Powściągliwość i uśmiech
Powściągliwość i uśmiech
Jeśli pytasz o mój optymizm czy brak zgorzknienia, to myślę, że jednym
ze źródeł jest nieustanna praca z ludźmi. Nie zamknąłem się w celi, nie
zacząłem narzekać na charaktery ludzkie, na grzeszność i marność żywota.
W znacznym stopniu mogłem uczestniczyć w życiu tak zwanych normalnych
ludzi.
MICHAŁ OLSZEWSKI: Jak to możliwe, że po tylu razach, które otrzymałeś od
życia, zachowujesz tak niewiarygodny optymizm? Że nie ma w Tobie złości,
goryczy, rozżalenia?
KSIĄDZ ADAM BONIECKI: A skąd wiesz?
Inaczej w takim razie: nigdy nie wyrażasz ich publicznie.
Mam na to czas po powrocie do swojej celi. Wtedy mogę tupać, wściekać
się i przeklinać. Uważam, że publicznie takich emocji wyrażać nie mam
prawa. To są sprawy, które powinienem trzymać dla siebie.
Zawsze tak było? Nawet Twoi przyjaciele ze szkolnych lat wspominają, że
nigdy nie słyszeli, byś się skarżył.
Wtedy, tuż po wojnie, myśmy w ogóle niewiele rozmawiali o swoich
traumach. Nie miałem przecież wokół nikogo, kogo wojna w taki czy inny
sposób by nie okaleczyła. Ludzie przeżyli historie tak niewyobrażalne,
że moje doświadczenia przy nich... Nie ma nawet co gadać. W związku z tym,
podobnie jak inni, chciałem przede wszystkim żyć czasem teraźniejszym,
śmiać się pełnym głosem, patrzeć, jak Warszawa dźwiga się z ruin. Wiem,
że to teraz niepoprawne politycznie, ale wspominam tamte chwile, kiedy
miałem kilkanaście lat, bardzo dobrze. Jeździłem z własnej woli
odgruzowywać Starówkę, nikt mnie do tego nie zmuszał. Początkowo
patrzyłem na ten nowy świat z nadzieją.
Być może nie do końca uświadomionym dla mnie wzorem była Mama.
Pochodziła - jak to się mówi - z dobrej rodziny: Łosiów, a po wojnie,
żeby być z nami, dziećmi, i wyżywić rodzinę, pracowała chałupniczo. To
była produkcja lalek. Korpusy, rączki i nóżki trzeba było wypychać
trocinami. My wieczorami pomagaliśmy. Od tamtego czasu nie cierpię
zapachu trocin. Zaraz po zakończeniu wojny, kiedy nas wyrzucili z domu,
Mama oporządzała dwie świnki, które dobrzy ludzie wykradli z naszego
chlewu i przywieźli pani dziedziczce. Takich prac przecież nigdy nie
wykonywała, a wtedy robiła to z pogodą ducha, nawet z humorem. Pamiętam,
jak chyba w 1946 r. cała nasza piątka była chora. Brat zachorował na
zapalenie szpiku kostnego i wylądował w szpitalu. Mama kursowała między
domem a Warszawą. Zaraz potem do szpitala trafiła siostra, to był groźny
ropień. Druga siostra dostała silnego zatrucia. Ja wyszedłem po Mamę na
przystanek i po drodze zemdlałem, bo zrobił mi się jakiś czyrak. Nie
pamiętam, czy najmłodszy brat wtedy też był chory, ale w każdym razie
był bardzo mały i wymagał opieki. Mieszkaliśmy pod Warszawą. Szpital, w którym tych dwoje leżało, był w Warszawie i Mama kursowała autobusem
między domem a szpitalem. Była bardzo dzielna.
Miałem 10 lat, gdy zginął nasz ojciec. Jego brak jakoś się odbił na nas
wszystkich. To Mama nas formowała. My od małego byliśmy wciągnięci w odpowiedzialność za rodzinę. Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek
wyraziła się o kimś źle, by narzekała na ustrój czy złe czasy. A przecież cały nasz dobytek zmieścił się zimą 1945 r. na jednej furmance.
Tyle mogliśmy zabrać. I tak byliśmy szczęściarzami, bo przeżyliśmy
wojnę.
Patrzysz na swoje życie jak na ćwiczenia z utraty?
Nie, ja mam udane życie. A powinienem?
Byłoby to uzasadnione. Najpierw Niemcy wyrzucili Was z Potworowa.
Tak, w 1942 r. zrobili tam ośrodek wypoczynkowy dla oficerów Luftwaffe.
To był duży dwór i piękny ogród. Po wojnie był niczyj i ludzie go
rozgrabili, całkowicie zniszczał. Ojciec, po studiach rolniczych,
prowadził tam nowoczesne gospodarstwo na wysokim poziomie: owczarnię
zarodową, produkcję masła, chmielnik, szparagarnię, pasiekę, gorzelnię.
Zostały nam pergaminowe opakowania na masło i kanapki do szkoły
zawijałem w pergamin z nadrukiem "DOM Potworów". Po wojnie nie mogliśmy
tam wrócić.
Podoba Ci się Dwór Polski, który stanął na miejscu dawnego pałacyku?
Niedawno wybudowany, nie przypomina w niczym naszego dworu. Kiedy
odczytuję wpisy w księdze gości, na przykład na Boże Narodzenie,
konstatuję, że był naprawdę pakowny. Cieszę się, że ktoś się tym
miejscem zajął, że trawę strzygą i sadzą kwiaty. Byłem tam kiedyś, by
zobaczyć, co zostało z krainy mojego dzieciństwa. Słuchaj, cała okolica
zjeżdża się, żeby wesela tam rezerwować!
Potem, już w Świdnie, Niemcy zabili Twojego ojca.
Zabrali go na moich oczach, 5 stycznia 1944 r. Pretekstem było
niedopełnienie obowiązków meldunkowych: jako przedwojenny podoficer
musiał przemeldować się po przeprowadzce z Potworowa do Świdna, czego
nie zrobił. Podobno ktoś doniósł, że współpracuje z AK. Siedział na
Szucha. Zginął w egzekucji, w której Niemcy rozstrzelali 250 osób,
prawdopodobnie na tyłach Szpitala Wolskiego. To był odwet za zamach na
Kutscherę.
Pamiętam, ojciec na pożegnanie mnie uścisnął i powiedział: "Do widzenia,
dzieci. Módlcie się za tatę". Jakoś byłem pewny, że to koniec.
