p

O północy w Nowym Jorku - Mark Miller

Kup ebooka

39.99 zł
33.19 zł (31,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog. Oh!

Joe Tilson (obraz olejny na płótnie)

Maj 2020

Nowy Jork, dwudziesty ósmy maja, mniej więcej ósma rano. Słońce pieści dachy Manhattanu. Odbija się w szklanych fasadach drapaczy chmur, tańczy w szerokich kanionach alei, prześlizguje między zielonym listowiem Central Parku, przedziera przez otwierane do góry okna, wykusze biurowców i szyby nadziemnego metra.

Wlewa się także przez trzy wysokie framugi do środka awangardowego loftu na SoHo, w Midtown, środkowej części Manhattanu. Pada na bezwładne ciało, rozciągnięte na dębowym parkiecie u stóp niepościelonego łóżka. Oświetla również trzy wiszące na ścianach ogromne plakaty z reprodukcjami obrazów Hansa Hofmanna i Cy Twombly'ego, a także żałośnie skomlącego psa, który drapie podłogę przy człowieku.

Otwiera ciężkie, metalowe drzwi przeciwpożarowe i zostawia je niedomknięte.

Staje na progu i szybko omiata wzrokiem wnętrze. Jest oszołomiona. Przerażona. Błyskawicznie, w trzech krokach, podbiega do łóżka. Słyszy własny głos, którym go woła:

- Léo!

Żadnej reakcji. Podchodzi bliżej, zostawia za sobą ogromną przestrzeń skąpaną w promieniach wschodzącego słońca, które roztańczonymi, radosnymi potokami napływają do mieszkania, gdy tymczasem ją przenika przeraźliwy chłód. Zachwycająco piękna twarz mężczyzny leżącego na podłodze jest zadziwiająco spokojna.

- Léo!

Odpowiada jej cisza, którą zakłóca tylko płaczliwe ujadanie cocker spaniela. Po chwili pies przerywa zawodzenie, żeby z czułością, oddaniem i zapałem szczeniaka polizać twarz swojego pana. W słonecznym blasku mężczyzna wygląda jak pogrążony w głębokim śnie, pozostaje niewzruszony na pieszczoty zwierzęcia.

- Léo!

Bez odzewu.

Wtedy kobieta panikuje. Opada na kolana, potrząsa nim, uderza go otwartą dłonią w twarz. Po jej policzkach łzy spływają strumieniami, lśniąc jak drogocenne perły w brzasku poranka.

- Léo! Błagam cię, otwórz oczy! Odezwij się. Léo!

Pochyla się nad nim, żeby sprawdzić, czy oddycha, próbuje wyczuć puls. Jest! Tak! Żyje! Oddycha!

Dwadzieścia sekund później mężczyzna otwiera ogromne oczy o bladoszarych tęczówkach i obdarza ją promiennym spojrzeniem, pod wpływem którego niezmiennie nogi się pod nią uginają. Zmusza się do uśmiechu, choć jest blady jak śmierć.

- Lorraine? Przyszłaś... Nic się nie bój. Wezwij pogotowie - prosi ją ledwo słyszalnym szeptem. - Szybko, proszę cię, najdroższa...

Powieki Léo ciężko opadają; na szczęście wciąż oddycha, lecz znów stracił przytomność. Lorraine sięga do kieszeni i drżącą dłonią wyciąga telefon. Przez łzy prawie nic nie widzi. "Skup się!" Dopiero za drugim razem udaje jej się wybrać numer alarmowy 911. Słyszy głos operatorki i mamrocze do słuchawki, plącze się, jąka. Pada rzeczowe pytanie o nazwisko i numer telefonu, na wypadek "gdyby rozmowa została przerwana". Podaje swoje dane, ale kobieta po drugiej stronie linii prosi, żeby je powtórzyła. Lorraine ma ochotę wrzasnąć. Spokój rozmówczyni wyprowadza ją z równowagi. Bierze głęboki wdech i jeszcze raz wszystko od nowa tłumaczy. Dyspozytorka szybko uświadamia sobie, że sytuacja jest poważna, i prosi, żeby się nie rozłączała.

Wtedy on otwiera oczy.

- Take it easy... - mówi.

I znów traci przytomność. W Nowym Jorku jest dokładnie wpół do dziewiątej rano, dwudziesty ósmy maja 2020 roku.

Patrzy, jak go zabierają na noszach, których kółka głośno zgrzytają po podłodze. Maska tlenowa zakrywa dolną część jego twarzy; ratownicy też mają jednorazowe maseczki z gumkami na uszach. Włosy, które gdy go zobaczyła po raz pierwszy, wydały jej się nieco za długie, teraz układają się wokół jego pięknej twarzy. Ma zamknięte oczy. Lorraine czuje, że zalewa ją kolejna fala przerażenia, wręcz obezwładniającego lęku. Idzie za nimi do windy, zamyka drzwi loftu, rzuciwszy wpierw ostatnie spojrzenie na spaniela - pies stoi sam na środku pomieszczenia i podnosi na nią smutne, nic nierozumiejące, bezradne ślepia zwierzęcia pozbawionego pana. W jej oczach znów wzbierają łzy.

Stojąca na Wooster Street biała karetka w pomarańczowo-niebieskie pasy nowojorskiego szpitala prezbiteriańskiego ma otwarte na oścież tylne drzwi. Ratownicy podnoszą składane nosze i wsuwają je w specjalne rowki. Léo znika w środku, połknięty przez wyjący pojazd. Lorraine wraca na górę, żeby spakować kilka niezbędnych drobiazgów. Zastanawia się, czego będzie potrzebował w szpitalu. W głębi duszy wie, że on już nie wróci, i ta świadomość rozdziera jej serce.

1

"Jeśli kiedykolwiek byłeś w Nowym Jorku, wiesz, o czym mówię".

The Yardbirds, New York City Blues

Pięć miesięcy wcześniej

W poniedziałek dziewiątego grudnia 2019 roku w Paryżu lało jak z cebra. Zamknęła walizkę, którą rzuciła na łóżko w swoim ogromnym, lecz praktycznie pustym mieszkaniu pod numerem pierwszym przy alei Barbey d'Aurevilly'ego, rzut beretem od wieży Eiffla.

Ona, czyli Lorraine Demarsan, córka świętej pamięci François-Xaviera Demarsana i Françoise Balsan.

Od ponad tygodnia w stolicy Francji padało, było też potwornie zimno, lecz Lorraine miała sposób, by temu zaradzić: za nieco ponad dwie godziny wsiądzie na pokład samolotu lecącego do Nowego Jorku, a tam, jeśli wierzyć prognozom pogody, padał śnieg.

Choć Lorraine lubiła Paryż, to Nowy Jork po prostu uwielbiała.

Amerykańska metropolia wyróżniała się energią i wibracjami, których nie sposób poczuć nigdzie indziej, jak również pewnym ulotnym, nieuchwytnym i wyjątkowym rytmem albo muzyką charakterystyczną dla miasta i jego mieszkańców. Nowojorczycy byli zupełnie inni niż paryżanie, lecz nie byli jej obcy, wręcz przeciwnie: mimo że była Francuzką, wczesne dzieciństwo spędziła w Wielkim Jabłku, zanim jej matka spakowała walizki i podjęła decyzję o powrocie do ojczyzny. Dorastała więc z dala od miasta, w którym stawiała pierwsze kroki. Dlatego za każdym razem, kiedy tam wracała, dawała się porwać oszałamiającej magii tego miejsca, a jednocześnie wypełniało ją poczucie, że jest u siebie, jest w domu.

W ciepłym swetrze i dżinsach, okutana szarym szalem aż po brodę, krążyła tam i z powrotem po mieszkaniu. Sprawdziła zegarek. Dziewięć po czwartej. Taksówka podjedzie za minutę. Podeszła do balkonu i rzuciła pożegnalne spojrzenie na wieżę Eiffla, wokół której hulał wiatr. Mimo szalejącej burzy stalowa dama pozostawała niewzruszona: dumnie wznosiła się na tle szarego nieba zawieszonego ponad Paryżem, jakby rzucała wyzwanie upływowi czasu. Wciąż stała, stawiając opór przemijającym modom, kryzysom i nawałnicom. Wciąż nienaruszona.

Lorraine odwróciła się, sprawdziła, czy ma paszport w wewnętrznej kieszeni płaszcza. Marzyła, żeby jak najszybciej znaleźć się w samolocie, gdzie zatroszczy się o nią załoga pokładowa. Wypije jedną lub dwie lampki szampana, obejrzy film lub serial, a potem, na wysokości dziesięciu tysięcy metrów nad Atlantykiem, uśnie otulona miękkim kocem, z maską na oczach, jaką dostają wszyscy pasażerowie business class linii Air France. Liczyło się tylko jedno - żeby się stąd wyrwać, uciec gdzieś daleko, bo tu była zbyt przerażona i przytłoczona.

A przecież trzydziestopięcioletnia Lorraine Demarsan miała niejeden powód do dumy. Wyjazd za ocean był kolejnym etapem na ścieżce jej prężnie rozwijającej się kariery. Na polu zawodowym gładko pięła się w górę: agencja reklamowa DB&S otwierała filię w Nowym Jorku i właśnie ją mianowano kierowniczką placówki. DB&S to akronim od nazwisk: Demarsan, Bourgine i Salomé. Paul Bourgine i Paul-Henry Salomé byli jej wspólnikami. Lubiła powtarzać, że są jej "dwoma filarami", co zresztą było prawdą, choć obaj dawni koledzy ojca byli od niej znacznie starsi, bardziej doświadczeni i czasami zdarzało się, że traktowali ją protekcjonalnie, co zresztą niezmiernie ją irytowało.

Jednak to właśnie ją wybrali na dyrektorkę nowojorskiej filii, ponieważ świetnie mówiła po angielsku i posiadała wszystkie uprawnienia, poza tym lepiej niż ktokolwiek inny znała miasto i jego mieszkańców, bo w głębi serca w równym stopniu była nowojorczanką co paryżanką...

Poszła do łazienki, gdzie w apteczce znalazła tabletkę do ssania na ból gardła, gdyż za każdym razem, gdy na horyzoncie rysowało się ważne wydarzenie, pod wpływem stresu spadała jej odporność. W okresie dojrzewania przed klasówką czy randką na dolnej wardze niezmiennie wyskakiwała jej opryszczka. Minęła niekończący się korytarz i wróciła do sypialni. W mieszkaniu było dwanaście pokoi, w tym sześć sypialni i cztery łazienki. Metr kwadratowy w tej eleganckiej, najdroższej okolicy miasta kosztowałby ją piętnaście tysięcy euro i nie byłoby jej stać na życie w tym zakątku siódmej dzielnicy, gdyby nie odziedziczyła nieruchomości w spadku po ojcu.

Dostała esemes z informacją o przyjeździe taksówki.

Pochyliła się nad łóżkiem i po raz ostatni zerknęła na ekran macbooka. Wartownik Victora Czartoryskiego. Wybitne arcydzieło pędzla amerykańskiego artysty o polskich korzeniach. Właśnie tym obrazem namalowanym w 1970 roku otworzył nowy rozdział w swojej twórczości, zwany realizmem metafizycznym. Płótno ugruntowało jego pozycję jako jednego z najbardziej docenianych amerykańskich malarzy dwudziestego wieku, obok Pollocka, Warhola... Rozmazana ludzka sylwetka nakreślona zamaszystymi, gwałtownymi pociągnięciami pędzla, czarne smugi na szarym tle i gdzieniegdzie ledwo dostrzegalne przebłyski zieleni, żółci kadmowej, a także zachwycające plamy czerwieni.

Wartownik. Ulubiony obraz jej ojca i jej samej... Patrzyła na niego już z setki razy. Za kilka godzin być może będzie jej.

Właśnie miała zamknąć komputer i schować go do pokrowca, gdy na ekranie i jednocześnie na iPhonie wyświetliła się informacja o nowej wiadomości. Zesztywniała. Nadawca nieznany. Bez tematu... W głowie zaświeciła jej się lampka alarmowa. Zdjął ją nagły lęk, poczuła suchość w ustach, lecz kliknęła:

Nieważne, gdzie pojedziesz, Lorraine, przede mną nie uciekniesz.

Zastygła jak sparaliżowana, ze wzrokiem utkwionym w mejlu.

Po sekundzie się otrząsnęła. Wyłączyła i zamknęła komputer. Zgasiła po kolei wszystkie światła. Teraz puste wnętrza rozświetlał tylko nikły blask ulicznych latarni. Energicznym krokiem, z macbookiem w torbie na ramieniu i walizką w dłoni, podeszła do drzwi, zamknęła mieszkanie na klucz i zbiegła po schodach.

Wyszła na ulicę. Zimny deszcz smagnął ją po policzkach; ukryła twarz w szalu, podniosła kołnierz płaszcza i przemknęła po chodniku do taksówki czekającej na rogu alei Barbey d'Aurevilly'ego i Émile'a Deschane'a. Wystarczyło kilka sekund, by jej starannie wymodelowana fryzura została doszczętnie zniszczona.

Woda wypływała z przepełnionych studzienek kanalizacyjnych, krople miarowo uderzały o fasady budynków i asfalt. Na ulicy nie wałęsał się nawet jeden bezdomny kot. Dzielnica wydawała się kompletnie wyludniona, opustoszała, martwa.

Wsunęła się na tył czarnego mercedesa i dopiero wtedy uświadomiła sobie, że gwałtownie drży. Opadła na siedzenie z poczuciem, że w ostatniej chwili umknęła przed niebezpieczeństwem. Miała nadzieję, że gdy dotrze do Nowego Jorku, on zostawi ją w spokoju. Nie mogła się już doczekać, kiedy przeprowadzi się do Stanów na stałe. Odliczała dni. Już wkrótce nastanie ten upragniony dzień. Za miesiąc. Teraz jedzie tylko na chwilę, przygotować się do wielkiego skoku. Być może przestanie ją zadręczać, bo nie będzie miał jak, kiedy rozdzieli ich sześć tysięcy kilometrów.

2

"Jestem królem Nowego Jorku!"

Quireboys, King of New York

Tego samego dnia on wychodzi z Rikers Island. Pada śnieg. Jest wcześnie rano, termometry w Nowym Jorku wskazują dobre kilka stopni poniżej zera. Całe miasto zasnuła nieskalana, lśniąca biel, która wyraźnie kontrastuje z szarym niebem. Zwyczajny grudniowy widok w Wielkim Jabłku.

Nazywa się Léo van Meegeren, ma trzydzieści jeden lat i wreszcie jest wolnym człowiekiem.

Żeby się dostać do Rikers Island, największego kompleksu więziennego w stanie Nowy Jork, drugiego co do wielkości w Stanach Zjednoczonych i zbudowanego - jak zresztą wskazuje nazwa - na jednej z wysp na East River, lub go opuścić, trzeba przejechać przez most długi na tysiąc dwieście osiemdziesiąt metrów. Dokładnie taką trasę przebyła furgonetka, do której Léo wsiadł tego ranka wśród krzyków mew i podmuchów lodowatego wiatru.

Siedział z tyłu, pojazdem potwornie trzęsło, a on mimo to się uśmiechał, ponieważ wyszedł z Rikers po trzech latach za kratkami, które spędził zamknięty w Otis Bantum Correctional Center, jednym z dziesięciu ośrodków penitencjarnych kompleksu. Za co? Malował obrazy Pissarra, Renoira, van Gogha i Matisse'a równie dobrze, jeśli nie lepiej, jak Pissarro, Renoir, van Gogh i Matisse. Był fałszerzem. Postanowił jednak skończyć z tym procederem na dobre. Po trzech latach w kiciu podjął decyzję, że schowa pędzle do szuflady.

Léo van Meegeren był ubrany w sprane dżinsy, czarny golf i marynarkę z miękkiego zamszu, miał brązowe, nieco przydługie włosy i bardziej niż byłego skazańca przypominał artystę, którym w istocie był. Miał metr osiemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu i ważył osiemdziesiąt kilogramów, czyli o siedem więcej niż w dniu, w którym przyjęto go do Rikers, co zawdzięczał intensywnemu treningowi w więziennej siłowni. Jednak tym, co bez wątpienia najbardziej przyciągało uwagę w jego wyglądzie - oprócz kociej zwinności ruchów, nonszalanckiej postawy, pozornie wyrachowanej opieszałości i ogromnych, szarych, uważnych i jednocześnie marzycielskich oczu - było jego drapieżne, choć niektórzy powiedzieliby pewnie, że twórcze - zależało to, rzecz jasna, od punktu widzenia - spojrzenie.

Nieposkromiona dzikość prawdopodobnie była pokłosiem trzech lat spędzonych w Rikers wśród agresji, nadużyć ze strony strażników i reszty osadzonych, sadyzmu, przemocy seksualnej, wszelkich form nielegalnego handlu, rewizji osobistych przeprowadzanych na oczach innych więźniów, ponurej betonowej dżungli, na którą składały się między innymi szpital, kaplica, boisko do bejsbola, centrum zasilania, bieżnia lekkoatletyczna i dwie piekarnie. Kompleks miał złą sławę brutalnego, najgorszego więzienia w kraju. Dwudziestego drugiego czerwca 2017 roku burmistrz Nowego Jorku ogłosił, że w ciągu dekady zamierza doprowadzić do zamknięcia Rikers.

Léo uważał, że był ku temu najwyższy czas. Teraz, gdy siedział nieruchomo z plecami opartymi o trzęsącą się ścianę furgonetki, omiótł spojrzeniem swoich towarzyszy: na wolność wychodziło ich w sumie siedmiu. Siedem życiowych trajektorii, siedem ludzkich losów. Siedem ożywionych lub zgaszonych twarzy. Samochód zwolnił i stanął. Drzwi zostały otwarte. Blask śniegu rozproszył półmrok panujący na tyle auta i zmusił pasażerów do zmrużenia oczu.

- No dalej! Ruszać się, wysiadka!

Popatrzyli po sobie. Niektórzy, co zauważył Léo, byli w szoku.

- Jazda, z życiem! Nie jest dziś za ciepło!

- Ja pierdolę - odezwał się mężczyzna siedzący obok niego. - No, po prostu, kurwa, nie wierzę...

Zobaczył, że młody, dwudziestokilkuletni chłopak płacze jak bóbr. Najstarszy z nich, który miał już prawie siedemdziesiąt lat, wciąż sztywno siedział na ławce, jakby nie był w stanie się poruszyć. Léo położył dłoń na jego ramieniu.

- Jesteśmy na miejscu, Charlie. Wysiadamy...

Staruszek podniósł na niego otępiałe spojrzenie i Léo rozumiał, że umierał ze strachu. Bał się wolności. Przerażała go wizja pustki, która wypełni jego codzienność z dala od więziennych krat. Léo przypomniał sobie słowa piosenki U2: "W Nowym Jorku wolność wiąże się ze zbyt dużą swobodą wyboru".

Wysiadając, uzmysłowił sobie, że jego marynarka jest zdecydowanie za lekka na tę porę roku: było zimno jak w psiarni, a śnieg wciąż sypał; gęste, ciężkie płatki wirowały ponad wspartymi na słupach torami nadziemnego metra. Przenikliwym spojrzeniem szarych oczu omiótł wnętrze furgonetki zaparkowanej pod olbrzymią metalową konstrukcją stacji Astoria-Ditmars Boulevard w Queens. Przypomniał sobie, że wśród rzeczy osobistych, które mu oddano, był bilet na metro, i teraz zastanawiał się, czy wciąż będzie ważny: podobna myśl mogła pojawić się tylko w głowie byłego osadzonego.

W kolejce, która kilka minut później ruszyła z łoskotem, kierując się na południowy zachód Manhattanu, stał wśród innych pasażerów i oślepiony jasnym światłem, oszołomiony otaczającym go tłumem, zmrużył ogromne szare oczy nieposkromionego marzyciela.

Przykleił czoło do szyby jak kilkuletni dzieciak i napawał się widokiem ciągnących się wzdłuż trasy, opromienionych blaskiem wschodzącego słońca niewysokich budynków o płaskich dachach, zaśnieżonych ulic, pokrytych lodem placów zabaw, białych dróg ekspresowych, po których samochody sunęły na najwolniejszych obrotach. Wsłuchiwał się, jakby to była słodka melodia, w ogłuszający łoskot trzęsącego się metra, któremu zwykły hałas panujący w Rikers nie miał czego pozazdrościć. Potem pociąg wjechał pod ziemię, wniknął głęboko w trzewia miasta.

Po dwudziestosiedmiominutowej podróży wyszedł na powierzchnię na stacji Prince Street, przy skrzyżowaniu z Broadwayem. Ostrożnie stąpał po oblodzonych chodnikach, żeby się nie pośliznąć, przechodził przez zaspy i mijał nielicznych przechodniów kulących się z zimna. Poczuł się niesamowicie, bezgranicznie szczęśliwy. Nie spieszył się, mimo lodowatych podmuchów, które przenikały go do szpiku kości. Napawał się widokiem każdej ulicy, każdego skrzyżowania i budynku, które rozpoznawał, choć przez trzy lata niektóre sklepy zniknęły, a na ich miejscu pojawiły się nowe.

Wrócił do swojej dzielnicy. Dzielnicy brukowanych ulic, restauracji, butików, szykownych galerii i cast-iron buildings - niewysokich budynków wzniesionych przed ponad stu laty i zaadaptowanych na niebotycznie drogie, artystyczne lofty.

Poczuł, że marznie. Kiedy w końcu dotarł na Wooster Street, miał zziębnięte dłonie i stopy. Minąwszy ciężarówkę firmy przeprowadzkowej, z której młodzi ludzie wynosili swój dobytek i ustawiali go na śniegu, zatrzymał się przed pięciopiętrowym budynkiem z cegły, przy wejściu do którego stał przypięty rower; metalowe schody przeciwpożarowe wznosiły się zygzakiem po fasadzie, lawirując wśród wysokich okien.

W czasie trzech lat odsiadki płakał tylko dwa razy - nawet najwięksi twardziele płaczą w więzieniu - zawsze w środku nocy, pod osłoną ciemności, cicho; prawie bezgłośnie pozwalał, by łzy spływały mu po policzkach i wsiąkały w pościel, potem ukradkiem je ocierał, żeby nie zauważył ich pogrążony we śnie towarzysz z celi. Wydawało mu się wtedy, że więzienie jest potworem, który go połknął i już nigdy nie wypluje.

Z włosami targanymi przez wiatr zastygł pod ciemnym niebem; dziś nie płakał. Spojrzeniem szarych oczu błądził po fasadzie budynku, łapczywie chłonąc każdy szczegół, jakby przygotowywał się, by oddać ten widok na płótnie w jak najbardziej wierny i realistyczny sposób, w stylu Charlesa Sheelera lub Edwarda Hoppera.

Mimo to był wzruszony. Cholernie wzruszony.

Wreszcie wrócił do domu.

Nie zauważył typa, który go śledził, od kiedy wsiadł do metra, a teraz obserwował go z odległości dwudziestu kilku metrów. Mężczyzna zmrużył oczy podrażnione dymem z papierosa sterczącego w kąciku ust. Jego chuda, długa twarz nawet z przodu przypominała profil.