p
Wstęp
§ 1. O zagadnieniu
Holenderskie Towarzystwo Królewskie z siedzibą w Haarlemie ogłosiło w 1819 roku konkurs na następujące pytanie, które zostało rozwiązane przez
J.C.F. Meistera: "Dlaczego filozofowie, różniąc się tak dalece między
sobą w kwestii zasad etyki, zgadzają się jednak we wnioskach, gdy chodzi
o to, aby z tych uznawanych przez nich zasad wyprowadzić nasze
obowiązki?". Pytanie to było prostą zabawką w porównaniu z naszym
obecnym zadaniem. W samej rzeczy:
1. W zagadnieniu, postawionym nam dziś przez Towarzystwo Królewskie,
idzie ni mniej ni więcej, tylko o obiektywnie rzeczywistą podstawę
etyki, a zatem i moralności. Zagadnienie to stawia nam Akademia:
Akademia nie może żądać od nas pracy, mającej na widoku cele praktyczne,
to jest nawoływania do uczciwości i cnoty na podstawie takich zasad,
których pewne strony trzeba uwydatnić rozmyślnie, zasłaniając
jednocześnie strony słabe, podobnie jak to ma miejsce w traktatach
popularnych. Akademia nie zna względów praktycznych, a uznając jedynie
względy naukowe, wymaga wykładu czysto filozoficznego, tj. niezależnego
od wszelkich ustaw pozytywnych, od wszelkiej nieuzasadnionej hipotezy, a więc i od wszelkiej hipostazy metafizycznej czy mitologicznej; wymaga
bezstronnego, nieprzybranego w fałszywe ozdoby i jak gdyby nagiego
wykładu ostatecznej zasady prawego postępowania. Niezmiernej trudności
tego zagadnienia dowodzi choćby tylko ten jeden fakt, że nie tylko to,
iż filozofowie wszystkich krajów i czasów zęby sobie na nim stępili,
lecz co więcej, że temu to właśnie zagadnieniu zawdzięczają swe
istnienie wszyscy bogowie Wschodu i Zachodu. Jeśli więc tym razem
zagadnienie zostanie rozwiązane, to zaiste, złoto Towarzystwa
Królewskiego nie pójdzie na marne.
2. Lecz oto druga trudność, na którą naraża się ten, kto szuka podstawy
etyki: badanie jego może się łatwo wydać podważaniem pewnej części
gmachu, która będąc zachwianą spowoduje upadek całości. Wzgląd
praktyczny jest tu tak ściśle związany z kwestią teoretyczną, że mimo
najczystszych zamiarów badacz nie zawsze będzie umiał ustrzec się od
wkroczenia w zapale na obce terytorium. Z drugiej zaś strony nie każdy
zdoła odróżnić badanie czysto teoretyczne, wolne od wszelkich względów,
nie wyłączając względów moralności praktycznej, badanie, którego jedynym
celem jest prawda sama w sobie od wycieczek lekkomyślnego umysłu przeciw
najświętszym przekonaniom duszy.
Jeśli więc coś trzeba mieć na uwadze przy takiej pracy, to przede
wszystkim to, że jesteśmy tu w miejscu jak najbardziej oddalonym od
miejsc publicznych, gdzie ludzie pracują i poruszają się w kurzu i zgiełku; że jesteśmy w schronieniu, gdzie panuje głębokie milczenie, w sanktuarium Akademii, do którego nie dochodzi z zewnątrz żaden hałas, i gdzie żadne bóstwo nie ma ołtarzy, prócz nagiej, majestatycznej prawdy.
Z dwóch tych przesłanek wyciągam wniosek, że naprzód mogę sobie pozwolić
na zupełną szczerość, nie mówiąc już o tym, że mam prawo wszystko
kwestionować; po wtóre, że jeżeli w takich nawet warunkach, zdołam
rzeczywiście czegoś dokonać, to już będzie można powiedzieć, że
dokonałem wiele.
Ale nastręczają mi się jeszcze inne trudności. Towarzystwo Królewskie
żąda, aby przedmiotem wykładu, zawartego w krótkiej monografii, była
tylko podstawa etyki, rozważana sama w sobie, a zatem niezależnie od
całokształtu jakiegokolwiek systematu filozoficznego, czyli od właściwej
metafizyki. Warunek ten nie tylko że utrudnia zadanie, lecz także zmusza
do pozostawienia go niedokończonym. Już Christian Wolf powiedział:
Tenebrae in philosophia practica non dispelluntur, nisi luce
metaphysica affulgente "Ciemności filozofii praktycznej może rozproszyć
tylko światło metafizyki" (Filozofia praktyczna), a Kant: "Metafizyka
musi poprzedzać filozofię moralną, i w ogóle filozofia moralna nie może
istnieć bez metafizyki" (Podstawy metafizyki obyczajów; Przedmowa).
Żadna religia na świecie, przepisując ludziom pewną moralność, nie
pozostawia jej bez oparcia; wszystkie opierają ją na jakiejś dogmatyce,
której głównym celem jest właśnie być podstawą dla moralności. Podobnie
i w filozofii, podstawa etyki, jakiegokolwiek byłaby rodzaju, musi z kolei wspierać się na jakiejś metafizyce, tj. na jakimś tłumaczeniu
świata i bytu w ogóle; ostateczne bowiem prawdziwe wyjaśnienie
wewnętrznej istoty wszechrzeczy musi stać w ścisłym związku z wyjaśnieniem etycznego znaczenia postępowania ludzkiego. W każdym zaś
razie, jeśli podstawą etyki nie ma być jakieś twierdzenie czysto
abstrakcyjne, oderwane od świata rzeczywistego i bujające swobodnie
gdzieś w przestrzeni, to musi nią być albo jakiś fakt świata
przedmiotowego, albo też fakt z dziedziny ludzkiej świadomości; fakt zaś
taki może być tylko zjawiskiem i jak wszystkie zjawiska na świecie
wymagać będzie dalszego wyjaśnienia, po które zwrócimy się do
metafizyki. W ogóle, filozofia tworzy całość tak spójną, że niepodobna
wyczerpująco wyłożyć jednego z jej działów, nie dołączywszy do niego
wszystkich innych. Stąd też słusznie mówi w Fajdrosie Platon: Animae
vero naturom absque totius natura sufftcienter cognosci posse
existimas? "Czy sądzisz, że można poznać naturę duszy w sposób
zadowalający umysł, nie znając natury wszystkiego?". Metafizyka Natury,
metafizyka Obyczajów i metafizyka Piękna, potrzebują siebie nawzajem, i dopiero przez ich połączenie objaśnić można istotę rzeczy i bytu w ogóle. Stąd też ten, kto by chciał zbadać jedną z nich trzech aż do jej
ostatecznych podstaw, musiałby zarazem włączyć w swe wyjaśnienie i dwie
pozostałe. I podobnie, kto by o jakiejś jednej rzeczy tego świata
posiadał wiedzę wyczerpującą i jasną we wszystkich szczegółach, ten
znałby przez to i całą resztę wszechświata.
Biorąc za punkt wyjścia pewną daną metafizykę, uznaną przez nas za
prawdziwą, doszlibyśmy drogą syntetyczną do odkrycia podstawy etyki; w ten sposób podstawa byłaby budowana od spodu, wskutek czego i sama etyka
zyskałaby trwałe oparcie. Lecz wobec tego, że zadanie każe nam
koniecznie oddzielić etykę od wszelkiej metafizyki, nie pozostaje nam
nic innego, jak postępować drogą analizy, wychodzącej z danych czy to
doświadczenia zmysłowego, czy świadomości: Nie ulega wątpliwości, że
można dotrzeć aż do ostatecznego źródła tych danych, tkwiącego w duszy
ludzkiej. Lecz samo owo źródło jako fakt zasadniczy, jako zjawisko
pierwotne nie da się już sprowadzić do niczego innego; skąd wynika, że
całe objaśnienie pozostanie czysto psychologicznym. Co najwyżej będzie
można na marginesie zaznaczyć jego związek z jakąś ogólną zasadą
metafizyczną. Tymczasem, gdybyśmy mieli prawo zacząć od metafizyki i z niej dopiero, drogą syntezy, wyprowadzić etykę, to tym samym
znaleźlibyśmy podstawę i dla samego owego zasadniczego faktu, dla
pierwotnego zjawiska etycznego. Ale to wymagałoby wykładu całego systemu
filozofii, co by przekraczało granice postawionego tu pytania. Wobec
tego jestem zmuszony odpowiedzieć na nie w takich granicach, jakie
zakreśliło jego wyróżnienie.
Wreszcie po trzecie, podstawa, na której zamierzam wznieść etykę, będzie
bardzo wąska, dzięki temu okaże się, iż w liczbie czynów ludzkich,
uważanych ogólnie za słuszne, godne uznania i pochwały, drobna tylko
cząstka wynika z pobudek czysto moralnych, cała zaś reszta przypada na
motywy odmiennej natury. Bez wątpienia mniej to zadowala i nie wygląda
tak świetnie, jak np. imperatyw kategoryczny, który jest zawsze na nasze
usługi, gotów do wydawania rozkazów, co czynić należy, a czego unikać;
że już nie wspomnę o innych konkretnych podstawach etyki. Ale powołam
się w tym miejscu na słowa Eklezjasty (4, 6): "Lepsza garść spokoju, niż
dwie garście trudu i próżności". Prawdy autentycznej i wytrzymującej
próbę [czasu], niezniszczalnej, jest we wszelkiej wiedzy zawsze mało,
podobnie jak w rudzie cetnar kamienia zawiera zaledwie parę uncji złota.
Może znajdą się tacy, co wraz ze mną przedłożą własność pewną nad
własność znaczną odrobinę pozostałego w tyglu złota nad wielką masę,
która rozmywa się w czasie płukania. Może przeciwnie, oskarżą mnie, iż
odejmuję etyce fundament, zamiast go jej zapewnić, ponieważ dowodzę, że
słuszne i chwalebne uczynki ludzkie często nie zawierają żadnego
pierwiastka czysto moralnego, najczęściej zaś zawierają go tylko w drobnej cząstce, resztę swego pochodzenia zawdzięczając pobudkom, które
w ostatecznej analizie dadzą się zawsze sprowadzić do egoizmu
działającej jednostki. Którakolwiek z tych alternatyw się sprawdzi,
przechodzę ponad nimi nie bez troski, lecz z rezygnacją, od dawna bowiem
uznałem słuszność tych słów Zimmermanna, "Zachowaj w sercu myśl tę aż do
śmierci: nie ma na świecie nic równie rzadkiego, jak dobry sędzia" (O samotności; część I, rozdz. 3, str. 93)
Widzę już w duchu moją teorię obok teorii moich współzawodników: na
jakże wąskiej podstawie muszą się według niej mieścić wszystkie dobre
uczynki prawdziwe i dobrowolne, wszelka miłość bliźniego, wszelka
szlachetność, gdziekolwiek by się objawiała; tymczasem tamte wystawiają
fundamenty szerokie, wytrzymałe na wszelkie ciężary; gdyby zaś ktoś
ośmielił się podać je w wątpliwość, odwołują się do jego sumienia,
równocześnie mierząc z ukosa groźnym spojrzeniem jego własną moralność.
Wobec nich moja teoria stoi cicha i uboga, podobna do stojącej przed
królem Learem Kordelii, której proste zapewnienia o poczuwania się do
swych obowiązków nikną wobec gromkich zaklęć jej sióstr, wymowniejszych
od niej. W takim stanie rzeczy nie jest zbyteczne powtórzyć sobie dla
otuchy zdanie mędrca: magna est vis veritatis, et praevalebit "Prawda
jest potężną i zwycięstwo do niej należy". Wprawdzie u tych, którzy
wiele przeżyli i pracowali, zdanie to już nie tak silnie podnosi na
duchu. Niemniej, powierzę się na ten raz prawdzie, gdyż cokolwiek się
zdarzy, mój los będzie zarazem jej losem.
§ 2. Rzut oka wstecz na całość
Na użytek ludu, moralność opierana bywa na teologii i podawana za
objawioną wolę Boga. Filozofowie, przeciwnie, z małymi wyjątkami,
usiłują wykluczyć ten rodzaj uzasadniania etyki, w potrzebie
przedkładając nadeń nawet argumenty sofistyczne. Skąd pochodzi to
przeciwieństwo? Z pewnością bowiem trudno wyobrazić sobie postawę
etyczną trwalszą nad tę, której dostarcza teologia: gdzie znaleźć
zuchwalca, który by ośmielił się opierać woli Wszechmocnego i Wszechwiedzącego? Nigdzie bez wątpienia, byle tylko wola ta została
objawiona w sposób zupełnie autentyczny, wyższy ponad wszelką
wątpliwość, w sposób, że się tak wyrażę, oficjalny. Cała rzecz w tym, że
warunek ten jest właśnie nie do spełnienia. Teologowie nawet raczej
odwracają kwestię i na dowód boskiego pochodzenia jakiegoś prawa usiłują
wykazać jego zgodność z naszymi pojęciami moralnymi, otrzymanymi
skądinąd, tj. z natury; tym więc sposobem odwołują się do niej jako do
czegoś pewniejszego i bardziej bezpośredniego. Do tego dołącza się
jeszcze inna refleksja: czyn moralny, spowodowany groźbą kary lub
obietnicą nagrody, byłby moralny raczej pozornie aniżeli w rzeczywistości; w gruncie rzeczy zasadą jego byłby egoizm, a o jego
spełnieniu decydowałaby w ostatniej instancji tylko większa lub mniejsza
łatwość, z jaką dany osobnik byłby skłonny wierzyć bez dostatecznych
dowodów. Wreszcie dziś, gdy Kant zburzył podstawy teologii
spekulatywnej, uważane do jego czasów za niewzruszone, a następnie,
odwracając dotychczasowy porządek, usiłował oprzeć ją na etyce, której
ona dotąd stanowiła fundament, i nadać jej w ten sposób pewien byt,
choćby tylko zupełnie idealny dziś mniej niż kiedykolwiek można myśleć o ugruntowaniu etyki na teologii: nie wiadomo już bowiem, która z nich ma
być podstawą dla pozostałej; koniec końców wytworzyłby się z tego
circulus vitiosus.
W ciągu ostatnich lat pięćdziesięciu, trzy rzeczy wpływały na nas:
filozofia Kanta, nieporównane postępy nauk przyrodniczych, które
sprawiły, że wszystkie poprzednie okresy życia ludzkości wobec naszego
wydają się okresami dzieciństwa; wreszcie zaznajomienie się z literaturą
sanskrycką, z braminizmem i buddyzmem, tymi dwiema najstarszymi i najbardziej rozpowszechnionymi, to znaczy najpierwszymi w czasie i przestrzeni religiami ludzkości. Braminizm i buddyzm są nawet pierwotną
narodową religią naszej własnej rasy, która, jak wiadomo, pochodzi z Azji, a dziś w swej nowej ojczyźnie, otrzymuje swoje spóźnione, powtórne
jej objawienie. Otóż, wskutek wszystkich tych przyczyn, podstawowe
pojęcia filozoficzne uczonych europejskich uległy przekształceniu, do
czego niejeden może niechętnie się przyznaje, ale czemu nikt nie może
zaprzeczyć. Przez to także i dawne podstawy etyki jak gdyby zmurszały.
Przekonanie jednak, że sama etyka upaść nie może, utrzymuje się w dalszym ciągu; znaczy więc, że na miejsce dawniejszych podstaw muszą się
znaleźć inne, bardziej zgodne z odnowionymi przez postęp pojęciami
naszej epoki. Bez wątpienia właśnie w uznaniu tej potrzeby, z każdym
dniem stającej się pilniejszą, Towarzystwo Królewskie ogłosiło niniejsze
ważne pytanie.
Dobra moralność bywała głoszona często i po wszystkie czasy, ale jej
uzasadnienie zawsze pozostawiało wiele do życzenia. W ogóle próby
takiego uzasadnienia zdradzają dążenie do znalezienia przedmiotowej
prawdy, z której logicznie dałoby się wyprowadzić przepisy etyczne.
Szukano tej prawdy bądź w naturze rzeczy, bądź w naturze ludzkiej, lecz
bezowocnie. W rezultacie zawsze się okazywało, iż wola człowieka dąży
tylko do jego własnego dobra, do tego, czego suma zawiera się w pojęciu
szczęścia; dążenie zaś to sprowadza ją na drogę zupełnie inną niż ta,
którą wskazywałaby jej moralność. Wobec tego starano się przedstawić
szczęście bądź jako równoznaczne z cnotą, bądź też jako skutek i działanie tej ostatniej; tak jedno jak drugie spotkało się z niepowodzeniem, mimo że nie szczędzono przy tym sofizmatów. Zwrócono się
tedy z kolei do twierdzeń czysto obiektywnych, abstrakcyjnych, wykrytych
bądź a posteriori, bądź a priori, a z których w razie potrzeby
dałoby się wyprowadzić przepisy prawego postępowania; ale tym znowu
brakowało punktu oparcia w naturze człowieka, brak ten zaś pozbawia je
siły potrzebnej do wpływania na jego dążenia w kierunku sprzecznym z jego samolubnymi skłonnościami. Stwierdzenie wyżej powiedzianego za
pomocą wyliczania i krytyki wszystkich dotychczasowych podstaw
moralności wydaje mi się zbyteczne, po pierwsze dlatego, że podzielam
zdanie św. Augustyna: Non est pro magno habendum quid homines
senserint, sed quae sit rei veritas "Należy baczyć nie na opinię
ludzką, lecz na prawdę samą w sobie"; po drugie zaś i przede wszystkim
dlatego, że byłoby to to samo, co "zanosić sowy do Aten". Towarzystwo
Królewskie zna dostatecznie dawniejsze próby w przedmiocie ugruntowania
etyki i przez samo ogłoszenie konkursu daje do poznania, iż odczuwa ich
niedostateczność. Mniej dobrze poinformowany czytelnik znajdzie
niezupełne wprawdzie, lecz co do najważniejszych kwestii wystarczające
streszczenie dawniejszych usiłowań w Przeglądzie najważniejszych zasad
teorii obyczajów Garve'a, w Historii filozofii moralnej Staudlina i w tym podobnych dziełach. Bez wątpienia, zniechęcająco działa myśl, że los
etyki, nauki tak bezpośrednio dotyczącej naszego życia, jest równie
nieszczęśliwy jak los ciemnej metafizyki, i że od chwili zapoczątkowania
jej przez Sokratesa, po tylu nieustannych wysiłkach, jest ona ciągle
jeszcze zmuszona poszukiwać swej pierwszej zasady. W etyce, bardziej niż
w jakiejkolwiek innej nauce, najistotniejsze są pierwsze twierdzenia;
wnioski zaś są tak łatwe, że wynikają same przez się. Wnioskować wszyscy
umieją, niewielu umie sądzić. I dlatego właśnie wszystkie grube
podręczniki i traktaty moralne są równie bezużyteczne, jak nudne.
Niemniej, doznaję ulgi na myśl, iż mogę uważać swoich czytelników za
obznajmionych ze wszystkimi dawniejszymi podstawami etyki. Kto bowiem
obejmie wzrokiem działalność filozofów dawnych i nowych, ich różnorodne,
a często tak dziwaczne argumenty, za pomocą których usiłowali uzasadnić
ogólne wymagania moralności, jak również ich oczywiste niepowodzenie ten
będzie w stanie zmierzyć trudności zagadnienia i według nich ocenić moje
dzieło. Kto zaś przekonał się, jak dalece mijają się z celem drogi,
dotychczas używane, ten będzie skłonniejszy wstąpić wraz ze mną na drogę
zupełnie inną, drogę, której dotąd albo nie dostrzegano, albo też
omijano pogardliwie. Być może dlatego, że była najnaturalniejszą. W istocie moje rozwiązanie zagadnienia przypomni niejednemu czytelnikowi
jajko Kolumba.
Uczynię wyjątek tylko dla ostatniej próby ugruntowania etyki, dla próby
Kanta; zbadam ją krytycznie, i to szczegółowo, po części dlatego, że
wielka reforma Kanta dała etyce podstawę, mającą rzeczywistą wyższość
nad poprzedzającymi, po części zaś, ponieważ w historii etyki była ona
właściwie ostatnim ważnym wydarzeniem. Zasada, na której Kant oparł
etykę, dziś jeszcze cieszy się ogólnym uznaniem. Wykłady sieją
powszechnie, choć z pewnymi modyfikacjami, które polegają zresztą tylko
na pewnych zmianach w porządku wykładu, lub na przybraniu jej w inne
wyrażenia. Jest ona etyką ostatnich lat sześćdziesięciu, i aby iść
naprzód, trzeba nam najpierw ją usunąć z drogi. Zbadanie etyki Kanta da
mi sposobność do rozważenia i wyjaśnienia większej części zasadniczych
pojęć etycznych, z tych zaś pierwiastków wyciągnę następnie moje
rozwiązanie. Nade wszystko zaś, ponieważ pojęcia przeciwne oświetlają
się nawzajem, przeto krytyka podstawy moralności według Kanta będzie
najlepszym wstępem i przygotowaniem, powiedzmy nawet, najprostszą drogą
do mojej własnej teorii, która w najważniejszych punktach jest
diametralnie przeciwna teorii Kanta. Wobec tego nie należy pomijać
poniższej krytyki i przechodzić od razu do pozytywnej części mego
wykładu, gdyż wzięta w oderwaniu, część ta może być nie całkiem
zrozumiała.
W ogóle, czas już, aby etykę raz nareszcie poddano poważnemu badaniu.
Już pół wieku z górą jak spoczywa na wygodnej poduszce, podłożonej jej
przez Kanta, na "kategorycznym imperatywie praktycznego rozumu". Prawda,
że za naszych czasów ten imperatyw przybrał nie tak pompatyczną, a za to
gładszą i popularniejszą nazwę "prawa moralnego"; pod tym imieniem,
złożywszy lekki pokłon rozsądkowi i doświadczeniu, wślizguje się
cichaczem do domu, gdy zaś raz się tam usadowi, wtedy już bez końca
rządzi i wydaje rozkazy, nikomu nie zdając rachunków. Że Kant zatrzymał
się na kategorycznym imperatywie, to było konieczne i słuszne, on sam
bowiem był jego wynalazcą i za jego pomocą wyrugował inne, grubsze
błędy. Ale patrzeć, jak na tej poduszce, którą on położył, a którą od
owego czasu wydeptywano coraz szerzej, tarzają się osły to już zbyt
ciężko. Mam tu na myśli owych układaczy podręczników, którzy z właściwą
głupocie spokojną pewnością siebie sądzą, że uzasadnili etykę, gdy się
odwołali do prawa moralnego, rzekomo zamieszkującego w naszym rozumie; i gdy już zdołali za pomocą wieloznacznych, zawiłych frazesów uczynić
niezrozumiałymi najprostsze i najbardziej jasne stosunki życiowe,
rozumie się przy tym, że w ciągu całej tej pracy ani razu poważnie nie
zadali sobie pytania, czy też istnieje naprawdę takie "prawo moralne",
taki wygodny kodeks etyczny, wyryty w naszym mózgu, łonie czy sercu.
Toteż, wyznaję, ze szczególną przyjemnością przystąpię teraz do zabrania
etyce tej szerokiej poduszki. Zamiarem moim, który z góry odsłaniam,
jest wykazać, że praktyczny rozum i kategoryczny imperatyw Kanta są
nieuzasadnionymi, bezpodstawnymi, urojonymi hipotezami: dowieść, że
etyka Kanta jest pozbawiona trwałej podstawy, i tym sposobem przywrócić
etykę do jej dawniejszego stanu kompletnej niepewności.
Wówczas dopiero przystąpię do wyłożenia prawdziwej zasady moralnej,
której źródło leży w samej naszej istocie, a skuteczność nie podlega
wątpliwości. Zasada ta nie daje nam podstawy tak szerokiej, jak
dawniejsza poduszka. Toteż ci, którym z nią wygodniej, nie prędzej
opuszczą swoje stare posłanie, aż się wyraźnie przekonają o głębokim
zaklęśnięciu miejsca, na którym ono leżało.
§ 3. Rzut oka na przedmiot
Kant oddał etyce jedną wielką usługę, mianowicie oczyścił ją z wszelkiego eudajmonizmu. Etyka starożytnych była doktryną szczęścia;
etyka nowożytnych, po większej części, teorią zbawienia. Starożytni
chcieli wykazać, że cnota utożsamia się ze szczęściem, lecz
bezskutecznie, były to bowiem jakby dwie figury niepokrywające się
nawzajem, jakkolwiek byśmy je nakładali. Nowożytni chcieli związać je ze
sobą stosunkiem nie tożsamości, lecz przyczynowości, tj. wykazać, że
szczęście jest skutkiem cnoty, w tym celu musieli jednak albo uciekać
się do sofizmatów, albo też brać za podstawę do swych wniosków jakiś
inny świat, aniżeli ten, który jest dostępny dla naszego poznania. Wśród
starożytnych jedynym wyjątkiem jest Platon, jego etyka nie jest
eudajmonistyczna, w zamian za to jest mistyczna. Nawet etyka cyników i stoików jest tylko szczególnego rodzaju eudajmonizmem; nie zbrakłoby mi
na to dowodów i uzasadnień, ale wobec mego obecnego zadania
ograniczoność miejsca nie pozwala mi na ich przytaczanie. Tak więc,
wyjąwszy Platona, zarówno dla starożytnych, jak i późniejszych, cnota
była tylko środkiem prowadzącym do pewnego celu. Właściwie nawet i Kant,
ściśle biorąc, raczej pozornie niż w rzeczywistości wygnał z etyki
wzgląd na szczęście.
Zachował on pewien potajemny związek między cnotą a szczęściem w swojej
teorii najwyższego dobra; jest tam pewien rozdział odległy i ciemny,
gdzie te dwie rzeczy łączą się ze sobą, chociaż publicznie cnota
traktuje szczęście jako rzecz sobie obcą. Poza tym jednak zasada
moralności u Kanta jest niezależna od doświadczenia i wyprowadzanej zeń
nauki. Jest ona transcendentalna, metafizyczna. Kant uznaje, że
postępowanie człowieka posiada pewne znaczenie, które sięga dalej niż
wszelka możliwość doświadczenia i wskutek tego stanowi właściwy pomost
prowadzący do tego świata, który on nazywa rozumowym, mundus noumenon,
światem rzeczy samych w sobie.
Zdobytą sławę etyka Kanta zawdzięcza oprócz wspomnianych już zalet
przede wszystkim czystości i szlachetności swych wniosków. Większość
zadowoliła się tym i nie troszczyła się bardzo o ich uzasadnienie; bo
też i w samej rzeczy jest to dzieło niezmiernie skomplikowane,
abstrakcyjne, o formie nadzwyczaj sztucznej, w którą Kant, aby jej nadać
pozór trwałości, musiał włożyć cały swój zasób subtelności i daru
kombinacyjnego. Na szczęście, traktował on kwestię podstawy swojej etyki
oddzielnie od etyki samej w specjalnym dziele pt. Podstawy metafizyki
obyczajów. Dzieło to zatem ma ten sam przedmiot, co i niniejsze
zagadnienie. W samej rzeczy we wstępie czytamy tam: "Treścią niniejszej
pracy jest jedynie poszukiwanie i stwierdzenie najwyższej zasady
moralności, co stanowi zupełnie oddzielną kwestię i, ze względu na swój
cel, daje się wyodrębnić jako całość od wszelkiego innego badania w przedmiocie obyczajów". W książce tej znajdujemy wykład podstawy, tj.
tego, co jest najistotniejsze w jego etyce. Wykład najzwięźlejszy,
najdokładniejszy i najbardziej systematyczny, jaki nam Kant dał w tym
przedmiocie. Prócz tego, książka ta posiada jeszcze tę ważną zaletę, iż
jest najwcześniejszym z dzieł etycznych Kanta jest ona tylko o cztery
lata późniejsza od Krytyki czystego rozumu, to znaczy, pochodzi z okresu, kiedy mimo sześćdziesięciu jeden lat Kanta, ujemny wpływ
starości na jego umysł nie był jeszcze widoczny. Wpływ ten daje się już
łatwo zauważyć w Krytyce praktycznego rozumu, wydanej w r. 1788, tj. w rok po drugim wydaniu Krytyki czystego rozumu, w którym Kant
nieszczęśliwą przeróbką zepsuł swe nieśmiertelne dzieło. Fakt ten był
analizowany w przedmowie do nowej Rosenkranzowskiej edycji tego dzieła.
Po rozpatrzeniu się w przedmiocie mogę wyrazić tylko swoją zupełną zgodę
na pomieszczoną tam krytykę. Krytyka praktycznego rozumu zawiera w głównych zarysach to samo, co i wspomniana Podstawa; tylko że w Podstawie przedmiot jest traktowany w formie zwięzłej i daleko
ściślejszej, podczas gdy w Krytyce jest rozwinięty szeroko i poprzerywany dygresjami, oraz gdzieniegdzie dla wywarcia głębszego
wrażenia deklamacją na temat moralności. W chwili pisania tego dzieła
Kant osiągnął już był wreszcie, choć zbyt późno, swoją zasłużoną sławę;
więc też pewien niezmordowanej uwagi czytelnika, zaczął bardziej ulegać
starczej wielomówności. Prócz tego, co jej jest wspólne z Podstawą,
Krytyka praktycznego rozumu zawiera jeszcze: po pierwsze, wyższą ponad
wszelkie pochwały i prawdopodobnie wcześniej stworzoną teorię stosunku
między wolnością a koniecznością, teorię, która jest w zupełnej zgodzie
z tą, jaką znajdujemy w Krytyce czystego rozumu; po wtóre teologię
moralną, która jak się o tym przekonamy była właściwym celem tego
dzieła. Wreszcie w Metafizycznych pierwiastkach teorii cnoty,
napisanych w 1797 r., a stanowiących pendant do jego opłakanej Teorii
prawa, wpływ starości występuje już w całej pełni. Dla wszystkich tych
powodów, za podstawę do mej obszernej krytyki wezmę dzieło, które
najpierw wymieniłem, tj. Podstawę metafizyki obyczajów; do tego
właśnie dzieła będą się odnosiły wszystkie cytaty nieopatrzone żadną
wzmianką. Co do dwóch pozostałych prac, będę je uwzględniał tylko
drugorzędnie i drugoplanowo. Dla dobrego zrozumienia tej krytyki, której
celem jest podważyć etykę Kanta w jej najgłębszych podwalinach, byłoby
bardzo pożądane, aby czytelnik raz jeszcze odczytał z uwagą Podstawę,
do której się ona odnosi bezpośrednio, i uprzytomnił sobie jej treść.
§ 4. O nakazującej formie etyki Kanta
Pierwszy błąd Kanta spoczywa w jego sposobie pojmowania samej etyki.
Najdokładniejszym wyrazem tego pojmowania jest zdanie następujące: "W filozofii praktycznej chodzi nie o wyjaśnienie przyczyn tego, co się
dzieje, lecz o prawa tego, co dziać się powinno, choćby nawet nigdy się
nie działo". Jest to stanowczo petitio principii1. Skąd
wiemy, że istnieją jakieś prawa, którym my powinniśmy poddawać nasze
postępowanie? Skąd wiemy, że powinno dziać się to, co się nigdy nie
dzieje? Na jakiej zasadzie z góry przyjmujecie takie twierdzenie, a następnie, wychodząc zeń, narzucacie nam, jako jedynie możliwą, jakąś
etykę o formie prawodawczo nakazującej? Co do mnie, w przeciwieństwie do
Kanta utrzymuję, że moralista, jak i filozof w ogóle, powinien zadowalać
się wyjaśnianiem i komentowaniem danych doświadczenia, tj. tego, co
rzeczywiście dzieje się lub istnieje, dążąc do tego, aby mógł je
zrozumieć. Jeżeli się tym zajmie, to już będzie miał bardzo wiele do
dokonania, znacznie więcej niż to, czego dokonano dotychczas w ciągu
całych tysięcy lat. Zgodnie z powyższym petitio principii Kant, już w przedmowie, która stanowi jedność z samym dziełem, przed rozpoczęciem
wszelkiego badania, przyjmuje istnienie praw czysto moralnych, następnie
zaś utrzymuje to twierdzenie i czyni zeń podwalinę całego swego systemu.
Co do nas, zbadamy przedtem samo pojęcie prawa. Wyraz ten w swym
znaczeniu właściwym, pierwotnym, oznacza tylko prawo cywilne, lex,
urządzenie ludzkie i zależne od ludzkiej woli. Prócz tego pojęcie prawa
ma jeszcze inne znaczenie, pochodne, przenośne, metaforyczne, mianowicie
w zastosowaniu do natury. Prawami natury nazywamy w przenośni stałe
fakty i procesy przyrodnicze, bądź stwierdzone a priori, bądź
poznawane a posteriori. Spomiędzy tych praw natury, drobna tylko
cząstka może być wykryta a priori i stanowi to, co Kant bystrym swym
umysłem wydzielił i połączył pod nazwą metafizyk i natury. Wola ludzka
ma również swoje prawo, ponieważ człowiek należy do natury. Jest to
prawo dające się ściśle wykazać, prawo niezłomne, nie znające wyjątku,
niewzruszone, które posiada, nie jak kategoryczny imperatyw jakąś quasi
konieczność, ale konieczność rzeczywistą. Jest to prawo motywacji (prawo
determinizmu pobudek): jedna z form prawa przyczynowości, a mianowicie
przyczynowość, która przeszła przez pośrednictwo samowiedzy. Jest to
jedyne prawo, które da się wykazać dla woli ludzkiej i któremu jest
podległa ta wola, jako taka. Polega ono na tym, że wszelki postępek musi
być wynikiem dostatecznej pobudki. Jest ono, jak i prawo przyczynowości
w ogóle, prawem natury. Przeciwnie zaś, niepodobna bez dowodów przyjąć
istnienia jakichś praw moralnych, niezależnych od ludzkich postanowień,
od urządzeń państwowych, od teorii religijnych. Przypuszczając więc z góry istnienie podobnych praw, Kant popełnia petitio principii. To
przesądzanie faktów okazuje się tym bardziej zuchwałe, że zaraz na str.
VI Przedmowy Kant dodaje, iż prawo moralne powinno posiadać charakter
"bezwzględnej konieczności". Lecz cechą takiej konieczności jest to, że
skutki jej są nieuniknione. Czy wobec tego może być mowa o bezwzględnej
konieczności rzekomych praw moralnych? Jako przykład takiego prawa Kant
podaje przykazanie: "Nie dawaj fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu
swemu". Tymczasem wiadomo i sam Kant to przyznaje, że podobne
przykazania w znacznej części są bezskuteczne, a nawet, że ich
bezskuteczność jest wprost zasadą, od której tylko zdarzają się wyjątki.
W etyce naukowej, aby móc twierdzić, że wola ludzka poza prawem
motywacji podlega jeszcze jakimś innym prawom pierwotnym i niezależnym
od wszelkich instytucji ludzkich, trzeba przede wszystkim wykazać i wyprowadzić istnienie tych praw; szczególnie, jeśli się ma zamiar nie
tylko nawoływać do uczciwości, lecz także samemu ją praktykować. Do
czasu zaś złożenia odnośnych dowodów twierdzić będę, że wprowadzanie do
etyki takich pojęć, jak: prawo, przepis, powinność, wynika ze źródła,
niemającego nic wspólnego z filozofią, a mianowicie z Dekalogu
Mojżesza. W samym wyżej przytoczonym przykładzie prawa moralnego
pierwszym, jaki Kant podaje w tym przedmiocie, jest znak pewien, naiwnie
zdradzający to pochodzenie, a mianowicie, pisownia wyrazu du sollst
(powinieneś). Jeśli jednak jakieś pojęcie nie może wykazać żadnego
innego źródła, prócz tego, któreśmy wyżej przytoczyli, to nie ma prawa
wciskać się tak bez ceremonii do etyki filozoficznej i nie może liczyć
na przyjęcie, dopóki nie zostanie poparte dostatecznymi dowodami. U Kanta jest ono pierwszym, i to poważnym petitio principii.
Liznąwszy tym sposobem we wstępie prawo moralne za rzeczywistość daną i niezaprzeczalną, Kant idzie dalej i czyni to samo z pokrewnym temu
pojęciem obowiązku. Nie poddając go długiemu badaniu, wprowadza je do
etyki w charakterze pojęcia dla niej istotnego. Ale ja jestem zmuszony
ponowić tu swój protest. Pojęcie to, wraz ze wszystkimi pokrewnymi mu
pojęciami prawa, przykazania, powinności, wzięte w znaczeniu
bezwzględnym, jest zapożyczone z etyki teologicznej i w etyce
filozoficznej pozostanie obce dopóty, dopóki nie znajdzie dostatecznego
usprawiedliwienia bądź w istocie natury ludzkiej, bądź w istocie świata
przedmiotowego. Dopóki to nie nastąpi, nie mogę przyznać zarówno jemu,
jak i pokrewnym mu pojęciom, innego pochodzenia, jak z Dekalogu. W ogóle, w epoce chrześcijaństwa, etyka filozoficzna bezwiednie
zapożyczała swą formę od etyki teologicznej; ponieważ zaś ta ostatnia
jest z natury swej nakazująca, więc też i etyka filozoficzna przyjęła
postać zbioru przepisów, teorii obowiązków, w prostocie ducha i nawet
nie przypuszczając, że nie ma do tego dostatecznego prawa, a przeciwnie,
w przekonaniu, że to właśnie jest jej formą istotną i przyrodzoną.
Faktem jest niezaprzeczalnym i uznawanym przez wszystkie ludy, czasy,
religie i (z wyjątkiem materialistów właściwych) przez wszystkich
filozofów, stanowi to, że czyny ludzkie mają wartość metafizyczną, tj.
że ich doniosłość etyczna przechodzi sferę świata zjawiskowego, a wkracza w sferę wieczności; z tego jednak nie wynika, iżby ta wartość
musiała być ujmowana w formę rozkazu i posłuszeństwa, prawa i obowiązku.
Gdy się te pojęcia oddzieli od hipotez teologicznych, które je zrodziły,
tracą one wszelkie znaczenie; wyobrażać zaś sobie, wraz z Kantem, że dla
zastąpienia tych hipotez dość będzie wspomnieć o bezwzględnej powinności
i bezwarunkowym obowiązku, to karmić czytelnika słowami, a nawet po
prostu częstować go contradicto in adiecto2. Powinność ma
sens i znaczenie jedynie wtedy, gdy jej towarzyszy groźba kary lub
obietnica nagrody. Toteż o Kancie mowy jeszcze nie było, kiedy Locke już
mówił: "Próżne jest przypuszczenie, że można by wolnym postępkom
człowieka narzucić jakieś prawidło, nie dołączając doń żadnej sankcji w postaci kary lub nagrody, które nadałyby kierunek jego woli; stąd też
wszędzie, gdzie przypuszczamy prawo, musimy zarazem przypuścić jakąś
karę lub nagrodę, związaną z tym prawem". Wszelka zatem powinność jest
niezbędnie uwarunkowana karą lub nagrodą, czyli mówiąc językiem Kanta
jest ona z natury swej hipotetyczna, nie zaś jak on twierdzi
kategoryczna. Znieśmy myślą te warunki, a pojęcie powinności utraci
wszelkie znaczenie; dlatego też, powinność bezwzględna jest to
contradicto in adiecto. Głos nakazujący, czy pochodzi z wewnątrz, czy
z zewnątrz, musi przemawiać tonem groźby lub obietnicy; inaczej nie
możemy go sobie wyobrazić; ale też wobec tego posłuszeństwo zależnie od
okoliczności może być tylko dowodem rozsądku lub głupoty, zawsze jednak
będzie interesowne, czyli pozbawione wartości moralnej. Niezrozumiały,
niedorzeczny charakter tego pojęcia powinności bezwzględnej, które legło
u samej podstawy systemu Kanta, objawia się następnie w samym systemie,
mianowicie w Krytyce praktycznego rozumu; podobnie jak trucizna,
potajemnie wprowadzona do organizmu, nie może w nim pozostać, lecz
gwałtownie wydostaje się na jaw. W samej rzeczy, owa powinność tak
zupełnie nieuwarunkowana kończy się jednak na tym, że stawia jako swój
postulat pewien warunek, a nawet kilka warunków, jak: nagroda,
nieśmiertelność istoty, która ma być nagrodzona, wreszcie rozdawcę
nagród. Jest to zresztą nieuniknione z chwilą, gdy za podstawowe pojęcia
etyki bierze się obowiązek i powinność; pojęcia te bowiem są z natury
swej względne i całe swe znaczenie czerpią tylko z groźby kary lub
obietnicy nagrody. Tym sposobem okazuje się, że cnota pozornie tylko
pracowała bez widoków zapłaty; tylko że nagroda, której autor domaga się
dla niej apres coup3, występuje przyzwoicie zawoalowana pod
nazwą najwyższego dobra, które polega na połączeniu cnoty ze szczęściem.
Tak więc, w gruncie rzeczy cała ta etyka oparta jest na poszukiwaniu
szczęścia, na interesie, czyli że po prostu jest ona tym samym
eudajmonizmem, który Kant uznając za heteronomiczny tak uroczyście
wyrzucił ze swego systemu przez główne wejście, a który teraz, pod nazwą
najwyższego dobra, wsuwa się tam tylnymi drzwiami. Tak mści się na swym
twórcy za swoją sprzeczność wewnętrzną przypuszczenie bez względnej, bez
warunkowej powinności. Z drugiej jednak strony, powinność uwarunkowana
nie może być podstawą etyki; wszelki czyn bowiem, dokonany ze względu na
jakąś nagrodę lub karę, jest oczywiście czynem samolubnym, czyli
pozbawionym wartości czysto moralnej. Z tego wszystkiego jasno wynika,
że jeśli istotnie pragniemy zgłębić doniosłość postępowania ludzkiego,
doniosłość wieczną, przekraczającą granice świata zjawiskowego, to
musimy pojąć etykę w sposób bardziej wzniosły i bardziej niezależny.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki