Rozdział 2
Na Wojtusia z popielnika
iskiereczka mruga.
Chodź, opowiem ci bajeczkę
Bajka będzie długa.
Była sobie raz królewna,
pokochała grajka,
król wyprawił im wesele
i skończona bajka.
Była sobie Baba Jaga,
miała chatkę z ciasta,
a w tej chatce same dziwy,
cyt! iskierka zgasła.
Patrzy Wojtuś, patrzy, duma,
łzą zaszły oczęta,
czemu żeś mnie oszukała?
Wojtuś zapamięta.
Już ci nigdy nie uwierzę
iskiereczko mała.
Najpierw błyśniesz, potem zgaśniesz,
ot i bajka cała[2].
- Powinnaś śpiewać coś dla dziewczynki - stwierdziła dozorczyni więzienna.
- Zaśpiewałam już wszystkie, jakie istnieją - odpowiedziała Margerita, wpatrując się w oczy córeczki. - Śpiewam więc cokolwiek.
- Czas na kąpiel - zarządziła kobieta, nie chcąc kontynuować dyskusji.
Margerita wstała, kurczowo tuląc dziecko. Jeszcze przez kilka tygodni pozwolą jej trzymać małą w swojej celi. Po dwóch miesiącach od porodu będzie musiała iść do pracy, a córeczka trafi do więziennego żłobka, jak wszystkie dzieci osadzonych. Aż do drugich urodzin, kiedy to maluchy są ostatecznie zabierane matkom. Rita wiedziała o tej procedurze od dnia porodu, a nawet wcześniej, ale wcale nie chciała się z tym pogodzić[3].
- Ewa, Ewunia, światełko moje - przemawiała często do córeczki. Tuliła ją wtedy jeszcze mocniej niż zwykle.
Ze wszystkich matek na oddziale ona opiekowała się niemowlakiem z największym oddaniem. Pozostałe więźniarki czasem krzyczały na swoje dzieci. Denerwowały się, gdy maluchy płakały. Nie chciały karmić. A ona?
Cieszyła się, że może mieć małą w celi. Oddziałowe doceniały jej troskę o dziecko, dzięki temu Margerita miała spokój, a nawet pojedynczą celę. Oczywiście to nie zależało bezpośrednio od dozorczyń, jednak wiedziała, że dzięki życzliwości jednej z nich pojedyncza cela była możliwa. I własny klozet, a to już w ogóle luksus. A nawet dodatkowy koc. Nocą temperatura w budynku znacznie spadała, było zimno, ale regulaminowo. Formalnie nikomu nie przysługiwały z tego tytułu żadne benefity.
Zatem Margerita napawała się każdą chwilą, mając świadomość, że niedługo odbiorą jej dziecko.
Nie zrobiła nic złego. Została skazana za cudzą winę, cudzy grzech. W tym obrzydliwym, tendencyjnym procesie oskarżono ją o rzeczy straszne. Wykorzystano dowody, które interpretowano w zależności od potrzeb. Badanie krwi? Co za bzdury!
Coś takiego nie mogło mieć znaczenia. Pseudonaukowe brednie. Przecież ona tego nie zrobiła! Jedni wtedy mówili tak, pozostali zupełnie inaczej. Te spory nie powinny mieć znaczenia, a jednak zaważyły na jej całym życiu.
Niemal dla wszystkich wokół była winna. Winna, winna, winna.
Dlatego została skazana za zbrodnię, której nie popełniła.
Nie mogła tą cudzą, urojoną przez media i sędziów winą obarczać córki. Musiała ją oddać, powinna jak najszybciej. Już przed porodem obiecała sobie, że zostawi dziecko od razu w więziennym szpitalu. Porzuci. Nawet mu się nie przyjrzy.
Ale nie miała siły.
Spojrzała. Utonęła w granatowych oczach. Poczuła paluszki zaciśnięte na jej palcu.
Wtedy nie myślała już o tym, by porzucić córkę.
Ochrzciła ją podczas jednej z więziennych mszy. Ksiądz uśmiechał się ciepło. Ewa Paulina, takie dała jej imiona. Opiekowała się malutką z największą czułością. Miała jej w sobie bez liku. Kochała dzieci od zawsze. Zajmowała się nimi jako niania nie tylko dla zarobku. Wykonywała swoją pracę z pasją. Teraz jednak nie miała już szans na taką profesję. Już nikt nie powierzy jej swojego dziecka. Nigdy więcej. Ewunia była ostatnim maluchem, o jakiego mogła się troszczyć. I zamierzała to zrobić najlepiej na świecie.
Nie wiedziała jeszcze, czym będzie się zajmować po odsiedzeniu wyroku. Czymś poniżającym, na pewno. Czymś, co nie pozwoli jej na noszenie futer i używanie modnych pachnideł. Będzie musiała z tym żyć. I nie będzie narażać na to Ewci.
W sumie i tak miała szczęście. Dostała osiem lat. Tylko osiem.
To dwa tysiące dziewięćset dwadzieścia dwa dni. Siedemdziesiąt tysięcy sto dwadzieścia osiem godzin.
A potem wyjdzie na wolność i nigdy już nie wróci do tego, co było. Zostawi wszystko tutaj, za kratami. Osiem lat... Czy to dużo? Więcej niż jedna trzecia jej dotychczasowego życia. I całe życie Ewuni. Nie, nie zapewni jej takiego losu.
Uśmiechając się do córki, przeszła do pokoju łaziebnego. Woda zagotowana w wielkim garze już przestygła. Idealnie. Mogła ją wlać wprost do metalowej balii, prostej, takiej jak do prania bielizny. Nie o takiej wanience dla córki marzyła. Nie w takich wannach kąpała cudze dzieci. Tutaj jednak miała do dyspozycji tylko taką. I do niej właśnie wlała wodę, sprawdzając temperaturę łokciem. Na ten czas odłożyła córeczkę do wiklinowego kosza, wyłożonego przybrudzonym kocykiem.
Wyprosiła go u oddziałowej. Wcześniej matki kładły dzieci bezpośrednio na wiklinie, która czasami raniła delikatną skórę niemowląt. Koc był gruby i szary, ale spełniał swoją funkcję.
Margerita podwinęła wysoko rękawy szarej sukni. Uniosła córeczkę, ta zakwiliła. Kobieta włożyła małą do wanienki, podłożyła przedramię pod delikatną główkę. Drugą ręką sięgnęła po kawałek pieluchy. Obmywała ciało dziecka z miłością, śpiewając kolejne piosenki. Co tylko przyszło jej do głowy.
Someday he'll come along
The man I love
And he'll be big and strong
The man I love
And when he comes my way
I'll do my best to make him stay
He'll look at me and smile
I'll under stand
And in a little while
He'll take my hand
And though it seems absurd
I know we both won't say a word
Maybe I shall meet him Sunday
Maybe Monday, maybe not
Still I'm sure to meet him one Day
Maybe Tuesday will be my good news Day[4]
- Wyjątkowo niewłaściwe piosenki dobierasz dla swojej małej - burknęła jedna z dozorczyń.
- To może to - zaśmiała się Margerita.
Nikt nie wzdycha dziś na widok pięknej płci.
Jak to czynił Romeo we śnie,
Kiedy chłopiec dziewczę widzi vis-a-vis,
Śmieje się i prosto z mostu rżnie:
Spotkamy się
Na Nowym Świecie,
Dla ciebie tam
Mieszkanko mam.
Będziemy śnić, ty i ja
Całą noc aż do dnia
Spotkamy się
Tymczasem pa!
Student i panienka z magazynu mód,
Wierna żona i niebieski ptak,
Pan Walenty i Agnieszka pełna cnót
Wszyscy schadzki naznaczają tak:
Więc za tą powszechną modą idźmy też
Choć nikt dotąd nie przedstawił nas,
Rendez-vous będziemy mieli. Gdzie? Pan wiesz!
Piękni chłopcy, przyjdźcie wszyscy wraz[5].
- No nie wiem, czy lepiej - stwierdziła ta sama dyżurna, a wszystkie się zaśmiały.
Margerita uśmiechała się delikatnie i dalej kąpała małą w skupieniu.
- To aż nieprawdopodobne - stwierdziła jedna ze strażniczek. - Skazana za morderstwo, a taka wrażliwa.
- Jestem niewinna - odpowiedziała skazana, jak zawsze przy takiej zaczepce.
- Tutaj siedzą same niewinne - dodała inna dyżurna.
- Jak w każdym więzieniu - skwitowała trzecia.
- Po co tak się z nią pieścisz? - zapytała pierwsza. - I tak nie będzie cię pamiętać.
- Dwa lata miną jak z bicza strzelił - zakpiła druga. - A ty tak się angażujesz, jakbyś wcale nie chciała jej oddać...
- Bo nie chcę - odpowiedziała Margerita. - Ale muszę. Będę musiała.
Dyżurne spojrzały na siebie, kręcąc głowami.
- Dobra, dobra, znamy twoje nastawienie. A teraz się pośpiesz, jest kolejka dzieci do kąpania.
Margerita uniosła głowę z uśmiechem pełnym miłości.
- Moja malutka, umyjemy jeszcze nóżki. Rączki. I jeszcze tutaj...
Nie zauważyła, że przez drzwi za jej plecami kolejna dyżurna wprowadziła mężczyznę. To był rzadki widok na kobiecym oddziale i pewnie dlatego zawsze wzbudzał zainteresowanie. A już na pewno taki mężczyzna. Trzymał bowiem w ręku cenne urządzenie z wielką lampą błyskową. Takie aparaty należały do drogich i niewielu mogło sobie na nie pozwolić. Używali ich ci, którzy zdjęcia robili zawodowo.
Fotografowie nie pojawiali się w więzieniu często. Raczej bardzo rzadko, a nawet wręcz incydentalnie. Ten dokumentował warunki w poszczególnych kryminałach. Robił zdjęcia w celach. Najpierw poszedł do Margerity. Nikt jej o to nie pytał. Jej komórka stanowiła świetny materiał propagandowy. Stała tam wygodna prycza, na niej czysty, niemal nowy siennik przykryty grubym brązowym kocem, był też działający kaloryfer i sporo miejsca dla małej. Margerita utrzymywała w celi czystość, myśląc o tym, że już niedługo mała będzie raczkowała po podłodze. Dbała o to zupełnie jak w domu. Zresztą to przecież był jej dom.
Fotograf robił również zdjęcia w świetlicy. Zgodnie z jego życzeniem wszystkie więźniarki usiadły na równo ustawionych krzesłach i udawały, że słuchają audycji Polskiego Radia, zupełnie jak w każdą niedzielę, choć akurat był czwartek. Mężczyzna wcześniej utrwalił też kobiety pracujące przy wyrobie koronek, pozowały dumne ze swoich wyrobów. A teraz przyszedł tutaj. Po co?
Czy naprawdę ona, Margerita, była dla kogoś interesująca? Miał już na kliszy jej celę...
Doskonale wiedziała, że chodziło o nią. Ona miała pozować. I że zdjęcie zostanie opublikowane. Musi tam być jej nazwisko, wtedy nakład gazety wyprzeda się w całości. Była znana wszystkim. Każdy w Polsce wiedział o niej może nawet więcej niż ona sama. Wzbudzała ciekawość. Ludzie jej nienawidzili. Inni chcieli się na niej wzorować. Na świecie nie brakowało szaleńców. Ci chcieli... właściwie co? Naśladować morderczynię? Przecież ona nikogo nie zabiła.
Jednak gazety pisały o niej ciągle i ciągle. To samo wciąż i jeszcze raz. Jej nazwisko pojawiało się w nagłówkach i gwarantowało sprzedaż. Więc pisali... I robili zdjęcia.
A jednak teraz nie miało to dla niej żadnego znaczenia. Trzymała na rękach córkę, którą właśnie wyjęła ze stygnącej wody. Mała zamachała nóżkami, wyraźnie zadowolona.
Margerita, skupiona na dziecku, nie zwracała uwagi na fotografa. Flesz błysnął dla nich niespodziewanie. Kobieta podskoczyła, a mała wykrzywiła buzię, zalękniona. Rzadko płakała, teraz jednak załkała.
Matka skupiła się na uspokojeniu Ewci. Mała szybko chwyciła nadstawioną pierś i przymknęła oczy, Margerita zaś z wyrzutem zwróciła się do fotografa:
- Przestraszyłeś ją pan.
- Zdjęcia bez światła się zrobić nie da. I od kiedy to więźniarki mogą narzekać?
- Ja nie mogę - odparła Margerita. - Ale dziecko nie siedzi w więzieniu. A ja występuję w jego imieniu.
- Chwilowo. Tylko chwilowo.
- Już, koniec przyjemności - wtrąciła jedna z dyżurnych. - Już dość pan narobił zdjęć. I zamieszania. Wychodzimy. - Stanowczym gestem wskazała mężczyźnie wyjście.
Margerita straciła nim zainteresowanie. Wyniosła Ewę z łaźni i przeszła do swojej celi. Tam szybko uśpiła małą.
- Muszę się spieszyć, by zdążyć ci się naprzyglądać - wyszeptała. - Mam na to jeszcze tylko niecałe dwa lata. W sumie dwa lata. I musi mi wystarczyć potem na całe życie.