p
Zanim zaczniemy
Kiedy odłączyłam się po raz pierwszy, wydawało mi się, że tylko o to
chodzi. Postawiłam przed sobą wyzwanie: tysiąc odłączonych godzin
rocznie. Liczyłam, że uda mi się je zrealizować, może poprawić
dyscyplinę korzystania z telefonu i rozwinąć pozostałe aspekty życia.
Wkrótce po odłączeniu dotarło do mnie jednak, że to nie tylko proste
wyzwanie. Nie jednorazowy eksperyment, lecz powolne odzyskiwanie życia,
w którym z biegiem czasu stawałam się coraz mniej przytomna, mniej
obecna i coraz bardziej pozbawiona energii.
Przez wiele lat pozwalałam, by nieustanna łączność za pośrednictwem
telefonu (i innych urządzeń elektronicznych) zajęła jedno z najważniejszych miejsc w moim życiu. To ona była moją siłą napędową, to
dla niej się budziłam, to z nią kładłam się spać, to z niej korzystałam
o każdej porze dnia. Dopóki nie zaczęłam się świadomie odłączać i stopniowo przywracać technologii należnego jej miejsca, nie zdawałam
sobie sprawy, ile mi odebrała.
To, co trzymasz dziś w dłoniach, to niekończąca się opowieść -
kulminacja ponad tysiąca odłączonych godzin. To historia uczenia się,
jak znaleźć równowagę między życiem w świecie cyfrowym a obecnością w realnym, opowieść o wyłączeniu nieustannej obecności w sieci, która
spowodowała przemęczenie i odebrała spokój, szansę głębokiej obecności.
Na kolejnych stronach nie znajdziesz propozycji prowadzenia
ekstremalnego stylu życia, w tym korzystania z przestarzałych telefonów
z klapką, usunięcia wszystkich aplikacji, odrzucenia technologii oraz
opuszczenia sieci, by utworzyć wspólnotę, w której do komunikacji
posłużą nam przede wszystkim gołębie pocztowe i sygnały dymne. Czasem
wydaje mi się, że byłabym wspaniałą przywódczynią takiej odłączonej
komuny, ale później na FaceTimie dzwoni do mnie mama, która umawia się z moją córką na śniadanie, choć dzieli je tysiąc mil, albo dostaję
wiadomość głosową od przyjaciółki, która się za mnie modli i przekazuje
błogosławieństwa na cały dzień. Albo po upływie ponad dziesięciu lat na
Facebooku nawiązuję kontakt z przyjaciółką z liceum i nagle zaczynam
czuć wdzięczność, że takie portale istnieją.
Technologia oferuje nam wiele cennych, ważnych rzeczy. To jej
zawdzięczamy tak ogromne postępy w dziedzinie medycyny. To dzięki niej
powstaje tyle firm i zyskują popularność pozytywne ruchy. Większość z nas będzie związana z technologią w takiej czy innej formie w celach
zawodowych lub codziennym życiu. Właśnie do tego zmierza świat. Jestem
jednak przekonana, że nie musimy być stale obecni w sieci, że możemy
znaleźć ścieżkę równowagi, która pozwoli nam lepiej, pełniej
uczestniczyć w realnym życiu.
Choć do tego wyzwania nawiązuję w całej książce, wielu omówionych w niej
kwestii nauczyłam się już później. Idąc tą drogą, dowiedziałam się, że
najlepsze rzeczy - najtrwalsze lekcje - potrzebują czasu na
zakorzenienie się w naszej duszy. Wniosków nie wyciągnęłam natychmiast
ani nawet z dnia na dzień. Potrzebowałam do tego regularnej,
wielogodzinnej praktyki odłączania się przez wiele miesięcy, które
przeszły w lata.
Z biegiem czasu coraz dobitniej docierało do mnie, że nie chodzi jedynie
o odłączenie, lecz o nieustanną obecność w życiu własnym i innych, o odkrycie utraconych części siebie. O tworzenie zamiast konsumpcji. O dostrzeżenie błogosławieństwa w prozaicznych fragmentach codzienności. O przywrócenie więzi, zadziwienia i oddania przy uwolnieniu się od
ciągłego pośpiechu, który budził we mnie niepokój i nerwowość. Pragnęłam
być nieustannie obecna we własnym życiu i wciąż do niego wracać. Życzę,
by w drodze do tego celu tobie także towarzyszyły te i inne pragnienia.
Jeśli już jesteśmy przy drodze, na co czekasz? Nie musisz dotrzeć do
końca tej opowieści, by zacząć to, co prawdopodobnie musisz zrobić,
skoro trzymasz w rękach książkę o cudownym wpływie odłączenia lub skoro
chcesz sprawdzić, jak opuszczenie świata cyfrowego może wpłynąć na twoje
życie. W tę drogę możesz wyruszyć już dziś, wykonując jeden prosty krok:
wyłącz telefon. Już teraz, jeśli tylko możesz.
Niedawno dostałam od bliskiej przyjaciółki (która wysłuchiwała, jak do
znudzenia rozprawiam o czasie spędzonym poza światem cyfrowym) SMS-a z informacją, że jest gotowa do odłączenia się. Obiecywała sobie zacząć w nowym roku - dokładnie tak samo postępuje wielu z nas, kiedy nieco nas
przeraża stojący przed nami cel - ale jednocześnie wiedziała, że nie
może tak długo czekać. Musi zacząć natychmiast. W trakcie tamtej rozmowy
wyznała mi coś bardzo intymnego: obawia się wyłączyć telefon, bo dopóki
trzyma go w dłoni, udaje jej się przekonywać samą siebie, że nie jest
straszliwie samotna.
Te obawy podziela wiele osób. Myśl o odłączeniu się - kiedy technologia
od tak dawna stanowi nasz podstawowy sposób kontaktu ze światem - jest
trudna i przerażająca. Początkowo może być źródłem silnego dyskomfortu.
Ale jeśli ktoś poczuł, że łączność mu coś odbiera, niech pomyśli, czy
przypadkiem nie czas na zmianę.
W ramach zachęty powtórzę to, co powiedziałam przyjaciółce: zacznij od
godziny. Od czegoś niewielkiego.
Pomyśl o czymś, co chcesz zrobić od dawna, o czymś maleńkim, co odsuwasz
z powodu maili, bezmyślnego przewijania lub kolejnego wciągającego
programu w najnowszej aplikacji streamingowej. Być może chcesz wrócić do
pieczenia. A może na nowo oddać się wierze, ale ciągle coś cię od tego
odciąga. Może masz ochotę przeczytać książkę, która od wielu miesięcy
stoi na półce, lub wyciągnąć z szafy w przedpokoju puzzle i spróbować je
ułożyć razem z bliskimi. A może chcesz chwilę posiedzieć na zewnątrz i wsłuchać się w dźwięki, by nikt ci nie przeszkadzał. Nieważne, co to
jest - przeznacz godzinę tylko na to. Wyłącz telefon lub umieść go poza
zasięgiem wzroku. I wtedy zrób to, na co masz ochotę.
Po upływie tej jednej godziny włącz go. Nic stamtąd nie zniknie. Świat
będzie nieustannie pędził naprzód. Wiadomości będą napływać. Ludzie
nadal będą zamieszczać te same opowieści i kłócić się w komentarzach.
Nic ci nie umknie, za to coś zyskasz: trochę czasu dla siebie, niewielki
skrawek swojego życia. Właśnie tak będzie się toczyć twoja historia -
powoli, godzina po godzinie.
Po pierwszym odłączeniu będzie ci się wydawać, że chodzi tylko o to.
Później jednak stwierdzisz, że po raz pierwszy od bardzo dawna zwracasz
uwagę na zachód słońca, lub pójdziesz na kawę z dawnym znajomym czy też
zdecydujesz się napisać pierwsze zdanie powieści, o której przestałeś
marzyć, choć nie całkiem ją wyrzuciłeś z myśli. I wtedy jakiś fragment
ciebie poczuje, że wracasz do życia. Zdasz sobie sprawę, że to, co
robisz, nie ogranicza się do odłączenia.
Z biegiem czasu, o ile na to pozwolisz, godziny spędzone w realnym
świecie samoistnie staną się twoim nauczycielem. Być może pokażą, jak
radzić sobie z nudą lub przywrócą skrywaną w twoim wnętrzu kreatywność.
Odłączone godziny mogą ułatwić odkrywanie zadowolenia z życia w obecnym
kształcie lub pomóc na nowo dostrzec, co od bardzo dawna wymaga zmiany.
Być może stworzą zdecydowanie głębsze więzi ze sobą lub innymi osobami,
niż wydawało się to możliwe. Godziny w realnym świecie mogą zaprowadzić
cię w miejsce spokoju - gdzie będzie można przebywać we własnym
towarzystwie - lub skłonić do głębszej modlitwy, poszukiwań czy
dociekań. Choć nie umiem powiedzieć, jaki skutek przyniesie odłączenie,
wiem, że warto to zrobić. Zawsze warto uwolnić się od hałasu i sprawdzić, co tam na nas czeka.
Nieustannie liczę, że zawarte w tej książce opowieści i odkrycia
łagodnie zachęcą cię do zliczania godzin spędzonych poza światem
cyfrowym. Do dzieła. Wyłącz telefon i odnajdź swoje życie. Czeka na twój
powrót.
Życzę, by w czasie lektury tej książki przeczytane słowa docierały do
ciebie na odpowiednich rozdrożach, niby zaufany towarzysz podążający
wraz z tobą przez życie. Pisząc je, wyobrażałam sobie, jak siedzimy
naprzeciw siebie - jak delektując się kawą, opowiadamy sobie różne
rzeczy bez telefonów w zasięgu wzroku. Zastanawiałam się, co może cię do
tego zachęcić. Rozważałam, jakie wątpliwości i obawy mogą się teraz tlić
w twojej głowie. Zastanawiałam się, o co możesz pytać w tym procesie i czego możesz się nauczyć o sobie, innych, swojej wierze lub po prostu o życiu. Myślałam, do czego chciałabym wrócić, co chciałabym sobie
powiedzieć w różnych okresach w czasie spędzonym w realnym świecie.
Później zaś zebrałam to wszystko i zapisałam.
Tym samym, przyjacielu, zapraszam do wylogowania się i odłączenia.
Wyzwanie tysiąca odłączonych godzin
Oto wyzwanie tysiąca odłączonych godzin. Założenie jest proste: odłącz
się na tysiąc godzin w ciągu jednego roku.
Na mojej stronie zawarłam schemat do monitorowania (tracker), dzięki
czemu możesz się od razu odłączyć i śledzić swoje postępy. Jeśli chcesz
pobrać i wydrukować oficjalny schemat lub zarejestrować w wyzwaniu stu
odłączonych godzin (nieco bardziej przyjaznym, idealnym na miesiąc),
obie pomoce w wersji do wydruku znajdziesz pod adresem
www.HannahBrencher.com/Unplugged.
Jeśli wolisz inny sposób śledzenia lub chcesz opracować własny schemat,
nie krępuj się. To twoja droga, a ja ci tylko kibicuję. Na początek
podsunę kilka wniosków i zachęt, do jakich doszłam w wyniku odłączenia
się.
Definicja odłączenia
Po kolei. Warto określić, co dla nas oznacza odłączenie. Każdy z nas ma
własne życie i odmienne potrzeby. To wyzwanie z założenia ma przywracać
siły, nie zaś ograniczać, a to moim zdaniem wymaga wyznaczenia sobie
jasnych, choć elastycznych granic.
Dla mnie godzina odłączona, czyli spędzona w realnym świecie, oznacza
kilka rzeczy, w tym odłożenie telefonu, brak sprawdzania poczty lub
otwierania wielu różnych przeglądarek, brak przeglądania mediów
społecznościowych i oglądania programów, brak konsumpcji jakichkolwiek
mediów cyfrowych, nawet podcastów i audiobooków. Dla ciebie może to być
coś innego. Zachęcam do przemyślenia, co na tym etapie życia oznacza dla
ciebie odłączenie, i do celowego wyznaczenia tych granic. Przecież znasz
siebie lepiej niż ktokolwiek inny.
Osoby podejmujące to wyzwanie często pytają: a co będzie, jeśli ktoś
mnie będzie potrzebował lub coś się zdarzy? Zauważ, że nie namawiam do
wyłączenia urządzenia. Na pewnych etapach życia może to nie być
wykonalne. By zapewnić swoją dostępność, a zarazem odpocząć od telefonu,
nie wyłączam go, lecz usuwam z pola widzenia i chowam do pudełka. To
żaden wyjątkowy ani nowy przedmiot, po prostu puszka z Ikei. Trzymam ją
w gabinecie na czas, gdy chcę się zająć czymś wymagającym skupienia i odłączenia się. Jeśli córka jest w szkole lub czekam na ważny telefon,
mam włączony dźwięk lub wibracje, ale nie mam telefonu w zasięgu wzroku.
Można także trzymać telefon w torbie podczas pobytu poza domem lub w schowku samochodu podczas jazdy. Możesz używać trybu samolotowego.
Opracuj plan
Bardzo ważny jest dobry plan odłączenia się. Jak w przypadku niemal
wszystkich dobrych rzeczy, tu także musimy świadomie zrobić miejsce na
to, co dla nas najważniejsze.
Jeśli początkowo niełatwo ci zbierać takie godziny, przyjrzyj się
swojemu planowi dnia lub tygodnia i zadaj sobie pytanie: kiedy w trakcie
tego tygodnia chcę żyć w realnym świecie? Może chcesz zrezygnować z zabierania telefonu do stołu. Może chcesz się całkiem odłączyć rano, by
wtedy zapewnić sobie spokój. Może chcesz zrobić sobie cyfrowy "szabas"
przez cały dzień w czasie weekendu. W każdym z tych przypadków znajdź
chwile, kiedy chcesz sprawdzić, jak żyje się bez technologii. Dobrze
wyznaczyć sobie granice - czas i miejsca będące "strefami odłączenia".
To akt dobroci dla siebie. Im więcej zrobisz, tym łatwiej będzie się
odłączyć i tym większa szansa, że wplecie się to w stały rytm
codzienności.
Ciesz się tym procesem
Na początku skrupulatnie zapisywałam godziny odłączenia. Z biegiem czasu
jednak mniej skupiałam się na realizacji wyzwania, a bardziej na
pielęgnowaniu tego stylu życia. Gdybym mogła wrócić do początków,
powiedziałabym sobie: ciesz się procesem.
Od jednej z uczestniczek wyzwania dowiedziałam się, że kiedy dotarło do
niej, że nie zdoła uzyskać tysiaca godzin w roku, zrezygnowała.
Niejednokrotnie podejmujemy wyzwanie z nastawieniem "powodzenie/porażka"
- poświęćmy temu jednak chwilę i odpowiedzmy sobie na kilka pytań: co
zyskasz, częściej się odłączając? Co w twoim życiu nie działa i co
chcesz zmienić? Jak odłączenie może ci pomóc zrobić tę jedną rzecz, na
której ci zależy?
Nie skupiaj się na statystykach. Przecież w tym wyzwaniu nie chodzi o wykonanie dziennej normy odłączonych godzin, lecz o zapewnienie sobie
niespiesznego życia tu i teraz.
Liczy się każda godzina. Nawet jeśli do końca roku zbierzesz
dziewięćset, a nie tysiąc godzin, oznacza to, że udało ci się odzyskać
dziewięćset godzin i że prawdopodobnie masz mnóstwo dowodów na to, że
odłączone godziny wpływają na codzienne życie! W tym zakątku świata
powodem do radości są postępy, a nie perfekcja. Bądźmy dumni z pokonanej
drogi, zamiast zadręczać się brakiem osiągnięcia celu.
Moim zdaniem w naszej kulturze łatwo skupiać się na wyniku zamiast na
procesie, lecz w przypadku odłączonych godzin (i większości rzeczy w życiu) to właśnie proces przynosi to, co najlepsze. Właśnie tam dzieje
się cud. Tam nabiera kształtu radość. Tam następuje rozwój. Tak, czasem
będzie niełatwo, mimo to zachęcam do dalszych starań. Przyjrzyj się
towarzyszącym ci uczuciom. Może nawet zapisz, czego się uczysz po
drodze. W ogólnym rozrachunku to ty - osoba ucząca się w ramach tego
procesu obecności - masz moc faktycznej zmiany różnych rzeczy. Poczekaj,
a zobaczysz. Po prostu poczekaj.
Rozdział 1. Punkty wyjścia
Rozdział 1
Punkty wyjścia
Ta historia zaczęła się w dniu moich trzydziestych trzecich urodzin.
Siedziałam po turecku na wykładzinie na osłoniętej werandzie
przyjaciółki, wciągając w płuca cichy spokój wczesnego poranka. Otaczała
mnie wciskająca się każdą szparą wilgoć, niedająca o sobie zapomnieć w ciężkim powietrzu Florydy. Z wnętrza domu dobiegały mnie śmiechy męża i córki.
Upiłam z kubka łyk parującej kawy i cichutko weszłam w kolejny rok
życia. Tyle razy spędzałam urodziny w tym miejscu - w otoczeniu
przyjaciół, którzy z biegiem lat stali się moją rodziną. Ten domek na
plaży stał się w moim życiu pewnym punktem odniesienia. Już tradycyjnie
siadam w kolejnych latach w tym samym miejscu z kubkiem kawy, Biblią i pamiętnikiem. Rozmyślam o ubiegłym roku i snuję nowe plany na
nadchodzący.
Większość ludzi zadowoli się w dniu urodzin garścią dobrych życzeń,
kawałkiem tortu i tyle. Choć im zazdroszczę, nigdy się do nich nie
zaliczałam. Urodziny zawsze traktowałam jak drugi Nowy Rok - pretekst do
opracowania wspaniałego planu wprowadzenia w życie kompleksowych zmian w ciągu najwyżej trzystu sześćdziesięciu pięciu dni. Moje urodziny,
wypadające ostatniego dnia maja, to niemal dokładnie połowa roku.
Z takich czy innych przyczyn transformacja zawsze mnie pociągała.
Zachwycają mnie możliwości, jakie przynosi zmiana. Niewiele rzeczy daje
mi większą motywację niż czysta kartka w kalendarzu na początku nowego
miesiąca, która zapewnia ogromny potencjał. Tym razem jednak inne części
mnie zaczęły się zastanawiać, czy kiedykolwiek wystarczy ta chwila - i to, kim jestem w niej ja. Miałam wrażenie, że ten rok stoi pod znakiem
zmęczenia, którego źródła nie umiem wskazać. Brakowało mi wizji na
kolejny. Zamiast ekscytacji czułam wyczerpanie. A przecież w moim życiu
wszystko było w porządku. Na pozór dobrze sobie radziłam. Mimo to
odczuwałam rosnące znużenie, z którym niewątpliwie będę musiała się w końcu zmierzyć.
Ciągle na nowo przeglądałam aplikacje i odpowiadałam na życzenia
urodzinowe, usiłując przy tym wyznaczyć sobie cel. Być może mogłabym
rozwinąć działalność. Być może mogłabym się czymś zająć na boku. A może
wreszcie zacząć biegać. I właśnie wtedy poczułam w głębi duszy tego
delikatnego kuksańca - nie wiedziałam, skąd pochodzi, ale zdecydowanie
sugerował: wyłącz telefon.
To najlepszy opis - właśnie kuksaniec, jakiś wewnętrzny głos, który nie
wydawał się zaniepokojony ani zmęczony. Był silny, ale jednocześnie
łagodny. Miałam wrażenie, że to spokój i pewność, zupełnie jakby coś na
mnie czekało, jeśli tylko posłucham instrukcji.
"Wyłącz telefon".
Żyję już dość długo, by wiedzieć, że takie kuksańce - niemal słyszalne -
nie zdarzają się wcale często. Wiem tym samym, że kiedy już się pojawią,
muszę im poświęcić uwagę.
Od razu i bez namysłu wyłączyłam więc telefon. I nie włączyłam go do
wieczora. Nie sprawdzałam z niepokojem, czy o moich urodzinach pamiętało
wystarczająco dużo ludzi. Czułam się obecna w tym dniu. Odczuwałam
głęboką więź z otaczającymi mnie osobami. Czułam się uczczona i dostrzeżona, zrelaksowana i wypoczęta. Zupełnie jakby po raz pierwszy od
dawna moje życie było wystarczające takie, jakie jest. Nie musiałam go
naprawiać, zmieniać ani w żaden sposób ulepszać.
W ciągu tych dwunastu godzin doświadczyłam więcej radości niż w całym
roku. Byłam obecna w realnym świecie. I to był jakiś początek tych
odłączonych godzin.
Jakaś część mnie wiedziała, że odłączenie się to nie kwestia
jednorazowa. Nie chodziło o wyłączenie telefonu na jeden dzień i zebranie całej śmietanki. Było to raczej: wyłącz telefon i wyłączaj go
wciąż na nowo. Tu jest się czego uczyć. To potrwa.
Było to wezwanie do czegoś głębszego, zaproszenie do oderwania się od
życia w nieustannej łączności z siecią, jakie sobie stworzyłam, na rzecz
czegoś znacznie lepszego.
Po moich urodzinach zaczęło się rodzić wyzwanie. Wyznaczyłam sobie cel
tysiąca odłączonych godzin w ciągu roku. Tysiąc odłączonych godzin w jednym roku oznaczał kilka godzin dziennie spędzonych bez kontaktu z technologią. Moim zamiarem nie była całkowita rezygnacja z niej,
chciałam po prostu sprawdzić, czy można z sukcesem powalczyć o równowagę. Określiłam kształt mojej odłączonej godziny: to czas bez
telefonu, bez poczty elektronicznej, bez telewizji ani strumieniowego
przesyłania wideo.
Opracowałam narzędzie do monitorowania, zawierające tysiąc kółeczek, z których każde odpowiadało jednej odłączonej godzinie. Istnieje cytat
przypisywany legendzie zarządzania Peterowi Druckerowi: "Nie można
zarządzać czymś, czego nie można zmierzyć". Niezależnie od tego, czy
chodzi o wyrabianie nowego nawyku, czy tworzenie nowego stylu życia,
warto dokumentować postępy i w miarę możliwości podawać konkretne
informacje.
Wydrukowałam schemat do śledzenia postępów i powiesiłam go na
zabytkowych szafkach szkolnych w swoim gabinecie, by zawsze mieć go na
widoku.
Od tamtej pory zaczęłam wyłączać telefon na jedną godzinę.
Gdy chodzi o historie zmieniające nasze życie, warto pamiętać, że często
mają one wiele punktów wyjścia.
Czasem taki punkt wyjścia jest jasny i wyraźny. Pamiętamy, co mieliśmy
wtedy na sobie albo gdzie staliśmy, albo jak dosłownie w ciągu sekundy
wszystko nagle zaczęło się rozpadać. Kiedy indziej historia zaczyna się
na kilku niewielkich rozdrożach i dopiero po pewnym czasie dociera do
nas, że przez cały czas łączyły się one ze sobą, usiłując przykuć naszą
uwagę.
Tym samym ta historia mogła się zacząć na osłoniętej werandzie w gorącym
klimacie Florydy lub dziesięć lat wcześniej podczas zajęć poświęconych
środkom masowego przekazu w college'u. Do tej pory pamiętam, jak nasz
profesor wprowadził pojęcie mediów społecznościowych jako istotnego
zjawiska kulturowo-technologicznego, które w nadchodzących latach
zrewolucjonizuje cały otaczający świat. Pomyślałam wtedy: "O rany, to
będzie coś ważnego. Tak bardzo zmieni nasze kontakty ze światem". Czułam
jednak także wewnętrzny niepokój, zupełnie jakby przy braku ostrożności
ta możliwość miała nam wiele odebrać.
Być może początkiem tej historii był czas bezpośrednio poprzedzający tę
stale odczuwaną w głębi ducha sugestię, by wyłączyć telefon. W Piśmie
Świętym znalazłam werset, który wcześniej widziałam dziesiątki razy
- Jezus mówi, jak przyszedł, by ludzie mogli doświadczać życia, i to w obfitości. Ponieważ uderzyło mnie to "w obfitości", zaczęłam drążyć.
Zapisałam kilka znaczeń tego zwrotu: znacznie więcej, dużo więcej,
dodatkowo, coś więcej, nadzwyczaj, nietypowo, bardziej znacząco. A później zapisałam w pamiętniku: "czy to jest znacznie więcej? To
pospieszne tempo, któremu nie mogę dotrzymać kroku? To uczucie, że
zawsze muszę być dostępna i zawsze muszę dążyć do czegoś lepszego?".
Czułam rozdźwięk między sobą a tą obfitością. Towarzyszyło mi poczucie,
że wynika ona z pośpiechu i postępu otaczającej mnie technologii oraz
konieczności dotrzymywania jej za wszelką cenę tempa w taki czy inny
sposób. Im większy pośpiech, tym częściej dopadała mnie myśl: "Nie, musi
być lepszy sposób. Muszę wymyślić, jak odzyskać spokój i odpocząć. Wiem,
że to możliwe".
Być może ta historia zaczęła się wiele lat temu w pewien niepozorny
wieczór w Nowym Jorku podczas wspinaczki po schodach wychodzących ze
stacji metra przy Bleecker Street. Pamiętam, że Manhattan o zmierzchu
tętnił życiem i tą skomplikowaną energią, którą napotykamy jedynie na
koniec pracy.
Zajrzałam do telefonu, gdzie czekał na mnie mail otrzymany w trakcie
podróży metrem przez miasto. Wysłano go przez formularz kontaktowy na
mojej stronie. Był niedługi, trzy, może cztery zdania. Nadawca
przedstawił się jako Matt ze stanu Ohio. Po prostu Ohio. Starego,
dobrego Ohio o populacji 12 milionów mieszkańców. Tyle o nim wiedziałam,
nie zostawił nawet adresu, na który mogłabym odpowiedzieć.
Matt wspomniał o swoim przekonaniu, że nic po sobie nie zostawi. Nie był
pewien, czy jego życie ma znaczenie. Szczególnie uderzył mnie jednak
ostatni wiersz wiadomości, który tak bardzo zapadł mi w pamięć, że nie
mogłam wyrzucić go z głowy. Pisał: "Wszystkich przeraża, co się stanie
po zgaśnięciu ekranu".
Stałam przy schodach do metra, wokół mnie niestrudzenie pędzili ludzie,
z których większość miała wzrok wbity w telefon, ponieważ zaczęły się
pojawiać paseczki zasięgu. Mattowi udało się wyartykułować to, co
usiłowało ująć w słowa wielu z nas.
Tak dużą część życia budujemy na nieustannej łączności - na
urządzeniach, które nas utwierdzają, nagradzają, wciągają i dają nam
poczuć, że nasza obecność się liczy, choć w jednej chwili potrafią także
sprawić, że czujemy się całkiem nieważni. Kimże bylibyśmy bez swych
ekranów, bez tej nieograniczonej dostępności o każdej porze dnia i nocy?
Choć tamten czterowersowy mail od Matta z Ohio dostałam ponad dziesięć
lat temu, rzadko choćby przez jeden dzień nie myślę o ostatniej linijce
z tego listu. Nawet jeśli nie miałam pojęcia, co by było, gdyby ekran
się kiedyś wyłączył, wiedziałam, że muszę iść za tym wewnętrznym głosem
i sprawdzić to na własnej skórze.
Jak się okazuje, po drugiej stronie czekało na mnie całe moje życie.
Rozdział 2. Mapy
Rozdział 2
Mapy
Zawsze uwielbiałam mapy, to, że można je przeglądać bez końca, aż
wreszcie trafi się na ten zaznaczony farbą drukarską punkcik lub
gwiazdkę, która mówi "tu jesteś". Zachwyca mnie świadomość, że ktoś stał
w miejscu, gdzie ty stoisz teraz, na tyle długo, by narysować otoczenie
i starannie nadać wszystkiemu nazwę. Czuję, że mogę odetchnąć, rozejrzeć
się, a kiedy będę gotowa, znaleźć dalszą drogę.
Wyobraź sobie, że te słowa są mapą - rozłożoną, wygładzoną, rozciągniętą
na stole - wskazującą, gdzie byłam przed rozpoczęciem odłączonych
godzin.
Jako pierwsze wskażę ci miejsce od dawna nazywane przeze mnie "rosnącym
oddaleniem" - ląd, który się rozrastał i z czasem zajmował coraz większe
terytorium. W głębi duszy czułam obecność rosnącego odłączenia od lat.
Początkowo było niezdolnością do pełnej obecności tu i teraz. Przy tak
ogromnej liczbie powiadomień przychodzących o każdej porze dnia i nocy
zawsze coś mi uniemożliwiało pełną obecność. Choć wiedziałam, że
prawdziwe życie toczy się tuż obok, przez te wszystkie sygnały dźwiękowe
i alerty miałam wrażenie, iż wszystko, co ważne i pilne, dzieje się na
ekranie. Nawykowo starałam się stale mieć go w zasięgu ręki.
Dokumentowałam chwile. I zamieszczałam je w mediach społecznościowych.
Nigdy jednak tak naprawdę nie czułam, że w nich uczestniczę tak bardzo,
jak bym chciała. Zawsze byłam gdzie indziej, zajęta ewentualnymi
komentarzami innych, polubieniami lub ich zajęciami. Jeśli mam być
szczera, moje samopoczucie zależało od zdania i pochwał innych ludzi. To
one kształtowały moje nastawienie w realnym świecie. Zupełnie jakbym nie
umiała przypisać wartości codziennym doświadczeniom, czekając, aż ktoś
zrobi to za mnie.
Nic dziwnego, że to rosnące oddalenie przeniosło się na moje najbliższe
relacje. Im więcej czasu spędzałam w sieci, tym mniej energii zostawało
mi na kontakty osobiste. Łatwiej mi było utrzymywać powierzchowne
relacje. Mniejszym obciążeniem była edycja wypowiadanych słów i przekazywanie fragmentów zamiast całej historii.
Powtarzałam: "U mnie dobrze! U nas w porządku! Zajęta! Jesteśmy zajęci!
Życie w ciągłym biegu!". Tak brzmiała moja odruchowa odpowiedź w wielu
okresach życia. Nasza kultura pochwala "bycie zajętym", nawet jeśli
jesteśmy na skraju wypalenia, więc ciągłe powtarzanie tych słów przyszło
mi bez trudu. Kiedy patrzę wstecz, dociera do mnie, że posługiwałam się
tymi słowami niby tarczą. Mogłam się za nimi ukryć, w ten sposób nie
pozwalając innym w pełni wejść w swoje życie.
Wydaje mi się, że kiedy wystarczająco dobrze prezentujemy się w jakiejś
wyreżyserowanej roli - kiedy odpowiednio wyselekcjonujemy i odfiltrujemy
co uczciwsze fragmenty - nikt nie zadaje trudniejszych pytań, np.:
czujesz wypalenie? Albo: czy męczą cię te usilne próby? Czy też po
prostu: czy wszystko w porządku?
Rosnące oddalenie wślizgnęło się ukradkiem w życie mojej rodziny. Nasza
córka, która miała zaledwie nieco ponad rok, kiedy zaczęłam się oddalać,
z pewnością zauważyła, że co kilka minut sięgam po telefon. Był zawsze
pod ręką, niby dodatkowa osoba w pokoju, zdolna się włączyć w każdej
chwili. Choć była taka maleńka, wyobrażam sobie, że mogła się
zastanawiać: "Co tak często odrywa uwagę mamusi ode mnie? Co ważnego
widzi w tym niewielkim błyszczącym przedmiocie?".
Z mężem co prawda nie całkiem się od siebie oddaliliśmy, jednak w naszym
wspólnym rytmie bezsprzecznie zapanowała stagnacja. Kładliśmy córkę
spać, gotowaliśmy obiad lub zamawialiśmy coś na wynos, a później
siadaliśmy każde w swoim kącie. Ja lądowałam na ogromnym fotelu, a on na
sofie. Włączaliśmy kolejny wciągający serial, a później bardzo szybko
okazywało się, że oboje przewijamy coś na telefonie. Nie skupialiśmy się
na oglądanym odcinku ani o nim nie rozmawialiśmy. Istnieliśmy, każde ze
swoim telefonem, w odległości nieco ponad metra od siebie. To
nazywaliśmy wspólnie spędzonym wieczorem.
Zdaniem wielu moich rozmówców ceną za takie przywiązanie do telefonu
jest uczucie, że nikt nie jest już w pełni z nami. Nigdy nie jesteśmy
całkiem obecni. Ciągle zajmujemy się urządzeniami. Zabieramy je ze sobą
do stołu. Kładziemy obok talerza. Przerywamy rozmowę, by sprawdzić, co
słychać w świecie cyfrowym. Kiedyś zadzwoniła moja mama, by poskarżyć
się na przyjaciółkę, z którą jadła lunch. Jej towarzyszka przez cały
posiłek patrzyła w telefon. Rozmowie brakowało skupienia, była
bezosobowa. "Czemu ona w ogóle umówiła się ze mną na lunch? - zapytała
moja mama. - Czułam się całkiem zbędna".
Wygodna prawda co do trzymanych w dłoni urządzeń jest taka, że zawsze
jest tam co sprawdzać. I co poczytać. I jakaś podpowiedź
samodoskonalenia. Coś do obejrzenia. Kolejna rzecz wymagająca
odpowiedzi. Coś do udostępnienia. Następny komentarz, który trzeba
zamieścić. Sięgam po telefon, by zrobić jedną rzecz, a później łapię się
na przechodzeniu do kolejnych aplikacji, kompletnie nie pamiętając, po
co w ogóle go wzięłam.
Natychmiastowa łączność stała się normą, choć zaczynam się zastanawiać,
jakim kosztem. Brak urządzeń przekłada się na poczucie izolacji i niepokoju, oderwania od reszty świata. Ma to już nową nazwę. Lęk przed
brakiem kontaktu z telefonem komórkowym nazywa się nomofobią (od ang.
no more mobile phone). Na całym świecie szybko rośnie liczba osób
dostrzegających u siebie ten stan.
Moim zdaniem naszą potrzebę łączności, szczególnie za pośrednictwem
mediów społecznościowych, w znacznej mierze napędza klasyczny strach
przed przegapieniem czegoś. Wiele lat temu rozmawiałam z kolegą, który
wyznał, że kiedyś się odłączył i właśnie wtedy jego ulubiony muzyk dawał
sekretny koncert w lokalu tuż obok jego nowojorskiego mieszkania. Ze
względu na odłączenie przegapił tweeta o tym i sam koncert. Oznajmił, że
nigdy więcej nie wyłączy telefonu - a tym samym nie przegapi kolejnego
powiadomienia. Pamiętam, że uznałam to za dość przygnębiający sposób na
życie.
Choć trudno w to uwierzyć, z badań wynika, że nasz poziom kortyzolu -
hormonu regulującego najważniejsze funkcje organizmu, w tym stres -
rośnie nawet wtedy, kiedy telefon mamy zaledwie w polu widzenia lub
kiedy wydaje nam się, że słyszymy go w oddali.
Psychiatra kliniczny i założyciel Ośrodka Leczenia Uzależnień od
Internetu i Technologii David Greenfield wyjaśnia: "Naturalną reakcją
organizmu jest chęć zerkania na telefon, by zmniejszyć stres"1.
Więc zerkamy. A przy tym to, na co zerkamy, często jest większym powodem
do stresu. Spirala się zacieśnia.
Kolejną rzeczą na mapie, która przyciągnie twój wzrok, jest wyczerpanie.
Jest wszechobecne, niby cieniutkie autostrady biegnące we wszystkich
kierunkach. Ja sama byłam ciągle zmęczona. Nie chodziło o zmęczenie
"młodej mamy" ani "osoby, której udało się jakoś przeżyć niekończącą się
pandemię". Było to ciężkie znużenie psychiczne, które wciskało się we
wszystkie aspekty życia, w tym w relacje, karierę zawodową, wiarę i podejście do życia.
Podejrzewam, że to uczucie zna wielu z nas. Kilka lat temu napisałam do
czytelników mojego bloga maila zawierającego proste pytanie: "Czy jesteś
zmęczony i wyczerpany?". Do mojej skrzynki pocztowej spłynęły setki
odpowiedzi z całego świata. Niespodziewanie wszyscy zaczęli się do tego
przyznawać, potakiwać i unosząc dłonie, twierdzić: "Tak, tak właśnie się
czuję. Mam wszystkiego dość, wszystko wydaje się zbyt trudne. Nie wiem,
jak odzyskać spokój".
Wydaje mi się, że to wyczerpanie w znacznej mierze wynika z docierających zewsząd informacji. Żyjemy w epoce ciągłego przeciążenia
informacjami. Jeszcze przed poranną kawą możemy nawiązać kontakt z sześcioma osobami, przejrzeć skrót aktualnej sytuacji na świecie,
odpowiedzieć na pół tuzina maili, pozwolić się wkręcić w kolejne
spotkanie na Zoomie, zamówić nowy sweter z Amazona i znaleźć naprawdę
świetny przepis na chleb na zakwasie.
Według neuropsycholożki Cynthii Kubu budowa naszych mózgów dostosowana
jest do wykonywania w danej chwili jednego zadania, nie zaś do
multitaskingu2. Nie wspominając nawet o otwieraniu
dwudziestu trzech kart. Powoli, nieświadomie tracimy zdolność
koncentracji, ponieważ wpuszczamy do środka coraz więcej szumu. Nasze
mózgi nie są przystosowane do jednoczesnego przyjmowania tak wielu
informacji. Skraca to nasz czas koncentracji, zwiększa skłonność do
wpadania w złość, szkodzi zdrowiu psychicznemu3.
Często miałam wrażenie, że mój mózg otacza mgła, przez którą nie mogę
się przedrzeć. Nie umiejąc sobie z nią poradzić, brnęłam w nią coraz
głębiej.
Im mocniej tkwiłam w świecie cyfrowym, tym częściej dopadały mnie
następujące myśli niby brudne krople wody rozlane po całej mapie: "Muszę
być wszystkim dla wszystkich. Muszę przyspieszyć, bo stanę się
nieistotna. Nie mogę robić przerw, choć jestem wyczerpana".
Być może ciebie także dopadł ten szum. Może napędza cię lęk, że nigdy
nie robisz wystarczająco dużo. A tym samym nie robisz przerw i niemal
nigdy nie odpoczywasz. Jeszcze mocniej wciskasz pedał i każesz sobie
robić jeszcze więcej. Żyjesz w przekonaniu, że jeśli zwolnisz, wszystko
się zatrzyma. Wmówiłeś sobie, że to dzięki tobie to wszystko jakoś
działa. Że wszystko spoczywa na twoich barkach.
A może podobnie jak ja od dawna zmagasz się z lękiem i zamiast dotrzeć
do źródła problemów, coraz bardziej zagłębiasz się w technologii z nadzieją na poprawę samopoczucia. Więcej czasu spędzasz w mediach
społecznościowych. Piszesz i odbierasz więcej maili. Bierzesz na siebie
więcej projektów.
Przez lata narzucałam siebie niewykonalne standardy, podpisując się pod
poglądem, że więcej zawsze znaczy lepiej, że zawsze trzeba robić więcej.
Dopiero po wyłączeniu telefonu zaczęłam zadawać sobie mądrzejsze
pytania: dla kogo są te standardy? Co by się stało, gdybym z nich
wreszcie zrezygnowała? Kim bym się stała?
Miałam wrażenie, że moje gorączkowe tempo życia zaczęło prowadzić do
nieustannego poczucia przeciążenia. Na powierzchnię wypłynęły inne
uczucia: porównywanie się z innymi, zazdrość, niezadowolenie. Te były
logiczne, ale pojawienie się innych emocji wprawiło mnie w niepokój.
Czułam złość, ale nie znałam jej powodu. Dopadła mnie przemożna apatia,
zupełnie jakbym zobojętniała na kwestie do niedawna mi najdroższe. I to
właśnie ona najbardziej mnie przeraziła.
Zawsze miałam ogromne, odważne serce mocno odczuwające najróżniejsze
emocje. A teraz zupełnie jakby napływający szum wywołał erozję
współczucia. Chciałam, by mi zależało na różnych rzeczach. Choć
desperacko tego pragnęłam, miałam wrażenie, że nie jestem w stanie
wzbudzić w sobie emocji. Czułam się wycieńczona nieustannym napływem
nagłówków i historii konsumowanych w internecie. I właśnie to odbierało
mi współczucie. Zbieranie tylu emocji pozbawiło mnie uczuć. Czułam się
oddalona od celu, pasji i wiary, którą pielęgnowałam od ponad dziesięciu
lat - wiary, dzięki której w ogóle zaczęłam się tak bardzo przejmować.
Jeśli już jesteśmy przy wierze, wyobraź sobie na mapie miejsce o bujnej
roślinności - miejsce, gdzie cały czas coś rośnie. Niech to będzie
rozległa, otwarta przestrzeń, jak leśna polana, choć na mapie nie jest
to takie oczywiste. Leży na uboczu, jest ukryta, niby tajemnicze miejsce
na peryferiach. Właśnie tak przez lata przedstawiałam sobie swoją wiarę
- jako coś cudownego, miejsce wytchnienia.
Zdaję sobie sprawę, że wiara jest kwestią zawiłą i delikatną.
Wspominając o niej, zawsze staram się o tym pamiętać. Ja sama nauczyłam
się wierzyć w Boga, ale ty możesz wierzyć w coś innego. Niezależnie od
tego moim zdaniem zgłębianie lub pogłębianie wiary to długotrwały proces
wymagający uwagi. W miarę jak coraz mocniej pogrążałam się w świecie
cyfrowym, traciłam czas i zdolność koncentracji. Byłam bardziej
rozproszona. Spieszyłam się i niecierpliwiłam. Czas spędzony z Bogiem
wydawał mi się wyrywkowy, z łatwością odrywało mnie od niego kolejne
powiadomienie lub mail.
Pod pewnymi względami zaczęłam postrzegać swoją wiarę jak
przedstawienie. Znałam tekst, umiałam wykonywać odpowiednie gesty, ale
coraz słabiej biło mi serce. Wiara, która niegdyś była dla mnie taką
tajemnicą, stawała się rozwodniona, ponieważ próbowałam tylko stwarzać
pozory. Myślę, że w epoce mediów społecznościowych nietrudno dotrzeć do
miejsca, gdzie nasza wiara jest przeznaczona bardziej dla innych niż dla
nas samych. Wydaje nam się, że musimy wszystko komentować lub wypowiadać
się na każdy temat. Jesteśmy przekonani, że mamy znać wszystkie
odpowiedzi, wszystkie właściwe słowa. A przecież wiara zawiera mnóstwo
rzeczy, które w ogóle trudno ująć w słowa.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki