Prolog. Rachel. Ktoś lepszy ode mnie
PROLOG
RACHEL
Ktoś lepszy ode mnie
Na początku pierwszej klasy zaprzyjaźniłam
się z dziewczynką o imieniu Elizabeth. Była najstarsza w naszej klasie,
ale bardzo drobna, kończyny miała chude i kościste. Połączyła nas
mankala -?gra polegająca na wrzucaniu kamyków do czternastu płytkich
zagłębień w drewnianej planszy. Unikałam pozostałych kolegów i koleżanek, żeby być gotową, kiedy Elizabeth zaprosi mnie do gry. Jakimś
cudem zawsze to robiła. Wydawało mi się, że ściągnęłam tę przyjaźń siłą
woli.
Zapytałam mamę, czemu dom Elizabeth w Bloomfield Hills, na bogatych
przedmieściach Detroit, pachnie zupełnie inaczej niż nasz. Jej odpowiedź
-?zawdzięczał swoją woń proszkowi do prania -?była rozczarowująco
prozaiczna. Dom Elizabeth był tak wielki, że byłam pewna, że się w nim
gubi. Miała do dyspozycji łóżko z żółtym baldachimem, garderobę i basen.
Pokazała mi, że kiedy czesze swoje blond włosy, stają się jeszcze
jaśniejsze. Jej rodzina miała w piwnicy lodówkę, w której chłodziły się
wyłącznie napoje gazowane. Pewnego dnia Elizabeth zaproponowała, żebyśmy
napoiły colą nasze kolana. Eksperyment przeprowadziłyśmy w samochodzie
jej niani i śmiałyśmy się, kiedy lepki napój spływał na fotele. Wydawało
nam się nieprawdopodobne, by istniał tylko jeden sposób picia.
W domu udawałam czasem, że jestem Elizabeth. Wchodziłam do różnych
pokojów i wyobrażałam sobie, że nie wiem, jakie pomieszczenie jest
następne. Zdawało mi się, że to po prostu pech, że urodziłam się jako
ja, nie jako Elizabeth. Pamiętam, jak obudziłam się niepocieszona: we
śnie miałam szansę stać się nią, gdybym wybrała właściwe miejsce w autobusie szkolnym. Przytłoczona nadmiarem możliwości minęłam trzynaście
rzędów i wybrałam zły fotel.
Właśnie skończyłam sześć lat i granice między ludźmi wydawały mi się
płynne. Podczas lekcji muzyki posadzono mnie między dwoma chłopcami: z jednej strony był Sloan, najwyższy dzieciak w pierwszej klasie. Miał
chroniczny katar, a jego gluty były zielonkawe. Z drugiej strony
siedział Brent, który był pulchny i oddychał tak ciężko, że czasem
sprawdzałam, czy nie śpi. Miałam wrażenie, że ich cechy fizyczne są
zaraźliwe. Chcąc się przed nimi ochronić, próbowałam siedzieć na samym
środku krzesła, tak daleko od obu chłopców, jak to tylko możliwe. Kiedy
przesuwałam się w stronę Sloana, zdawało mi się, że jestem za wysoka.
Kiedy zbliżałam się do Brenta, robiłam się gruba. Z moją starszą siostrą
Sari oglądałyśmy w wiadomościach materiał o otyłym mężczyźnie, który
miał w łóżku zawał i trzeba go było wynosić z mieszkania za pomocą
dźwigu. Próbowałyśmy wyobrazić sobie logistykę: czy musieli zburzyć
ściany? W jaki sposób przymocowali mężczyznę do maszyny? Odtąd na
wszelki wypadek wybierałam Sloana.
Podczas lunchu wszyscy uczniowie mieli obowiązek wziąć przynajmniej
"mysi kęs" każdego dania -?jedną kluskę, jedną kuleczkę groszku. Wiele
lat później moja nauczycielka z pierwszej klasy pani Calfin powiedziała
mi: "Siedziałaś i patrzyłaś zamyślona na swoje kęsy, a ja zachęcałam
cię: "No, dalej! Mamy tylko dwadzieścia minut! Jedz!". Szło nam bardzo
opornie". Dwa tygodnie po rozpoczęciu roku szkolnego, po lunchu,
poprosiłam o zgodę na wizytę w toalecie. "Musisz zrobić kupkę?" -
spytała pani Calfin. Podobno stwierdziłam, że chcę tylko popatrzeć w lustro.
Kilka dni później nie chciałam tknąć mysich kęsów, które pani Calfin
położyła mi na talerzu. Spytała, czy w takim razie nie poszłabym do baru
sałatkowego, skąd czasem brałam grzanki. Kiedy kręciłam głową, starałam
się ukryć uśmiech. Spojrzała na mnie uważnie, z miną, której nie
potrafiłam zaklasyfikować -?jakby marszczyła brwi i uśmiechała się
jednocześnie. Czułam, że zastanawia się, kim jestem, a jej skupienie
było rozkoszne. Uwielbiałam ją, ale bałam się, że moje uczucie jest
nieodwzajemnione. Zdawało mi się, że woli posłuszne dzieci, których mamy
zgłaszały się do wolontariatu w szkole.
Przez dwa kolejne dni w zasadzie nie jadłam ani nie piłam. Nie pamiętam
powodów, tylko reakcje dorosłych i jakieś nieokreślone poczucie dumy.
Pomysł wpadł mi do głowy w Jom Kippur, dzień pokuty, który obchodziliśmy
tydzień wcześniej. Po raz pierwszy zdałam sobie sprawę, że można odmówić
jedzenia. Decyzja niosła ze sobą religijną, świąteczną energię i aurę
męczeństwa.
Trzy razy w tygodniu chodziłam do hebrajskiej szkoły i lubiłam myśleć,
że potrafię komunikować się z Bogiem za pomocą jakichś niewidzialnych
kanałów. Kilka razy dziennie modliłam się o zdrowie dla mojej rodziny
"co najmniej do osiemdziesiątego siódmego roku życia", wielokrotnie
powtarzając "dla mnie i mamy", bo nasze przetrwanie wydawało mi się
najistotniejsze. Pamiętam, jak szłam po kamykach na podwórku domu
partnerki mojego ojca i zdałam sobie sprawę, że każdy mój krok został
wyznaczony przez Boga. Epifanię przesłaniała mi jednak samoświadomość;
pomyślałam, że jestem jak Mojżesz przed gorejącym krzewem. Treść
objawienia była mniej istotna niż moja zdolność do tego, by je mieć.
Trzydziestego września 1988 roku powiedziałam mamie, że kręci mi się w głowie tak bardzo, że boję się, że wpadnę na ścianę. Prawie nic nie
jadłam od trzech dni. Mama zabrała mnie do pediatry. "Myślałam, że
podadzą ci płyny i wrócimy do domu" -?powiedziała mi później. Opisała
mnie jako żywiołową i dowcipną sześciolatkę. Jednak Linda, partnerka
mojego ojca, która została moją macochą, wspominała, że przy niej byłam
najsmutniejszym dzieckiem, jakie w życiu widziała. Kiedy proponowała mi
zajęcia, które jej zdaniem mogły mnie zainteresować, często odpowiadałam
tym samym zdaniem: "Co w tym ciekawego?". Linda zauważyła też, że miałam
niezwykłą umiejętność: potrafiłam siedzieć całkowicie nieruchomo przy
kuchennym stole, cicho płacząc. Tata kazał mi jeść, a ja odmawiałam,
nierzadko nawet przez godzinę, aż wreszcie poddawał się i zabierał mnie
do szkoły.
Mój lekarz zauważył, że w ciągu miesiąca schudłam dwa kilogramy.
Wcześniej, jak napisał, moja dieta była normalna, "składała się głównie
z pizzy, kurczaka, płatków". W rubryce "obecne umiejętności" wpisał:
"bieganie, skakanie, jazda na rowerze dwukołowym". W okienku "rozwój
psychospołeczny" zauważył, że jestem znudzona. Poradził mojej mamie,
żeby zabrała mnie do Children's Hospital of Michigan w Detroit, gdzie
przyjęto mnie z powodu "problemów z jedzeniem". Tamtejszy psychiatra
opisał mnie jako "właściwie rozwiniętą, ale bardzo szczupłą dziewczynkę
nieznajdującą się w stanie zagrożenia życia".
Po rozmowie z moimi rodzicami, którzy rozwiedli się rok wcześniej i wciąż walczyli o opiekę nade mną, szpitalny lekarz napisał: "Jej matka
twierdzi, że ojciec drwi z osób otyłych, a ojciec nie zaprzeczył temu
stwierdzeniu". Ojciec zaś zasugerował, że źródłem problemu jest moja
matka, która "za bardzo przejmuje się jedzeniem". Faktycznie gromadziła
tyle pełnoziarnistych chlebów, że kiedy otwieraliśmy drzwi zamrażarki,
czasem wypadały z niej bochenki kupione na targach wokół Detroit. Mimo
to miała z jedzeniem raczej normalną, choć namiętną relację. Jak wiele
kobiet w jej wieku czasem próbowała się odchudzać, szybko jednak traciła
zapał.
Tydzień przed hospitalizacją mama założyła dla mnie dziennik -?nie
umiałam jeszcze pisać, więc robiła transkrypcję moich słów. Nie
zwierzałam się ze swojego stanu ducha, jedynie zdawałam chronologiczne
relacje z moich dni, przeplatane pytaniami takimi jak: "Którędy wychodzi
rozwolnienie węża?" i "Czemu ludzie nie mają ogonów?". Moja mama, która
akurat zerwała z chłopakiem, sama również prowadziła dziennik. W tamtym
tygodniu opisała swój sen -?często je notowała -?w którym prosiła
ogrodnika, żeby rozebrał nasz dom, cegła po cegle. "Pozostaje tylko
błoto i kształt domu w cemencie" -?zapisała.
Pierwszego wieczora w szpitalu pielęgniarka podała mi tacę z jedzeniem.
Odmówiłam. Mama była głodna, więc zjadła kolację za mnie. "Bardzo się na
mnie zezłościli -?powiedziała mi. -?Miałam nie mieszać tego, co jadłam
ja, z tym, co jadłaś ty". Następnego dnia pielęgniarki podały mi
kroplówkę, bo byłam odwodniona.
Z mojej dokumentacji medycznej nie wyłaniały się spójne powody mojej
odmowy jedzenia i picia. Jeden z psychologów zapisał: "Jej symptomy są
oczywiście odzwierciedleniem patologicznej relacji między matką a ojcem". Inny zauważył: "Rachel próbuje wejrzeć w siebie, by zrozumieć i rozsupłać plątaninę uczuć wobec świata zewnętrznego", ale jej problemem
jest "zbyt skomplikowany proces myślowy", który prowadzi do "obwiniania
samej siebie (np. przekonania, że to ona jest problemem)". Chociaż opis
ten dałoby się zastosować w wielu innych przypadkach, lekarze doszli do
wniosku, że cierpię na "nietypową formę anorexia nervosa".
Anoreksję często opisuje się jako "zaburzenie czytania", spowodowane
bezkrytyczną konsumpcją tekstów prezentujących chudość jako ideał
kobiecości1. Dopiero uczyłam się czytać. Nigdy nie słyszałam
o anoreksji. Kiedy mama przedstawiła mi diagnozę, jej nazwa skojarzyła
mi się z dinozaurem. Była anorektyczka, japońska naukowczyni Takayo
Mukai, opisuje podobne do mojego poczucie dezorientacji. Doznała go, gdy
usłyszała to słowo w latach osiemdziesiątych XX wieku, zanim jeszcze
anoreksja stała się w Japonii znana: "To dziewięcioliterowe słowo było
dla mnie pustą kopertą bez pieczątki i bez znaczka"2.
Mój ojciec i Linda poszli do lokalnej biblioteki i przeczytali jedyną
dostępną książkę na ten temat -?opublikowaną w 1978 roku The Golden
Cage Hilde Bruch3. Bruch, psychoanalityczka znana jako "Lady
Anorexia"4, zaczęła pisać o tej chorobie w latach
sześćdziesiątych, kiedy niewielu jeszcze o niej słyszało. Autorka
twierdziła, że właśnie nowość jest fundamentalną cechą choroby, którą
opisywała jako "ślepe poszukiwanie poczucia tożsamości i osobowości".
Przewidywała (niesłusznie), że kiedy krytyczna liczba dziewcząt stanie
się anorektyczkami, liczba chorych zacznie maleć, ponieważ pacjentki nie
będą się już czuły wyjątkowe. "Choroba była osiągnięciem dla samotnej
dziewczyny, której wydawało się, że znalazła drogę do zbawienia -
pisała. -?Każda z nich była w pewnym sensie wynalazczynią tej błędnej
drogi do niezależności"5.
Mama również zaczęła czytać teksty o tej chorobie, pisane głównie z dominującej w tamtym czasie perspektywy psychoanalitycznej, i przyjęła
za słuszne powszechnie panujące wtedy przekonanie, że winna jest matka.
"To ja spowodowałam ból -?i pierwotną krzywdę" -?napisała w swoim
skoroszycie, który często nosiła w torebce. "Muszę przyjąć do
wiadomości, że mam skłonność do bycia niemiłą i do krzywdzenia innych -
napisała. -?Czasem zachowuję się wobec moich dzieci nieprzyjemnie -
chociaż wydaje mi się, że bardzo się staram je chronić". Ani ja, ani
moja siostra nie pamiętamy, by robiła cokolwiek choćby odrobinę
niemiłego, ale ona uwierzyła w to, co przeczytała o sobie w książkach.
Przygotowując się do rozmowy z moimi lekarzami, notowała sobie
upomnienia, by zachowywać się "skromnie" i nie twierdzić, że "rozumie,
co się dzieje".
Słowo "anoreksja" wydawało mi się tak potężne, że bałam się je
wypowiedzieć. Uczyłam się artykułować głoski, a słowa były jak namacalne
istoty, które w jakiś sposób ucieleśniały ich znaczenie. Nie
wypowiadałam nazw żadnych pokarmów, bo byłoby to jednoznaczne z jedzeniem. "Kiedy takich pojęć używano w jej obecności -?zanotował
psycholog -?zatykała uszy". Nie wypowiadałam słowa eight (ang. osiem),
bo brzmiało zbyt podobnie do ate (ang. zjadłam). Zezłościłam się,
kiedy jedna z pielęgniarek, zniecierpliwiona moim uporem, powiedziała,
że jestem "twardym orzechem do zgryzienia". Mama była bardziej wrażliwa
na moje trudności, więc kiedy spytałam, na co choruje moja koleżanka ze
szpitala, diabetyczka, udzieliła mi wyjaśnień, unikając słowa "cukier".
"Na odwrotność twojej choroby" -?wyjaśniła.
Przydzielono mi młodego psychologa Thomasa Koepkego, który był
opiekuńczy i miał łagodny głos. Odpowiadałam na jego pytania tak
lakonicznie, jak to tylko możliwe. Obawiałam się, że nawet kiedy
milczałam, moje myśli były zapisywane i wyłaniały się z tyłu mojej
głowy, jak kartki z drukarki. Ocena innego psychologa, która każe mi
dziś poważnie zastanawiać się nad zawodem, który wybrałam, brzmiała:
"Rachel zachowywała się w sposób sugerujący, że jest bardzo świadoma
swojej zdolności do kontrolowania rozmowy".
Koepke powiedział moim rodzicom, że lekarze z jego zespołu nigdy dotąd
nie spotkali się z diagnozą anoreksji u sześcioletniego dziecka. Mimo to
z pokoju, który dzieliłam z diabetyczką, przeniesiono mnie na piąte
piętro, które wydawało mi się podzielone rasowo. Na końcu korytarza
mieszkały czarnoskóre dzieci chorujące na anemię sierpowatą. Pośrodku,
gdzie umieszczono mnie, przebywała mała grupka starszych ode mnie
białych dziewcząt. Twarze i ramiona niektórych z nich były z powodu
niedożywienia pokryte lanugo -?miękkim meszkiem, który pokrywa skórę
noworodków. Każdego poranka byłyśmy ważone w naszych szpitalnych
koszulach, tyłem do wagi.
Dziewczyny mówiły często o swoich "przywilejach". Jeśli udało nam się
zjeść cały posiłek, przynoszony do łóżek na tacach, a pielęgniarki nie
znalazły dużych okruchów na naszych kolanach, wolno nam było zadzwonić
do rodziców. Jeśli zjadłyśmy dwa posiłki dziennie, rodzicom wolno było
przyjść na godzinną wizytę. Za to konsekwencje powstrzymywania się od
jedzenia były surowe: opuszczenie dwóch posiłków skutkowało przymusem
leżenia w łóżku. Kiedy chciałyśmy pójść do łazienki, musiałyśmy wezwać
pielęgniarkę, która odnotowywała nasze "wyjście". Traciłyśmy możliwość
oglądania telewizji czy wizyt w bawialni, gdzie chodziły dzieci z innymi
chorobami. Nad każdym posiłkiem unosiła się groźba sondy pokarmowej -
kary za nadmierną utratę wagi. Nie wiedziałam, że umieszcza się ją w nosie. Wyobrażałam sobie wielką rurę, krytą zjeżdżalnię, w której będę
musiała żyć.
NA ODDZIALE DLA ANOREKTYCZEK przydzielono mi nową współlokatorkę,
dwunastoletnią Carrie o włosach barwy słomy. Tyle razy pytałam ją, czy
uważa, że jestem dziwna, że odpowiedziała: "Jeśli zapytasz mnie o to
jeszcze raz, powiem, że tak". Znała wszystkie pielęgniarki na naszym
piętrze i przyjaźniła się z innymi pacjentkami. Uznałam ją i jej
przyjaciółkę Havę z pokoju obok za mentorki. Hava też miała dwanaście
lat i była piękna, miała ostre rysy twarzy i długie, brązowe włosy,
których nie czesała. Było w niej coś dzikiego i surowego, przez co
przypominała mi bohaterkę książki o osadnikach na Dzikim Zachodzie.
Prowadziła szczegółowy dziennik swojego pobytu w szpitalu, pisany pod
mocnym wpływem terapeutycznego języka, który pomagał jej zrozumieć samą
siebie. Jako przedwcześnie dojrzała obserwatorka swojego otoczenia po
spotkaniu ze mną weszła w tryb ekstatyczny: "Na boga, ta dziewczynka ma
ledwie sześć lat -?zapisała. -?Spójrzcie na nią tylko!"6.
Ciągnęła: "Niechże zaufa dorosłemu i uwolni dziecięce zachowania ukryte
gdzieś w tym sztywnym, spiętym ciele. Założę się, że tylko czeka, aż
ktoś wyciągnie ku niej rękę, której będzie mogła się chwycić!".
Możliwe, że Hava również znalazła się pod nadmiernym wpływem Jom Kippur.
Chodziła do szkoły żydowskiej i, jak napisała w swoim dzienniku, bała
się, że nie zostanie "wpisana do księgi życia", czyli na listę, na
której Bóg notował imiona tych, którzy zasługiwali, by żyć kolejny rok.
Obwiniała się, że "nie umiała osiągnąć boskiej doskonałości".
Było między nami więcej podobieństw: rodzice Havy również byli w trakcie
długiego, paskudnego rozwodu i oni również żartowali z otyłych
znajomych. Zawsze "śmiali się z Ornsteinów i nazywali ich Oinksteinami"
(ang. oink -?dźwięk chrumkania) -?napisała. Miała też przyjaciółkę
podobną do Elizabeth: dziewczynę, którą nie tylko podziwiała, ale którą
chciała się stać. Kiedy bawiła się u niej w domu -?pisała w dzienniku -
lubiła sobie wyobrażać, że tam mieszka i nigdy nie wróci do siebie. Jej
charakter pisma był tak podobny do mojego, że kiedy niedawno czytałam
fragmenty jej dziennika, przez chwilę wydawało mi się, że przed oczami
mam własne słowa.
Kiedy poznałam Havę, była w szpitalu już od prawie pięciu miesięcy. Jej
matka Gail poszła do jej szkoły i próbowała wytłumaczyć szóstoklasistom
przedłużającą się nieobecność córki. "Chociaż Hava jest bardzo chuda -
powiedziała klasie -?myśli, że jest bardzo gruba".
Hava, która ważyła niewiele ponad trzydzieści kilogramów, nie była
pewna, czy wyjaśnienie matki właściwie wpłynęło na jej status społeczny.
W swoim dzienniku zrobiła listę "rzeczy, które chciałaby w sobie lubić";
znalazły się na niej jej "osobowość", "inteligencja -?stopnie" i "uczucia". W snach "błagała kolegów o absolutną akceptację oraz
zrozumienie i nagle je dostawała".
W bawialni, gdzie wszyscy walczyli o możliwość gry w PacMana, Hava
zaprzyjaźniła się z trzynastolatką w bliźniaczej ciąży. Kiedy poskarżyła
się jej na surowe zasady związane z jedzeniem na oddziale anorektyczek,
matka ciężarnej mimochodem zauważyła, że kalorie można spalić, ćwicząc.
"To dzięki niej podjęłam decyzję, że będę dziś wieczorem robić pajacyki"
-?zanotowała Hava.
Podziwiałam przyjaźń Havy i Carrie, która krzepła wokół wspólnych celów.
"Porównywałyśmy z Carrie nasze kości, skórę, kolor i szczupłość -
napisała Hava. -?Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby jej tu nie było!".
Zdawały się wspólnie podlegać cyklom chudnięcia i tycia. Kiedy ważyły
więcej, pielęgniarki pozwalały im odwiedzać oddział położniczy, gdzie
oglądały noworodki. Niektóre dzieci "miały wbite w siebie igły i inne
rzeczy, więc czułam głęboką wdzięczność -?pisała Hava. -?Szkoda tylko,
że z takim trudem przychodzi mi zjedzenie czegoś bez poczucia winy".
Kiedy pielęgniarki nie patrzyły, Hava i Carrie biegały po korytarzach,
aż Hava zaczynała mieć trudności z oddychaniem; zgłosiły się też do
roznoszenia posiłków pozostałym pacjentkom. "To były moje ćwiczenia",
zanotowała Hava.
Dotąd nie wiedziałam, że ćwiczenia mają cokolwiek wspólnego z wagą
ciała, ale wieczorami zaczęłam robić pajacyki z Carrie i Havą. Nie
pozwalałam już sobie na siedzenie, żeby nie zmienić się w, jak mawiały,
"leniwca". Pielęgniarki chodziły po pokojach na oddziale z wózkiem
pełnym powieści dla młodzieży. Kiedy pojawiłam się ja, znalazły się na
nim też książki dla młodszych czytelników, jak Misiowanki, seria o Cliffordzie, a także książeczki z cyklu Mr. Men i mała Miss, w tym Pan
Siłaczek o mężczyźnie, który na śniadanie zjadał osiem jajek, co wydało
mi się potworne. Nauczyłam się czytać w moim szpitalnym pokoju, na
stojąco. Kiedy przychodziły pielęgniarki, wypróbowywałam swoją nową
umiejętność, łącząc ze sobą pięć czy sześć liter na ich plakietkach z imieniem.
Starsze dziewczyny uważały mnie za coś w rodzaju maskotki, anorektyczkę
w trakcie szkolenia. Moje wyobrażenia dotyczące jedzenia i ciała były
jeszcze bardziej magiczne niż ich. Jadałam bajgle, ale odmawiałam małej
miseczki Cheerios -?jedno duże "O" wydawało mi się lepsze niż trzysta
maleńkich. Kiedy Hava i Carrie pozwalały mi patrzeć, jak grają w karcianą gierkę o nazwie Go Fish, byłam ciekawa, o jakiej rybie mowa
(choć wstydziłam się zapytać): czy to taka ryba z oceanu? Czy do
jedzenia? Nie rozumiałam, że to ryby z oceanu trafiają na talerz, a jeśli faktycznie chodziło o posiłek, nie chciałam mieć z tą zabawą nic
wspólnego.
Nie nadążałam za Havą i Carrie, które omawiały swoją wagę nie tylko w funtach, ale i w uncjach. Chociaż anoreksja jest znana jako choroba
związana z czytaniem, być może ma też dużo wspólnego z matematyką.
Japońska badaczka Mukai wspominała, że kiedy była anorektyczką,
wkroczyła do "cyfrowego świata, w którym wszystko należało rozumieć w kategoriach metrów, centymetrów, kilogramów, kalorii, minut i tak
dalej". Napisała: "Nie dzieliłam już z nikim kultury, rzeczywistości
społecznej, nawet języka. Żyłam w zamkniętej rzeczywistości, która miała
sens dla mnie i tylko dla mnie"7.
Nie byłam na tyle wyedukowana, by wykonywać wymagane przez chorobę
obliczenia, ale pociągał mnie nowy system wartości przyjęty przez Havę i Carrie, ich inny sposób interpretacji cielesnych wrażeń i dokonywania
samooceny. Kiedy na nasz oddział przybywała nowa pacjentka, Hava
zapisywała w notatniku jej wagę i wzrost. "Muszę przeczekać moje
pragnienie jedzenia, by doświadczyć szczytu spełnienia -?pisała. -?Ten
haj jest niesamowity". Zdawało się, że dyscyplinowała swoje ciało w jakimś wyższym celu, którego nigdy nie nazwała.
W opublikowanym w 1995 roku eseju The Ascetic Anorexic (Ascetyczna
anorektyczka) antropolożka Nonja Peters, która sama chorowała na
anoreksję, podzieliła tę chorobę na wyraźne etapy: na początku
anorektyczkę napędzają te same kulturowe siły, które wiele kobiet
nakłaniają do odchudzania8. Wystarczy trywialna uwaga, żeby
rozpocząć ten proces. Mukai postanowiła przejść na dietę po tym, gdy
spytała matkę, czy kiedy dorośnie, będzie gruba jak babcia. "Być może" -
odparła jej mama9. Mukai zafiksowała się na tym komentarzu,
chociaż zdawała sobie sprawę, że jej matka "się śmiała. Wiedziałam, że
żartuje". W dzienniku Hava odnotowała przełomowy moment, w którym
koleżanka opisała jej rozmiar jako "M". Rodzice tłumaczyli jej, żeby nie
słuchała kolegów, ale i tak napisała: "Skoro mówią, że jestem gruba, to
jestem gruba".
Podjęta impulsywnie decyzja nabiera rozpędu i coraz trudniej się z niej
wycofać. "Kiedy wkroczyło się już na drogę ascezy, ascetyczne zachowanie
wytwarza ascetyczne motywacje -?nie na odwrót" -?pisze Peters10.
Kilku naukowców badało relacje między anorexia nervosa a anorexia
mirabilis -?średniowiecznym zaburzeniem, które polegało na tym, że
młode, religijne kobiety głodziły się, by uwolnić swoje dusze z ciał i stać się jednością z cierpieniem Chrystusa. Mówiono, że ich utrata
apetytu była cudem. Ich ciała stały się tak silnymi symbolami czystości
i wiary, że trudno im było wrócić do jedzenia, nawet kiedy ich życie
było zagrożone.
Historyk Rudolph Bell zdiagnozował ten stan jako "świętą
anoreksję"11. A jednak argument przeciwny również wydaje się
prawdziwy: anoreksja może sprawiać wrażenie praktyki duchowej,
zniekształconego sposobu na odnalezienie szlachetniejszej wersji siebie.
Francuski filozof René Girard opisuje korzenie anoreksji jako
"pragnienie nie tyle stania się świętą, co bycia tak
postrzeganą"12. Pisze: "Jak na ironię nowoczesny proces
tłumienia religii tworzy jej niezliczone karykatury"13. Kiedy
już obierze się kurs, trudno jest zmienić zasady gry. W dzienniku, który
prowadziłam w drugiej klasie, napisałam: "Miałam takom horobe co nazywa
się aneksoreja. Miałam aneksoreję, bo chcę być kimś lepszym niż jestem".
NIE WIDZIAŁAM SIĘ Z RODZICAMI przez dwanaście dni. Mama przyszła do
szpitala raz, żeby przynieść mi piżamę, ponieważ poprzednią poplamiłam
krwią, gdy igła od kroplówki wypadła mi z ramienia. Usłyszałam jej głos
i chociaż kazano mi leżeć w łóżku, wybiegłam z pokoju i popędziłam do
niej. Obie płakałyśmy, ale kiedy znalazłam się kilka metrów od niej,
pielęgniarki mnie zatrzymały.
Trzy razy dziennie przez pół godziny siedziała ze mną pielęgniarka, a ja
patrzyłam na jedzenie, biorąc co najwyżej kilka kęsów. Na każdej tacy
znajdowało się trzysta kalorii. Po jej wyniesieniu pielęgniarka przez
czterdzieści pięć minut miała mnie na oku, by mieć pewność, że nie
zwrócę jedzenia. Wtedy nie zdawałam sobie nawet sprawy, że dobrowolne
wywołanie wymiotów jest fizycznie możliwe.
Po niecałych dwóch tygodniach zjadłam całe śniadanie, a potem obiad.
Smakował mi podany wtedy makaron z serem i nawet nie zorientowałam się,
że go skończyłam. "W sumie to czekam na posiłki, bo czasem się zapominam
i zaczynają mi smakować" -?napisała w dzienniku Hava. Być może mnie też
zaskoczyła niespodziewana przyjemność. Pielęgniarka monitorująca mój
posiłek pogratulowała mi i powiedziała, że zasłużyłam na "przywilej":
mogłam zadzwonić do rodziców. Pamiętam, jak podeszłam do telefonu
stojącego przy łóżku i wybrałam numer mamy. Kiedy usłyszałam jej głos,
poczułam taką ulgę, że nic nie byłam w stanie powiedzieć. Tylko się
śmiałam.
KIEDY RODZICE MNIE ODWIEDZILI, z przerażeniem zaobserwowali, że
nauczyłam się całego repertuaru anorektycznych zachowań. Nie tylko
robiłam pajacyki, ale też odmawiałam siedzenia i leżenia aż do
dwudziestej pierwszej, kiedy miałam położyć się spać. Moja siostra,
której wreszcie także pozwolono mnie odwiedzić, dostrzegła urok moich
nowych przyjaciółek. "Zabujałam się trochę w Carrie -?powiedziała mi
wiele lat później. -?Była ładna i fajna i pamiętam, że miała takie
gładkie, miękkie włosy". Dodała: "Te dziewczynki się tobą opiekowały".
Moi rodzice zezłościli się, że zdominowały mnie starsze, obyte z chorobą
dziewczęta. "Do tamtej pory to był u ciebie proces czysto mentalny,
wewnętrzny -?powiedziała moja macocha. -?Nie czytałaś czasopism i nie
wiedziałaś, jak powinna wyglądać idealna, szczupła osoba". Dodała: "Nie
wydaje mi się, żebyś w ogóle rozumiała, czym jest "chudość". Wydaje mi
się, że po prostu nie chciałaś, żeby brzuch ci wystawał -?tak jak
wystają brzuchy wszystkich dzieci".
Ojciec jako jedyny odrzucał diagnozę. "Od bardzo młodego wieku
powtarzałaś: "Nie będziesz mną rządzić" -?powiedział. -?Takie podejście
miałaś też przy stole". W kwestionariuszu pod tytułem "Postawa wobec
jedzenia", które kazano wypełnić mojemu ojcu, jedno z pytań brzmiało:
"Czy nastolatka myśli o spalaniu kalorii podczas ćwiczeń?". Ojciec
wykreślił słowo "nastolatka", a na marginesie zanotował: "Teraz już
tak".
KIEDY RODZICE ZACZĘLI MNIE ODWIEDZAĆ, poczułam się, jakby zdjęto ze mnie
zaklęcie. Moje priorytety wróciły na swoje miejsce. Chciałam dalej się z nimi widywać, więc zjadałam wszystko, co mi podawano. Dzięki temu mama i tata mogli mnie odwiedzać osobno, po pół godziny dziennie każdego dnia.
Na parapecie w moim pokoju zaroiło się od figurek z programu Pee-wee's
Playhouse, który oglądałyśmy z siostrą co weekend. Tata niemal za
każdym razem przynosił nową postać: fotel Chairry, listonoszkę Rebę,
Miss Yvonne, którą Pee-wee nazywał "najpiękniejszą kobietą w krainie
kukiełek". Dzięki Carrie i Havie rozumiałam już, że telewizja jest dla
leniwców i nie pozwalałam sobie na tę słabość. Jednak podczas wizyt taty
przyglądałam się, jak siada na moim szpitalnym łóżku i trzymając po
jednej figurce w każdej dłoni, wysokim, nosowym głosem odgrywa sceny z programu.
Musiałam osiągnąć wagę dwudziestu dwóch kilogramów, żeby wyjść ze
szpitala -?cztery kilo więcej, niż kiedy mnie tam przyjęto. Nocami
chodziłam do pokoju pielęgniarek i prosiłam o pudełeczka płatków
śniadaniowych z cukrem. Kiedy dłubałam w nosie, wkładałam gluty z powrotem do środka, żeby nie stracić na wadze. "Rachel zaczęła jeść 900
kalorii dziennie dwunastego dnia hospitalizacji i stopniowo zwiększała
spożycie aż do momentu, gdy osiągnęło ponad 1800 kalorii dziennie" -
napisał Koepke.
Siostra powiedziała mi, że kiedy ostatni raz odwiedziła mnie w szpitalu,
wydało jej się, że "utuczyli cię tak, że wyglądałaś, jakbyś miała bluzę
wciśniętą w spodnie -?to było tylko twoje ciało, ale wyglądało jak
dodatkowy materiał". Carrie również przybrała na wadze na tyle, by
wrócić do domu. Rekonwalescencja Havy była wolniejsza. "Po jedzeniu
czuję się tak głupio i dziwnie -?ale nawet gdybym umiała to wytłumaczyć,
nikt by nie zrozumiał -?napisała. Chciałabym, żeby ktoś mi pomógł i zmienił moją opinię o tym wszystkim".
Wypisano mnie ze szpitala dziewiątego listopada 1988 roku, sześć tygodni
po przyjęciu. Koepke był pesymistą, jeśli chodzi o mój powrót do
zdrowia: "Ze względu na wyraźną wrogość" -?między moimi rodzicami -?"i powagę choroby, nasza prognoza musi być bardzo ostrożna" -?napisał. On i jego zespół zarekomendowali umieszczenie mnie w szpitalu
psychiatrycznym. Napisał jednak, że moi rodzice postanowili "tymczasowo
nie korzystać z tej rekomendacji". Moja mama była zszokowana jego
sugestią. "Bałam się, że kiedy już znajdziesz się w systemie instytucji
psychiatrycznych, bardzo trudno będzie cię stamtąd wyciągnąć" -
powiedziała.
Wróciłam do szkoły dzień po wyjściu ze szpitala. Zapytałam mamę, czy
mogę powiedzieć kolegom, że byłam chora na zapalenie płuc, ale nie
pozwoliła mi skłamać. Poszła ze mną do sali i razem wyjaśniłyśmy
siedzącym w kółeczku na dywanie dzieciom, że byłam w szpitalu. "To nie
była długa rozmowa -?powiedziała mama. -?Nikt nie zasugerował, że jesteś
inna czy chora psychicznie. Wydaje mi się, że dzieci uznały, że to po
prostu choroba ciała. I rzeczywiście potrzebowałaś pokarmu".
Nie chcąc zostać leniwcem, nie zgadzałam się, by siedzieć przy biurku
ani na dywanie. Pani Calfin pozwoliła mi stać. "Stałaś z jedną ręką
opuszczoną, drugą przytrzymując łokieć" -?powiedziała mi Elizabeth,
która jest teraz terapeutką małżeńską. Czasem uczniowie prosili mnie,
żebym się odsunęła, kiedy zasłaniałam im tablicę. Pamiętam, że myślałam
wtedy, że wcale nie stoję na linii ich wzroku, tylko chcą zwrócić uwagę
na moje nietypowe zachowanie. Nie przypominam sobie jednak, żeby
ktokolwiek się ze mnie nabijał, a po miesiącu zaczęłam siadać jak
pozostałe dzieci. "Właściwie wtopiłaś się z powrotem w tłum -
powiedziała pani Calfin, po czym dodała: -?Chciałam, żebyś znów poczuła
się częścią wspólnoty". Tamtej wiosny psycholog napisał, że moje objawy
ustały. Anoreksja, stwierdził, była "sposobem radzenia sobie z odczuwaną
presją".
Zaczęłam znów grać w mankalę z Elizabeth. Na nowo zostałyśmy najlepszymi
przyjaciółkami. Zapraszała mnie do siebie i założyłyśmy w jej garderobie
klub fanek New Kids on the Block. W mojej pamięci Hava stapia się z Elizabeth: obie nosiły jedwabne koszule nocne, były chude i kruche, a moja matka nazywała je "eterycznymi". "Chcę byci Elizabith -?zapisałam w dzienniku. -?Chcę mieci durzy dom. Chcę, żeby wszyscy mnie lóbili".
Kiedy byłam w piątej klasie, mama powiedziała, że widziała dziewczynę
przypominającą Carrie w spodniach moro, grzebiącą w śmietnikach w centrum Birmingham, gdzie mieszkałyśmy. Nie mogę odnaleźć nazwiska
Carrie -?nasi lekarze też go nie pamiętają -?więc nigdy nie udało mi się
potwierdzić, czy to naprawdę ona. O Havie nic nie słyszałam przez kilka
kolejnych lat, do czasu, kiedy opisano ją w artykule na temat
rozpoznawania wczesnych objawów choroby psychicznej u nastolatków,
opublikowanym w "The Detroit News". Na zdjęciu stała nad jeziorem, z włosami długimi do pasa. Wciąż była piękna, ale wydawała się nieco
wyniszczona. W artykule można było przeczytać, że spędziła okres
dojrzewania i młodość w kolejnych szpitalach psychiatrycznych. Nie
skończyła liceum. Zaburzenia odżywiania uważała za definiujący element
swojego życia.
Kilka lat temu pojechałam do Szwecji, żeby opisać historię zaburzenia
określanego jako "syndrom rezygnacji"14. Setki dzieci z byłych republik radzieckich i byłej Jugosławii, którym odmówiono azylu w Szwecji, przestały wstawać z łóżek. Odmawiały jedzenia. Zamilkły. Z biegiem czasu zdawały się tracić zdolność poruszania się. Wiele z nich
trzeba było karmić za pomocą sondy. Niektóre stopniowo pogrążyły się w stanie podobnym do śpiączki. Jedno z dzieci powiedziało mi, że w czasie
miesięcy spędzonych w łóżku czuło się, jakby znajdowało się w szklanym
pudełku o kruchych ścianach umieszczonym głęboko w oceanie. Gdyby
chłopiec się odezwał lub poruszył, powstałaby wibracja, przez którą
szkło by pękło. "Woda wpłynęłaby do środka i mnie zabiła" -?powiedział.
Psychiatrzy twierdzili, że stan ten jest reakcją zarówno na stres
spowodowany procesem migracji, jak i na traumatyczne doświadczenia z krajów pochodzenia. Nie byli jednak w stanie ustalić, dlaczego choroba
występuje jedynie w Szwecji, a w sąsiednich państwach nordyckich, gdzie
zamieszkali uchodźcy z tych samych krajów, już nie. Kiedy rozmawiałam z rodzinami, dowiedziałam się, że wiele dzieci, u których zdiagnozowano
syndrom rezygnacji, znało kogoś, kto również na niego cierpiał. Szwedzka
prasa zaczęła wysuwać zarzuty, jakoby dzieci symulowały, zwłaszcza kiedy
Szwecja uznała syndrom rezygnacji za podstawę udzielenia zezwolenia na
pobyt. Kiedy jednak poznałam te dzieci, byłam pewna, że nie oszukują.
Tygodniami, nawet miesiącami wychodziły ze stanu bliskiego katatonii, i to kiedy ich rodzinom powiedziano już, że mogą zostać w Szwecji. Coś, co
rozpoczynało się jako protest, zdawało się potem żyć własnym życiem.
Dzieci stawały się męczennikami, a rola, która z początku zdawała się
wyzwoleniem, zaczynała je niszczyć.
Moje rozmowy z rodzinami i lekarzami w Szwecji sprawiły, że wróciłam
myślami do mojego wczesnego doświadczenia z anoreksją. W tych niemych,
poszczących dzieciach było coś znajomego. Dziecko, z natury
solipsystyczne, ma ograniczone możliwości wyrażania rozpaczy. Wzorce,
według których wyrażany jest smutek, są kształtowane kulturowo. Zarówno
w przypadku anoreksji, jak i syndromu rezygnacji dzieci okazują
wściekłość i poczucie bezradności, odmawiając jedzenia; jest to jedna z niewielu dostępnych im metod. Eksperci mówią im, że ich zachowanie da
się nazwać. Dzieci mogą dokonywać świadomych i nieświadomych poprawek
tej klasyfikacji. Z czasem wybrany wzorzec zachowania staje się coraz
silniej zakorzeniony i bardziej mimowolny.
Filozof Ian Hacking używa terminu "efekt pętli" (looping effect) dla
opisania sposobu, w jaki ludzie dają się zaplątać w samospełniające się
opowieści o chorobie15. Nowa diagnoza może odmienić "przestrzeń
możliwości konstruowania osobowości -?pisze16. -?Tworzymy siebie w naszym własnym naukowym obrazie rodzajów ludzi, którymi można
zostać"17. W eseju o dzieciach, u których zdiagnozowano w Szwecji
syndrom rezygnacji, Hacking przywołuje zakład Pascala: chcąc uniknąć
możliwości, jaką jest wieczność w piekle, powinniśmy zachowywać się,
jakby Bóg był prawdziwy, chociaż brakuje nam dowodów na jego istnienie.
Z biegiem czasu możemy zinternalizować wiarę, którą symulowaliśmy; nasze
przekonania staną się szczere. Hacking twierdzi, że w przypadku
niektórych chorób zachodzi ten sam proces. Znajdujemy sposób, by wyrazić
naszą rozpacz poprzez imitację, aż wreszcie ""opanowaliśmy" nowy stan
psychiczny, czy może go "nabyliśmy""18.
W WIEKU SZEŚCIU LAT wciąż wydawało mi się, że wystarczy siła woli, by
stać się kimś innym. Gdybym została w szpitalu dłużej albo wróciła do
mniej życzliwej szkoły, być może podążyłabym tą samą drogą co Hava.
"Etykietki nie są takie złe -?napisała w swoim dzienniku. -?Przynajmniej
dają ci tytuł, do którego możesz aspirować... i tożsamość!!!!"
Moja macocha, najbardziej praktyczna osoba w rodzinie, powiedziała mi
kiedyś, że nie była pewna, czy dożyję dorosłości. Mam w sobie pewne
cechy, które czynią mnie podatną na posty bez powodu, jak amorficzne
poczucie, że samoograniczenie jest moralnie słuszne. Zastanawiam się
jednak, czy kiedykolwiek naprawdę chorowałam na anoreksję. Być może moja
niewielka styczność z ideałem chudości sprawiła, że nie pragnęłam go aż
tak bardzo. By użyć terminologii historyczki Joan Jacobs Brumberg, która
błyskotliwie pisała o genezie zaburzeń odżywiania, zostałam
"zrekrutowana" do anoreksji, ale choroba nigdy nie stała się moją
"karierą"19. Nie zapewniła mi języka, który pozwoliłby mi
zrozumieć siebie.
To poczucie, że "cudem mi się udało", sprawiło, że stałam się uważna na
te etapy we wczesnych fazach choroby, kiedy jest ona już pochłaniająca i niszcząca, ale nie zmieniła jeszcze naszej tożsamości i świata
społecznego. Choroby psychiczne często postrzega się jako chroniczne,
krnąbrne siły, które potrafią zawładnąć naszym życiem, ale zastanawiam
się, na ile ich bieg mogą kształtować historie, które o nich opowiadamy,
zwłaszcza na początku. Mogą one pomóc ludziom się uwolnić, ale można w nich także utknąć.
Psychiatrzy używają słowa "wgląd" -?kluczowego, niemal magicznego dla
nich terminu -?żeby dokonać oceny prawdziwości historii pacjentów o tym,
co dzieje się w ich umysłach. W przełomowym artykule w "The British
Journal of Medical Psychology" z 1934 roku psychiatra Aubrey Lewis
zdefiniował wgląd jako: "właściwe podejście do chorobowej zmiany w sobie
samym"20. Pacjentka mająca "właściwe podejście" rozpoznaje na
przykład, że duchy zmarłych ludzi nie zaczęły nagle do niej mówić, a głosy są objawami, które lekarstwa mogą wyciszyć. Wgląd ocenia się
podczas każdej hospitalizacji pacjentów psychiatrycznych i odgrywa on
istotną rolę w podejmowaniu decyzji o tym, czy leczyć ich wbrew ich
woli. Koncepcja ta w dużej mierze ignoruje jednak fakt, że to "właściwe
podejście" jest zależne od kultury, rasy, pochodzenia etnicznego i wiary. Badania wykazują, że osoby niebiałe częściej ocenia się jako
"pozbawione wglądu" od białych, być może dlatego, że ich sposób
wyrażania rozpaczy jest lekarzom obcy albo dlatego, że pacjenci ci mają
mniej zaufania do tego, co mówią lekarze21. Mówiąc ostrzej,
wgląd mierzy, na ile pacjent zgadza się z interpretacją lekarza na swój
temat.
Pięćdziesiąt lat temu, u szczytu epoki psychoanalizy, wgląd oznaczał
rodzaj epifanii: nieświadome pragnienia i konflikty stawały się
świadome. Pacjentkę uznawano za posiadającą wgląd, kiedy potrafiła na
przykład rozpoznać swój stłumiony gniew na ojca i sposób, w jaki to
zakazane uczucie ukształtowało jej osobowość. Koniec końców okazało się
jednak, że chociaż wgląd w konflikty interpersonalne daje intelektualną
satysfakcję, nie stanowi leku.
Biomedyczne powody występowania choroby, na których skupiono się w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, zlikwidowały potrzebę
wglądu tego rodzaju. "Właściwe podejście" zostało zastąpione przez nowe
zasoby wiedzy: pacjenci byli uznawani za wnikliwych, gdy rozumieli, że
ich zaburzenia są wynikiem chorób mózgu. Podejście biomedyczne
rozwiązywało problem moralny -?związany z obwinianiem pacjentów i ich
rodzin -?i doceniano je za potencjał zmniejszenia stygmatyzacji. W pierwszym raporcie naczelnego lekarza Stanów Zjednoczonych dotyczącym
zdrowia psychicznego z 1999 roku czytamy, że stygmatyzacja bierze się z "błędnego podziału na ciało i umysł, zaproponowanego po raz pierwszy
przez Kartezjusza"22. Podczas konferencji prasowej naczelny
lekarz ogłosił, że "nie ma naukowego uzasadnienia, by wprowadzać
rozróżnienie między chorobami psychicznymi a innymi rodzajami
chorób"23.
Być może. Rama biomedyczna nie doprowadziła jednak do ograniczenia
stygmatyzacji. Badania wykazują, że ludzie, którzy rozumieją choroby
psychiczne jako zaburzenia biologiczne czy genetyczne, rzadziej
obwiniają o nie słaby charakter czy reagują na nie karząco, częściej
jednak widzą chorobę jako coś niekontrolowanego, alienującego i niebezpiecznego24. Postrzegana jest ona jako
nieustępliwa błyskawica, której kierunku nie sposób zmienić. We
wspomnieniach pod tytułem The Center Cannot Hold profesorka prawa,
psychologii i psychiatrii na University of Southern California Elyn Saks
pisze, że kiedy zdiagnozowano u niej schizofrenię, poczuła, że
"cokolwiek było z moją głową nie tak, było niezmienne i wedle wszelkich
dostępnych danych nienaprawialne. Wielokrotnie stykałam się ze słowami
takimi jak "wyniszczające", "niezrozumiałe", "przewlekłe",
"katastrofalne", "niszczycielskie" i "strata". I tak miało być do końca
życia. Do końca życia"25.
Hava miała doskonały wgląd -?w dzienniku często opisuje "zaburzenie
chemicznej równowagi", podczas gdy ja, w wieku lat sześciu, nie miałam w zasadzie żadnego. Mój powrót do jedzenia można by uznać za przypadek.
Być może jednak decyzja ta była możliwa, bo wyjaśnienia lekarzy niewiele
dla mnie znaczyły. Nie byłam przywiązana do żadnej konkretnej historii o tym, jaką rolę odgrywa choroba w moim życiu. Niektóre opowieści są dla
nas ocaleniem, inne -?pułapką, a osobie chorej bardzo trudno jest
ustalić, która jest która26.
Psychiatrzy zaskakująco niewiele wiedzą o tym, dlaczego niektórzy chorzy
psychicznie zdrowieją, podczas gdy inni pacjenci o tej samej diagnozie
rozwijają w chorobie swoją "karierę". Wydaje mi się, że odpowiedź na to
pytanie wymaga zwracania większej uwagi na dystans między modelami
psychiatrycznymi wyjaśniającymi chorobę a historiami, dzięki którym
ludzie sami odnajdują sens. Nawet jeśli pytanie o interpretację jest
drugorzędne wobec odnalezienia skutecznej kuracji, historie te zmieniają
ludzkie życie, czasem w sposób niespodziewany, i mają duże znaczenie dla
odczuwania siebie oraz dla pragnienia, by w ogóle poddać się leczeniu.
Zawsze pociągały mnie studia przypadków, choć jednocześnie drażnił mnie
przedstawiony w nich obraz zamkniętego świata, ograniczonego do jednej
osoby i jednego objaśnienia. Zastanawiam się, czy my, którzy piszemy o chorobach psychicznych, nie nazbyt często sugerujemy się psychiatrią.
Opowieści o chorobach psychicznych są często bardzo indywidualne;
patologia rodzi się w naszym wnętrzu i tam jest przeżywana. W tych
opowieściach pomija się jednak to, gdzie i jak żyją ci ludzie, a także
sposób, w jaki ich tożsamość staje się odzwierciedleniem postrzegania
ich przez innych. Nasze choroby nie są ograniczone do naszej czaszki,
ale powstają i są podtrzymywane przez nasze relacje i społeczności, w których funkcjonujemy. Chociaż czysto psychiatryczny model umysłu może
być kluczowy dla przetrwania ludzi cierpiących na choroby psychiczne,
tytuł tej książki, który pochodzi z dziennika Havy -?Obcy dla samych
siebie -?przypomina nam, że rama ta może nas również oddalać od różnych
poziomów zrozumienia koniecznych do zachowania poczucia siebie,
zwłaszcza w okresach choroby i kryzysu.
W eseju pod tytułem The Hidden Self (Ukryte ja) William James pisze,
że "ideałem każdej nauki jest zamknięty i kompletny system
prawdy"27. Badacze, jak twierdzi, osiągają ten cel, w dużej
mierze lekceważąc to, co nazywa "niesklasyfikowanymi pozostałościami"
(unclassified residuum), czyli objawy i doświadczenia, które "nie
pasują do tego idealnego kształtu". Książka ta opowiada o ludziach,
których zmagania z chorobą psychiczną nie mieszczą się w tym "zamkniętym
i kompletnym systemie prawdy". Ich życia toczą się w różnych epokach i kulturach, ale mają też wspólne tło: psychiczne rubieże, zewnętrzne
granice ludzkiego doświadczenia, gdzie język często ponosi klęskę.
Wybrałam bohaterów, którzy próbowali przekroczyć poczucie
niekomunikowalności doświadczenia za pomocą pisania; moja książka opiera
się nie tylko na rozmowach z nimi, ale też na ich dziennikach, listach,
niepublikowanych wspomnieniach, wierszach i modlitwach. Doszli do granic
psychiatrycznych ram pojmowania siebie i szukają odpowiednich sposobów
wyrazu -?chemicznych, egzystencjalnych, kulturowych, ekonomicznych,
politycznych -?by zrozumieć siebie w świecie. Te różne wyjaśnienia nie
wykluczają się jednak nawzajem; niekiedy wszystkie mogą być prawdziwe
jednocześnie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki