywna.
Musimy uwolnić się od tego automatycznego przekonania i przyjąć główne
przesłanie niezbędne do stania się świadkiem odwstydzającym, które mówi:
"Objawy to posłańcy niosący informacje". Nie o tym, co jest nie tak, ale
o kierunku, jaki chce obrać twoje życie, i o krokach, jakie masz
wykonać, żeby stać się prawdziwszym sobą. W takim przypadku, zamiast
okrajać się i odrzucać pewne części siebie, stajesz się bardziej sobą,
stajesz się pełniejszy.
Konwencjonalne paradygmaty są związane z pewnym ideałem zdrowia. Mówią:
"Temperatura ludzkiego ciała powinna wynosić pomiędzy 36,5 a 37,5°C.
Niższe i wyższe wartości są nieprawidłowe i należy je leczyć". W rzeczywistości gorączka to przykład na mądrość ciała: stanowi część
odpowiedzi immunologicznej i ma zabijać zarazki. Natomiast w paradygmacie alopatycznym jest patologizowana. Nikt się nie zastanawia,
czy normy są prawidłowe ani jaki jest kontekst. Poszukujemy równowagi,
harmonii, swobody i komfortu, bardzo często kosztem własnej pełni.
Zabijamy posłańca, który niezmiennie próbuje zakłócić status quo - nasze
status quo. Ale, jak wiemy, obrona i przywracanie status quo na dłuższą
metę się nie udaje, niezależnie od tego, czy chodzi o pojedynczego
człowieka, społeczność, czy dominującą kulturę jakiegoś narodu. Jeżeli
zbyt długo nalegamy na przywrócenie status quo, tworzymy pewnego rodzaju
wewnętrzny ustrój totalitarny i doświadczamy swoich objawów jako aktów
terrorystycznych.
Konwencjonalne paradygmaty wyznaczają również normy dla zakresu
dopuszczalnych emocji, a te z nich, które znajdują się poza symbolicznym
zakresem 36,5-37,5°C, również są patologizowane. Jak choćby złość.
Przykładowo, pewien klient powiedział mi kiedyś: "Boję się, że przez
złość stracę pracę".
Kiedy dokładniej naświetlił sytuację, zdałem sobie sprawę z tego, że
jego szef jest dupkiem. "Okej - powiedziałem. - Co jeszcze możesz zrobić
z tą złością? Musisz ją uznać za swoją. Już teraz jest częścią ciebie".
Nigdy nie powiedziałbym: "Nie masz prawa tak się czuć". Jego szef był
palantem, a mój klient miał prawo się złościć. Złość jest jak gorączka
próbująca chronić cię przed inwazją zarazków.
Nie twierdzę, że ktokolwiek ma prawo być okrutny albo agresywny, bo się
złości. Jeżeli złości się ktoś, na kim mi zależy, mam prawo powiedzieć:
"Nie czuję się bezpiecznie, kiedy jesteś zły. Co z tym zrobimy?".
Paradygmat odwstydzający nie jest związany z żadnym ideałem zdrowia.
Pozwól, że to podkreślę: jeśli jesteś chory, powinieneś zgłosić się do
lekarza. Sam wierzę w opiekę zdrowotną i z niej korzystam. Potrzebujemy
pomocy w złagodzeniu objawów i cierpienia. Czasami bez wsparcia
antydepresantów czy chemioterapii można umrzeć. Nie wyrażam też braku
współczucia. Jeżeli odczuwasz cierpienie fizyczne, mam nadzieję, że się
zmniejszy albo zniknie.
Jednocześnie wierzę, że odwstydzanie może być częścią rozwiązania. Raz
po raz zauważam, że objawy to również posłańcy. Kiedy już otrzymasz
wiadomość, odjeżdżają niczym zapracowany kurier rowerowy. Jeżeli nie
otworzysz mu drzwi albo nie podpiszesz potwierdzenia odbioru, będzie
wracać. Zatem warto łączyć odwstydzanie z podejściem medycznym. Skoro
objaw jest posłańcem, to wysłuchanie wiadomości i zintegrowanie jej może
nie tylko doraźnie łagodzić objawy, ale też doprowadzić do zwiększenia
miłości do siebie, bliskości z innymi oraz podążania ścieżką życiową,
która jest prawdziwie nasza.
Trudno wprowadzić tę zmianę paradygmatu. Doskonale to rozumiem. Wymaga
to nieustannego zaangażowania w zauważanie różnych rzeczy i układanie
sobie ich w głowie na nowo. Ale nie martw się. Jeżeli postanowisz
przyjąć ten nowy paradygmat, książka ta - wraz z twoimi wysiłkami -
poprowadzi cię ku zmianie, aż w końcu zaczniesz inaczej patrzeć na
świat.
Przyjrzyjmy się, jak się objawia nieposiadanie ideału zdrowia. Jak
reaguję, kiedy klient mówi mi: "Wszystkich oceniam"? Dla mnie bycie
"oceniającym" nie jest ani dobre, ani złe, natomiast mnie ciekawi,
ponieważ zgodnie z paradygmatem odwstydzającym uważam, że zachowanie
oceniające to posłaniec niosący inteligentną wiadomość. I chcę ją
usłyszeć! Odwstydzanie to proces badawczy. W przypadku wielu osób, które
krytykują swoje oceniające zachowania, ukryte przesłanie brzmi:
"Wyraźnie stawaj w obronie tego, co myślisz i czujesz. Dokonuj
zdecydowanych i otwartych ocen. Uznaj swoją zdolność do rozeznania się w sytuacji". Nie brzmi: "Jeżeli nie możesz powiedzieć nic miłego, w ogóle
nic nie mów".
Możesz się zastanawiać, czy odwstydzanie oznacza zatem robienie złych
rzeczy bez wyrzutów sumienia. Nie, bynajmniej. Mimo to stosuję proces
odwstydzania również w stosunku do osób zmagających się z naprawdę
szkodliwymi zachowaniami, jak choćby stosowaniem przemocy wobec dzieci.
Przykładowo, klient powiedział mi kiedyś, że potrzebuje pomocy, ponieważ
bije swoje dziecko. (Jeżeli dziecko znajduje się w niebezpieczeństwie,
należy także wezwać odpowiednie służby).
Najpierw powiedziałem:
- Jeżeli chcesz krzywdzić swoje dziecko, to na razie trzymaj je z daleka
od siebie. - Proces odwstydzania nigdy nie powinien poprzedzać kroków
mających na celu ochronę bezbronnych. Jednocześnie ignorowanie prośby
klienta o pomoc również byłoby zaniedbaniem, ponieważ w mroku wstydu
złość rodzica będzie się tylko zaogniać i wzmagać.
Następnie zapytałem:
- Jak to wygląda, gdy krzywdzisz swoje dziecko?
- Złoszczę się i daję córce klapsa.
- Możesz mi pokazać rękę, której używasz? - poprosiłem, ponieważ
wiadomość często wyraża się somatycznie, w tym przypadku poprzez ruch
ciała. - Chcę wiedzieć, co robisz. W tej chwili córka jest bezpieczna.
Nie ma jej z nami w gabinecie. Co robi twoja ręka?
- Tracę kontrolę!
- Utrać ją teraz na chwilę.
W czasie procesu odwstydzania dowiaduję się, że osoba, która traci
kontrolę podczas kontaktu z dzieckiem, w pracy przez cały dzień sama
jest kontrolowana. W domu w końcu odzyskuje wolność.
Poprosiłem więc klienta o opisanie, w jaki sposób praca go kontroluje.
Może jest telemarketerem i musi tkwić przy telefonie albo operuje
dźwigiem i nie może pójść do ubikacji czy zjeść drugiego śniadania, gdy
ciało tego potrzebuje. Musi się więc uwolnić w pracy, ale zamiast tego
próbuje to zrobić w domu poprzez szkodliwe zachowania.
- Musimy znaleźć dla ciebie sposoby na odzyskanie momentów wolności w ciągu całego dnia - powiedziałem. - Potrzeba uwolnienia się jest
inteligentna. W tej bezpiecznej przestrzeni musimy poznać rękę, która
bije twoje dziecko. Nie poświęcimy zbyt dużo czasu na rozważanie, czego
chciałbyś od swojej ręki, bo wtedy nie poznamy inteligentnego przesłania
twojego ciała.
Mój ojciec przepracował całe życie w rodzinnej firmie jako broker
ubezpieczeniowy. Nienawidził tego. Gdy tylko stawał na czerwonym
świetle, ogarniała go ślepa furia. Kiedy opowiedziałem o tym swojemu
terapeucie, odrzekł: "Twój ojciec czekał na czerwonym przez całe życie.
Siedział na światłach przez czterdzieści lat. Powinien był je
zlekceważyć". Była to oczywiście przenośnia. Ojciec powinien był
stworzyć w swoim życiu więcej okazji do ruchu i wolności.
To święta prawda. Czasami gdy sam czuję przypływ złości, orientuję się,
że nie mogłem podążać za najgłębiej skrywanymi impulsami bądź potrzebami
albo kierować życia w odpowiednią stronę.
Następnie omówimy, jak zawstydzana jest w naszej kulturze choroba. Osoby
chore często potrzebują opieki, leków, różnych urządzeń bądź pewnych
rodzajów terapii. I ta uzasadniona potrzeba często jest zawstydzana. Za
przykład weźmy moją pacjentkę cierpiącą na astmę, która często w czasie
naszych sesji wychodziła do łazienki.
W końcu ją o to zapytałem, a ona odpowiedziała:
- Wychodzę do łazienki, żeby użyć inhalatora, bo wstydzę się to robić
przy ludziach.
Skoro więc wspomniała o wstydzie przy okazji mówienia o inhalatorze,
wyraziłem ciekawość, żeby rozpocząć proces odwstydzania.
- Możesz go wyjąć? - poprosiłem. - Przyjrzyjmy mu się razem. Bądźmy
świadkami jego użycia. Jak się z nim czujesz? Co się dzieje, kiedy
wkładasz go do ust? Jak to jest?
Do oczu napłynęły jej łzy.
- Miałam astmę już w dzieciństwie. Rodzice wysłali mnie do szkoły w górach, gdzie powietrze miało być inne. Przez jakiś czas mieszkałam z daleka od rodziny i inhalator był moim jedynym przyjacielem.
Gdybym zamiast tego zasugerował poszukanie leków, które mogłyby zastąpić
inhalator, to przesłanie dotyczące poczucia samotności i izolacji nie
wypłynęłoby na powierzchnię. Natomiast moją intencją było to, żeby
klientka swobodniej się poczuła z jego używaniem, więc powiedziałem:
- To twój przyjaciel. Pomaga ci oddychać. I tak go właśnie traktuj. To
nic złego.
Wiele osób wstydzi się konieczności zażywania leków czy używania
inhalatora. Jeżeli mają na przykład negatywne, zawstydzające przekonania
dotyczące przyjmowania antydepresantów, to za każdym razem oprócz
tabletki z substancją neurochemiczną przełykają też dawkę wstydu. To jak
powtarzanie szkodliwej mantry. Jeżeli musisz iść do dentysty usunąć ząb
albo potrzebujesz chemioterapii, musisz pamiętasz, że robiąc to, mówisz
życiu "tak". Mówisz: "Chcę to przetrwać", a nie: "Poniosłem porażkę" czy
"Zasługuję na karę".
Należy odwstydzić potrzebę leczenia.
W przypadku mojej klientki astma w dzieciństwie spowodowała, że kobieta
została wysłana daleko od rodziny.
- Myślałam, że odesłano mnie, bo zrobiłam coś złego - powiedziała. Jako
osoba dorosła nadal się "odsyłała", żeby użyć inhalatora, karmiąc to
pierwotne poczucie izolacji. Trauma powtarzała się wielokrotnie w krótkich chwilach każdego dnia: "Muszę się od ciebie oddalić, żeby być
sobą".
Kiedy stworzyłem warunki, w których klientka mogła swobodnie używać
inhalatora przy mnie, a w końcu i przy innych, przestała doświadczać
poczucia izolacji za każdym razem, gdy musiała po niego sięgnąć. Mogła
być sobą bez wychodzenia z pomieszczenia.
Inna klientka opowiedziała mi, że syn nie chce brać żelaza, chociaż ma
lekką anemię.
- Usiądź z nim, weź tabletki i wyjaśnij, że pomogą mu stać się
silniejszym - poradziłem. - Narysujcie razem kilka obrazków o tym, co
znaczy być silnym. Daj mu narysować symbol siły na opakowaniu leku.
Dzięki temu za każdym razem, gdy będzie go brać, pomyśli: "Będę silny",
a nie: "Muszę brać leki, ulegam czemuś, czemu nie chcę ulegać". Takie
pozytywne skojarzenie pozwala nabrać optymistycznego podejścia do
robienia rzeczy wspierających zdrowie, a takie podejście powinniśmy mieć
wszyscy.
Inny klient mógłby powiedzieć: "Myślę o braniu antydepresantów, ale mam
to przekonanie, że bycie na antydepresantach to coś złego". Jego ton
mówiłby: "Potrzebuję wsparcia, żeby pogodzić się z zażywaniem
antydepresantów". Dążylibyśmy zatem do tego, by pomóc mu swobodnie
podjąć tę decyzję. Moim zdaniem antydepresanty są tak samo naturalne jak
rumianek. W końcu to ludzie je stworzyli, a sami są częścią natury.
Z drugiej strony ktoś inny mógłby powiedzieć: "Od lat biorę
antydepresanty i ludzie mówią, że już nigdy ich nie odstawię".
Zrozumiałbym, że klient potrzebuje mojego wsparcia w wyjaśnieniu
psychiatrze, iż chciałby ponownej oceny, jakich substancji i w jakich
dawkach faktycznie potrzebuje.
Jako świadkowie odwstydzający musimy odłożyć własne uprzedzenia na bok.
Moje reakcje są całkiem odmienne od społecznych czy politycznych
sposobów myślenia o firmach farmaceutycznych. Mogę wątpić w zapewnienia
poszczególnych producentów co do rzeczywistej skuteczności niektórych
antydepresantów (i innych leków), ale to zupełnie nie ma związku z odwstydzaniem drugiego człowieka. Niektórym te dwie rzeczy się mylą.
Kiedy będziesz pracować nad własnym wstydem, usuń te mentalne blokady.
Jeżeli potrzebujesz leków, to ich potrzebujesz. Jeśli chcesz być
wegetarianinem, ale twoje ciało potrzebuje mięsa, żeby dobrze
funkcjonować, możesz kierować się swoją filozofią, jednocześnie
respektując potrzeby organizmu.
Odwstydzanie to proces. Ktoś przedstawia mi swój problem - dotyczący czy
to inhalatora, czy to złości, czy może ochoty na lody - a ja razem z nim
zaczynam go odwstydzać.
Odwstydzanie siebie
Zanim będziesz mógł być odwstydzającym świadkiem dla innych, musisz
zacząć proces odwstydzania samego siebie. Proces ten nie zachodzi dzięki
poznaniu teorii ani obserwowaniu przykładów. Kluczem do własnego
odwstydzenia jest doświadczenie. Doświadczenie to sine qua non
odwstydzania. Obiektywność nie ma tu nic do rzeczy.
W ramach samopoznania dotyczącego swoich doznań można sobie zadać takie
pytania: "Jak to jest być mną? Jakie głosy mam w głowie? Czy są
krytyczne?".
Jak doświadczasz bycia sobą? Jak to jest jeść lody? Jak to jest kochać
swoją sympatię? To subiektywne doświadczenie. Właśnie ono rządzi
odwstydzaniem. Ludzie są podmiotami, nie przedmiotami. Zatem
odwstydzanie to przeciwieństwo bycia uprzedmiotowianym.
Kiedy pracuję z klientem, muszę go poznać. Może ci się wydawać, że wiesz
o sobie już wszystko, czego się tylko można dowiedzieć. Oto radosna
niespodzianka: wcale tak nie jest. Wstyd oddziela nas od naszego
doświadczenia i zakłóca nasze połączenie z samymi sobą. Oddziela nas od
naszych prawdziwych talentów i naszej prawdziwej inteligencji. Oddziela
nas od wiary w siebie, która jest aktem najwyższej miłości. Kiedy
odwstydzasz się poprzez samopoznanie, dowiadujesz się niesamowitych
rzeczy.
Wielu moich studentów nazywa ten proces odważnym. I tak jest!
Odwstydzanie to badanie swojego faktycznego doświadczenia z odwagą i ciekawością. Oznacza ono również odkładanie na bok etykietek, poglądów,
teorii i opinii na temat zagadnienia, któremu chcesz się przyjrzeć.
Inaczej patrzy się na wszystko przez pryzmat tych opinii - blokują one
naszą zdolność do rozszyfrowywania wiadomości zakodowanych w objawach
czy problemach.
Rozważ te dwa zdania: "Zauważam, że jestem zły" i "Moim największym
problemem jest złość".
Drugie zdanie to opinia - w dodatku patologizująca - która odcina nas od
ciekawości i wiary w siebie. Ktoś kiedyś napisał, że
najniebezpieczniejsza osoba to ta, która ufa własnym doświadczeniom.
Niebezpieczna nie w złym sensie; po prostu stanowi zagrożenie dla celów
innych, ponieważ nie da się nią manipulować. Jest silna, bo sobie ufa.
Paradygmat dominujący w naszym społeczeństwie - zajmujący się objawami,
zamiast interesować się niesionymi przez nie wiadomościami - odcina nas
od doświadczeń i spycha na grząski grunt interpretacji.
Zanim przejdziemy do uzyskiwania dostępu do własnych przeżyć z perspektywy świadka, muszę nauczyć cię czegoś o dawaniu sobie zgody. Tak
jak terapeuta musi uważać, czy to, co robi w czasie sesji, jest właściwe
dla jego klienta, czy nie, tak ty musisz rozpoznać, czy to, co robisz,
jest dla ciebie właściwe, czy nie. To kwestia zdrowotna i etyczna.
Kiedy uzyskasz dostęp do swoich przeżyć i rozpoczniesz samopoznawanie,
wyobraź sobie, że płyniesz rzeką o wielu odnogach. Odpowiadają one
reakcjom: "tak", "nie" i "być może" na każde pytanie, które sobie
postawisz. "Nie" nie oznacza, że rezygnujesz z procesu, tylko że
płyniesz inną odnogą dostępu do doświadczenia. Podążaj za odpowiedzią
"tak", "nie" albo "być może" podczas każdej interwencji, którą
podejmujesz. W ten sposób budujemy relację z samymi sobą opartą na
zaufaniu i upewniamy się, że wyrażamy zgodę na samopomoc, a tym samym
nie naruszamy swoich wewnętrznych granic (co omówimy dokładniej w rozdziale 3).
Możesz się zastanawiać, skąd masz wiedzieć, czy odpowiedź brzmi: "tak",
"nie", czy "być może". Wierzę, że każdy z nas ma wewnętrzną wiedzę.
Proces odwstydzania siebie udoskonala i wzmacnia twoją relację z tą
wewnętrzną wiedzą. Nawiązanie łączności z nią, wzmocnienie jej, zaufanie
sobie, stawanie się bardziej "niebezpiecznym" to duże osiągnięcie.
Spróbuj powiedzieć na głos: "Czuję, że to tak naprawdę nie jest dla mnie
odpowiednie".
Czy to wzbudza w tobie niepokój? Jeżeli tak, nie jesteś sam. Wszyscy
byliśmy karani - subtelnie bądź dotkliwie - za wyłamywanie się z szeregu
i nierealizowanie planów, jakie mieli wobec nas inni ludzie bądź jakieś
organizacje, czy za odbieganie od ich wyobrażeń na temat tego, kim
powinniśmy być, co powinniśmy czuć. Większa wierność swojej wewnętrznej
wiedzy pomoże ci szanować własne granice i stawiać je innym.
Uzyskiwanie dostępu do doświadczenia
Pamiętasz, jak mówiłem, że droga ku odwstydzeniu wiedzie przez
doświadczenie? Teraz opiszę to dokładniej.
Dostęp do swoich przeżyć uzyskujemy różnymi kanałami. Nurt psychologii
zorientowanej na proces, zapoczątkowany przez Arnolda Mindella, nauczył
mnie pojęcia "kanałów doświadczenia", na które składają się doznania
fizyczne, ruch ciała i wewnętrzny dialog. Bycie świadkiem dla samego
siebie wymaga rozwinięcia świadomości własnych doznań i ruchów. Ta
metaświadomość pomoże ci je zauważać i zadawać sobie takie pytania jak:
"W jaki sposób czuję to w swoim ciele?" czy "Jaki ruch wykonała właśnie
moja ręka?". W poniższym omówieniu poszczególnych kanałów doświadczenia
dodałem parę niewymienianych przez Arny'ego: głos/dźwięk i wyraz twarzy.
Doznania odczuwane w ciele
Jednym z aspektów ciała jest to, co ludzie nazywają doświadczeniem
somatycznym, doświadczeniem interoceptywnym, doświadczeniem
proprioceptywnym bądź doznaniem fizycznym. Język, jakim się tu
posługujemy, jest ważny. Kiedy pojawia się potrzeba nazwania konkretnych
doznań cielesnych, ludzie często odwołują się do emocji, nastroju albo
uczuć, takich jak złość, frustracja czy zmęczenie. Jednak do opisu
doznań cielesnych musimy używać takich słów jak mrowienie, ciepło,
ucisk, ból, drętwienie, wibracje, ostrość, napięcie. To doświadczenie
oparte na zmysłach; doświadczenie bezpośrednie. Doświadczenie
bezpośrednie to doświadczenie odwstydzone. To nie koncepcja ani opinia
przefiltrowana przez teorię albo ocenę. To nie oznaka choroby ani
patologii.
Ruchy ciała
Ciało komunikuje przeżycia między innymi w formie ruchu: garbienia
ramion, stukania nogą o ziemię, kręcenia dłonią, zaciskania palców.
Jeżeli na to pozwolisz, impuls pchnie ciało do ruchu. Stań i daj ciału
poruszyć tobą. Jeśli będziesz je w tym wspierać, możesz się zorientować,
że się kiwasz, bujasz, machasz rękami... tańczysz. Możesz wzrokowo i proprioceptywnie zauważyć, że wykonujesz wszystkie te ruchy - i inni
też. Możesz nawet zacząć od doświadczenia somatycznego i dać mu wyrazić
się jeszcze głębiej poprzez poruszanie się wraz z uczuciami.
Głos/dźwięk
Również dźwięk to ekspresja ciała. Ludzki głos zmienia się naturalnie w ciągu dnia - robi się ostry, gdy tracimy cierpliwość, z frustracji
warczymy, a kiedy czujemy się niepewnie, mówimy ciszej. Rozmawiając o innych, często zmieniamy głos, żeby ich naśladować. Ludzie nieraz
szepczą, kiedy nie chcą, żeby ktoś inny ich usłyszał, nawet gdy nikogo
nie ma w pobliżu. Mówią nam w ten sposób, że prowadzą wewnętrzny dialog
z kimś, kto nie chce być podsłuchany. Dźwięk to jeden z kanałów
umożliwiających bycie świadkiem swojego doświadczenia. Może pracujesz
nad tym, by twój głos znaczył coś w świecie? Wyraźne i donośne
artykułowanie słów sprawi, że twoje własne uszy to usłyszą.
A może chcesz pracować nad wewnętrznym krytykiem? Jeżeli zaczniesz
wygłaszać jego zarzuty na głos, twoje uszy to usłyszą; kosteczki w kanałach słuchowych zaczną drgać i się ruszać. Kiedy powiesz sobie coś
nieprzyjemnego na głos, niewykluczone, że cię to zaboli. I o to chodzi.
Jeżeli nie słyszysz słów krytyki, działa ona jak cicha trucizna. Ta
prosta interwencja może zadziałać znacznie szybciej, niż gdy będziesz (w myślach) przekonywać się, że powinieneś poczuć się lepiej.
Wyraz twarzy
Twoja twarz jest częścią ciała i fizycznym wyrazem doświadczenia. Twoja
mimika się zmienia, kiedy opowiadasz o pewnych rzeczach, ponieważ
stanowi cielesną ekspresję twojego doświadczenia. Czasami zapominamy,
jak dużo nasze twarze mówią otoczeniu o tym, co czujemy, myślimy i komunikujemy - albo chcemy przemilczeć. Polecam obserwowanie się w lustrze podczas opowiadania o swoim dniu.
Ludzie identyfikują się głównie ze swoją twarzą. Podczas spotkania na
Zoomie widzę swoją twarz i myślę: "To ja". Dlatego to tak potężny kanał
doświadczenia. Zmiana mojego wyrazu twarzy wymaga, żebym sam się
zmienił, zwłaszcza jeżeli patrzę na siebie albo pokazuję się drugiemu
człowiekowi. Mam świadka. Jeśli przez moją twarz przebiega grymas
smutku, kiedy wspominam o koledze, zauważam, że jestem smutny, zatem
mogę przyjrzeć się temu z ciekawością. Stań przed lustrem i wyraź mimiką
gniew, ból, czułość. Być może zauważysz, że te emocje zaczynają pojawiać
się w twoim ciele jako doświadczenie somatyczne. Kultury plemienne
często noszą prawdziwe maski, które są przejawem mocy miny, jaką nosimy.
Dialog wewnętrzny
Tak jak doznania odczuwane w ciele, tak i dialog wewnętrzny rozbrzmiewa
wewnątrz nas. Nie widzimy go, a czasami nawet nie słyszymy, dopóki się
na nim nie skupimy. Żebyśmy zatem mogli być jego świadkami, musimy nadać
mu możliwą do dostrzeżenia formę. Jednym ze sposobów na uczynienie tego
dialogu zewnętrznym jest wypowiadanie go na głos. Dialog zewnętrzny ma
cechy empiryczne. Ale jak można zrobić to samemu? Nie brzmi to zbyt
poważnie, ale ma wielką moc: Postaw dwa krzesła na wprost siebie. Usiądź
na jednym i coś powiedz. Następnie przesiądź się na drugie i odpowiedz
sobie na tamtą wypowiedź. Poruszanie ciałem ułatwia uwolnienie się od
poglądów i opinii. Jeżeli prowadzimy tylko dziennik, możemy nie uzyskać
dostępu do głębszej inteligencji ciała. Kiedy nim poruszamy,
sygnalizujemy swojemu głębszemu ja: "Chcę cię poznać, chcę cię
doświadczyć". Wtedy łatwiej nam być świadkiem swojego doświadczenia.
Wzmacnianie doświadczenia
Wybrałeś kanał, za którego pośrednictwem chcesz pracować, i identyfikujesz swoje doświadczenie. Może zauważasz mrowienie w stawie
biodrowym. Może widzisz, że twoje ręce poruszają się niczym skrzydła.
Może rozmawiasz ze sobą na głos. Może zauważasz, że głos robi ci się
piskliwy, kiedy mówisz o szefie. Może wspominając o ćwiczeniach
fizycznych, marszczysz nos.
Następnym krokiem jest wzmocnienie tego doświadczenia. Wstyd maskuje i osłabia, więc teraz musimy działać odwrotnie: urosnąć, rozpościerać
szeroko palce, marszczyć nos aż do przesady. Wyobrazić sobie, że jakiś
pulsujący ból czy pieczenie w żołądku pięciokrotnie się nasila. Starajmy
się sprawić, żeby twój świadek to zauważył. Wstyd okrawa i kurczy,
odwstydzanie potęguje. Bywa, że nasza świadomość wyrwie się z transu i zauważy jakieś doznanie dopiero wtedy, gdy stanie się ono wystarczająco
silne. Wyobraź sobie, że całe twoje ciało mrowi, tak jak to biodro.
Zacznij mówić jeszcze bardziej piskliwym głosem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki