WSTĘP DO WYDANIA POLSKIEGO
Najbardziej spopularyzowane dzieła Ericha Fromma - jak choćby Ucieczka
od wolności - łączą punkt widzenia uczonego teoretyka z postawami
społecznego wizjonera moralisty, nauczyciela życia, a także lekarza. W zasadzie nie inaczej jest w przypadku książki O sztuce miłości. Tutaj
jednak w najmniejszej chyba mierze uwzględnione zostały naukowe podstawy
poglądów, najsilniej zaś ujawnił się zamiar bezpośredniego wychowawczego
oddziałania na czytelników.
O sztuce miłości nie prezentuje ani teorii osobowości, ani teorii
popędów, choć niewątpliwie wspiera się o wieloletnią pracę, o rozległe
dociekania autora prowadzone w tych dziedzinach. Książka ta ma być
przede wszystkim doradcą, doradcą bardzo osobistym, pomocnym w kwestii
"jak żyć".
Wielokrotnie książka przywołuje czytelnikowi wspomnienie wizyty u lekarza, tak bardzo ten "seans pedagogiczny" przesycony jest pragnieniem
autora, żeby znaleźć radę na każdą okoliczność, tak bardzo czuje się tu
konstruktywny praktycyzm gabinetu psychoanalityka. Już samo ustawienie
problemu zasadniczego nosi w sobie wyraźne ślady takiej postawy. Miłość,
jak ją rozumie Fromm, to w gruncie rzeczy nie tyle uczucie, ile sposób
zaangażowania człowieka wobec bytu, świata w ogólności, sposób
zaangażowania wobec społeczeństwa w dialogu, jakim jest działanie
publiczne, praca, twórczość. Związek erotyczny, miłość dziecka, miłość
braterska czy rodzicielska, przyjaźń - byłyby to w tym rozumieniu całej
sprawy jakby wyspecjalizowane przypadki o szczególnych barwach i znacznej intensywności uczuciowej, przypadki owej predyspozycji
ogólniejszej, owego nieustającego porywu.
Tak rozumiejąc miłość, stawiając ją więc w rzędzie kategorii, jakimi
zajmowali się filozofowie, zapewnia Fromm, że jest ona "sztuką", nadaje
on przy tym temu słowu sens téchn? - umiejętności wyćwiczalnej, jak
wyćwiczalna jest technika gry fortepianowej czy obróbki drewna.
Cóż, oczywiście wobec wszystkiego, co pedagog chce wpoić, przyjmuje on
roboczo założenie, że jest to wyuczalne. W przeciwnym razie nie byłoby
sensu się trudzić. Rzecz jednak w tym, że dla przyswojenia sobie pewnych
postaw, pewnych rodzajów zaangażowania totalnych i ostatecznych potrzeba
skali przeżyć i wyobrażeń, które wyrastają ponad to, co kojarzymy z ideą
ćwiczenia technik. Nie wyklucza to przekazywania takich postaw, takich
rodzajów zaangażowania, wydaje się jednak, że udzielać się one mogą na
drodze innego typu kontaktu i w sferze innych problemów, że chodzi tu
nie o wdrażanie w téchn?, lecz w sophia, nie w umiejętność, lecz w mądrość. Gdy przyuczamy kogoś do biegłego posługiwania się klawiaturą,
nie możemy nie wziąć pod uwagę np. niewydolności małego palca. Jeśli
jednak chcemy obudzić w kimś zdolność przeżywania muzyki, kwestie, jakie
się tu nastręczają, należeć będą do innej sfery. Nabycie zdolności
przeżywania muzyki może oznaczać gruntowną odmianę osobowości. W jednym
wypadku problemy były na poziomie palcówek i biegłości technicznej, w drugim objawić się mogą człowiekowi aspekty życia, jakich nie
przeczuwał, otworzyć się może cały nowy świat i jego tragiczny wymiar.
Kiedy Fromm przekazuje główną swą naukę, kiedy powiada, że należy
zatracić swój egoizm wobec człowieka, zbiorowości czy sprawy, którym
poryw nasz poświęciliśmy - przemawia jak moralista, jak filozof. Kiedy
natomiast radzi, aby sobie w tym pomagać ćwiczeniem kontemplacyjnym
trwającym około dwudziestu minut, aplikowanym przed udaniem się na nocny
spoczynek - zachowuje się jak lekarz, który jest przekonany, że
pacjentowi za niepokój, jaki przeżył, należy się przynajmniej recepta na
pigułki do zażywania trzy razy dziennie przed jedzeniem.
Proszę, niech się żaden lekarz za te słowa nie obraża. Każdy rozumie, że
pole działania medycznego jest ograniczone, jest ono wąskotechniczne;
zrozumiała jest równocześnie potrzeba, wprost konieczność, wlania w pacjenta nadziei.
Ale przecież wiemy też wszyscy, że kiedy lekarz opuszcza swoje pole
techniczne, kiedy ma przeciw sobie całą rozległą złożoność życia, kiedy
mówi pacjentowi: "Trzeba zachować spokój, unikać konfliktów", nie
udziela w istocie żadnej rady, wyraża jedynie bezradność medycyny.
Nie w tym więc rzecz, że Fromm przejawia postawę zatroskanego terapeuty,
lecz w tym, że jego apel filozofa-moralisty ukrywa wiele z zawartych w nim implikacji.
Fromm był Europejczykiem, obywatelem niemieckim, który w czasach
nazistowskich schronił się w Stanach Zjednoczonych. Nieraz występował on
jako krytyk amerykańskiego pragmatyzmu, niemniej i coś z niego
przedostało się do Sztuki miłości, coś, co paradoksalnie przypomina
"metodę doktora Cue".
Pewne partie tej książki układają się w "Vademecum człowieka miłującego"
czy w "Vademecum człowieka prawdziwie zaangażowanego". Wizja egzystencji
miłującej zmierza u Fromma do eliminacji konfliktów oraz eliminacji
tragizmu - atrybutów, które historia uparcie łączy przecież z życiem i ludzkim losem.
Nasze najlepsze, najbardziej autentyczne porywy angażują nas przecież
nieraz w konflikty ukryte czy otwarte. Autor O sztuce miłości chce
oddalić zarzuty, które go mogą spotkać z tej racji, że jego model spraw
tego nie uwzględnia, że nie bierze pod uwagę przypadku "miłowania
przeciw komuś". Tu Fromm powiada, że choć tak jest, strony zaangażowane
głęboko i autentycznie w taki spór, w "świętą wojnę", odnajdują po
czasie kontakt, pojednanie w nadrzędnej prawdzie, która godzi
adwersarzy. Bardzo to piękne i z pewnością nieraz prawdziwe. Ale co z wojnami mniej świętymi? Co począć z rozdarciem pomiędzy różne
lojalności, różne umiłowania? Co z konfliktem racji bliższych i szczegółowszych - jak miłość rodziny czy ojczyzny - i ogólniejszych, z humanitarną solidarnością na czele? Całe morze antynomii i konfliktów
otacza egzystencję zaangażowaną i trudno się oprzeć wrażeniu, że Fromm
chciałby przez to morze przejść suchą nogą.
Generacje wizjonerów, przywódców, filozofów uczyły nas nie tracić z oczu
człowieka, który np. tkwi we wrogim mundurze lub który kryje się za
rolą, jaką przyszło nam zwalczać. Nie chcę przecież tutaj podważać
niczego z tej najcenniejszej spuścizny. Rzecz jednak w tym, że konflikty
są równie rzeczywiste jak pojednania w nadrzędnej prawdzie, dostrzeganie
zaś brata po drugiej stronie frontu nie przynosi radości, nie jest unią,
przynosi gorzki smak tragedii i unaocznia rozdarcie.
Z psychoanalitycznego gabinetu Fromma wyszły słowa pociechy nawet dla
postaci, o której autor, praktykujący i u Marksa, wie, że tkwi w środku
poważnego konfliktu społecznego - dla biznesmena. Tego niewątpliwie
zatroskanego o siebie czytelnika autor zapewnia, że i on uczestniczyć
może w pełnej egzystencji miłującej. Fromm nie widzi groteskowości tej
swojej skwapliwej troski, by nikogo nie wypuścić bez słowa pociechy.
Powie mi ktoś z pewnością, że tyle zgryźliwej irytacji wyrazić
powinienem nie we wstępie do książki, ale w recenzji odradzającej
wydawnictwu przyswajanie jej polskiemu rynkowi.
Nie zgodzę się z tym jednak. Uwaga taka byłaby słuszna, gdyby to, co
napisałem, obrazowało w pełni myśl Fromma. Tak jednak nie jest.
Najwięcej miejsca w tej książce zajmuje analiza dwu odmian miłości w znaczeniu tego słowa najpowszechniejszym - miłości kobiety i mężczyzny
oraz miłości rodziców i dzieci. Wiele miejsca zajmuje także ta sfera
przeżyć, która ogarnia uczucia braterskie i przyjaźń. O ile autor źle
znosi konfrontację z publiczną płaszczyzną egzystencji i z historią, o tyle w tej sferze najściślej mikrospołecznej ujawnia bardzo szczęśliwe
połączenie idei wysuniętych z - zrewidowanej zresztą - tradycji
psychoanalitycznej z dużą intuicją psychologiczną, doświadczeniem tak
badawczym, jak bezpośrednio przeżytym.
Wiemy, że miłość łączy często pary pustoszącą wewnętrznie więzią
niewolniczych zależności i tajonych satysfakcji tyrana. Fromm tłumaczy
to i znakomicie unaocznia, wierzę nawet, że robiąc tak, działa na rzecz
niejednego wyzwolenia. O ile partnerstwo erotyczne i grzechy przeciw
niemu są bardziej znaną dziedziną, o tyle do rzadszych w literaturze
należą analizy partnerstwa uczuć łączących rodziców i dzieci. Opis i rozbiór posesywnej postawy rodziców, a szczególnie zachłanności
macierzyńskiej, może - jak sądzę - niejednego przynajmniej głęboko
zastanowić. Silne strony książki przemówią zresztą z pewnością same.
Ogólniejsze ramy rozważań Fromma - mimo zastrzeżeń - wydają mi się także
jednak atutem tej książki. Problematyka zaangażowania wobec życia,
rozważana w takim aspekcie, jak to czyni Fromm, nie jest tematem
częstym, w szczególności zaś skąpo jest reprezentowana u nas. Na przekór
zaś tej wątłej - np. w porównaniu z obfitością analiz społecznych -
reprezentacji, perspektywa spraw ludzkich kreślona przez Fromma ujmuje
problemy zasadnicze. To, co stanowi wewnętrzny aspekt rzeczywistości
ludzkiej, jest dziś w jakimś niepełnym kontakcie z myślą refleksyjną,
skłonną do ujęć urzeczowiających. Choćby nawet w kontrowersyjnej
postaci, warto więc tę perspektywę ukazać czytelnikowi.
Marcin Czerwiński
PRZEDMOWA
Książka ta musi rozczarować każdego, kto oczekiwałby od niej łatwego
wprowadzenia w sztukę miłości. Tymczasem sprawa wygląda wręcz
przeciwnie, książka ta usiłuje dowieść, że miłość nie jest bynajmniej
łatwym uczuciem, które może się stać udziałem każdego, niezależnie od
stopnia osiągniętej dojrzałości. Pragnie ona przekonać czytelnika, że
wszystkie jego próby miłości skazane są na niepowodzenie, jeżeli nie
będzie zarazem jak najusilniej starał się rozwinąć całej swojej
osobowości, aby zdobyć twórczą postawę życiową; że powodzenia w miłości
do poszczególnej osoby nie można osiągnąć bez zdolności kochania
bliźniego, bez prawdziwej pokory, odwagi, wiary i zdyscyplinowania. W kulturze, w której cechy te należą do rzadkości, równą rzadkością musi
być zdolność kochania. Każdy z nas zatem może spytać, ilu znał ludzi
naprawdę kochających.
Jednakże trudności opanowania sztuki miłości nie powinny nas
powstrzymywać od chęci ich poznania, jak również warunków ich
przezwyciężenia. Żeby uniknąć niepotrzebnych komplikacji, starałem się w miarę możliwości omawiać ten problem językiem, który nie zawiera żadnych
terminów specjalistycznych. Z tego samego powodu zredukowałem do minimum
cytaty literatury zajmującej się problemem miłości.
Nie udało mi się natomiast znaleźć w pełni zadowalającego rozwiązania
innej kwestii, a mianowicie powtarzania pewnych pojęć omawianych w moich
poprzednich książkach. Czytelnik, który zna zwłaszcza Ucieczkę od
wolności, Niech się stanie człowiek i Zdrowe
społeczeństwo1, znajdzie w niniejszej książce wiele
myśli wyrażonych już w tych poprzednich pracach. Jednakże książka O sztuce miłości nie jest bynajmniej jedynie podsumowaniem tamtych
wywodów. Zawarte jest w niej wiele myśli niewyrażonych uprzednio i, co
jest zupełnie oczywiste, nawet te, które zostały już omówione, nabierają
niekiedy nowych aspektów dzięki temu, że skupiają się wokół jednego
tematu, a mianowicie sztuki miłości.
Ucieczka od wolności, przeł. O. i A. Ziemilscy, Czytelnik, Warszawa 1971 i n.; Niech się stanie człowiek. Z psychologii etyki, przeł. R. Saciuk, Wyd. Nauk. PWN, Warszawa-Wrocław 1996; Zdrowe społeczeństwo, przeł. A. Tanalska-Dulęba, PIW, Warszawa 1996. [wróć]
I. CZY MIŁOŚĆ JEST SZTUKĄ?
Czy miłość jest sztuką? Jeżeli tak, to wymaga wiedzy i wysiłku. A może
miłość jest przyjemnym uczuciem, którego zaznanie jest sprawą przypadku,
czymś, co się zdarza, jeśli człowiek ma szczęście? Niniejsza książeczka
opowiada się za pierwszym sposobem jej pojmowania, podczas gdy
niewątpliwie większość ludzi przyjmuje dzisiaj tę drugą interpretację.
Dzieje się tak nie dlatego, by ludzie uważali, że miłość nie jest rzeczą
ważną. Nie, ludzie jej pragną, oglądają niezliczone filmy o szczęśliwych
i nieszczęśliwych perypetiach miłosnych, słuchają setek marnych
przebojów o miłości - ale mało kto pomyśli, że istnieje coś, czego w sprawie miłości trzeba się nauczyć.
Taka szczególna postawa wynika z wielu przesłanek, które każda z osobna
i wszystkie razem skłaniają do zajęcia takiego stanowiska. Dla
większości ludzi problem miłości tkwi przede wszystkim w tym, żeby być
kochanym, a nie w tym, by kochać, by umieć kochać. Dlatego też główną
sprawą jest dla nich to, jak zdobyć czyjąś miłość, co zrobić, żeby
wzbudzić uczucie. W pogoni za tym celem próbują różnych metod. Jedną z nich, której chwytają się zwłaszcza mężczyźni, jest zdobywanie
powodzenia, mocnej pozycji życiowej i pieniędzy w takiej skali, na jaką
pozwala społeczna sytuacja danego człowieka. Inna metoda, szczególnie
ulubiona przez kobiety, to dbałość o wygląd, która wyraża się w pielęgnacji ciała, strojach itd. Inne sposoby zdobywania sobie
otoczenia, stosowane zarówno przez mężczyzn, jak i kobiety, to miły
sposób bycia, umiejętność prowadzenia ciekawej rozmowy, gotowość do
okazywania ludziom pomocy, skromność i łagodność. Takich samych
zabiegów, jakie mają prowadzić do zdobycia czyjejś miłości, używa się
zresztą, aby osiągnąć powodzenie w życiu, aby zdobyć sobie przyjaciół i wpływowych ludzi. W mniemaniu większości ludzi naszego kręgu kulturowego
umieć zdobywać miłość to znaczy po prostu być sympatycznym i pociągającym fizycznie.
Drugą przesłanką, z której wynika pogląd, że o miłości niczego nie można
się nauczyć, jest przekonanie, iż problem miłości to problem obiektu,
a nie problem zdolności. Ludzie myślą, że kochać to rzecz prosta,
natomiast trudne jest znalezienie właściwego obiektu miłości, zdobycie
czyjegoś uczucia. Na kształtowanie takiej postawy wpłynęło wiele
przyczyn głęboko zakorzenionych w rozwoju dzisiejszego społeczeństwa.
Jedną z nich jest wielka przemiana, jaka zaszła w dwudziestym wieku w wyborze "obiektu miłości". W epoce wiktoriańskiej, tak samo jak w wielu
tradycyjnych kulturach, miłość w większości wypadków nie była
spontanicznym, osobistym przeżyciem, które następnie miało prowadzić do
małżeństwa. Wprost przeciwnie - małżeństwo zawierano na zasadzie umowy
między zainteresowanymi rodzinami albo aranżowanej przez zawodowego
swata, albo też bez tego rodzaju pośrednictwa; małżeństwo zawierano,
opierając się na względach natury społecznej, zakładając, że miłość
rozwinie się już w czasie jego trwania. Od kilku pokoleń w całym świecie
zachodnim panuje jednak niemal powszechnie pojęcie miłości romantycznej.
W Stanach Zjednoczonych, choć zawieranie małżeństw na zasadzie umowy
niekiedy się jeszcze zdarza, ludzie w ogromnej większości szukają
"miłości romantycznej", jakiegoś osobistego uczucia, które następnie
powinno prowadzić do małżeństwa. To nowe pojęcie swobody w miłości
musiało w znacznym stopniu uwypuklić ważność obiektu w stosunku do
ważności funkcji.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki