p

Obrońca. Bogowie gry. Tom 2 - Ana Huang

Kup ebooka

52.90 zł
42.32 zł (42,32 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Playlista

Imagine Dragons

Natural

Jennifer Paige

Crush

Beyoncé feat. Sean Paul

Baby Boy

Limi

Dangerous

Isabel LaRosa

Eyes Don't Lie

Kiiara

Feels

The Corrs

Breathless

Enrique Iglesias feat. Sammy

Finally Found You

Zara Larsson

Ruin My Life

Rihanna

Talk That Talk

NSYNC

Digital Get Down

3 Doors Down

Here Without You

Rihanna

Photographs

Black Eyed Peas

Meet Me Halfway

Lifehouse

Hanging by a Moment

Zedd feat. Foxes

Clarity

ROZDZIAŁ 1Vincent

NA SWOJĄ OBRONĘ POWIEM TYLKO TYLE, że pub nie miał wyraźnej zasady zabraniającej wprowadzania miniaturowych świnek. Właściciel podchodził bardzo surowo do zakazu bójek i robienia zdjęć, ale jeśli chodzi o urocze świnki, nie było żadnych wytycznych, dopóki nie zauważył Trufla w moich ramionach i nie wpadł w szał, krzycząc coś o "niehigienicznych zwierzętach".

Niezła ironia, biorąc pod uwagę fakt, że jego pub nazywał się Angry Boar1. Można by pomyśleć, że będzie bardziej wyrozumiały w kwestii świń.

- To nie twoja wina - powiedziałem do świnki, tuląc ją do siebie. - Mac nie lubi żadnych żywych istot, ani ludzi, ani zwierząt. Poza tym założę się, że jesteś czystszy niż połowa obecnych tam osób.

Trufel parsknął na potwierdzenie.

- To tyle, jeśli chodzi o naszą wielką noc - narzekał Adil. - Wygraliśmy nasz pierwszy mecz z Holchesterem w tym sezonie - na wspomnienie naszego długoletniego rywala rozległy się szydercze okrzyki - a zamiast świętować, stoimy na mrozie. Dosłownie.

Drużyna zebrała się na chodniku przed pubem, próbując zdecydować, co robić dalej. Jak dotąd jedyną rzeczą, co do której się zgodziliśmy, było to, że świnki są urocze, a zasady pubu - do bani.

- Czyja to wina? Mówiłem DuBois, żeby nie zabierał Trufla. - Stevens wycelował we mnie palcem. - To mój zwierzak, ale nasz drogi kapitan postanowił uczynić go maskotką zespołu.

- Uroki bycia kapitanem - odparłem z uśmiechem. - Mogę uczynić maskotką każdego, więc uważaj, co mówisz, bo w przyszłym tygodniu podczas meczu zamiast w stroju wystąpisz w kostiumie.

Wcześniejsze szyderstwa zamieniły się w śmiech i żartobliwe docinki. Stevens poczerwieniał, ale przyjął moje słowa ze spokojem, tak jak się spodziewałem.

To był tylko żart. Jako kapitan Blackcastle, jednego z najlepszych klubów piłkarskich Premier League, miałem sporo obowiązków - motywowanie drużyny, pośrednictwo między kierownictwem a zawodnikami, dbanie o to, by ci neandertalczycy zachowywali się odpowiednio zarówno w szatni, jak i poza nią - ale nie musiałem wyznaczać maskotek drużyny. W każdym razie nie oficjalnie.

A mniej oficjalnie? Miałem prawo nadać zwierzakowi dowolnej osoby chwalebną rolę maskotki drużyny. Tej nocy zaszczyt ten przypadł Trulfowi, najsłodszej śwince na świecie.

- Dobra, dość o świniach - rzucił Adil. - Gdzie przenosimy imprezę? Do twojego domu? Do innego pubu? Do Neonu?

- A może Legends? - zaproponował Asher, wymieniając nazwę słynnego amerykańskiego baru sportowego, którego londyńska filia była równie popularna jak ta w Nowym Jorku. - Znam właściciela. Bez problemu załatwię nam prywatną salę na ostatnią chwilę.

- Tak dla Legends, nie dla prywatnej sali - powiedział Stevens. - Bez urazy, chłopaki, ale nie mam ochoty spędzić całej nocy na imprezie tylko dla facetów. Wolę poznać jakieś dziewczyny.

- Możesz je poznać, ale i tak nie będziesz wiedział, co z nimi zrobić - zażartował Adil.

- Zabawne, że akurat ty to mówisz. Kiedy ostatnio byłeś na randce?

- Właściwie to...

Sygnał telefonu odwrócił moją uwagę od ich bezsensownej kłótni.

Przypomnienie: TEN DZIEŃ (nie kontaktować się)

O kurwa. Była północ, co oznaczało, że mieliśmy trzeci października. TEN DZIEŃ.

W całym stresie związanym z meczem z Holchesterem, a potem euforią po zwycięstwie prawie o tym zapomniałem.

Skręciło mnie w żołądku i wszelkie zainteresowanie kontynuowaniem dzisiejszego świętowania zniknęło.

Pięć lat temu ustawiłem sobie coroczne przypomnienie. Był to akt masochizmu, biorąc pod uwagę fakt, że nie mogłem nic z tym zrobić - nie bez ranienia ludzi, których kochałem (stąd adnotacja "nie kontaktować się").

Potrzebowałem jednak jakiegoś dowodu, że to istnieje. Że mógłbym coś z tym zrobić, gdybym chciał. Pytanie brzmiało: czy chciałem?

Trufel zapiszczał. Kurwa. Ściskałem biedaka tak mocno, że zaczął się wiercić.

- Przepraszam, kolego. - Poluzowałem uścisk, ale nadal czułem gulę w gardle.

To byłoby takie proste. Miałem w telefonie zapisane wszystkie informacje. Wystarczyło tylko...

- DuBois, jesteś gotowy? - Głos Ashera przerwał moje rozmyślania.

Podniosłem głowę.

- Co?

- Legends. Wchodzisz w to?

- Hm. - Próbowałem to przemyśleć pomimo brzęczenia w uszach. To zabawne, jak jedno przypomnienie mogło całkowicie zmienić mój nastrój. - Nie. Idźcie. Ja kończę na dziś.

Asher zmarszczył brwi.

- Wszystko w porządku? Wyglądasz trochę blado.

- W porządku, jestem tylko zmęczony. Chyba spadek adrenaliny.

Nie wyglądał na przekonanego.

- Mów, jeśli będziesz miał zawał serca lub coś w tym rodzaju. Scarlett nigdy mi nie wybaczy, jeśli pozwolę ci umrzeć na środku ulicy.

Uśmiechnąłem się lekko. Oprócz tego, że był gwiazdą naszej drużyny, był też chłopakiem mojej siostry, Scarlett.

Asher i ja byliśmy kiedyś zaciekłymi rywalami, ale po tym, jak przeniósł się do Blackcastle z Holchesteru i zaczął spotykać się z moją siostrą, zaprzyjaźniliśmy się, choć niechętnie. Dałbym sobie rękę uciąć, że czasami go wykorzystywała, by mnie szpiegował, ponieważ, cóż, była moją siostrą, a wszystkie siostry są wścibskie.

- Obiecuję, że nie padnę trupem. - Niechętnie oddałem Trufla Stevensowi. Przejąłbym go na weekend, ale już wcześniej "porwałem" go rodzicom Stevensa, który zabrał ich na spotkanie z drużyną. - Do zobaczenia w poniedziałek, okej? Bawcie się dobrze w Legends.

Pozostali gracze jęczeli i narzekali, że ich porzucam, ale nie powstrzymali mnie przed złapaniem taksówki do domu.

Opadłem na tylne siedzenie i podałem kierowcy swój adres. Na szczęście albo mnie nie rozpoznał, albo nie robił z tego problemu, ponieważ po prostu ruszył bez zadawania pytań.

TEN DZIEŃ (nie kontaktować się)

Przetarłem twarz dłonią. Nie mogłem wyrzucić z głowy tego wspomnienia i nienawidziłem tego, jak wielką miało nade mną władzę, nawet po tylu latach. Co więcej, nienawidziłem siebie za to, że w ogóle dałem mu tę władzę.

Telefon zawibrował. Wyprostowałem się, a moje tętno wzrosło do niebezpiecznego poziomu. To całkowicie nieprawdopodobne, ale może...

Nie. To tylko Scarlett.

Ponownie przetarłem twarz dłonią i wziąłem uspokajający wdech, nim wcisnąłem zieloną słuchawkę.

- Odebrałeś. - Wyraźnie słyszałem jej zaskoczenie mimo śmiechu i odgłosów w tle przypominających cofanie ciężarówki. - Myślałam, że nadal jesteś z drużyną.

- Nie. - Zmusiłem się, by powiedzieć to spokojnym tonem. - Poszli do Legends, ale ja nie miałem na to ochoty, więc jadę do domu.

- Od kiedy rezygnujesz z imprezowania?

- Odkąd nie mam już dwudziestu jeden lat.

- Proszę cię. Nie zgrywaj takiego dorosłego, skoro latem spędziłeś dwa tygodnie na Ibizie.

- Hej, nie wiesz, co tam robiłem. Nie zakładaj niczego z góry.

- Wszyscy to wiedzą, Vincent. Pisali o tym w tabloidach.

- Tak, bo tabloidy są znane z wierności faktom.

Scarlett prychnęła, ale jej głos złagodniał, gdy zadała kolejne pytanie:

- Jak się trzymasz?

Wzruszyłem ramionami. No jasne. Dlatego dzwoniła. Była jedyną osobą na świecie, która wiedziała o mojej obsesji na punkcie trzeciego października.

- W porządku - skłamałem. - Prawie w ogóle o tym nie myślałem. Skupiałem się na dzisiejszym meczu.

Trzeba jej przyznać, że nie wytknęła mi tego rażącego kłamstwa. Nie sądzę, by oczekiwała ode mnie prawdy; raczej chciała się po prostu upewnić, że wiem, iż będzie przy mnie, jeśli (czy raczej kiedy) zacznę się pogrążać.

- Dobrze - powiedziała. - Jestem tu, gdybyś mnie potrzebował.

- Wiem. Kocham cię, siostra.

- Ja ciebie też, idioto.

Uśmiechnąłem się na to zwyczajowe zakończenie rozmowy, ale mój uśmiech zniknął wkrótce po tym, jak się rozłączyłem. Chciałbym być bardziej podobny do Scarlett, jeśli chodzi o tego typu sprawy. Ona nie przejmowała się swoją wersją trzeciego października, ale ja? Ja nie mogłem przestać o tym myśleć, wracało to do mnie raz, czasem dwa razy w roku.

W końcu dotarłem do domu. Zapłaciłem kierowcy i wyskoczyłem z auta. Moje buty chrzęściły na żwirze.

Wielu graczy wolało mieszkać na obrzeżach Londynu, aby mieć więcej przestrzeni i prywatności, ale ja wybrałem elegancki dom z pięcioma sypialniami w samym centrum miasta. Zbytnia cisza sprzyjała niepożądanym myślom.

Dotarłem do bramy wejściowej, gotowy do wpisania kodu, kiedy moją uwagę przykuł niewielki ruch. Włoski na karku stanęły mi dęba.

Brama była już otwarta.

Kołysała się na nocnym wietrze, a ruch był tak subtelny, że nie zauważyłbym go, gdybym nie stał tak blisko. Ciszę przerwało delikatne skrzypnięcie.

Wydawało mi się, że ją zamknąłem, kiedy wychodziłem rano, ale może pamięć mnie zawodziła. System bezpieczeństwa wysłałby mi ostrzeżenie, gdyby ktoś próbował się włamać. Prawda?

Wszedłem do ogrodu znajdującego się przed domem i mocno zamknąłem za sobą furtkę. Wstrzymałem oddech, podchodząc do drzwi wejściowych, chwyciłem za klamkę i nacisnąłem.

Nie drgnęła.

Odetchnąłem z ulgą. Czyli musiałem zapomnieć zamknąć wcześniej bramę.

Kiedy znalazłem się w środku, zapaliłem światło i zastanawiałem się, czy przed snem obejrzeć telewizję, czy pograć w grę. Byłem zbyt podekscytowany, żeby zasnąć, i potrzebowałem jakiegoś zajęcia.

Rzuciłem klucze do płytkiej miseczki przy drzwiach i już miałem udać się do pokoju gier, kiedy po raz drugi tej nocy coś przykuło moją uwagę.

Obok uchwytu na klucze leżało małe pudełko. Zostało owinięte brązowym papierem i przewiązane czerwoną wstążką. Nie było żadnej notatki - nic nie wskazywało na to, kto je tam położył, a na pewno nie zrobiłem tego ja.

W ustach poczułem metaliczny posmak. Włoski na karku znów mi się zjeżyły, tym razem w szaleńczym ostrzeżeniu, ale chorobliwa ciekawość wzięła górę.

Otworzyłem pudełko.

Wpatrywałem się w jego zawartość, nie mogąc uwierzyć własnym oczom.

- Co, do d i a b ł a?