p

O wojnie - Lew Tołstoj

Kup ebooka

8.49 zł
6.96 zł (6,96 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

II

Dzieje się coś niezrozumiałego, niemożliwie okrutnego, przewrotnego i głupiego. Car rosyjski, ten sam, który wzywał wszystkie narody do pokoju, oświadcza, że pomimo wszystkich swych wysiłków dla utrzymania pokoju (wysiłków, które wyrażają się w zagrabianiu krajów innych ludów i we wzmacnianiu armii dla obrony owych krajów pokradzionych) - w skutek napadu japończyków nakazuje czynić im to samo, co oni zaczęli czynić rosyanom, to jest, ich mordować. A głosząc to wezwanie do morderstwa, powołuje się na Boga i prosi o błogosławieństwo boskie dla najokropniejszej w świecie zbrodni. Cesarz japoński ogłasza to samo przeciwko rosyanom. Mężowie nauki i prawa (panowie Murawiew i Martens) usilnie starają się dowieść, że między niedawnem wzywaniem wszystkich narodów do powszechnego pokoju a obecnem podniecaniem do wojny dla zagrabienia krajów innych ludów - niema żadnej sprzeczności. Dyplomaci w gładkim języku francuskim ogłaszają i wysyłają okólniki, w których obszernie i pracowicie wywodzą (chociaż wiedzą, że nikt im nie wierzy), iż po wszystkich wysiłkach dla utrzymania pokoju (w istocie zaś - po wszystkich wysiłkach dla oszukania innych krajów) rząd rosyjski był zmuszony uciec się do jedynego środka racyonalnego rozwiązania kwestyi, to jest do mordowania ludzi. To samo piszą dyplomaci japońscy. Uczeni historycy i filozofowie ze swej strony porównują teraźniejszość z przeszłością, wyprowadzają z tych porównań głębokie wnioski i bez końca rozumują o prawach ruchu narodów, o stosunku między żółtą a białą rasą, lub o buddyzmie a chrześciaństwie. A na podstawie tych wywodów i rozumowań usprawiedliwiają rzeź członków żółtej rasy przez chrześcian. W ten sam sposób uczeni i filozofowie japońscy usprawiedliwiają rzeź członków białej rasy. Dziennikarze z nieukrywaną radością, a nie cofając się przed żadnem, chociażby najbezczelniejszem i najwidoczniejszem kłamstwem, dowodzą na wyścigi we wszelkie możliwe sposoby, że tylko rosyanie są sprawiedliwi i potężni i dobrzy pod każdym względem, a że wszyscy japończycy są niesprawiedliwi i słabi i źli pod każdym względem; również, że tacy są wszyscy, którzy są lub mogą się stać wrogami Rosyi - anglicy, amerykanie. Tego samego dowodzą japończycy i ich przyjaciele o rosyanach. Nie mówiąc już o wojskowych, zawodowo kształcących się do morderstwa, tłumy tak zwanych oświeconych ludzi: profesorów, reformatorów społecznych, studentów, szlachty, kupców, nie zmuszani do tego niczem i przez nikogo, wyrażają najbardziej gorzkie i pogardliwe uczucia względem japończyków, anglików lub amerykanów, dla których wczoraj jeszcze żywili uczucia przychylne lub byli obojętni. Zarazem bez najmniejszego przymusu wyrażają jak najnikczemniejsze, jak najbardziej niewolnicze uczucia dla cara (dla którego byli conajmniej obojętni), zapewniając go o swej bezbrzeżnej miłości i chęciach poświęcenia życia dla niego. Ten nieszczęśliwy, bezradny młody człowiek, uznany za naczelnika 130 milionów ludzi, ciągle oszukiwany i zmuszany do przeczenia samemu sobie, z namaszczeniem błogosławi wojska, które swojemi nazywa, na morderstwa w obronie ziemi, którą z jeszcze mniejszem do tego prawem także nazywa swoją. Wszyscy nawzajem obdarzają się obrzydliwemi ikonami, w które nietylko nikt z oświeconych nie wierzy, któremi nawet i ciemny chłop zaczyna już pogardzać. Wszyscy padają na kolana przed temi ikonami, całują je i wygłaszają napuszyste i kłamliwe mowy, w które nikt w rzeczywistości nie wierzy. Bogacze oddają nieznaczne cząstki swych nieuczciwie nagromadzonych majątków na tę sprawę morderstwa lub organizacyę pomocy dla ludzi zajętych mordowaniem. Ubodzy zaś, od których rząd co rok zabiera dwa miliardy rubli podatków, uważają za właściwe również przyczynić się do tego swym groszem. Rząd podszczuwa i zachęca gromady próżniaków, którzy włóczą się po ulicach z portretem carskim, ze śpiewami i okrzykami: hura! a którzy pod pozorem patryotyzmu mogą sobie pozwalać na wszelkie wybryki. W calutkiej Rosyi, od pałacu carskiego do najodleglejszej wioski, pasterze kościoła, nazywający się chcześcianami, błagają Boga, który nakazał kochać swych wrogów, Boga miłości, Jego błagają o pomoc dla dzieła szatana, o poparcie mordowania ludzi. Oszołomieni modłami, kazaniami, namowami, procesyami, ikonami i gazetami, mięso armatnie, setki tysięcy ludzi jednakowo ubranych, z różną zabójczą bronią w ręku, opuszczają rodziców, żony, dzieci. Z sercem w śmiertelnej trwodze, lecz zato udając rzeźką otuchę, idą tam, gdzie z narażeniem własnego życia popełnić mają czyn najokropniejszy, zabijając ludzi, których nie znają i którzy nie zrobili im nic złego, a za nimi idą lekarze i siostry miłosierdzia, którym, niewiadomo dlaczego, wydaje się, że nie mogą w domu służyć prostym, spokojnym, cierpiącym ludziskom, że muszą służyć ludziom zajętym wzajemnem mordowaniem się. Ci, co w domu zostają, cieszą się z wiadomości o mordowaniu ludzi. A gdy słyszą o zabiciu wielkiej ilości japończyków, dziękują jakiejś istocie, którą Bogiem nazywają.

I niedość, że to wszystko uważa się za objaw wzniosłych uczuć. Bo ci, którzy wstrzymują się od takich wystąpień, jeżeli usiłują wyprowadzić innych z błędu, są uważani za zdrajców i zaprzedańców i narażeni na niebezpieczeństwo obelg i pobicia przez tłum rozbestwiony, a w obronie swego okrucieństwa i szału żadnej innej broni prócz zwierzęcej siły nie mogący posiadać.

I

Znowu wojna. Znowu cierpienia, dla nikogo niepotrzebne, zgoła zbyteczne. Znowu kłamstwo, znowu masowe ogłupianie i zbydlęcanie ludzi. Ludzie, oddzieleni od siebie tysiącami mil, setki tysięcy takich ludzi (z jednej strony buddyści, którym ich zakon zakazuje zabijania nietylko ludzi, lecz nawet zwierząt; z drugiej strony - chrześcianie, wyznający zakon braterstwa i miłości) szukają się nawzajem na lądzie i na morzu, aby się w najokrutniejszy sposób zabijać, torturować i kaleczyć. Co to być może? Czy to sen, czy jawa? Dzieje się coś, co być nie powinno, co być nie może; pragniemy uwierzyć, że to - zmora senna i zbudzić się z niej. Ale - nie! to nie senne widziadło, to okropna rzeczywistość. Możnaby jeszcze zrozumieć, jak biedny, niewykształcony, oszukiwany japończyk, oderwany od roli i nauczony, że buddyzm polega nie na współczuciu dla wszystkiego, co żyje, lecz na ofiarach składanym bałwanom; - i jak taki sam ubogi analfabeta z okolic Tuły lub Niżniego Nowogrodu, nauczony, że chrześciaństwo polega na czczeniu Chrystusa, Matki Boskiej, Świętych i ich obrazów; - możnaby jeszcze zrozumieć, jak ci nieszczęśliwi, doprowadzeni odwieczną przemocą i kłamstwem do uznawania największej w świecie zbrodni - bratobójstwa - za czyn cnotliwy, jak ci biedacy mogą popełniać takie czyny okropne, nie odczuwając grzechu, którego stają się winni. Ale - jak ludzie, zwani oświeconymi, mogą głosić wojnę, popierać ją, brać w niej udział i - co najgorsza - nie narażając się sami na niebezpieczeństwa wojny, podszczuwać do niej innych, wysyłać do boju nieszczęśliwych, otumanionych braci? Ci - tak zwani oświeceni ludzie nie mogą nie znać - nie powiem - zakonu chrześciańskiego, jeśli uznają się za chrześcian - ale wszystkiego tego, co pisano i co pisze się, co mówiono i co mówi się o okrucieństwie, bezcelowości i bezmyślności wojny. Przecież uważani są za ludzi oświeconych właśnie dlatego, że znają to wszystko. Większość ich sama mówiła i pisała o tem. Pominiemy już konferencyę w Haadze, która wywołała powszechne pochwały; pomińmy także wszystkie książki, broszury, artykuły dziennikarskie i mowy, dowodzące możliwości rozstrzygania nieporozumień międzynarodowych przez międzynarodowe sądy rozjemcze; przecie żaden człowiek oświecony nie może nie wiedzieć, że powszechne współzawodnictwo państw w zbrojeniu się musi nieodzownie doprowadzić je do wojen bez końca albo do powszechnego bankructwa albo i do jednego i do drugiego. Muszą wiedzieć, że prócz bezmyślnego, bezcelowego wydatku miliardów rubli, to jest pracy ludzkiej, na przygotowywanie wojny, - w wojnach samych miliony najenergiczniejszych, najdzielniejszych ludzi giną w tym okresie życia, który jest najlepszym dla wytwórczej pracy (w ciągu ostatniego stulecia, wojny zgładziły 14 milionów ludzi). Oświeceni ludzie muszą wiedzieć, że powody do wojny są zawsze takie, iż niewarte są nietylko jednego życia ludzkiego, ale - ani setnej części tego, co się na wojny wydaje (na wojnę o uwolnienie murzynów wydano znacznie więcej, niż kosztowałoby wykupienie ich z niewoli).

Każdy wie i musi wiedzieć, że przedewszystkiem wojny, rozbudzając najgorsze namiętności zwierzęce, psują i rozbestwiają ludzi. Każdy zna słabość argumentów przemawiających na korzyść wojny, a przytaczanych naprzykład przez De Maistre'a, Moltkego i innych. Wszystkie one są oparte na sofizmacie, że w każdej klęsce ludzkiej można znaleść czynnik pożyteczny, albo też na zupełnie bezpodstawnem twierdzeniu, że wojny zawsze istniały i dlatego zawsze muszą istnieć; - jak gdyby złe uczynki ludzi mogły być usprawiedliwione ich korzyściami lub pożytecznością, albo też tem, iż popełniano je przez długi czas. Wszyscy tak zwani ludzie oświeceni wiedzą o tem. Wtem wojna znienacka wybucha, i wszystko to idzie natychmiast w zapomnienie. A ci sami ludzie, którzy zaledwie wczoraj dowodzili okrucieństwa, bezcelowości i bezmyślności wojen, obecnie myślą, mówią i piszą jedynie o zabiciu jak największej ilości ludzi, o zniszczeniu i zniweczeniu jak największej masy wytworów pracy ludzkiej i o wznieceniu jak najsilniejszych uczuć nienawiści w spokojnych, dobrodusznych, pracowitych ludziach, którzy swą pracą karmią, ubierają, utrzymują tych samych niby oświeconych ludzi, co ich zmuszają do popełniania owych czynów okropnych, sprzecznych z ich sumieniem, szczęściem i wiarą.