Wysilałem uwagę, żeby dobrze zapamiętać twarze tych dwóch esesmanów,
przekonany, że kiedyś ich odnajdę. Wyższy, w czapce oficerskiej, twarz
śniada, pociągła, arystokratyczna. Drugi w furażerce, niższy, o szeroko
rozlanej, zdrowej twarzy parobka. Ten drugi miał na policzku rumień w kształcie litery L. Niechęć do języka niemieckiego została we mnie na
długo. Już dobrze po wojnie pojawiły się plotki, że się uratował, że
zbiegł. Na początku lat pięćdziesiątych dziennikarz "Trybuny Ludu",
który zabrał nam mieszkanie na Mokotowie, wymyślił, że w tej poczytnej
gazecie zrobią nam dowcip. Ukazał się artykulik "Duch dziedzica straszy
w Potworowie" i wynikało z niego, że ojciec przeżył wojnę i obłąkany
wrócił na swoje dawne włości. Taka zabawna gra słów, bo tu pan obłąkany,
a tu Potworów, mroczne cienie ziemiańskiej przeszłości, jednym słowem.
Mama bardzo źle to zniosła, wynajętym samochodem pojechała szukać ojca.
Okazało się, że artykuł był kaczką dziennikarską.
Z pałacu w Świdnie wypędziła Was władza ludowa.
To był, a właściwie jest, kawał pięknej architektury, wspaniałe miejsce.
Stoi na wysokim zboczu, łagodnie schodzącym do stawu. Już chyba w czasie
wojny Świdno przez krewnego ze strony ojca zostało w testamencie
przekazane mnie. Oczywiście po dojściu do pełnoletności. Pamiętam
koszmarny koniec wojny, ciągłe bombardowania, huk artylerii,
siedzieliśmy w piwnicach, modląc się, żeby w nas nie trafiło. I nie
trafiło. Z Rosjanami przyszli także Polacy - kościuszkowcy. To było
wyzwolenie z koszmaru okupacji. Rosjanie byli życzliwi, ale żywy
inwentarz rabowali. Polski oficer, pamiętam, ostrzegał Mamę, żeby się
nie cieszyć wyzwoleniem, bo to, co przychodzi, jest straszne. W styczniu
przyszedł nakaz opuszczenia pałacu. Wynieśliśmy się do Mogielnicy koło
Grójca. Ale był wtedy taki przepis, że wysiedlani właściciele majątku
nie mogli osiedlać się w tym samym powiecie. Mama uprosiła lokalną
władzę, żeby pozwolili nam zostać do wiosny. Była sama, z piątką małych
dzieci. Z Mogielnicy przenieśliśmy się do podwarszawskich Chylic.
Zamieszkaliśmy w domu pana Fukowskiego. Zanim osiedliśmy w Warszawie,
trochę ta nasza wędrówka jeszcze trwała.
W mieszkaniu Twojego brata wisi klepka z podłogi, przyniesiona przez
jednego z mieszkańców.
Jak by to powiedzieć: okoliczna ludność chyba nas szanowała, ale
wygnanie potraktowała jak konieczność dziejową. Część wielkiego
księgozbioru spłonęła. Część przewieziono do Biblioteki Uniwersytetu
Warszawskiego. Uniwersytet te książki kupił, to jest zapłacił za nie.
Niestety, właśnie wtedy nastąpiła wymiana pieniędzy, która sprawiła, że
otrzymana suma nagle miała równowartość dwóch par butów. Uposażenie
pałacu się rozpłynęło... portrety przodków, a przynajmniej część z nich,
pozbierał od ludzi proboszcz miejscowej parafii. Takie miał hobby.
Próbowałem się z nim spotkać, ale jakoś nie wyszło, jego gosposia
powiedziała tylko, że ksiądz proboszcz "lubi zbierać obrazy po
dziedzicach". Wiem, że jeden z tych obrazów dostał jako prezent bp
Majewski. Portrety nie były szczególnie wartościowe, prawdopodobnie
dzieła wędrownych malarzy. Ale ten obrazek podarowany biskupowi był
chyba dość wartościowy.
Świdno w przeciwieństwie do Potworowa przetrwało.
W salonie urządzono lokal GS-u. Potem zdewastowany budynek przejęła
Polska Akademia Nauk, odrestaurowała go, dzięki czemu zachował się w dobrym stanie. Odzyskałem ten pałac z parkiem na drodze procesowej w 1989 r. Wymagał ogromnych nakładów, więc go sprzedałem. Miałem nadzieję,
że zostanie uratowany. Źle trafiłem. Pałac niestety niszczeje, choć
słyszałem o nowym nabywcy z dobrym planem ratowania zabytku. Oby! Bo mam
wobec Świdna wyrzuty sumienia.
Tęsknisz za tym światem?
Tak jak się tęskni za dzieciństwem. Ale nie tylko. Nie bywam na
spotkaniach byłych ziemian i nie próbuję wskrzeszać tego, co dawno
przepadło, ale jest mi żal, że cała tamta kultura przepadła tak
bezpowrotnie. W dworach i pałacach - muzealnych zabytkach, miejscach
konferencji - źle się czuję. Bo, cholera, pamiętam ludzi, którzy tam
żyli, pamiętam tamten świat. Ziemiaństwo miało swoje wady i popełniało
wiele grzechów, ale nagłe zniszczenie tej grupy społecznej było
zniszczeniem ważnej części naszej kultury.
Wtedy, po wojnie, miałeś kłopoty z powodu pochodzenia? Byłeś "bezetem",
ciałem obcym i wrogim nowej rzeczywistości, w której tak chciałeś
uczestniczyć.
Czy wyraz "bezet" jest jeszcze powszechnie zrozumiały?
To skrót od wyrażenia "były ziemianin".
Brawo! Ale czy chciałem? Bardzo szybko zrozumiałem, że polityczna
rzeczywistość jest obca, narzucona, wroga. Z drugiej strony, innej
rzeczywistości nie było. Jak się w rzeczywistość "wpasowywałem"? Teraz
myślę, że otaczała mnie aura dystansu, której nie potrafiłem dostrzec.
Tak było na przykład w nowicjacie zakonnym. Wydawało mi się wówczas, że
jestem jednym z nich, że nie ma we mnie pańskiej pozy, ale teraz wiem,
że oni postrzegali to inaczej. Prowincjał, kiedy poprosiłem o przyjęcie
mnie do marianów, powiedział, że to dobrze, bo z mojego środowiska nie
ma zbyt wielu księży, więc będę tam mógł apostołować. On zresztą przed
wojną zetknął się z moją rodziną. W szkole kłopotów z pochodzeniem nie
miałem. Ojciec został zabity przez Niemców, nie musieliśmy się tłumaczyć
z jego pochodzenia. Matka pracowała fizycznie, więc również dobrze to
wyglądało w papierach. Jeszcze w szkole w Mogielnicy, gdzie nas znali,
kolega z klasy, z którym chciałem się zaprzyjaźnić, kiedyś
niespodziewanie napluł mi w twarz i zwyzywał od "zbankrutowanych
hrabiów". Potem przybiegła jego matka i dołożyła swoje. Szczególnie
zabolało mnie to "zbankrutowany".
A kamienica przy Nowym Świecie? To nie była bolesna utrata?
Była, i przez długi czas trudno było mi ją przeboleć, może dlatego, że
zapamiętałem warszawskie mieszkanie i cały dom, bardzo piękny, jako
przestrzeń wytworną, nowoczesną. Przyjazną. Potworów ładnie wygląda na
starych fotografiach, Świdno - piękny pałac, ale tam nie było prądu ani
bieżącej wody. W Warszawie: Nowy Świat 54, róg Wareckiej - tam to
wszystko było. Wielka klatka schodowa z dywanem i piecem na trzy piętra,
z rycerzem na koniu, piecyk do grzania wody w łazience, światło
elektrycznych lamp (w Świdnie były karbidówki), przestronne pokoje,
meble przykryte pokrowcami... W czasie powstania kamienica spłonęła, sejf
w ocalałej ścianie, gdzie rodzina schowała kosztowności na czarną
godzinę, został rozbity i okradziony.
Wspomniałeś już o nowicjacie. Klasztor również straciłeś.
Wiesz, naprawdę nie wydaje mi się, żeby ten ciąg, który układasz, był
specjalnie wyjątkowy. Przykładanie dzisiejszych kategorii do tamtych lat
nie wyjaśnia zbyt wiele. Ci, którzy przeżyli, zazwyczaj wychodzili z wojny z pustymi rękami i zaczynali od początku. Myśmy stracili bardzo
wiele, ale na przykład plac pod zrujnowaną kamienicą stryj sprzedał,
kiedy to jeszcze było możliwe. Dzięki temu kupiliśmy, my i nasz
krewniak, współwłaściciel domu na Nowym Świecie, dwa mieszkania na
Mokotowie...
Z czego jedno zabrał redaktor "Trybuny Ludu".
I nawet ta historia z wyprowadzką z klasztoru, jeśli spojrzeć na nią z pewnej odległości, traci swoją wyjątkowość. Wtedy wysiedlenia, wielkie
ruchy ludności, były na porządku dziennym. Ci jechali na zachód, tamci
uciekali ze wschodu, Ukraińców ładowano do pociągów towarowych i wysyłano jak najdalej na północ. Był początek lat pięćdziesiątych,
władza postanowiła rozprawić się z zakonami, powstawały już żeńskie
"klasztory koncentracyjne". Owszem, zabrali nam klasztor na Bielanach,
wywieźli nas, ale nie do Kazachstanu. Owszem, baliśmy się, bo, możesz
wierzyć lub nie, naprawdę nie wiedzieliśmy, jak się to skończy.
Ubecy otoczyli nasz klasztor na Bielanach, ich robotnicy ładowali rzeczy
i wywozili do pociągu. Po kilku dniach tego procederu, już o zmroku
przyjechały autobusy z napisem "Wycieczka". Kazali nam wsiadać,
wsiedliśmy i pojechaliśmy na północ. Ocknęliśmy się w pięknej
miejscowości Gietrzwałd na Warmii, w sanktuarium Matki Boskiej, u kanoników regularnych laterańskich. Ci okazali nam dużo życzliwości... Tam
się nauczyłem rąbać las i innych prac, które były po prostu
koniecznością.
Mówisz o lęku. Pamiętasz, kiedy zacząłeś się bać?
To nie był jeden punkt w czasie. Powiedziałbym raczej, że strach
przypływał i odpływał. Pamiętaj, że byłem małym dzieckiem i nie wszystko
rejestrowałem. Na przykład pierwszy okres wojny, do wysiedlenia z Potworowa, minął nam w miarę bezboleśnie. To było życie, które
zachowywało jeszcze pozory normalności. W Świdnie atmosfera gęstniała i stawała się coraz cięższa: ukrywali się u nas ludzie z podziemia, którzy
musieli uciekać z Warszawy, co i rusz przybywał ktoś nowy. Potem ta
historia z ojcem... Powstanie w getcie, potem warszawskie i widoczne u nas
łuny nad Warszawą. Pamiętam mszę odprawianą pod koniec wojny w pałacu,
chyba w Nowy Rok 1945 r., nocą. Zaraz potem front, groza, trupy w parku.
Trudne doświadczenie. Wejście Rosjan, klęska Niemiec, chwila euforii.
Potem PRL... Nie wszystko wiedzieliśmy. Ja na przykład jeździłem do szkoły
ulicą Rakowiecką, obok więzienia. Nie wiedziałem, że zabijają tam ludzi
i wywożą przed świtem ciała. Pamiętam natomiast taki incydent: poszliśmy
z bratem podziwiać nowo otwarty dom towarowy. Bodaj pierwsze w Warszawie
ruchome schody. Ale schody, produkcji radzieckiej, się zacinały. Więc z bratem żartujemy z tych ruskich schodów. Nagle, jak spod ziemi, wyrósł
przed nami mężczyzna w długim płaszczu. Wciągnął mnie do windy, którą
zatrzymał między piętrami, i zbeształ za te żarty, że mi się ustrój nie
podoba.
Historia jak z Hłaski.
Bardzo serio. Stałem w tej windzie naprzeciw lustra i zobaczyłem, że
jestem trupio blady. Wiedziałem, że to nie są żarty. Prawdziwy strach.
Ale, powtarzam, to jest część większej całości. Po wojnie również
normalnie dorastałem, paliłem papierosy, próbowałem wódki, zakochiwałem
się w koleżankach z klasy. To był jednocześnie straszny, ale i piękny
czas.
Dlaczego w takim razie wstąpiłeś do zakonu?
To nie była decyzja bezbolesna. Byłem najstarszy spośród pięciorga
rodzeństwa. Przez lata miałem wyrzuty sumienia, że uciekłem, że
zostawiłem ich i Mamę. Najkrótsza odpowiedź brzmi: wstąpiłem do zakonu,
ponieważ, kończąc liceum, uważałem, że normalna przestrzeń, gdzie można
coś sensownego robić, to Kościół, zakon. Miałem wewnętrzną pewność, że
tu jest moje miejsce. Z pewnością ta pierwsza motywacja była dość
powierzchowna. Przez lata formacji motywacja ewoluuje, przechodzi się
przez wzloty i upadki. Dlatego śluby wieczyste składa się po dobrych
kilku latach refleksji.
Modlitwa dawała Ci schronienie?
Byłeś w naszej klasztornej kaplicy na Stegnach. Co czułeś?
Spokój i oddalenie.
Prawda? I może to jest część odpowiedzi. Czasem myślę nawet, że ten
spokój może, jak by to powiedzieć, usypiać, że łatwiej jest żyć w klasztornych murach niż poza nimi. Ja na pewno nie chciałem uciekać od
życia, tylko uchwycić je inaczej. Nad zakonem marianów wyraźnie unosił
się wówczas duch odnowiciela zakonu, błogosławionego dziś ojca Jerzego
Matulewicza. Według jego myśli marianie mają iść tam, gdzie Chrystus
jest najmniej znany i najmniej kochany i dokąd inni się nie rwą. Pracę
duszpasterską zaczynałem od katechizowania w Grudziądzu i od razu
trafiłem w ludzki wir. Tak już zostało do dzisiaj. Jeśli pytasz o mój
optymizm czy brak zgorzknienia, to myślę, że jednym ze źródeł jest
nieustanna praca z ludźmi. Nie zamknąłem się w celi, nie zacząłem
narzekać na charaktery ludzkie, na grzeszność i marność żywota. W znacznym stopniu mogłem uczestniczyć w życiu tak zwanych normalnych
ludzi. Proste z pozoru kwestie, jak samodzielne przygotowywanie sobie
posiłków, życie - z misją od przełożonych - poza klasztorem, praca na
własne utrzymanie... to wszystko może być lekcją życia, również duchowego.
Poznając świat zwykłych ludzi, uczestnicząc w nim, odkrywasz także jego
piękno. Bo ten świat, jak by banalnie to nie zabrzmiało, jest piękny.
Mam tu takie zdjęcie z Grudziądza, pewnie 1961 r. Siedzisz w otoczeniu
młodych ludzi, dziewczyn i chłopaków, na stole filiżanki, chyba ciasto.
Widać na Twojej twarzy coś, co można by nazwać powściągliwym
zadowoleniem. Wszyscy Twoi przyjaciele opowiadają, że jesteś człowiekiem
towarzyskim.
Lubię ludzi, lubię z nimi rozmawiać, tak by ich nie odstraszać. Jeszcze
jedno: wielu księży w pewnym momencie życia zaczyna borykać się z zupełnie zrozumiałymi frustracjami. Ksiądz jest skazany na samotność, a nie każdy jest do niej przygotowany. Osiągasz pewien wiek i zaczynasz
rozmyślać nad sprawami, które wcześniej, kiedy wchodziłeś do seminarium
albo klasztoru, nie miały tak istotnego znaczenia. Gdzieś koło
czterdziestki okazuje się, że brak rodziny, własnych dzieci staje się
problemem. To jest dla wielu księży punkt zwrotny. Albo sobie z tym
radzą, albo osuwają się w zgorzknienie, albo też odchodzą.
Jak Ty sobie poradziłeś?
Wiele daje mi to, co się określa jako posługę kapłańską: msza święta
każdego dnia, modlitwa, sakramenty, kazania. Człowiek ma gdzie wrócić,
jeśli się pogubi.
No i mam wiernych przyjaciół, mam też świat poza murami klasztornymi:
redakcję, wyjazdy, spotkania z czytelnikami. Od frustracji ratuje mnie
również to, że nigdy nie miałem ambicji zrobienia kariery kościelnej.
Mówiąc to, wiem, że są tacy, którzy mi nie uwierzą! Dla niektórych
księży fakt, że mimo predyspozycji intelektualnych muszą pracować w małych, oddalonych od świata parafiach, jest trudny do zaakceptowania.
Łatwo mi to zrozumieć. Ja miałem szczęście.
Kariera przyszła do Ciebie sama.
Czy to jest kariera w pełnym tego słowa znaczeniu? Dostrzegli mnie
wybitni ludzie, Turowicz, Wojtyła. Dzięki nim otwarły się przede mną
drzwi do świata. Objechałem kilkadziesiąt krajów, miałem okazję
przebywać w towarzystwie naprawdę wielkich osobowości. Byłbym
niesprawiedliwy, gdybym nie wspomniał o moich przełożonych i współbraciach zakonnych, którzy pozwolili mi prowadzić właśnie taki tryb
życia.
Marianie po odnowieniu byli zakonem czynnym, aktywnym, nieobawiającym
się pewnego szaleństwa i ryzyka. Teraz, na starość, zastanawiam się nad
moim życiem i zadaję sobie pytanie: czy dotychczasowa forma mojego życia
jest warta kontynuowania? Może czas na wycofanie się i ciszę? To pytanie
ostatnio sobie często zadaję.
Przebywanie z ludźmi Cię nie męczy? Były dni, że przed Twoim gabinetem w redakcji ustawiały się kolejki. Przychodzili po wsparcie duchowe i pieniądze. Często po jedno i drugie.
Jestem dla ludzi. Byłoby trochę dziwne, gdybym zamykał się przed
potrzebującymi, nie sądzisz? Jestem księdzem.
Nie musisz robić niektórych rzeczy. Ten człowiek, który chodzi za Tobą
od wielu miesięcy... Dlaczego pojechałeś szukać jego przyjaciół w góry?
Żeby mu pomóc. Spotkałem go przypadkiem na ulicy, podszedł i poprosił o pieniądze. To człowiek tragiczny, bardzo trudno mu pomóc. Lekarz, który
stał się żebrakiem. Rzeczywiście szukałem jego przyjaciół, chciałem go
lepiej zrozumieć, poradzić się, jak mu pomóc. Nie udało się.
O jeszcze jedną utratę chciałem Cię zapytać.
Mój Boże, jeszcze jedną? Pytaj.
Zakaz wypowiedzi nałożony na Ciebie przez prowincjała to nie była
utrata? Twój zakon nałożył Ci knebel, straciłeś część wolności.
Możliwe.
Nie znalazłem na ten temat ani słowa skargi w Twoich tekstach. Ta
powściągliwość jest aż niewiarygodna.
Może dla kogoś, kto nie jest zakonnikiem i nie składał ślubów
posłuszeństwa. Przede wszystkim jestem marianinem i obowiązuje mnie
lojalność wobec przełożonych. Co twoim zdaniem miałem zrobić?
Nie wiem. Jacek Żakowski uznał, że akceptując decyzję prowincjała,
skapitulowałeś.
Jacek Żakowski ma prawo do takich sformułowań.
A gdybyś poszedł drogą księdza Lemańskiego?
To nie jest moja droga. Przyjaźnię się z Wojciechem od lat i w większości spraw się zgadzamy. Tu jednak mam inny punkt widzenia. Ja nie
chciałem pogłębiać tego kryzysu swoim zachowaniem, przekonany, że są
inne przestrzenie w Kościele, w których mogę być użyteczny i się
realizować. Nie mogę wypowiadać się w mediach innych niż "Tygodnik",
więc rozmawiam z uczestnikami spotkań bezpośrednio. Dużo jeżdżę po
mniejszych miastach, pojęcia nie masz, ilu fantastycznych ludzi przez
ten czas spotkałem. Zadekretowany przez dużą część publicystów koniec
Kościoła otwartego nie jest faktem. Jest masa otwartych, życzliwie
nastawionych do świata katolików, którzy się nie boją nowych czasów i trudności z nimi związanych.
Nie wierzę, że przeprowadzka z Krakowa do Warszawy Cię nie zabolała.
Zabolała czy nie, to nie ma żadnego znaczenia. Spakowałem się, tak jak
przełożony polecił, i wróciłem. Moje życie to nieustanna przeprowadzka,
utraty, o które pytasz, Potworów, Świdno, Nowy Świat 54, Bielany... Są
dobrym doświadczeniem.
Co dobrego może być w statusie człowieka wypędzanego?
Mówię wyłącznie o sobie. Dla mnie jest to nauka życiowa, że nie wolno
przywiązywać się za mocno do jednego miejsca, że trzeba być ciągle
gotowym, trzeba mieć świadomość, przynajmniej w sensie materialnym, że
nie ma tu nic stałego. Jak te portrety dziadków ze Świdna, które
straciliśmy. Przecież one nie są potrzebne do dobrego życia. I to jest
odpowiedź na pytanie o Kraków: wyprowadziłem się, świat się nie skończył
i ja nie zamierzam ronić łez. Tym bardziej że rozmaite przyjemności nie
zostały mi zabrane.
Zgadnę: mówisz między innymi o jeździe samochodem.
Tak, bardzo to lubię. Czuję się wolny i zrelaksowany, znacznie bardziej
niż w pociągu. Mój samochód jest moją wspaniałą przestrzenią wypoczynku,
a moja starość zacznie się w momencie, kiedy nie będę mógł prowadzić. O tym myślę bez specjalnej przyjemności.
Nie widziałem, żebyś kiedykolwiek zdenerwował się za kierownicą, co w kraju kierowców-wariatów jest zdumiewające. Co najwyżej lekko się
irytujesz. Pamiętasz, jak kiedyś zajechało nam drogę dwóch robotników w białym peugeocie? O mało nie doszło do stłuczki. Zamiast pogrozić
pięścią, uśmiechnąłeś się do nich szeroko. To podejrzane.
Miałem dobrych nauczycieli; poczucie humoru i uśmiech pomagają w życiu.
To jest mój sposób na ulepszanie świata. Nigdy nie chciałem występować w roli cenzora. Uśmiechnij się do znękanej sprzedawczyni w sklepie, a ona
poczuje się lepiej i prawdopodobnie odpowie uśmiechem. Powiedz coś
dowcipnego, żeby atmosfera stała się odrobinę lżejsza. Zamiast zwijać
pięść, pomachaj. Dzięki takim okruchom wszystkim żyje się nieco łatwiej.
Tak uważam, być może naiwnie. Świat jest już wystarczająco przepełniony
trudem, cierpieniem i złością, nie powinniśmy jeszcze bardziej go
zaciemniać.
Przynajmniej ja nie zamierzam.
Kilka przemyśleń księdza dziennikarza
Kilka przemyśleń
księdza dziennikarza
Katolicki dziennikarz nie może się zmienić w moralistę, a gazeta w encyklikę czy nawet w wykład katechizmu. Trudnych dla Kościoła pytań nie
wolno mu omijać, trudnych spraw, nawet skandali czy niefortunnych
decyzji hierarchów, nie może zostawiać pismom niechętnym Kościołowi.
Musi się z nimi mierzyć, nawet ryzykując niezadowolenie niektórych
czytelników, hierarchów, księży czy tak zwanych zwykłych wiernych.
1. Finanse
1. Finanse
Misja bez pieniędzy to utopia, pieniądze bez misji - cynizm, powiedział
przed laty o mediach Adam Michnik na KUL-owskim "Tygodniu Kultury".
Środki przekazu, także religijne, stanowią - trzeba to powiedzieć jasno
- część rynku mediów. "Rynek religijny" ma oczywiście swoje cechy
specyficzne. Nabywca, w przypadku mediów "katolickich", pyta o prawdę,
często rozumiejąc przez to potwierdzenie "jego prawdy". Wielu odbiorców
woli od prawdy obiektywnej i od trudnych pytań przekaz, który zapewni im
poczucie bezpieczeństwa, który będzie odpowiadał "ich prawdzie", ich
poglądom i ich przyzwyczajeniom. Stąd, jeśli ktoś nie chce być
zakładnikiem tych wymagań, napotka na trudności w zdobyciu zaufania
"nabywców" (czytelników), zwłaszcza uprzedzonych. Czasem wystarczy jeden
tekst odebrany jako sprzeczny z tym, czego czytelnik oczekuje od pisma
"katolickiego" (np. nie satysfakcjonuje go sposób reagowania na
publiczne prowokacyjne działania mające posmak bluźnierstwa, a obliczone
właśnie na wywołanie możliwie głośnej awantury), by w ostrych słowach
zawiadomił redakcję o natychmiastowym wycofaniu prenumeraty lub
zaprzestaniu kupowania pisma.
Stąd pokusa, by nie zrażać, by omijać drażliwe tematy, by być pismem
"dla zbudowania i pokrzepienia serc".
Zaufanie do pisma może się jednak okazać ratunkiem w zagrożeniu
katastrofą finansową, jak było w przypadku "Więzi" i dwukrotnie
"Tygodnika Powszechnego", w roku 1957 i 2009, kiedy to wielkoduszność
czytelników uratowała pismo od kłopotów. Przykładem budowania bazy
finansowej w oparciu o bezwzględne zaufanie odbiorców niewątpliwie jest
Radio Maryja.
Drugim czynnikiem wpływającym na popyt jest potrzeba "należenia do
grupy". Nabywca - czytelnik, utożsamiając się z prezentowanymi w piśmie
ideami, sposobem interpretowania świata, stawiania pytań,
usatysfakcjonowany doborem i sposobem podawania informacji, nie czuje
się osamotniony. W przypadku mediów promujących "wartości wyższe"
występuje poczucie nobilitacji (należę do grona czytelników pisma "X").
Dodajmy, że i wartości "negatywne" ("turpizm, makabra i obscena") dają
poczucie "należenia". Hołdując tym upodobaniom, przyjemnie jest
wiedzieć, że to nie tylko ja, że jest nas, lektorów pisma "Y", cała
grupa.
Nikt nie będzie utrzymywał pisma deficytowego, nawet Kościół. Kościół
jednak, jak inne wielkie instytucje czy organizacje, może dofinansowywać
swoje środki przekazu jako narzędzie misji. Tak funkcjonuje na przykład
Radio Vaticana (choć od lat osiemdziesiątych wymaga się, by i ono
podejmowało różne działania rynkowe). U nas Kościół wspiera katolickie
media reklamą (m.in. z ambony) i gigantyczną bezpłatną siecią
dystrybucji parafialnej. W wielu krajach z kościelnych funduszy są
utrzymywane agencje informacyjne, takie jak nasza KAI, a niektóre pisma
katolickie są finansowo wspierane przez lokalny episkopat.
Jednak mocne finansowe wsparcie wymaga czynienia zadość oczekiwaniom
wspierającej instytucji.
2. Niezależność (właściciele)
2. Niezależność (właściciele)
A z tym wiąże się problem niezależności pisma, czyli - innymi słowy -
pełna odpowiedzialność redakcji za treści zawarte w piśmie. Jeżeli
właścicielem jest instytucja kościelna, na przykład diecezja, to za jej
ortodoksyjność, a czasem i za poprawność polityczną odpowiada biskup,
który wykonuje to przez zaufanego człowieka, postawionego na stanowisku
redaktora naczelnego.
Niesłusznie taką rolę czasem przypisywano "asystentowi kościelnemu".
Istniejący w czasach PRL "asystent kościelny redakcji" został wymyślony
po to, by w rozmowach z władzami "Tygodnik Powszechny" mógł być
traktowany jako "stan posiadania Kościoła", co z kolei dawało
episkopatowi tytuł występowania w obronie "Tygodnika". Wcześniej funkcja
"asystenta kościelnego" istniała tylko przy katolickich organizacjach, a nie przy redakcjach.
"Tygodnik" w materii "własności pisma" zdobył ważne doświadczenie.
Do 1956 r. jego wydawcą była krakowska Kuria Metropolitalna, potem
odpowiedzialność za pismo przejęła grupa katolików świeckich jako Sp. z o.o. Jako pismo katolickie byliśmy wspierani (czasem monitowani) przez
Kościół, zwłaszcza naszych arcybiskupów. Metropolita krakowski Karol
Wojtyła utrzymywał żywy kontakt i współpracę z redakcją, stale
publikował swoje teksty w "Tygodniku", lecz byliśmy niezależni od
zewnętrznego właściciela, więc całkowicie za pismo odpowiedzialni.
"Tygodnik" pozostał pismem katolickim, ale nie był pismem kościelnym.
Kiedy w trudnym dla "Tygodnika" okresie, w kwietniu 2007 r., z pomocą
przyszła mu grupa ITI, nabywając 49 procent udziałów w "Tygodniku
Powszechnym", a 23 czerwca 2008 r. stając się większościowym udziałowcem
pisma, to jako nowi wspólnicy, w bardzo szczegółowej umowie, zobowiązali
się nie ingerować w redagowanie, w treść ani w sprawy personalne pisma -
i skrupulatnie tego zobowiązania dotrzymali. W roku 2011 grupa ITI
kapitałowo się ze spółki wycofała, a swoje udziały nieodpłatnie
przekazała Fundacji Tygodnika Powszechnego, która ponownie stała się
samodzielnym właścicielem spółki. We wrześniu 2014 r. mniejszą część
udziałów objęła Fundacja Centrum Kopernika, która, ku obopólnemu
zadowoleniu, owocnie współpracuje z pismem.
Historia z ITI dowodzi, że nawet w biznesie jest miejsce na działania
bezinteresowne. Ci, którzy w ITI podjęli decyzję o wsparciu "Tygodnika",
nie zrobili tego w przewidywaniu zysków, ale po to, aby ocalić wartości
w ich przekonaniu reprezentowane przez "Tygodnik Powszechny". Dodajmy,
że dla wielu komentatorów ta bezinteresowność do końca pozostawała nie
do pojęcia.
3. Ortodoksja
3. Ortodoksja
Dla pisma mającego w podtytule przymiotnik "katolicki" sprawa ortodoksji
ma znaczenie zasadnicze. Kościół nie może się zgodzić na to, by pod
szyldem "katolicki" szerzono treści niezgodne z jego nauką.
W ciągu 55 lat mojej pracy w "Tygodniku Powszechnym" nie zdarzyło się,
by Kościół postawił "Tygodnikowi" zarzut nieortodoksyjności.
Owszem, ja sam, jako naczelny "TP", usłyszałem ostrzeżenia, że jeśli
posiadany przez nas określony materiał opublikujemy, pismo straci prawo
do przymiotnika "katolickie". Jednak nie chodziło o prawdy wiary, ale na
przykład o całościowe przedstawienie sprawy gorszących zachowań biskupa
i reakcji Stolicy Apostolskiej. Z podobną reakcją (bez grożenia wprost
utratą logo) spotkało się opublikowanie jednej krytycznej wypowiedzi na
temat Radia Maryja na zebraniu biskupów ordynariuszy. Tym razem
zarzucono mi naruszenie zasad etyki dziennikarskiej. Takie i podobne,
nie tak znów rzadkie, sytuacje powstają na skutek utożsamiania misji
mediów z misją biskupa czy w ogóle duszpasterzy.
Ilustruje to historia związana z artykułem Jerzego Turowicza: Kryzys w Kościele (w noworocznym numerze "TP" z 1969 r.).
Na tamten tekst publicznie zareagował ksiądz prymas Wyszyński,
zapewniając wiernych, że żadnego kryzysu w Kościele nie ma, a jeśli
jakiś jest, to "kryzys redaktora". Kardynał Wojtyła, też z artykułu
niezadowolony, tłumaczył - powołując się na "pedagogię wiary" - że
informacje o toczonych w Kościele sporach wymagają przygotowania,
którego polski czytelnik nie ma. Turowicz, który uważał, że formacja
dokonuje się między innymi przez informację, dowodził, że to, co jest
dostępne w całym wolnym świecie, polskiemu czytelnikowi po prostu też
się należy.
Bo katolicki dziennikarz nie może się zmienić w moralistę, a gazeta w encyklikę czy nawet w wykład katechizmu. Trudnych dla Kościoła pytań nie
wolno mu omijać, trudnych spraw, nawet skandali czy niefortunnych
decyzji hierarchów, nie może zostawiać pismom niechętnym Kościołowi.
Musi się z nimi mierzyć, nawet ryzykując niezadowolenie niektórych
czytelników, hierarchów, księży czy tak zwanych zwykłych wiernych.
A przecież katolickie pismo nie może ulegać wszechogarniającej
nienawiści wobec "innego": nie tylko ma się upominać o krzywdzonych, o ofiary wojny i nędzy, o uchodźców, o dyskryminowanych z powodu rasy,
orientacji seksualnej czy niepełnosprawności, ale także ma "odpuszczać
naszym winowajcom", co nie znaczy, że przez palce patrzeć na ich winy.
Zwalczać zło, a nie niszczyć człowieka. Przynajmniej dążyć do tego, bo
mało kto tak potrafi.
"Dziennikarz bez nieprzyjaciół, który nikomu nie przeszkadza, którego
życie nie jest pełne kłopotów (...) bardzo rzadko jest dobrym
dziennikarzem (...) Jeśli dziennikarzowi czy dziennikarce wszystko idzie
gładko, bardzo rzadko jest dobrym dziennikarzem" - pisała w książce
Tylko ja mogę napisać swoją historię Oriana Fallaci.
4. Obiektywizm
4. Obiektywizm
Od katolickiego pisma, od katolickiego dziennikarza słusznie się
oczekuje ukazywania "pięknej twarzy Kościoła", reagowania na fałszywe
oskarżenia i niesprawiedliwe ataki.
Czy jednak ciemne strony tego, co ludzkie w Kościele katolickim,
dziennikarz ma omijać? Czy katolickie pismo ma zostawiać pisanie o nich
ludziom Kościołowi i wierze niechętnym? Czy zawsze, za wszelką cenę ma
wszystkiego bronić?
Jakże musieli być zaskoczeni ci, którzy tak myślą, kiedy usłyszeli słowa
kardynała prefekta Kongregacji Nauki Wiary, wkrótce potem papieża
Benedykta XVI: "Ile Chrystus musi wycierpieć w swoim Kościele (...) Ileż
razy czcimy samych siebie, nie biorąc Go nawet pod uwagę! (...) Ileż razy
Jego słowo jest wypaczane i nadużywane! Ileż pustych słów! Ile brudu
jest w Kościele, i to właśnie wśród tych, którzy poprzez kapłaństwo
powinni należeć całkowicie do Niego! Ileż pychy i samouwielbienia!".
"Naszym zadaniem jest informowanie i budzenie politycznej świadomości
ludzi. Tej świadomości, którą władza zawsze stara się uśpić" - pisała
Fallaci. Nie wiem, czy usiłowanie zaradzenia złu (w Kościele) zanim się
o nim napisze (np. przez zainteresowanie sprawą właściwych przełożonych)
jest błędem w sztuce. Wiem jednak, że jeśli inne sposoby zawiodą, od
użycia tego środka, którym są media, żaden, więc także "katolicki",
dziennikarz nie może się uchylać.
5. Wolność słowa
5. Wolność słowa
"Jeśli z jednej strony minął okres ingerencji pochodzących z totalitaryzmu politycznego, to czy może z drugiej strony nie jest
prawdą, że dziś często na świecie korzystanie z rozumu i badania naukowe
muszą - w sposób subtelny, a niekiedy wcale niesubtelny - ulegać
naciskom grup interesów ideologicznych i odwoływać się do celów
utylitarnych oraz krótkoterminowych lub tylko pragmatycznych? Co może
się wydarzyć, gdy nasza kultura będzie budować samą siebie jedynie na
modnych argumentach, z niewielkim odniesieniem do oryginalnej
historycznej tradycji intelektualnej, czy też na przekonaniach, z wielkim hałasem propagowanych i szczodrze finansowanych?" - mówił
Benedykt XVI podczas spotkania z przedstawicielami czeskiego świata
akademickiego we wrześniu 2009 r.
W wolności, często nieco pustej i bez wartości, na nowo trzeba uznać, że
wolność i dobro, wolność i prawda idą razem. Inaczej niszczy się także
wolność.
Dyskretny urok wielkości, czyli o Jerzym Turowiczu
Dyskretny urok wielkości,
czyli o Jerzym Turowiczu
To dzięki Jerzemu "Tygodnik Powszechny" był tym, czym był i - jeśli
wolno tak powiedzieć - czym jest.
Dokumenty niegdyś ściśle tajne, a dziś w coraz większym stopniu znane,
pokazują, jak nieznośna dla władz PRL-u była obecność "Tygodnika". A przecież, dzięki mądrej strategii Turowicza, nie mogły go ostatecznie
zlikwidować. Więzi ze światową elitą kulturalną nadawały perypetiom
krakowskiego pisma wymiar wydarzeń międzynarodowych, a ksiądz prymas
Wyszyński i arcybiskupi krakowscy przypominali, kiedy było trzeba, że
"Tygodnik" należy do, jak się wtedy mówiło, "stanu posiadania Kościoła"
- tak więc zadzierając z "Tygodnikiem", zadzierało się z Kościołem.
Nie znaczy to jednak, że droga, którą wybrał Turowicz dla siebie (i,
siłą rzeczy, dla swojego pisma), była łatwa. Niezłomni wrogowie reżimu
zarzucali Jerzemu zbyt daleko posunięty kompromis, władze widziały w jego działalności permanentne, trudne do okiełznania zagrożenie.
Korzystając z kościelnego "parasola ochronnego", twardo stojąc na
stanowisku, że "Tygodnik" jest pismem katolickim, Turowicz często
sprawiał kłopoty hierarchom i "dobrym katolikom", podejmując sprawy,
których lepiej było nie dotykać, jeśli się chciało zachować kościelną
"poprawność polityczną". Publikowaliśmy na naszych łamach jego
korespondencję z kardynałami Wyszyńskim i Wojtyłą, będącą dokumentacją
tamtych kłopotów. Dzięki Bogu obaj hierarchowie mogli się z Jerzym nie
zgadzać, ale wsłuchiwali się w to, co mówi, i nigdy nie stracili doń
zaufania. Można rzec, że "Tygodnik" w pewnym sensie sam sobie
zawdzięczał szykany, które przychodziło mu znosić. Turowicz miał jednak
genialne wyczucie dopuszczalnych etycznie granic kompromisu, a unikanie
kłopotów nigdy nie było dla niego (i dla pisma) wartością nadrzędną.
Gdy w 1964 r. zacząłem pracę w "Tygodniku", na Jerzego Turowicza
patrzyłem z nieśmiałością i zachwytem. Był już wtedy postacią ważną,
znaną, cieszącą się autorytetem. Przyjął mnie niezwykle uprzejmie,
powiedział, bym pomyślał, co będę robił. Po kilku dniach wręczył mi
maszynopis swojego artykułu, prosząc o uwagi i ewentualne korekty. Byłem
przerażony: ja? Korygować Turowicza? Żaden z moich dotychczasowych
mistrzów nie prosił mnie nigdy o korekty. Podejrzewałem, że prośba jest
rodzajem testu. Może była, a może nie, bo potem Turowicz wiele razy
dawał mi, nie tylko mi, swoje teksty do krytycznego czytania. Wtedy, jak
pamiętam, przedstawiłem mu - chcąc się wykazać bystrością - jakieś
nieśmiałe uwagi. Ku mojemu zdumieniu bez słowa naniósł je do tekstu. To
była, w moim odczuciu, ogromna nobilitacja.
Do Krakowa ściągnął mnie, na prośbę "Tygodnika Powszechnego", biskup
Wojtyła. Zaproponował zaszczytną współpracę z duszpasterstwem
akademickim przy kościele świętej Anny w Krakowie. Zaszczyt był wielki,
ale nie było mieszkania. Początkowo zajmowałem pokój przebywającego na
wakacjach proboszcza, biskupa Jana Pietraszki, potem spałem w przechodnim pokoju, w mieszkaniu zajmowanym przez księży od świętej
Anny. Było oczywiste, że parafia mieszkaniem dla mnie się nie
zainteresuje. I właśnie wtedy Turowicz zwrócił się do mnie z prośbą o znalezienie studenta poszukującego kwatery. Nieśmiało, jąkając się,
wyznałem, że sam szukam jakiegoś kąta. Jerzy się ucieszył i zostałem
lokatorem Turowiczów. Czułem się i byłem traktowany jak członek rodziny.
Obcowanie z tą niezwykłą rodziną okazało się dla mnie w pewnym sensie
inicjacją, wejściem w sprawy życia Kościoła (tak!) i kultury, okazją do
poznania wielu niezwykłych ludzi, przede wszystkim właśnie Turowiczów.
Przyjaźń, głęboka więź z całą rodziną, szczególnie z Jerzym i panią
Anną, trwały do ich śmierci.
To, co mnie wtedy przede wszystkim uderzyło, to niezwykła pracowitość
Jerzego. Każdego dnia czytał prasę, także zagraniczną, podkreślał,
wycinał, wkładał do teczek, notował. Po powrocie z redakcji i zjedzeniu
obiadu ucinał sobie drzemkę, a potem do późnych nocnych godzin pracował,
pisał (ręcznie) artykuły, czytał, odpisywał na listy itd. Jednocześnie
dość intensywnie uczestniczył w życiu towarzyskim, czy raczej
kulturalnym, Krakowa i Warszawy: wernisaże, przedstawienia w Piwnicy pod
Baranami, dyplomatyczne przyjęcia, zebrania KIK-u w Warszawie i Krakowie
często zajmowały znaczną część wieczoru. Po powrocie, z reguły, Jerzy
zasiadał do biurka i pracował, nie wiem do której, bo już spałem.
Prawda, że nie zrywał się o świcie.
Kiedy mieszkałem u Turowiczów, byłem duszpasterzem akademickim u św.
Anny. Nie mieliśmy tam wtedy własnego pomieszczenia i nie bardzo było
gdzie się spotykać z młodzieżą. No to zapraszałem do siebie, czyli do
Turowiczów. W niedzielę przychodziło nawet kilkadziesiąt osób. Wszyscy
jakoś się mieścili u mnie, to był duży pokój. Siadali na paczkach z gazetami, które Jerzy konserwował nie wiadomo po co, pani Anna pakowała
rocznikami i składała u mnie, z nadzieją, że kiedyś zdoła je wyrzucić na
makulaturę. Tak więc studenci siadali na tych paczkach na podłodze,
palta zostawiali w jednym z pokoi Turowiczów, okupowali kuchnię, w której przygotowywali dla wszystkich herbatę i chleb z serem. To z reguły trwało kilka godzin. Nigdy przez te długie lata się nie zdarzyło,
żeby moi gospodarze dali mi do zrozumienia, że im to przeszkadza.
Zaszywali się dyskretnie w dwóch najdalszych pokojach. Ale... nagle się
okazywało, że pani Anna już zna tych wszystkich młodych ludzi, że ma
wśród nich ulubieńców, że nawet bywa powiernicą niektórych. Kiedy
mieszkałem u Turowiczów, dość długo władze nie chciały mnie zameldować w Krakowie. Wiem, że irytowała ich moja praca duszpasterska i moje
kontakty z hipisami. Oni też przychodzili na Lenartowicza.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki